Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Zielona perła
 
Katalog - dodano
 Wyprawa Błazna (wyd.M)
- Robin Hobb
 Roar
- Cory Carmack
 Wybawienie
- Jussi Adler-Olsen
 Zabójcy bażantów
- Jussi Adler-Olsen
 Battlefront: Oddział Inferno
- Christie Golden
 
- skomentowano
 Zapisane w kartach
- Anne Bishop
 Ciężko być najmłodszym
- Ksenia Basztowa, Wiktoria Iwanowa
 Sopel cz.1
- Paweł Kornew
 HEL 3
- Jarosław Grzędowicz
 Evna
- Siri Pettersen
 

''Władca wilków'' - Juraj Červenák



Wiele wojen prowadził król Karol Wielki,
ale największą była ta z Awarami.
Ciężkie boje trwały osiem lat. W końcu Frankowie
tak się wzbogacili zdobycznym awarskim złotem
i srebrem, że ludzki umysł nie jest zdolny
sobie tego wyobrazić.


Einhard (około 770–840),
kronikarz, doradca i biograf Karola Wielkiego


Rozdział pierwszy

Nocny łowca



Kiedy o północy rozszczekały się psy, Ożeg zerwał się na równe nogi.
Zawsze miał lekki sen, więc bez trudu całkowicie oprzytomniał. Długie lata życia w przygranicznych lasach nauczyły go ostrożności.
Borek i Kieł były rozwścieczone. Z pewnością nie zareagowałyby tak na głos wilka do biegający z głębi boru. Nie wygrażały też wiewiórkom czy kunom kryjącym się na drzewach wokół dziedzińca. Złowrogie szczekanie mogło oznaczać tylko jedno – zbliżające się zagrożenie.
– Ożeg? – Duga usiadła na łóżku, wypatrując męża w półmroku. – Co się...
Ucichła, widząc wyraźny gest Ożega. Otuliła się niedźwiedzią skórą i przestraszona obserwowała, jak mąż klęczy przy palenisku na środku izby. Do wygasającego już ognia wrzucił garść świerkowych gałęzi i kilkakrotnie dmuchnął w żar. Natychmiast wyskoczyły płomienie, a na ścianach zatańczyły cienie. Pięcioletnia Miłka wysunęła głowę spod przykrycia. Z wiszącej kołyski dało się słyszeć głos płaczącego Wyszka. Duga wyskoczyła z łóżka, wzięła niemowlę na ręce i przycisnęła je do nagich piersi.
Szczekanie psów stawało się coraz bardziej zajadłe. Z zagrody za domem dobiegało beczenie wystraszonych owiec. Ożeg wyrwał siekierę wbitą w polano przy palenisku i podszedł do drzwi.
Ujadanie przeszło w bolesny skowyt.
Ożeg zaklął chrapliwym głosem, odbił rygiel i kopniakiem otworzył drzwi. Podmuch chłodnego powietrza rozniecił płomienie. Mężczyzna przeskoczył nad pełgającą po polepie plamą jasnego światła i wybiegł w lewo, w stronę zagrody z owcami.
– Borek! – krzyknął. – Kieł!
Do koszary brakowało mu około trzech sążni, kiedy nagle o coś się potknął. O mały włos nie upadł.
– Kieł? – Schylił się i sięgnął ręką tam, gdzie spodziewał się trafić na głowę psa.
Namacał jedynie lepki kikut szyi.
Natychmiast zrozumiał, jak bardzo się pomylił. To nie był ryś ani niedźwiedź tęskniący za świeżą baraniną, to nie było żadne dzikie zwierzę. Z pewnością głowę Kła od reszty ciała oddzieliła ostra klinga. Ożeg rozejrzał się z przerażeniem i mocniej ścisnął siekierę.
– Kelgaaaar!
Dziki krzyk poraził go aż do szpiku kości. Ożeg uskoczył i błyskawicznie się skulił.
Na dziedzińcu zadudniły kopyta cwałujących koni. Mrok wy pluł czarną postać jeźdźca. W uniesionej ręce zabłyszczała stal.
Ożeg momentalnie zareagował, próbując siekierą odeprzeć uderzenie. Jednak cios za krzywionym, jednosiecznym ostrzem odrzucił jego broń na bok. Klinga dosięgła czoła Ożega, ześlizgnęła się po głowie i odcięła połowę prawego ucha. Przenikliwy ból i ciepło tryskającej krwi były ostatnimi rzeczami, jakie czuł. Upadł niczym martwy, podczas gdy huk kopyt i złowrogi śmiech oddalały się w kierunku domu.


* * *



Miłka, głośno szlochając, wyskoczyła spod przykrycia, przeszła bosymi stopami po glinianym klepisku i szybko wdrapała się na łóżko matki. Roztrzęsione, wtuliły się w siebie i bez ruchu obserwowały otwar te na oścież drzwi.
Tętent kopyt umilkł przed domem. Zadźwięczał kantar, ktoś z przytupem zeskoczył na dziedziniec. Z ciemnego prostokąta drzwi wynurzyła się czarna postać w płaszczu z wilczej skóry, w grubej wełnianej sukmanie i szpiczastej czapie podbitej kożuchem. Po ostrzu trzymanej w opuszczonej ręce szabli spływała rubinowa łza.
Duga skuliła się w kłębek i jeszcze mocniej przycisnęła do siebie dzieci. Dobrze wiedziała, kim jest nieproszony gość. Czarne włosy, charakterystyczne długie wąsy, wyraźnie zaznaczone kości policzkowe, szeroka szczęka i zwalista, ale prężna sylwetka. Awar.
Mężczyzna ostrożnie przeszedł przez próg i uważnie rozejrzał się po izbie. W końcu jego wąskie, jakby złowrogo przymrużone oczy zatrzymały się na Dudze.
Przez chwilę przyglądał się jej z zaciekawieniem, następnie obejrzał się i coś krzyknął w ciemność. Zamiast odpowiedzi rozległ się złowieszczy chichot i odgłos zbliżających się kroków.
Awar znów spojrzał na kobietę i okrutnie się uśmiechnął. Serce Dugi podeszło do gardła. Kiedy mężczyzna zdjął z głowy kołpak i zaczął zmierzać w kierunku łóżka, wiedziała już, co się wydarzy.


* * *



Ocknął się niemal natychmiast, choć miał wrażenie, że ciemne prądy nieświadomości całą wieczność niosły go przez pustkę. Ostry, paraliżujący ból przywrócił mężczyznę do rzeczywistości. Przez chwilę nie mógł myśleć o niczym innym, bo prawa strona twarzy piekła jak przypalana ogniem. W końcu jednak dotarło do niego, co się stało. Przeszyło go lodowate ostrze strachu.
Pomimo że prawe ucho miał zalepione krwią, zaczął odróżniać dźwięki. Niedalekie beczenie dwóch owiec zagłuszało tętent kopyt, ale zaraz potem przerażone głosy zwierząt przeszły w bulgocące charczenie. „Zarzynają moje owce” – przeszło Ożegowi przez myśl. Nie rozumiał słów napastników, ale bezbłędnie rozpoznawał kraczącą mowę. W taki sposób mówiły Kruki z równin na południu. Parszywe plemię.
Kiedy ostrożnie obrócił się na prawy bok, wyraźniej usłyszał dźwięki dobiegające z domu. Ponad zduszone łkanie Miłki i Wyszka przebijał się przerywany krzyk Dugi, któremu towarzyszyły głośne, regularne męskie okrzyki. Ożeg wiedział, co to oznacza. Zakipiała w nim krew.
– Duga! – krzyknął chrapliwie i spróbował wstać.
To był błąd.
Jeden z mężczyzn stojących w zagrodzie krzyknął ostrzegawczo i zwinnie przeskoczył ogrodzenie. Ożegowi udało się już prawie klęknąć, kiedy mocny kopniak rzucił go z powrotem w błoto. Skulił się w lepkiej brei, z trudem łapiąc od dech. Awar schylił się nad nim, coś warknął i chwycił go za włosy. W dłoni ściskał nóż usmarowany owczą krwią. Ożeg w duchu zwrócił się do przodków, by przyjęli między siebie jego duszę.
Coś zadźwięczało w powietrzu. Awar, który pozostał w zagrodzie, wydał zdławiony jęk i upadł w błoto zmieszane z owczym gnojem.
Mężczyzna trzymający Ożega zawahał się, spojrzał w kierunku kompana i zawołał go.
W odpowiedzi usłyszał tylko beczenie owiec.
Awar puścił Ożega i zwrócił się w kierunku do mu. Jednak za miast krzyknąć ostrzegawczo, tylko potwornie zarzęził.
Ożeg, którego kolana i dłonie zanurzone były w błocie, obejrzał się zasiebie. Nad Awarem górował cień czarny jak węgiel. Zjawa jedną ręką pewnie trzymała ofiarę, drugą zagłębiła nóż pod jej uchem. Energiczne pociągnięcie ostrza rozpruło gardło Awara powyżej grdyki aż do drugie go ucha. Na Ożega spadł gorący, czarny deszcz.
– Bogowie... – Na czworaka próbował uciec przed zjawą. Ciało Awara runęło w błoto. Po chwili obok Ożega mignęła para nóg. Obcy za grodził mu drogę.
Ożeg spojrzał i wytrzeszczył oczy.
– Cicho – głos nie znajomego był nienaturalnie spokojny. Ożeg zdrętwiał i wstrzymał od dech. Obcy mężczyzna wsunął sztylet do pochwy przy prawym boku. – Ilu ich tam jest? – Skinął głową w kierunku drewnianej chaty.
Ożeg pokręcił tylko głową, bo nie wiedział. Zrozumiał za to, że obcy nie ma zamiaru zrobić mu krzywdy, ale w dalszym ciągu targały nim dreszcze strachu.
– Hm. Właściwie to nie ma znaczenia. – Nieznajomy chwycił łuk przewieszony przez jego piersi. – O jednego trupa mniej czy więcej... – Sięgnął ponad prawe ramię i wyciągnął trzy strzały. – Jeśli ci życie miłe – rzekł, zakładając jeden z pocisków na cięciwę – nie zbliżaj się do chaty.
Ożeg przysiągł w duchu, że nie uczyni nic podobnie głupiego. Mroczny nieznajomy ścisnął dwie pozostałe strzały między zębami i ruszył w kierunku domu.


* * *



– Na kości Tengriego... Trzymajcie ją! Już kończę...
Kiedy przełamali jej początkowy opór, Duga po kornie się poddała. Teraz, sądząc po przyspieszonych ruchach napastnika, Awar powinien szczytować. Wyobrażenie, jak jej łono zalewa przeklęte awarskie nasienie, sprawiło, że z jej gardła wydarł się okrzyk odrazy. Znów się spięła i spróbowała wyrwać z uścisku oprawcy. Bez skutecznie. Dwaj pozostali trzymali jej nogi mocno, niczym w kowalskich kleszczach, a trzeci, który klęczał na łóżku, całą siłą trzymał ręce kobiety. Czwarty brutalnie w nią wchodził.
– O tak... – zacharczał i ślina z jego ust skapnęła na piersi Dugi, kołyszące się w rozcięciu zmiętoszonej koszuli.
– Już prawie kończę... Przyłóżcie w łeb te mu wrzeszczące mu bachorowi!
Wyszko leżał na podłodze przy łóżku. Wcześniej przywódca na jeźdźców wyrwał go matce i rzucił na bok. Chłopca ochroniła wełniana czuha, w którą był owinięty. Jego płacz przeszywał mózg Dugi. Miłka także płakała na całe gardło, skulona w kącie izby, gdzie silnym uderzeniem odrzucił ją jeden z Awarów.
Mężczyzna, który przytrzymywał lewą nogę Dugi, postanowił wykonać rozkaz wodza i próbował kopnąć chłopca, ale niemowlę leżało za daleko.
Przywódca grupy, przy głośnej zachęcie kompanów, kilka razy mocno wszedł w Dugę. Nagle znieruchomiał na wyprostowanych rękach, skłonił głowę, a z jego gardła wydostał się chrypliwy dźwięk. Duga poczuła jego gorące szczytowanie. Żołądek ścisnął się jej z odrazy.
W pomieszczeniu coś syknęło. Złowieszczo, krótko, jakby kropla wody spadła na rozżarzony kamień.
Wszystko ucichło. Duga otworzyła oczy. Z ust Awara, jeszcze rozchylonych i wydychających tchnienie niedawnej rozkoszy, sterczał grot strzały. Na jej piersi i twarz trysnęła krew. Oprawca osłabł, jego łokcie się załamały, głowa z wbitą w potylicę strzałą bezwiednie opadła. Duga w ostatniej chwili lekko się przesunęła. Ostry koniec strzały tylko zadrapał jej ucho.
Mężczyzna, który jedną ręką przytrzymywał nogę Dugi, a drugą już przygotowywał się do zajęcia miejsce swego przywódcy między jej uda mi, odwrócił się zaskoczony. Wtedy strzała przebiła jego serce. Siła uderzenia powaliła go na drewniany bok łóżka. Potoczył się po podłodze niczym rzucony worek pszenicy. Zmarł nikczemnie, z przerażeniem na twarzy i zwiotczałym członkiem w dłoni. Klęczący za Dugą Awar podźwignął się i sięgnął po miecz. Więcej ruchów nie udało mu się wykonać. Trzecia strzała dosięgła jego oka, przeszyła czaszkę i mózg, a potem przytwierdziła jego głowę do ściany. Ręce bezwiednie opadły, po twarzy ciekła krew, spływając na piersi.
– Sukinsyn!
Ostatni Awar – ten, który próbował kopnąć Wyszka – dobył szabli i hardo stanął przy wejściu.
Na zewnątrz panowała jednolita, nieprzenikniona ciemność. Wyszko i Miłka dusili się od płaczu.
– Słyszysz mnie, tchórzu? Pokaż się!
Przed domem poruszyła się mroczna postać. Niczym z powierzchni smolistego jeziora, z ciemności wynurzyła się wysoka, czarna sylwetka mężczyzny, który pewnie wszedł do chałupy. Światło powoli, jakby niechętnie, przesuwało się po nieznajomym i stopniowo ukazywało szczegóły jego wyglądu. Wysokie buty pokrywała warstwa kurzu i błota. Podwinięte spodnie po wewnętrznej stronie były już mocno wytarte. Skórzany płaszcz z doszytym kapturem i krótkimi rękawami przepasywały dwa rzemienie.
Z pierwszego zwisał okazały sztylet i saks – średniej długości frankoński miecz z szerokim ostrzem. Drugi rzemień krzyżował się na piersi mężczyzny i podtrzymywał umieszczony na plecach kołczan ze strzałami. Zwyczajny wygląd woja zaburzały jedynie wykonane z brązu i utwierdzone w ochraniaczach przedramienia ćwieki oraz naszyjnik z kłów bazyliszka. Zwichrzone czarne włosy okalały opaloną twarz. Była pociągła, drapieżna, ze skórą jakby przylepioną bezpośrednio do czaszki.
Awar poczuł na plecach dreszcze. Nie wywołał ich upiorny wygląd mężczyzny. Włosy Awara zjeżyły się, kiedy spojrzał nieznajome mu w oczy. Były czarne niczym jaskinia, charakteryzowały człowieka, który już tyle razy stanął twarzą w twarz ze śmiercią, że zawsze, kiedy znów do tego dochodziło, ona pierwsza spuszczała głowę.
Obcy przeszedł przez próg. Przesuwał w dłoni strzałę, naciągając łuczysko. Grot prawie dotykał palca wskazującego. Lotki z piór zaczepiły o ciernisty zarost na twarzy mężczyzny. Broń cichutko zaskrzypiała.
Awar obiema dłońmi chwycił zakrzywioną szablę.
– Wiem, coś ty za jeden – warknął łamanym językiem Słowian. – Podstępny szczur, który zabija od tyłu. Czemu nie wypróbujesz tego żelastwa, które wisi przy twoim boku?
Strzelec nawet się nie poruszył. Przez chwilę zdawało się, że się waha, chociaż strzała wymierzona w serce rabusia nie drgnęła. Duga zwaliła z siebie trupa, rzuciła się na ziemię, chwyciła Wyszka i uspokajała go w ramionach.
Łucznik nie spuszczał wzroku z wroga. Spod włosów na czole Awara wypłynęła kropla potu. W świetle ogniska błysnęła jak kawałek bursztynu.
– No tak – odezwał się znów Awar, choć tym razem nie miał w głosie tej samej pewności siebie. – Posrałeś się już w gacie? Walcz ze mną jak mężczyzna!
Przybysz nagle przymrużył oczy.
– Nie przychodzi mi na myśl ani jeden powód, dla którego miałbym z tobą walczyć – powiedział i uwolnił kciuk.
Cięciwa zadźwięczała.


* * *



Ożeg usłyszał skowyt i łoskot upadającego ciała. Zakradł się pod drzwi i ostrożnie zajrzał do środka.
Duga siedziała na podłodze przy łóżku. Twarz odwracała do ściany. Jedną ręką zasłaniała Wyszka, drugą przyciskała Miłkę. Ze wszystkich sił starała się odciągnąć uwagę dziewczynki od widoku tego, co
znajdowało się w pomieszczeniu.
O krok od paleniska leżał Awar ze strzałą w brzuchu. Paznokcie wpijał w ziemię, a piętami szorował po udeptanej glinie. Nieznajomy nachylił się nad nim, chwycił za nogę i wlokąc wroga niczym złowione zwierzę, energicznym krokiem ruszył w kierunku wyjścia.
Ożeg szybko zszedł mu z drogi. Ranny skowyczał jak zbity pies, na polepie pozostawiał krwawą smugę. Łucznik wywlókł go na dziedziniec i rzucił się na ofiarę niczym ogrom ny ścierwojad, który chce rozpocząć ucztę, mimo że ofiara jeszcze żyje.
– Ze strzałą we flakach możesz tu zdychać aż do rana, łajdaku. Powiedz mi, gdzie znajdę Burguta, bo chętnie bym go wypatroszył.
W powietrzu roznosił się smród odchodów, wydobywający się z rozszarpanych wnętrzności.
– Dobij mnie... – charczał Awar.
– Gdzie są Krwawe Psy? – Czarnowłosy nachylił się nad głową wroga. – Wiem, że należycie do ich bandy. Podążaliście na północny wschód, żeby dołączyć do reszty. Prawda? Gdzie się ukrywają?
Z kącików ust Awara wyciekała ślina wymieszana z krwią i sokami żołądkowymi.
– Mów! – potrząsnął nim ob cy.
– Kirt... – Na wargach rannego pojawiła się piana.
– Kirt? Co to znaczy?
– Świątynia... Warownia...
– Gdzie? Słyszysz?
Awar chciał opluć mężczyznę, ale ślina tylko spłynęła po jego policzku.
– Nigdy go nie znajdziesz... Jedynie wybrańcy...
Nieznajomy chwycił w dłoń strzałę sterczącą z brzucha Awara. Powoli ją przekręcił. Ożeg się zatrząsł, jak gdyby sam był tym, którego wnętrzności nawijane są na żelazny grot. Ranny wył z bólu, a na jego twarzy pot mieszał się ze łzami.
– Jak tam trafię? – warknął ciemnowłosy. – Mów, bo przysięgam na Peruna, że ten ból – jeszcze raz przekręcił strzałę – jest niczym w porównaniu z tym, który dopiero mogę ci sprawić. Powiedz, gdzie leży to miejsce, a ja dam ci szybką śmierć.
Awar trząsł się jak na mrozie, toczył z ust pianę, a do jego spodni przyklejony był mokry flak.
– Nie znam drogi... – wydusił. – Tylko jeden z nas... Już nie żyje... On wiedział... Te raz jest martwy... – Awar spróbował się zaśmiać, ale w efekcie targnął nim atak kaszlu.
Łucznik zaklął, mocno przekręcił strzałę w ranie i wbił jej grot w klatkę piersiową. Ranny ucichł, jego głowa opadła, z ust wypłynęła czerwona piana.
Czarnowłosy puścił strzałę i wyciągnął sztylet. Długie ostrze bez trudności przecięło gardło konającego. Nogi Awara zatrzęsły się w ostatnim odruchu agonii. Obcy z obojętną twarzą rozgrzebywał ranę – kroił szyję jak bochenek chleba tak długo, aż ostrze zazgrzytało na kręgosłupie. Ożeg szybko się odwrócił. Zasłonił ręką usta, ale kiedy usłyszał chrzęst łamanych kręgów szyjnych, jego nerwy i żołądek nie wytrzymały. Szybko odbiegł na stronę.
Jeszcze klęczał i drżącymi rękami ocierał resztki wymiocin z wąsów, kiedy na jego plecach spoczęła zakrwawiona dłoń. Zlękniony, odwrócił się i opadł na ziemię.
– Teraz nadstaw uszu i dobrze zapamiętaj każde słowo. – Nieznajomy nachylił się nad nim. – Głowy zabieram ze sobą. Ciała bez nich nie są aż tak niebezpieczne, ale tak czy inaczej, głęboko je zakop. W każde wbij dębowy kołek. Prosto w serce. Rzemieniem ze świeżej skóry zwiąż trupom ręce na plecach i odrąb im stopy. Dla pewności każde ciało obciąż ciężkim głazem. Zrozumiałeś?
Ożeg niepewnie przytaknął.
– Mógłbym... mógłbym ich spalić...
Jeździec ciemności zaprzeczył ruchem głowy.
– Nie rób tego. Ogień może szybciej uwolnić drzemiącą w ich ciałach złą siłę. Chcesz, żeby ich duchy błąkały się po okolicznych lasach? No to sam widzisz. Miejsce martwych jest w ziemi, muszą rozłożyć się w głębokim grobie.
Z chaty dał się słyszeć hałas. Strzała, która przebiła głowę jednego z Awarów i przytwierdziła go do ściany, złamała się. Trup opadł na łóż ko. Duga wrzasnęła. Dzieci znów zaczęły płakać.



Rozdział drugi

Za kawałek srebra



Sześć obciętych głów podskakiwało w rytm końskiego chodu i obijało się o nogi jeźdźca. Cienkie rzemienie, którymi przywiązane były do łęku siodła, przechodziły przez usta i dziury pod brodami, więc każdy ruch konia powodował rozwieranie się trupich szczęk. Wyglądało to, jakby grupa niemych próbowała śpiewać.
Za wronim ogierem posłusznie kroczyło pół tuzina koni. Mężczyzna do siadający karosza delikatnie garbił się w siodle. Zwiesił głowę, a twarz zasłonił kapturem. Zdawało się, że drzemał, ale kiedy rumak zarżał, jeździec z ożywieniem rozejrzał się i wyprostował.
W oddali pojawiły się zabudowania.
Niewielka osada zbudowana została wokół gospody – solidnej, drewnianej budowli z rzeźbionymi okiennicami. Wysoki, słomiany dach wyraźnie z jednej strony prześwitywał; słupy, które go podpierały, były ociosane na kształt sylwetek ludzi i demonów, w większości z kilkoma twarzami. Rogi domu zdobiły bycze czaszki, co oznaczało, że fundamenty zostały poświęcone krwawą ofiarą. Zapewniała ona karczmie ochronę samego Peruna i skutecznie odstraszała mieszkające w lasach biesy.
Za gospodą znajdowało się zadaszenie dla koni. Przed nim, na pieńku, siedział znudzony parobek ubrany w grubą, płócienną sukmanę. Mógł mieć najwyżej szesnaście lat. Jednym zębem drewnianych wideł, które oparł sobie o ramię, rozgrzebywał błoto. Kiedy usłyszał odgłos kopyt, z ociąganiem podniósł głowę. Kiedy tylko spostrzegł ekwipunek przy siodle nieznajomego, skoczył jak rażony piorunem. Widły chlupnęły w błoto.
– Co... co... – wyjąkał. Zdało mu się, jakby zawieszone na rzemieniach głowy gapiły się właśnie na niego. Cofnął się z przestrachem, zahaczył o pieniek i plecami uderzył w słup podtrzymujący dach.
– Eee... Czym mogę ci służyć, łaskawy panie? – w końcu wydusił z siebie.
Jeździec nosił miecz, co oznaczało, że nie jest byle tułaczem. W tych stronach najczęściej używaną bronią były topór, włócznia, łuk i strzały. Kto posiadał miecz, tego należało traktować z honorami.
Delikatne pociągnięcie za uzdę zatrzymało ogiera, a pozostałe konie posłusznie stanęły za nim.
– Spróbuj zgadnąć – dobiegł głos spod kaptura.
Parobek wysilił się na uśmiech.
– Wybacz, łaskawy panie. Zaraz zaprowadzę twoje konie do stajni i rozsiodłam. Wszystkie dokładnie wytrę, napoję i nakarmię.
Mężczyzna zsiadł z wierzchowca i poklepał go po szyi.
– Przede wszystkim, zadbaj o czarnego. Daj mu dużo owsa i siana. Świeżego, żadnych spleśniałych, zeszłorocznych resztek. Nie musisz go rozsiodływać, długo tu nie zabawię.
Wydawało się, że młodzieniec wreszcie odzyskał trochę pewności siebie.
– Jak każesz, łaskawy panie. Jestem Gogo. Witamy „U Księżniczki Dragoluby”.
– Hmmm. – Spod kaptura wyzierał nieprzenikniony mrok. – Z nazwy wnoszę, że gospoda jest w posiadaniu gnoma.
– Dokładnie tak, łaskawy panie. Czcigodnego Zdrawko Mileticia! – Parobek wypiął pierś jak stroszący się kogut, widocznie istniał powód, dla którego mógł być dumny, że służy u wspomnianego.
– A ten Zdrawko jest bogaty?
– Bogaty? – Gogo rozejrzał się wkoło i zniżył głos. – To nie wystarczające określenie, łaskawco. Chcesz z nim może dobić targu?
– Tak jakby. – Wprawdzie twarz jeźdźca nadal pozostawała niewidoczna, ale Gogo był pewien, że tym razem pojawił się na niej uśmiech.
– Oferujesz szczególny towar, łaskawy panie – chłopak ośmielił się stwierdzić to, gdy nieznajomy zdjął z siodła pęczek głów. – Ile za to?
Mężczyzna zwrócił się w jego stronę. Gogo natychmiast pożałował swojej odwagi, cofnął się o krok i wyraźnie pobladł. Kiedy jednak nieznajomy rozwarł pięść, na jego dłoni zamigotała srebrna moneta. Wybity był na niej wspaniały, otoczony wieńcem laurowym profil króla Karola Wielkiego, pogromcy niezwyciężonych Awarów.
– Zysk nie jest aż tak istotny, przyjacielu. Ważne, żeby życie sprawiało ci radość.


* * *



– Właściwie nie. – Zdrawko Miletić pokręcił przecząco głową, nienaturalnie dużą w porównaniu z resztą ciała, mającego niespełna sześć piędzi wysokości. Głowa ta ozdobiona była typowy mi dla gnoma czerwonymi włosami, upiętymi w dziwaczną fryzurę. – Nie wypłacam nagród za głowy zbójników i banitów. Ani awarskich, ani bułgarskich, ani żadnych innych.
– Przecież ten motłoch psuje ci interes okradaniem przejezdnych – stwierdził nieznajomy.
– Psuje, nawet bardzo – odparł gnom. – Ale sam przyznasz, że nie mogę płacić za każdą ściętą głowę, którą mi tu ktoś przywlecze. Zaraz zaczęliby przyłazić sami rozbójnicy. Proponowaliby głowy swoich ofiar, przysięgając, że to zabici przez nich złoczyńcy. Nic z tego nie będzie, panie. Jeśli chcesz zarobić, wytrop i zabij demona ludożercę, który grasuje w okolicy. Poprzysiągłem zapłacić za jego łeb całą srebrną grzywnę. A to – znów skierował spojrzenie na sześć zakrwawionych trofeów, rzędem ułożonym na stole – możesz wyrzucić do szamba za karczmą.
– Nie wyrzucę – spokojnie odparł nieznajomy. – Nie chcesz zapłacić, nie szkodzi. Coś jednak dla mnie uczynisz. Rozkażesz parobkowi, żeby w każdą głowę wbił dwa żelazne gwoździe, prosto w oczy. Potem trzeba je zakopać głęboko w ziemi i przycisnąć kamieniami.
Gnom na darmo usiłował rozpoznać skrytą pod kapturem twarz przybysza.
– Czemu miałbym to zrobić?
– Dlatego, że głowy nie należały do zwykłych Awarów.
– A cóż w nich było takiego szczególnego?
– To były Krwawe Psy.
Zdrawko tak wytrzeszczył oczy, że nieomal wypadły na stół. Twarz potężnego, uzbrojonego mężczyzny, który stał za jego plecami i podejrzliwie przyglądał się obcemu, nienaturalnie się wydłużyła.
– Krwawe Psy? – Zdrawko głośno przełknął ślinę.
– Słyszałeś o nich?
– Czy istnieje w ogóle ktoś, kto jeszcze nie słyszał opowieści o przeklętym wielkim kniaziu Jugurrusie i jego siepaczach?
– Prawda – przytaknął zakapturzony. – Mało kto w ostatnich latach nie zetknął się z ich gniewem...
– Jak zwie się ten ich bożek? Nie wydarzony bliźniaczy brat Tegriego, władca zaświatów...
– Kelgar.
– Kelgar, tak. Oby tak jego członki zgniły i odpadły. – Zdrawko ścisnął w dłoni mały, drewniany posążek Peruna, który wisiał na jego piersiach. – Jesteś pewien, przybyszu? Rzeczywiście słudzy Jugurrusa mieli na szyjach mroczne znaki?
Obcy wskazał wzrokiem sześć głów Krwawych Psów. Na szyjach wszystkich z nich znajdowały się zagadkowe czarne znaki. Zdrawko wytrzeszczył oczy.
– Wróćmy do mojej prośby – nieznajomy zaparł się pięściami o stół. – Być może jest ci wiadome, że Awarowie nie czczą swoich przodków w taki sposób, jak czynimy to my. Oni boją się zmarłych. Wierzą, że niektórzy z nich powstają nocą z grobów, by wypijać krew z żywych. Wiesz zapewne, skąd wzięły się te przesądy?
– Nie, ale ty z pewnością mi to powiesz.
– Ten strach jest związany z czarodziejskimi praktykami kniaziów Kelgara. Awarowie twierdzą, że kto choć raz służył mrocznemu bogu, pozostanie jego niewolnikiem na wieki. Jugurrus postarał się, aby tak właśnie było. Każdy z Krwawych Psów już jako dziecko przechodzi rytuał zaprzysiężenia Kelgarowi. Składają ofiarę z człowieka i konia, wypijają z nich krew. Na duszę naznaczone go Awara Jugurrus rzuca urok, który nawet po śmierci wojownika nakazuje powrócić jego ciału na świat i dalej wykonywać rozkazy wielkiego władcy i bożka.
Krasnolud z przerażeniem spoglądał na głowy Awarów. Leżały na blacie stołu, ustawione na równo uciętych kikutach szyi. Martwymi oczami gapiły się w pustkę. Ramiona Zdrawka wyraźnie trzęsły się pod kamizelką z koźlęcej skóry.
– Chcesz tym samym powiedzieć, że jeśli nie zakopiemy tych głów, jak radzisz... – nie dokończył, strach zdławił jego głos w gardle.
– Właśnie tak. Ich ciała są już zakopane w ziemi, daleko stąd. Same głowy nie są już niebezpieczne, ale nie jest przyjemne, kiedy zaczynają zgrzytać zębami i piskliwymi głosami domagać się ludzkiej krwi...
– Zajmiemy się nimi! – krzyknął Zdrawko. – Dokładnie, jak rozkazałeś!
– To dobrze. – Nieznajomy wstał. – W podzięce wyznaczę dobrą cenę za konie.
– Jakie konie?
– Awarskie. Pół tuzina wspaniałych rumaków z naddunajskich równin. Dobry zakup.
– Nie są zauroczone?
– Nie, zaręczam. Nie piją krwi i nie gryzą ludzkich gnatów. Jestem z nimi w drodze już od kilku dni i nie miałem żadnych problemów.
Miletić z wolna przytaknął, a w jego przestraszonych oczach błysnęły iskierki, typowe dla kupca, który zwietrzył dobry interes.
– Co powiesz na jedną grzywnę za trzy konie? – rzucił.
– Złotą grzywnę?
– Srebrną. Z dobrego srebra. Grzywna gruba na kciuk.
– Kciuk kciukowi nie równy.
– Spójrz na Żdana. – Zdrawko wskazał na strażnika. – Widzisz jego łapy, jego paluchy? Takie są te grzywny.
– I tak nie oddam trzech koni za jedną sztabkę grzywnową. Nie przyprowadziłem padlin od pługa oderwanych. Awarowie to nie parszywe robactwo, więc w chowie koni mało kto im dorówna. Grzywna za sztukę.
– Ha, ha! Nie najadłeś się czasem w lesie dzikich grzybów? Pół grzywny za sztukę. Więcej nie dam.
– Dwie grzywny za trzy konie, w innym razie zabieram je i sprzedam gdzie indziej. I nie próbuj mi wmówić, że musisz wyżywić rodzinę.
Skrzat podrapał się po bujnej, rdzawej czuprynie. Na chwilę spochmurniał, potem jednak uśmiechnął się przyjaźnie.
– Zatem trzy i pół sztabki za wszystkie i do tego hojna gościna na mój koszt. To jest moje ostatnie słowo. Bierzesz?
Nieznajomy rozważał propozycję w milczeniu. Wreszcie głośno westchnął.
– Nie ma nic lepszego nad słynną słowiańską gościnność. Stoi.
Zdrawko spokojnie przytaknął i wskazał wolne miejsce za stołem.
– Usiądź, łowco złoczyńców. Wypijmy za dobry targ. Żdan – zwrócił się do strażnika, wskazując głowy – sprzątnij to świństwo. I powiedz Gogo, żeby poszedł do lasu wykopać dół.
Mężczyzna z obrzydzeniem chwycił rzemienie, do których przywiązane były głowy, i z pośpiechem opuścił pomieszczenie.
– Tak, dobrodzieju – Zdrawko odwrócił się do gościa – powiesz mi w końcu, jak masz na imię?
Mężczyzna usiadł i ściągnął kaptur.
– Rogan.
Gospodarz przechylił głowę, jakby usłyszał wołanie z oddali.
– Rogan? – Przyglądał się ciemnookiemu mężczyźnie. – Chyba nie Czarny Rogan, przyboczny Wojnomira, wcześniej członek drużyny Radomira z Nitrawy...
– W istocie, to mógłbym być ja.
– Bogowie! Wędrowcy opowiadali, że ubiłeś więcej tych nikczemników niż jakikolwiek inny strzelec walczący z Awarami.
Rogan uśmiechnął się z przekąsem.
– Sam ich nie liczyłem, więc skąd inni mieliby to wiedzieć?
Zdrawko zachichotał i uniósł rzeźbiony, drewniany kufel.
– Twoje zdrowie, Czarny.
Rogan wziął od usługującej dziewczyny róg z mocnym, jęczmiennym piwem.
– Twoje, Miletić!
Chociaż Zdrawko był drobnej budowy i sprawiał wrażenie wątłego, to jego współbiesiadnik nie był w stanie dorównać mu w piciu. Krasnal kilkoma dużymi łykami opróżnił kufel, potężnie beknął i skinął na dziewczynę, żeby dolała.
– Być może nic mi do tego – kontynuował – ale co sprowadziło w te odległe, północne strony wojownika o tak wielkiej sławie i pozycji?
Rogan otarł wąsy wierzchem dłoni.
– Moja sława nie jest nic warta, a i dobrą pozycję człowiek szybciej straci, niż ją zyskał. Szczęście to kapryśna kochanka.
– Kapryśna kochanka? – parsknął Zdrawko. – Nie wierna ladacznica, jeśli z książęcego pomocnika czyni włóczęgę, który żyje z zabijania banitów. Nie wzbogaciłeś się ani trochę? Podobno grody, które zdobywałeś, opływały w bogactwa.
– To prawda. Jednak nie łatwo było do stać swoją część łupów. Dopóki Wojnomir, Włościbór i pozostali książęta przelewali krew w interesie Franków, Karolowi nie przeszkadzało, że jego sprzymierzeńcy wzywają innych bogów. Kiedy jednak przyszło do podziału awarskiego złota i włości, prawo do nich mieli jedynie ci, którzy pokłonili się przed krzyżem.
– Chrześcijaństwo! – Zdrawko szybko chwycił i pocałował amulet. – Wiara słabeuszy i pomylonych. Słyszałem, że nawet sam Wojnomir uległ tej kłamliwej religii.
– Musiał, aby dostać urodzajne ziemie Panonii między Dunajem a Jeziorem Błotnym. Na rozkaz Karola zniszczył wszystkie stare świątynie. Posągi Peruna, Welesa, Radogosta i pozostałych bogów nakazał roztrzaskać i wrzucić do Dunaju...
– Niech zstąpi gniew bogów na głowę tego zaprzańca! – gniewnie wykrzyknął Zdrawko.
– Cóż poradzić. Polityka.
– Poli... co?
– Eee, nic. Takie dziwaczne słowo. Frankowie nieustannie go używają. Tak naprawdę chodzi o grę. Jeden władca przed drugim stale coś udaje, a w końcu czyni zupełnie inaczej. Wojnomir także. Zachowuje się jak wierny chrześcijanin, żeby Frankowie dali mu spokój, a w rzeczywistości nadal składa ofiary starym bogom.
– Obyś miał rację.
– To jednak, co jest dozwolone wielmożom, nie dotyczy zwykłych wojowników. Ci, którzy nie odrzucili wiary ojców, popadli w niełaskę i natychmiast zostali odsunięci z książęcej służby. Wyruszyliśmy na wschód i przyłączyliśmy się do Bułgarów. Chan Krum poprzysiągł, że prędzej zginie, niż da się ochrzcić. Dwa lata walczyłem pod jego dowództwem, byłem świadkiem klęski Awarów nad Cisą, ale i tam szczególnie się nie wzbogaciłem.
– A cóż cię przygnało tu, na północ?
– Łowy.
Gnom zaśmiał się, rozbawiony.
– Rozumiem. Dobry teren sobie obrałeś. Wędrówka drogą w kierunku Hronu stwarza wiele okazji do użycia miecza i łuku. Tak cię słucham i słucham… Hm… Nie chciałbyś dłużej u mnie zabawić, Czarny? Zawsze opłaci się mieć człowieka, na którego widok ta hołota sra w gacie.
Rogan pokręcił głową.
– Nie mogę zostać. Tropię wielki skarb. Tych sześciu podążało na północny wschód, żeby dołączyć do liczniejszej grupy.
– Więcej Krwawych Psów? – Krasnal pomacał amulet. – Niech nas bogowie ochronią.
– Prawda, bo zostawia ją po sobie tylko pogorzeliska i sponiewierane trupy. Przewodzi im Burgut...
– Burgut? – zapytał Żdan, który właśnie wszedł do szynku. – Słyszałem o nim. Okrutny morderca.
– Okrutny? – skrzywił się Rogan. – Najokrutniejszy ze wszystkich. Przywódca Krwawych Psów, prawa ręka Jugurrusa, przeklęty sukinsyn. Widziałem, jak tuzinami wyżynał Słowian i Bułgarów.
– Nad Cisą? – zapytał Zdrawko.
– Nad Cisą. Wiosną oblegliśmy Vukmar, ring* kapkana** Sagutaja, ostatnią twierdzę zdychającego państwa Awarów. Przez prawie cały miesiąc bezskutecznie nacieraliśmy na wały obronne tego gniazda węży. Awarów chroniły mroczne czary wielkiego kapłana Jugurrusa. W końcu jednak słowiańscy i bułgarscy wróżbici oraz zaklinacze połączyli swoje siły. W czarodziejskim pojedynku upiekli wielkiego kniazia na skwarkę. Od tej chwili los ringu był przesądzony. Burgut o tym wiedział, więc szybko zgromadził Krwawe Psy, przedarł się przez bramę grodu i wyrwał się z oblężenia. Zebrał jakieś trzy tuziny Psów, ale po drodze dołączyli do nich inni uciekinierzy. Przedostali się aż nad Dunaj i dalej, wzdłuż Hronu, podążyli na północ.
– Nie strasz. Jesteśmy rzut kamieniem od Hronu. Musieli minąć nas o włos. Nie domyślasz się, dokąd zmierzają?
– Słyszeliście o miejscu zwanym Kirt?
Zdrawko przecząco pokręcił głową i pytającym wzrokiem spojrzał na Żdana. Ale i ten nic nie wiedział.
– Jest to, zdaje się, świątynia – dodał Rogan. – Bez wątpienia poświęcona Kelgarowi. Tych sześciu także się tam kierowało. Coś mi mówi, że awarscy uciekinierzy będą się tam zlatywać jak muchy do padliny.
Zdrawko i Żdan posępnie wpatrywali się w swoje kufle.
– To są ciemne sprawy – wyszeptał czarnowłosy mężczyzna. – Awarowie są jak szarańcza. Kiedy spustoszą dorzecze Hronu...
Nie dokończył. Na zewnątrz rozległ się krzyk – bolesny i gniewny zarazem. Sprzed drzwi dobiegł odgłos stóp biegnącego człowieka. Drzwi otworzyły się z hukiem. Do karczmy, zataczając się, wpadł młodzieniec. Rogan od razu rozpoznał w nim Goga, parobka ze stajni.Był cały zakrwawiony.


* * *



Nim ranny dotarł do stołu, ugięły się pod nim kolana i upadł na drewnianą podłogę. Żdan i Zdrawko zerwali się i podbiegli do niego.
– Przyprowadź kapłana! Niech weźmie zioła gojące rany! – Żdan wrzasnął na usługującą dziewczynę. – Gogo, co się stało?
Wojownik pomógł chłopakowi podźwignąć się i usiąść na najbliższej ławie. Młodzieniec miał szkaradnie rozszarpane lewe ramię, a na szyi widać było czerwone ślady ostrych zębów. Na szczęście nie zahaczyły o tętnicę, ale mimo to rana i tak wydatnie krwawiła. Goście szynku z rozdziawiony mi gębami obserwowali całe zajście.
– To był on... – Gogo wycedził przez zaciśnięte z bólu zęby. – Ten przeklęty karzeł... Nagle zeskoczył na mnie z dachu stajni... Musiał go przywabić smród odciętych głów...
Żdan gniewnie wykrzykiwał:
– Mam już dość tego skurwiela! Dopadnę go! Przysięgam na bogów, że tym razem go dopadnę!
Nim zdążyli powstrzymać wojownika, zapalczywie chwycił tarczę i topór, po czym szybkim krokiem skierował się do wyjścia. Od otwartych drzwi dzieliły go ledwie trzy kroki, gdy stanął w nich gość. Żdan znieruchomiał, jakby uderzył w niewidzialną ścianę. Zlękniony, cofnął się. Rogan, który wszystko obserwował ze swojego miejsca za stołem, ze zdziwieniem uniósł brwi.
Do pomieszczenia weszła kobieta. Szczupłą, niezwykle wysoką sylwetkę okrywało męskie odzienie z dobrze wyprawionej skóry i doskonałego sukna. Błysnęły pięknie wykonane klamry oraz okucia z brązu. Srebrna zapinka spinała odrzucony na plecy ciemny płaszcz.
Chociaż była młodsza od Rogana o ładnych parę lat – nie mogła mieć więcej niż 25 wiosen – zdawało się, że do środka wszedł ktoś o wiele starszy, pełen majestatu i godny szacunku.
Długie, złociste włosy miała splecione w wiele warkoczy. Twarz o regularnych rysach można by było uznać za piękną, gdyby nie szpeciły jej tatuaże. Nie miały żadnego określonego kształtu, przypominały sploty ciernistych gałęzi, pnących się spod ubrania, po szyi aż po usta i kąciki szarych, jakby rzucających urok, oczu. Na jej piersiach błyszczał księżyc – srebrny amulet w kształcie sierpa z zagiętymi do dołu rogami.
Dłoń w skórzanej rękawicy ściskała zakrzywiony, jednosieczny miecz. Liczne szczerby na ostrzu świadczyły o częstym używaniu.
Z miecza skapywały kropelki ciemnej cieczy.
Nieznajoma uważnym wzrokiem przyjrzała się twarzom obecnych. Następnie rzuciła na podłogę coś, na widok czego najbliżej stojący Żdan cofnął się o krok.
– Wielcy bogowie – wyrwało się z jego ust.
Wyglądało to jak ludzkie dziecko – trzyletnie, zupełnie nagie. Jego głowa była odcięta od ciała.
– Biegał u was ten karzeł – przemówiła kobieta i czubkiem miecza otworzyła trupowi usta. Wszystkim ukazały się ostre, mocne siekacze. – Nie zwykle podstępne stworzenia. Łażą po drzewach jak koty, ukrywają się w konarach i skaczą na spotkanych nieszczęśników. Rzadko podchodzą pod ludzkie osady, ale kiedy głód je przyciśnie... Najbardziej lubią serce i mózg.
Zdrawko odwrócił wzrok od szkarady i spojrzał w twarz kobiety. Nabrał głęboko powietrza, co dodało mu odwagi.
– Kogo... Kogo mam za szczyt przywitać w karczmie „U Księżniczki Dragoluby”, miłościwa pani?
– Nazywam się Mirena. Niektórzy mówią na mnie Osa.
Ciszę w izbie można było kroić na kawałki. Przez dłuższą chwilę gnom siedział z rozdziawionymi ustami.
– Znam to imię, pani. Jesteś wiedźmą. Łowczynią biesów. A miecz w twojej dłoni to z pewnością Żądło.
– Wszystko się zgadza – przytaknęła.
– Stokrotnie cię witam w moich skromnych progach. Zdradź nam, które bóstwo skierowało tu twoje kroki? Jeszcze dziś chciałbym złożyć mu hojną ofiarę. Od kilku tygodni próbowaliśmy pozbyć się tego potwora.
– Bogom ofiary nie musicie składać – odparła. – Ale jeśli wyznaczyliście nagrodę za tego karła...
– Pół grzywny – od razu rzucił Zdrawko.
– Mnie proponował całą – odezwał się Rogan.
Nieznajoma rzuciła czarnowłosemu krótkie, ale przenikliwe spojrzenie. Następnie znów spojrzała na Zdrawka. Wystarczyło, że pytająco uniosła brwi, a uśmiech gnoma zmienił się w krzywy grymas.
– Całą srebrną – skłamał bez zająknienia. – Teraz mówiłem o połowie złotej. Tyle jestem ci gotów zapłacić, pani.
– Nieważne – Mirena wzruszyła ramionami. – Do tego posiłek dla mnie i owies dla konia...
– Ma się rozumieć – Zdrawko przybrał służalczą postawę. – Co jednak zrobimy z tą padliną? Czy nie najlepiej byłoby ją spalić?
– Żartujesz? – Kobieta wyciągnęła nóż. – Jego mięsko jest bardzo delikatne i smaczne.
Nikt w gospodzie nie krył przerażenia.
– Nie znacie się na żartach? – Mirena pokręciła głową i na chyliła się nad zdobyczą. – Mięso karłów jest twarde jak podeszwa i smakuje jak zgniła ryba. Chcę tylko jego zęby. Za taki amulet niektórzy płacą majątek.
– Muszę się napić. – Zdrawko głośno przełknął ślinę i odwrócił się.
– Nalej i mnie – rozkazała kobieta.
Coś trzasnęło. Wiedźma wyprostowała się, szybkim spojrzeniem oceniła zakrwawione siekacze, z uznaniem kiwnęła głową i umieściła trofeum w woreczku zawieszonym u paska. Następnie chwyciła róg, który podała jej roztrzęsiona dziewczyna. W tym czasie wbiegł do karczmy stary kapłan, obwieszony amuletami z kości i śmierdzących ptasich wnętrzności. Szybko podszedł do rannego parobka.
Łowczyni upiła łyk z rogu i cicho chrząknęła.
– Przyłapałam karła na ogryzaniu głów. Wyglądały na awarskie.
– To są awarskie głowy – potwierdził Zdrawko. – Ale nie byle jakie. Należały do Krwawych Psów.
Mirena przeszyła go wzrokiem.
– Nie gadaj głupot. Skąd by się tu niby wzięły łby Krwawych Psów?
– Przyniósł je ten oto człowiek.
Szare oczy znów skierowały się na Rogana, który milcząco siedział w półcieniu przy końcu stołu.
– Czyżby? A któż to jest?
– Słyszałaś o Czarnym Roganie? – zapytał Zdrawko.
– Ba – wiedźma uważniej przyjrzała się wojownikowi.
– Jesteś tym słynnym pogromcą Awarów? Hm... Prawdę mówiąc, inaczej sobie ciebie wyobrażałam.
Oczy nieznajomego pozostały nieprzeniknione.
– Przykro mi, że cię rozczarowałem – wzruszył ramionami.
– Kto powiedział, że jestem rozczarowana? – odparła i podniosła róg na znak toastu.
Rogan w odpowiedzi spojrzał jej w oczy. Zdało się, że błysnęła w nich iskra zainteresowania. Po chwili jednak wojownik uniósł własny róg i utkwił wzrok w spienionym piwie.

---------------------------------------------------------
* Ring – awarski umocniony obóz wojenny. Omówienie wielu terminów związanych z Awarami znajduje się w Nocie historycznej na końcu książki (przyp. red. pol.).
** Kapkan – tytuł namiestnika wojskowego wschodniej części państwa Awarów (przyp. red. pol.).









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2012-05-12 (1000 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej