Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Pazur Łagodziciela
 
Katalog - dodano
 Wyczarowanie światła
- V.E. Schwab
 Fandom
- Anna Day
 Przebudzenie Lewiatana
- James S. A. Corey
 Przepaść
- Michelle Paver
 Spętani przeznaczeniem
- Veronica Roth
 
- skomentowano
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 Idiota skończony
- Antologia
 Plus/minus
- Olga Gromyko
 Plus/minus
- Olga Gromyko
 

''Lare-i-tae'' - Eleonora Ratkiewicz



Wilk



Wilk poruszał się forsownym kłusem, nie zwalniając kroku. Zmęczył się w ciągu minionej nocy, ale było to dobre zmęczenie – silne, intensywne, jak czuła pieśń wilczycy. Nie rwał się od niego oddech, nie dokuczały skurcze w mięśniach. Było to znużenie prężne niczym leśny mech, a mocne łapy stąpały po nim prędko i bezszelestnie. Wilk mógłby biec tak jeszcze choćby i cały dzień, lecz wcale nie musiał tego robić. Pozostawało mu jedynie zanurkować w niewidzialny dla ludzi Szary Cień i poczuć przelatujący po sierści chłód. Przemknąć po ścieżce, którą noc zasypała zielono-żółtymi łapami kasztanowych i klonowych liści. Wybiec z rozpędu na nieco przywiędłą trawę, podskoczyć, zrobić przewrót przez głowę i potoczyć się po chłodnej przedjesiennej rosie.
Cztery kroki, jakie pozostały do marmurowych stopni pałacu, Jego Wysokość Ettrejg, książę krwi ettarmskiego domu królewskiego, przebył już w ludzkiej postaci.
Ettrejg opadł na schody, tak jak przywykł. Na pewno od mokrego kamienia ciągnęło zimnem, lecz skoro Rubież jeszcze nie wypuściła Ettrejga, to nie miało znaczenia. Nie pierwszy raz siedzi na pałacowych stopniach i ani razu nie złapał nawet przeziębienia. Teraz też mu nic nie będzie.
Nie, Jego Wysokości nie było zimno. Owszem, miał zawroty głowy – niezbyt silne, za to dokuczliwe. Po przemianie to normalne. Najlepiej było po prostu przeczekać, aż odpuszczą ostatecznie. Czy może raczej aż on odpuści sam sobie. Zejście z Rubieży to kwestia chwili... lecz on zawsze zwleka, zawsze. Czy to stając się wilkiem, czy człowiekiem, zawsze się ociąga, opuszczając jeden świat dla drugiego. Rubież jest męcząca, jak pierwsza miłość niezgrabnego wyrostka, i tak samo jak nieodwzajemniona miłość, obdarza po stokroć. Na Rubieży cały świat jest przezroczysty i jasny, niczym jesienne wody, a zrozumienie nie wymaga wysiłku. To miejsce nadwzroku, niczym niezamąconej intuicji, nieomylnego natchnienia. Właśnie na Rubieży, gdzie styka się świat Człowieka i świat Wilka, pojmiesz je z klarowną ostrością... i nie tylko. Być może są wilkołaki, którym do szczęścia wystarczy jedynie bieganie po lasach w zwierzęcej skórze – lecz Ettrejg nawet ponad tę niewątpliwą przyjemność zawsze przekładał morderczą radość Rubieży.
Bycie wilkiem to wyjątkowe szczęście. Nie mniejsze niż bycie człowiekiem. A dzisiejsza noc dla białego wilka była doskonała. Śpiewał i słuchał pieśni w odpowiedzi. Wilki Ettarmu dotrzymywały starodawnej umowy. Ettrejg śpiewał, a one śpiewały wraz z nim. Ta pieśń wciąż jeszcze kipiała w jego żyłach, wciąż ją słyszał. Jej dźwięki nie umilkną, nim nie zamkną się do końca Wilcze Wrota, które w zwierzęcej postaci zwie Szarym Cieniem. Ciekawe, który z nich ma więcej racji – wilk czy człowiek? A może żaden?
W każdym domu, w każdej ścianie są Wilcze Wrota, Szary Cień, niedostrzegany ani przez wilka, ani przez człowieka – ale każdy zwierzołak (i tylko on) może je przekroczyć bez przeszkód. Niebawem Szary Cień w murze otaczającym pałacowy park zamieni się w skrzypiącą furtkę, której nie widzi żaden strażnik. W momencie, gdy Ettrejg wyjdzie z Rubieży, furtka zamknie się aż do następnego razu, a wtedy on podniesie się z nagle lodowatych stopni i wejdzie do pałacu.
Tak, to była dobra noc. Po takiej nocy nawet spać nie trzeba – sił starczy co najmniej na dobę. Gdyby Ettrejg nie miewał przynajmniej czasami takich nocy, chyba by nie wytrzymał. Ludzkie siły mają swoje granice, a Ettrejg już dawno zostawił je za sobą.
Szary Cień jak gdyby zmaterializował się... właściwie nie „jak gdyby”, bo furteczka zaczęła nawet trochę poskrzypywać na porannym wietrze. Zresztą Ettrejg mógłby zauważyć zmianę, nie patrząc i nie słuchając. Całym ciałem odczuwał, jak Rubież powolutku go opuszcza, jak sprężyste zmęczenie wilczego biegu zmienia się w zwyczajne ludzkie znużenie, paskudne i zastarzałe, jak odciski, znużenie tak dawne, że odegnać go nie jest w stanie nawet przemiana – najwyżej przyciszyć na pewien czas. Jakże on jest wyczerpany... o, na Cień i Wrota, jakże jest zmęczony!
Ettrejg powoli uniósł rękę do czoła i odgarnął włosy. Dobrze, że w jasnej czuprynie siwizna jest ledwo widoczna. Posiwiał mocno, choć ledwo zaczął trzecią dekadę. Dopiero za trzy miesiące skończy dwadzieścia jeden lat, a taki jest zmęczony...
No dobrze, starczy tych jęków. Znużenie, siwizna, wszystko jedno – to była dobra noc. Nie ma na co narzekać. Miał prawo skamleć wcześniej, rok temu, kiedy nie mógł sobie pozwolić nie tylko na takie noce, ale nawet na normalny sen. Rok wcześniej... zanim pojawiła się Talle.
„Talle... – myślał Ettrejg, wspierając podbródek na pięściach i patrząc na zamarły w oczekiwaniu jesieni park. – Talle... ty zwariowana Sulanko. Naprawdę jesteś wariatką, a ja jestem ci winien wdzięczność po grób. I za mój sen, przynajmniej czasem spokojny, i za te noce wypełnione śpiewem, i za Rubież... za całe to szczęście, jakie podarowałaś nieszczęsnemu królowi. Jestem twoim dłużnikiem, Talle. Ja, król i cały Ettarm”.
Ettrejg nawet w myślach zawsze nazywał Trejgarta po imieniu lub królem. Nigdy stryjkiem, choć był jego bratankiem. Zbyt okrutne jest przypominać człowiekowi o tym, że nigdy nie będzie miał dzieci. Nie będzie ich miał, gdyż sam tak zdecydował. I miał słuszność, niewątpliwie. Jednak jest to aż nazbyt bolesne... Następca tronu z bocznej linii rodu, książę krwi Ettrejg, syn młodszego brata królewskiego, nigdy nie nazywał króla Trejgarta stryjem. Nawet w myślach, jakby Trejgart mógł je usłyszeć.
Zresztą, kto tam wie, co może, a czego nie może przemieniec, dla którego Wilcze Wrota, choć widoczne, to jednak są zamknięte?
Półtora wieku temu niemalże imiennik Ettrejga, Ittrejg Odstępca, zdradził swój Dar i swój lud. Podobne sprawki zwyczajny człowiek przypłaca zaledwie wyrzutami sumienia, jeżeli w ogóle jakieś ma, lecz wilkołak królewskiej krwi płaci za nie o wiele drożej. Wilk Ettarmu osobiście przybył do króla zdrajcy i... nie, nie odebrał mu Daru całkowicie – zapieczętował go. Dar, jak i przedtem, płynął w żyłach królów Ettarmu – i skręcał się, zakorkowując żyły krwawą krostą, pienił się szaleństwem w mózgu, wyginał ciała w atakach padaczki, pożerał powodzenie i szczęście. Młodsi synowie, dzieci bocznej linii byli wolni od przekleństwa, lecz żaden następca tronu, ani będąc jeszcze księciem, ani potem, już zostawszy królem, nie mógł wejść w Wilcze Wrota. Żaden z nich nie był szczęśliwy, ani nawet nie miał fartu... Wilk sam chyba dbał o Ettarm, odebrawszy to prawo królom razem z Darem – inaczej nie da się wytłumaczyć faktu, że przez półtorej setki lat wszystko dokoła się nie rozleciało, skoro na tronie zasiadali kalecy, niefartowni królowie, z których żaden nie mógł się pochwalić długim żywotem.
O tak, próbowano walczyć z tym przekleństwem. Kiedy po Ittrejgu koronę włożył jego najstarszy syn i stało się jasne, że on również nie jest wolny od klątwy (zresztą zasłużenie) – nowy król wezwał na dwór magów wszelkiej maści. Jedni wzruszali ramionami, inni milczeli. I tylko najmłodszy i najbardziej arogancki z nich raczył otworzyć usta. Oświadczył, że zdjęcie przekleństwa nie jest proste. Nie proste, a jednak bardzo łatwe. Uczynić trzeba zaledwie drobiazg, istne głupstwo – lecz nie po to, by zdjąć przekleństwo, a z czystego serca, z dobrej woli, inaczej nic z tego nie wyjdzie. Dlatego on, mag, nie śmie nawet napomknąć, na czym właśnie polega ów czyn, żeby przez jego zbyt długi język przekleństwo Wilka Ettarmu nie stało się wieczne. Po czym się oddalił, zdążywszy się uchylić przed ciężką wazą, którą cisnął w niego król.
Właśnie dlatego Trejgart się nie ożenił i nie miał dzieci. „Przeklęta krew zakończy się na mnie” – oświadczył. Dzieci nie zasłużyły, by urodzić się z klątwą. A Ettarm tym bardziej nie zasłużył na przeklętych władców. Następnym królem Ettarmu zostanie bratanek aktualnego monarchy. Wilkołak wolny od przekleństwa.
Dlaczego, dlaczego...?! Jeśli szukać na świecie człowieka we wszystkim niepodobnego do Ittrejga, jest nim właśnie Trejgart – a więc za co?! Czyżby klątwa była aż tak ślepa? Przecież powinno istnieć jakieś wyjście! Za każdym razem, kiedy przebywał na Rubieży, Ettrejg go szukał i zdarzało się, że znajdował, lecz zawsze ta wiedza go opuszczała, ledwo tylko wracał do człowieczego świata, rozpływała się jak mgła, ukrywała na powrót w Szarym Cieniu. Pozostawało tylko mętne wspomnienie, że istnieje jakiś sposób – pamięć przeciwstawiająca się rozpaczy. Tylko to niosło ulgę i pocieszenie, aż do chwili, kiedy pojawiła się Talle.
Klątwa jednak nie była całkiem ślepa. Trejgartowi we wszystkich przedsięwzięciach wiodło się o wiele lepiej niż jego poprzednikom. A Talle była najlepszym tego dowodem. Nieoczekiwanym, absolutnie szalonym szczęściem. Naprawdę szalonym. Bardziej szalone stworzenie od Talle naprawdę trudno znaleźć.
Pewien ettarmski najemnik, który osiadł w Sulanie, zaszedł z czasem aż do stanowiska dowódcy straży królewskiej. Niedługo potem zginął na posterunku, osłoniwszy własną piersią Sejgdena, wówczas jeszcze księcia, przed nożem szalonego zamachowca. Książę przysiągł umierającemu najemnikowi zadbać o jego jedyną małoletnią córkę. I zadbał. Dziewczynka chciała iść w ślady ojca, więc Sejgden dał jej taką możliwość. Co prawda, prześcignąć swojego króla w starciu na miecze nie mogła, chociaż Sejgden trenował ją osobiście. Jednak być drugą klingą Sulanu, ustępując jedynie samemu Sejgdenowi, to też całkiem nieźle. Za to swojego ojca Talle prześcignęła we wszystkim – a potem, jak każe rodzinna tradycja, udała się szukać miejsca do podjęcia służby. Błogosławiony bądź Wielki Wilku, kiedy skierowałeś kroki dziewczyny do ojczyzny jej ojca, do Ettarmu!
Trejgart zawsze uważnie się obserwował i zamykał w swoich apartamentach przy najmniejszej oznace nadciągających konwulsji. Jednakże czasem atak następował tak nagle, że nie nadążał nic zrobić. Pochwycić Trejgarta zawczasu w chwili ataku udawało się tylko Ettrejgowi. Przez długie lata królewski bratanek nie zaznał ani twardego snu nocą, ani odpoczynku za dnia – wystarczy, by się zagapił, przeoczył, i któż wie ile żywotów zgasi szaleństwo króla w ciągu jednej jedynej minuty? Zakryć usta dłonią, pochwycić w objęcia jak w kleszcze – te ruchy były dla Ettrejga naturalne jak oddychanie. Ale na tamtym pamiętnym posiedzeniu rady Talle znalazła się przy królu szybciej, niż Ettrejg.
Atak zaczął się błyskawicznie. Ettrejg zdążył tylko rzucić się w stronę króla, zmiatając wszystko na swej drodze, lecz Talle już cisnęła Trejgarta na stół i przydusiła całym swoim ciężarem. Wrzasnęła jeszcze: „Won stąd, durnie!” Dworzanom, i bez tego przyzwyczajonym do ucieczki przy pierwszych oznakach ataku, nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Jedynie Ettrejg zatrzymał się na moment w progu i zobaczył, jak usta Talle delikatnie i stanowczo zarazem nakrywają wykrzywione paroksyzmem wargi króla. Ettrejg zamknął za sobą drzwi, odetchnął z ulgą i zasnął wprost na posadzce u wejścia do sali narad. Nie spał wtedy już trzecią dobę, w każdej chwili wyczekując ataku, a i tak został zaskoczony.
W ciągu ostatniego roku ataki konwulsji zdarzały się Trejgartowi niezbyt często, ale za to były silniejsze.
O, Talle, jestem twoim dłużnikiem na tym i na tamtym świecie. Za tę miłość, którą tak szczodrze darujesz ettarmskiemu królowi... Za gorzką miłość, gdyż z jej powodu zrezygnowałaś z macierzyństwa. Za twoje silne ręce, raz po raz odciągające Trejgarta od granicy, za którą nie ma nic, prócz szaleństwa. Za to, że umiesz kochać i walczyć, nie żądając w zamian ani szczęścia, ani zwycięstwa. I mam też dług u sulańskiego lisa Sejgdena – za to, że pomógł ci się stać taką, jaka jesteś. Ettarmskie wilki zawsze płacą swoje długi. Ta część mojego życia, która nie należy do mego udręczonego króla, jest wasza.
Furtka skrzypnęła po raz ostatni i zamknęła się. Od stopni pociągnęło przenikliwym kamiennym chłodem. Ettrejg jeszcze raz odrzucił włosy z czoła i wstał. Nie warto kazać na siebie czekać. Za minutę, dwie i tak go zawołają. Ettrejg wie to na pewno. Wie też, po co go zawołają i co mu powiedzą. Jak mógłby nie wiedzieć, skoro śpiewał dzisiaj razem z wilkami?
Trejgart istotnie czekał na bratanka. Jeszcze nie wyszedł z sypialni, lecz był już ubrany prawie całkowicie – tylko szary jedwabny majlet, naszywany malusieńkimi kryształkami, wciąż poniewierał się na łóżku. Za to Talle nie zmieniła lamowanej białym lisim futrem nocnej koszuli na strój paradny. W miękkiej, nie krępującej ruchów szacie znacznie wygodniej jest masować ramiona ukochanego. Ettrejg po raz nie wiadomo już który pomyślał, jak bardzo tych dwoje do siebie pasuje. Nie potrafiłby sobie wyobrazić u boku Trejgarta żadnej innej kobiety, prócz Talle – wysokiej, ładnej Talle z niej nieprawdopodobnymi rękoma. Jej dłonie na pierwszy rzut oka wydawały się nieduże, lecz tak jak doświadczony muzyk dłonią może objąć na klawikordzie dwie oktawy, tak i palce Talle obejmowały znacznie więcej, niż można było przypuścić – czy to gdy ujmowała rękojeść miecza, czy też gdy, jak teraz, po prostu masowała ramiona Trejgarta. Księciu nieczęsto zdarzało się zastać króla, a tym bardziej Talle, ubranych po domowemu, zwyczajnie, i teraz nie mógł oderwać oczu od tego obrazu. Gorycz podeszła mu do gardła, kiedy przelotnie spojrzał na króla: ciało żylaste, suche i lekkie przy dość masywnym kośćcu... Idealne ciało dla wilka. Bądź przeklęte, przekleństwo!
– Czekałem na ciebie. – Według swego zwyczaju Trejgart, ledwie tylko zdążywszy odpowiedzieć na pozdrowienie bratanka, od razu przeszedł do sprawy. – Z powodu ogni sygnałowych.
– Kto zapalił? – zapytał Ettrejg, chociaż doskonale znał odpowiedź. Ale przecież nie mógł powiedzieć: „Śpiewałem dzisiaj i słyszałem śpiew, widziałem ognie, wiem czyje i co oznaczają”. Przed beznogim nikt nie przechwala się tańcem.
– No, no... – Trejgart ironicznie uniósł brew. – A o czym to śpiewałeś dzisiaj, skoro to dla ciebie nowość?
Ettrejg zalał się rumieńcem. Ależ wpadł!
– Urwis – dodał Trejgart.
Ettrejg opuścił głowę. Błagał w myśli Cień i Wrota, by spędziły rumieniec zawstydzenia z jego twarzy, lecz policzki nadal mu płonęły jak węgle. Nagle usłyszał stłumione parsknięcie! Ze zdumieniem zobaczył, że Talle ledwie powstrzymuje śmiech, a Trejgart całkiem otwarcie szczerzy zęby.
– Etti – Trejgart uśmiechnął się miękko – nie staraj się być delikatniejszy od mistrza ceremonii pogrzebowych. Przy mnie nie trzeba.
– Dobrze – wymamrotał Ettrejg.
– Tym bardziej nie czas teraz na kręcenie i zawracanie sobie głowy niepotrzebnymi uprzejmościami. – Trejgart westchnął ledwo zauważalnie. – Zbyt wiele jest do zrobienia przed wyjazdem.
Ettrejg skinął głową. Tak, jeżeli król nie zostawi mu rozporządzeń na czas swojej nieobecności, będzie musiał radzić sobie sam. Nawiasem mówiąc, poradziłby sobie i bez wskazówek – lecz skoro Trejgart uważa, że każdy jego krok powinien być rozpisany, to niech mu będzie. Kto tu jest ostatecznie królem? Bo to, że Ettrejg od czternastego roku życia faktycznie sprawuje rządy w czasie długich niedomagań króla, nic nie znaczy. Trejgart, nawet powalony cierpieniem, zawsze był obok i zawsze mógł poprawić lub nawet anulować niefortunne zarządzenie. Ani razu jednak żadnego z postanowień księcia nie anulował.
– Oczywiście szkoda, że wezwanie na Wielką Radę nie nadeszło zimą – zauważył Trejgart, wyrywając bratanka z krótkiej zadumy.
– Dlaczego? – zdziwił się Ettrejg.
– Byłbyś już wtedy pełnoletni – odparł Trejgart – i na radę pojechałbyś jako król, a nie jako królewski krewniak.
– Jako... król? – zachłysnął się Ettrejg.
Trejgart zmrużył oczy i zmierzył go długim spojrzeniem.
– Według ciebie mianowałem cię następcą tronu dla rozrywki?
– Nie... ale... – Ettrejg zaciął się ostatecznie. Naturalnie wiedział, że kiedyś odziedziczy koronę, ale zwykle spadek dziedziczy się po kimś, kto umarł. A jak niby to powiedzieć? „Stryjaszku, spodziewałem się tego zaszczytu po twojej śmierci”?
– Czy może oczekujesz, że ostatecznie wyciągnę łapy? – Trejgart przechylił głowę. – Czy aby nie za wcześnie?
– Przestań – prychnęła Talle. – Takie się ciebie poranne żarciki trzymają, że żaden następca by ich nie zrozumiał, nawet Etti.
Trejgart uśmiechnął się.
– Dobrze, umiłowana – powiedział ze skruchą, której wcale nie było w jego oczach. – Choć zawsze uważałem, że król powinien rozumieć wszystkie kpiny, nawet najbardziej podejrzane.
– Kiedy zostanie królem, będzie rozumiał – orzekła Talle. – A teraz nie ma nastroju na kpinki. Z dnia na dzień musi wyjeżdżać!
Do tej pory za najważniejszy element tej zwalającej z nóg wieści Ettrejg uważał słowa „jako król” i dopiero teraz uświadomił sobie, że fraza zawierała też słowo „pojechał”.
– To znaczy... to ja pojadę? – wyszeptał stropiony.
– Oczywiście. – Król wstał i ręce Talle zsunęły się z jego barków. – Im wcześniej zaczniesz się przyzwyczajać do swoich obowiązków, tym lepiej. Umiesz już prawie wszystko... a ten wyjazd uzupełni te niewielkie braki, jakie jeszcze masz. Etti, we dwóch jechać nie możemy, ktoś powinien tutaj zostać. Jechać bez ciebie? Przecież Talle na radę królów zabrać nie mogę, a co będzie, jeśli mnie tam dopadnie atak?
Bądź przeklęte, przekleństwo...
– Nie spuszczaj nosa na kwintę, wilczku – uśmiechnął się Trejgart. – Czas przywyknąć. Za parę miesięcy to wszystko będzie twoje.
– Przyzwyczaję się – obiecał Ettrejg z groźbą w głosie. – Ja przecież nie korony się boję.
– Tak? – zainteresował się król. – A czego?
– A tego, że kiedy wepchniesz koronę na moją głowę, to w końcu zechcesz się ożenić, a mnie nie zaprosisz na ślub, bym nie odrywał się od królewskich obowiązków – oświadczył Ettrejg powoli. – Tylko weź pod uwagę, że ja was wtedy na miodowy miesiąc wyślę do Adejny. Swoją królewską wolą. Róże wąchać.
– O, widzisz! – Trejgart z poważną miną zwrócił się do Talle. – Pojmować monarszych dowcipów jeszcze się nie nauczył, a żartować w tym stylu to i owszem. Gdyby mu tak jeszcze dać parę lekcji... Szkoda, że nie ma kiedy.
Ettrejg tylko rozłożył ręce i ukłonił się. Prześcignąć stryjka w żarcikach księciu dotychczas nie udało się ani razu i pewnie się nie uda również w przyszłości. W każdym razie, nie w najbliższym czasie.
– Przekazać pozdrowienia sulańskiemu lisowi? – zwrócił się do Talle.
– Obowiązkowo – odpowiedziała. – Dziękuję, Etti.
Wychodząc z komnat królewskich, Ettrejg ze zdumieniem złapał się na tym, że uśmiecha się, sam nie wiedząc dlaczego. Nie, to nie szykująca się podróż tak go ucieszyła, ani tym bardziej bliskość korony. Z tych powodów raczej płakać mu trzeba, a nie śmiać się.
A jednak, mimo wszystko, Ettrejg nie mógł odegnać myśli, że ta poranna rozmowa zwiastowała coś bardzo ważnego – i bardzo, bardzo dobrego.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2012-05-24 (751 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej