Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Lot Feniksa
 
Katalog - dodano
 Kroniki Jaaru. Tajemne imię
- Adam Faber
 Hajmdal. Księżyce monarchy
- Dariusz Domagalski
 Alyssa i czary
- A.G. Howard
 Prawda i iluzja
- Jennifer Sommersby
 Księżniczka Popiołu
- Laura Sebastian
 
- skomentowano
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Faraon wampirów'' - Konrad T. Lewandowski



Rozdział III



Następca tronu i jego towarzysz biegli ćwierć godziny po skalistym grzbiecie wzgórza, coraz bliżej słysząc trąbki, które wciąż gwałtowniej i gwałtowniej wygrywały alarm. Nareszcie znaleźli się w miejscu, skąd można było ogarnąć wzrokiem całą okolicę.
Grecy z machinami stali bezczynnie u ujścia wąwozu, a dalszą drogę zastępowały im gęste szeregi jakiegoś innego wojska, niby cztery równoległe płoty najeżone iskrzącymi włóczniami.
– Co się tu dzieje...? – groźnie zawołał Ramzes, podbiegając do sztabu. – Dlaczego trąbicie alarm zamiast maszerować?!
– Jesteśmy odcięci – rzekł Herhor.
– Jak...? Przez kogo?!
– Przez trzy pułki Nitagera, które wyszły z pustyni.
– Więc tam stoi nieprzyjaciel?
– Stoi sam niezwyciężony Nitager...
Zdawało się, że w tej chwili następca tronu oszalał. Skrzywiły mu się usta, oczy wyszły z orbit. Wydobył miecz i, pobiegłszy do Greków, krzyknął chrapliwym głosem:
– Za mną na tych, którzy nam zastąpili drogę!
– Żyj wiecznie, Ramzesie! – zawołał Patrokles, również dobywając miecza. – Naprzód, potomkowie Achillesa...! – zwrócił się do swoich żołnierzy. – Pokażmy egipskim krowiarzom, że nas zatrzymywać nie wolno!
Trąbki zagrały do ataku. Cztery krótkie, ale wyprostowane szeregi poszły naprzód, wzbił się tuman pyłu i krzyk na cześć Ramzesa.
W parę minut Grecy znaleźli się wobec wielokrotnie liczniejszych sił egipskich i zawahali się.
– Naprzód...! – wołał następca, biegnąc z mieczem w ręku.
Grecy zniżyli włócznie. W szeregach przeciwnych przeleciał szmer i również zniżyły się włócznie.
– Kto wy jesteście, szaleńcy...? – odezwał się donośny głos ze strony Nitagera.
– Następca tronu! – odpowiedział Patrokles.
Chwila ciszy.
– Rozstąpić się! – rozkazał ten sam głos co pierwej.
Pułki armii wschodniej z wolna otworzyły się jak ciężkie podwójne wrota. Grecki oddział przeszedł.
Wówczas do następcy tronu zbliżył się siwy wojownik w złocistym hełmie i zbroi i, nisko się skłoniwszy, rzekł:
– Zwyciężyłeś, erpatre. Tylko wielki wódz w ten sposób wydobywa się z kłopotu. Pokazałeś lwie pazury, jak przystało na dziecię faraonów.
– Ty jesteś Nitager, najwaleczniejszy z walecznych! – zawołał zdyszany książę, opuszczając miecz. – Pozdrawiam cię wielki wodzu!
Manewry uznano za skończone. Następca tronu w towarzystwie ministra i wodzów pojechał do wojsk pod Pi-Bailos, przywitał weteranów Nitagera i pożegnał swoje pułki, rozkazując im iść na wschód. Sam ze swoim orszakiem ruszył z powrotem do Memfis.
Naprzeciw wąwozu, do którego z rana wjechały machiny wojenne, o kilkanaście kroków za drogą rosło stare drzewo tamaryndowe. W tym miejscu zatrzymała się straż poprzedzająca książęcą świtę.
Na wątłym drzewie wisiał nagi człowiek.
– Cóż to znaczy?! – zawołał wzruszony następca.
Adiutanci pobiegli do drzewa i przekonali się, że wisielcem jest ów stary chłop, któremu wojsko zasypało kanał. Ciało wisielca wciąż się poruszało, ale nie była to końcówka agonii, lecz coś o wiele bardziej złowrogiego. Każda część jego ciała wykonywała niezborne ruchy, jakby żyła swym własnym życiem. Język poruszał się w ustach niczym wąż, a ślepe oczy mrugały.
– Cóż to jest? – zdumiał się Ramzes, podchodząc bliżej. – Od kiedy to zwykli samobójcy ożywają?
Przez żołnierzy przecisnął się wzburzony Pentuer, bezceremonialnie chwycił Ramzesa za ramię i odciągnął go do tyłu.
– Brońcie erpatre! – zawołał do strażników przybocznych jego wysokości. Ci posłusznie pochylili włócznie, acz zrazu nie pojmując przeciwko komu. Rychło jednak się tego dowiedzieli.
Ruchy wisielca nagle stały się celowe, nabrały gibkości i sprężystości. Nieumarły chłop chwycił jedną ręką napiętą linę nad swoją głową, z łatwością podciągnął się do góry i równocześnie drugą ręką rozluźnił, po czym ściągnął pętlę z szyi. Następnie lekko zeskoczył na piasek i, wydawszy z siebie złowrogi skrzek, ruszył na gwardzistów Ramzesa.
– Na Amona, Ozyrysa, Apisa! – krzyknął Pentuer. – Zaklinam was, nie ustępujcie!
Najdzielniejszy z żołnierzy doskoczył i przebił chłopa włócznią. Nieumarły nie zareagował. Od niechcenia złamał drzewce w połowie, przyciągnął przeciwnika ku sobie i momentalnie oderwał mu głowę, tak lekko i swobodnie niczym owoc z drzewa granatu. W następnej chwili rozgryzł czaszkę, jakby istotnie była to skórka owocu, i, siorbiąc głośno, wessał świeży mózg.
Orszak Ramzesa patrzył na to oniemiały ze zgrozy. Nikt nie śmiał się cofnąć w obliczu erpatre, ani też postąpić choć pół kroku w stronę monstrum, w które zamienił się szukający zemsty fellach.
– Asyryjska zaraza… – szepnął Pentuer na wpół do siebie, na wpół do następcy tronu.
Nieumarła bestia o twarzy ociekającej świeżą krwią i strzępami mózgu, zaspokoiwszy pierwszy głód, rzuciła się na pozostałych Egipcjan. Gwardziści nie okazali trwogi. W pierwszym starciu żywy trup powalił na ziemię połowę przybocznej straży następcy, roztrącając godzące w niego włócznie i wyłamując tarcze razem z ramionami. Rozległy się przeraźliwe krzyki oraz trzask łamanych kości.
Ramzes zamarł jak przyczajony lew, z dłonią na rękojeści miecza, który wydobył tylko do połowy. W obliczu zagrożenia władzę nad jego ciałem przejął zwierzęcy instynkt. Włosy zaczęły mu się jeżyć na kształt lwiej grzywy. Na wpół zmieniony w zwierzę następca tronu wyczekiwał na najlepszy moment, by zadać cios. Z kolei Tutmozis nie szykował się do walki, wyraźnie chciał uciekać, ale godność i lojalność nie pozwalały odstąpić boku księcia. Stał więc jak skamieniały.
– Topornicy naprzód! – Pentuer był tu jedynym, który nie stracił zimnej krwi. – Odetnijcie mu ręce, a potem głowę! Chwała wojownikom jego świątobliwości faraona! Niech sczezną nikczemni bluźniercy!
Topornicy istotnie poradzili sobie dużo lepiej od włóczników. Walcząc w szyku, ramię przy ramieniu, z dwóch stron zasypali nieumarłego gradem ciosów, ociosując go z kończyn jak drzewo z gałęzi, a wreszcie poćwiartowali na dzwona niczym rybę.
Ruszające się jeszcze i podrygujące kawały, pod nadzorem Pentuera gwardziści zagrzebali w piasku, w bezpiecznej odległości jeden od drugiego, aby się ponownie nie zrosły. Kiedy nadszedł orszak Herhora, było już po incydencie. Niosący lektykę nieumarli niewolnicy arcykapłana, choć nie mieli głów, jakoś musieli jednak poczuć żer, gdyż, przechodząc obok miejsca zdarzenia, rozdziawiali szeroko otwory przełykowe, które pozostawiono im niezaszyte na szczytach karków, i próbowali łykać powietrze. Na szczęście, właśnie dzięki temu, że wcześniej przezornie i umiejętnie pozbawiono ich głów, nie zbuntowali się teraz, lecz po chwilowym podnieceniu poddali się rozkazom swoich dwóch poganiaczy, kierujących nimi za pomocą długich szpikulców, i miarowo szli dalej.
Jego świątobliwość Herhor zbył gorączkowy raport swego sekretarza lekceważącym machnięciem ręki.
Ramzes jakiś czas jechał zadumany, po czym nagle zatrzymał się i zawrócił konia. Natychmiast otoczyła go świta, podjechali wyżsi dowódcy i z wolna, równym krokiem zbliżyły się szeregi maszerujących pułków. W purpurowych promieniach zachodzącego słońca książę wyglądał jak bożek. Żołnierze patrzyli na niego z dumą i miłością, dowódcy z podziwem. Przygoda u wylotu wąwozu odeszła w niepamięć. Przynajmniej na razie…
Książę podniósł rękę, wszystko umilkło, a on zaczął mówić:
– Dostojni wodzowie, mężni oficerowie, posłuszni żołnierze! Dziś bogowie dali mi poznać słodycz rozkazywania takim jak wy. Radość przepełnia moje serce. A ponieważ wolą moją jest, ażebyście wy, wodzowie, oficerowie i żołnierze, zawsze dzielili moje szczęście, więc przeznaczam po jednej drachmie dla każdego żołnierza.
W wojsku zawrzało.
– Bądź pozdrowiony, wodzu nasz! Bądź pozdrowiony, następco faraona, który oby żył wiecznie! – wołali żołnierze, a Grecy najgłośniej.
Ramzes mówił dalej:
– Do podziału między niższych oficerów przeznaczam pięć talentów. Nareszcie do podziału między jego dostojność ministra i naczelnych wodzów przeznaczam dziesięć talentów!
– Powiedz mi, Pentuerze – zagadnął Herhor swego pisarza – skąd następca weźmie dwadzieścia talentów na dotrzymanie wojsku obietnicy, którą dziś tak nieopatrznie uczynił. Proszę cię tylko, ażebyś zapamiętał, co widziałeś, dla opowiedzenia tego w kolegium kapłańskim.
– Czy prędko będzie zwołane? – spytał Pentuer.
– Nie ma jeszcze powodu. Spróbuję pierwej uspokoić tego rozhukanego byczka za pomocą ojcowskiej ręki jego świątobliwości... Szkoda byłoby chłopca, bo ma duże zdolności i energię południowego wichru. Tylko jeżeli wicher, zamiast zdmuchiwać nieprzyjaciół Egiptu, zacznie kłaść jego pszenicę i wyrywać palmy...
Nieświadomy wypowiedzianej za jego plecami groźby, Ramzes dojeżdżał do pałacu faraona.
Gmach ten stał na wzgórzu za miastem, wśród parku. Rosły tu osobliwe drzewa: baobaby z południa, cedry, sosny i dęby z północy. Dzięki sztuce ogrodniczej żyły one po kilkadziesiąt lat i dosięgały znacznej wysokości. Cienista aleja prowadziła z dołu do bramy, która miała wysokość trzypiętrowej kamienicy. Z każdej strony bramy wznosił się pylon – wieża, w formie ściętej piramidy.
Na widok zbliżającego się następcy wybiegł z pylonu urzędnik dworski, ubrany w białą spódnicę, ciemną narzutkę i perukę, z wielkości podobną do kaptura.
– Pałac już zamknięty? – spytał książę.
– Prawdę rzekłeś, dostojny panie – odparł urzędnik.
– A któż się tam włóczy z pochodniami? – rzekł książę, wskazując ręką na dół parku.
– Zdejmują z drzewa brata waszej dostojności, który tam siedzi od południa. Zła krew znów się w nim obudziła.
Następca zwrócił konia i pojechał do części parku, gdzie znajdował się jego pałacyk. Serdecznie powitany przez półnagich służących, z których jedni wybiegli z pochodniami, drudzy padli przed nim na twarz, Ramzes wszedł do domu. Wykąpał się w kamiennej wannie i zjadł kolację złożoną z pszennego placka, garstki daktylów i kielicha lekkiego piwa. Potem kazał służbie odejść i przysłać Tutmozisa.
– Więc ty jeszcze nie śpisz...? – zdumiał się wezwany, wchodząc na taras. – Proszę cię, Ramzesie, ażebyś się wyspał.
– Co z Sarą?!
– Jej ojciec to uczciwy i rozumny człowiek. Nazywa się Gedeon. Kiedy mu powiedziałem, że chcesz wziąć jego córkę, upadł na ziemię i zaczął wydzierać sobie włosy. Przysiągł, że woli widzieć córkę swoją żywym trupem aniżeli czyjąkolwiek kochanką. Ale potem dogadaliśmy się. Twoja Sara będzie cię kosztowała: folwark i dwa talenty rocznie gotowizną, a jednorazowo dziesięć krów, byczka, łańcuch i bransoletę złotą.
– Cóż ona na to? – spytał książę.
– Przez czas układów chodziła między drzewami. Potem powiedziała ojcu, że gdyby jej nie oddał tobie, weszłaby na skałę i rzuciłaby się głową na dół, aby stać się nieumarłą, skoro jest to warunek ojcowskiej zgody. Teraz chyba będziesz spał spokojnie – zakończył Tutmozis.
Wtem z dołu, spomiędzy gęstwiny, odezwał się głos niezbyt silny, lecz wyraźny:
– Niech cię otuli, Ramzesie, wieczny mrok, abyś mógł żyć i panować po wieczne czasy.
Obaj młodzi ludzie, zdumieni, wychylili się.
– Kto jesteś?.. – zawołał książę.
– Jestem twoim najpokorniejszym sługą – powoli i spokojnie odpowiedział głos.
Potem wszystko ucichło. Żaden ruch, żaden szelest gałęzi nie zdradził ludzkiej obecności w tym miejscu. Na rozkaz księcia wybiegła służba z pochodniami, spuszczono psy i przeszukano wszystkie zarośla otaczające dom następcy. Ale nie było nikogo.
– Znowu jakiś wampir... – Tutmozis wzruszył ramiona. – Przysiągłbym Ramzesie, że oni wiążą z tobą jakieś wielkie plany.
– A może to duch tego chłopa? – zażartował książę.
– Duch? – zdziwił się adiutant. – Wiesz równie dobrze jak ja, że nieumarli nie mają dusz, one umierają zanim umrze ich ciało, na tym polega ta przemiana. Prędzej przypuszczałbym, że ten, który odezwał się do nas, jest jakimś twoim przyjacielem.
– Dlaczegoż by się ukrywał? Wszak jest noc, mógł wyjść i złożyć mi pokłon.
– A co ci to szkodzi? – rzekł Tutmozis. – Każdy z nas ma dziesiątki, jeżeli nie setki niewidzialnych wrogów. Dziękuj więc bogom, że masz choć jednego niewidzialnego przyjaciela.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2012-05-09 (839 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej