Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Gamedec. Obrazki z Imperium. Część 1
 
Katalog - dodano
 Fałszywy Pieśniarz
- Martyna Raduchowska
 Opowieści o duchach
- Jim Butcher
 Legion. Kłamstwa patrzącego
- Brandon Sanderson
 Zmiany
- Jim Butcher
 Upiorne opowieści po zmroku
- Alvin Schwartz
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Lalka - Alisa Mun



Przemiana
Dziś był u nas Siergiej, kolega Maksima. Ta wizyta mną wstrząsnęła. Dowiedziałam się czegoś, nad czym teraz będę musiała dużo myśleć.
Ale wszystko po kolei. Trzeba zapisać wszystko jak najdokładniej. Wszystko po kolei.
Maksim powiedział, że dziś pierwszy września, początek roku szkolnego. I oni z Siergiejem, zgodnie z tradycją, urządzają w ten dzień coś w rodzaju święta. Że niby wszystko, co w nas najlepsze, zawdzięczamy nauce: w szkole, na studiach, a potem w surowej akademii życia. Z tej okazji włożyłam swoją ulubioną sukienkę i zrobiłam sobie fryzurę numer pięć.
Siergiej przyjechał o szóstej. Był ubrany nienagannie w czarny elegancki garnitur, myślę, że od Valentino. Co prawda zapach miał absolutnie do niczego. Gdyż pachnieć tak, jak pachnie Maksim, nie może nikt. On jest najlepszy we wszystkim!
Gdy Siergiej wszedł do salonu, jakoś dziwnie na mnie popatrzył. I przywitał się tak, jak gdyby mnie znał: „No cześć, Linda! Zarąbiście wyglądasz, gościówo!”
Nie zwróciłam na to większej uwagi, rozumiejąc, że wśród kolegów Maksima mogą być ludzie używający wulgarnych słów. Ale to nie powinno podawać w wątpliwość ich zalet duchowych i intelektualnych. Maksim nie mógłby obcować ze złymi ludźmi.
Poszli do gabinetu, i Maksim, nie podejrzewając, że mam doskonały słuch, powiedział: „Nie, ona nic nie pamięta. I proszę cię, bądź z nią bardzo taktowny. Jak z lady. Albo z jakąś wicemiss świata. Myślę, że zaszły w niej wielkie zmiany. Potem ci opowiem”. Siergiej coś odburknął obrażony.
Potem usiedliśmy przy stole, na który przygotowałam wyszukane dania ze świątecznego menu numer cztery.
Na początku rozmowa się nie układała. Siergiej i Maksim porozmawiali trochę o wspólnych znajomych, o ich osiągnięciach i niepowodzeniach. Pokrytykowali politykę finansową. I ożywili gasnącą rozmowę koniakiem.
I wtedy ja, jak dobrze wychowana gospodyni, zaczęłam zabawiać gościa rozmową, której scenariusz opisany jest w podręczniku Westleya Shtarka na stronie trzydziestej ósmej. Opowiedziałam o opiece nad jednorocznymi roślinami sadowniczymi, o efektywności czyszczenia srebra stołowego amoniakiem, o wyższości gry w tenisa nad grą w golfa, zapytałam Siergieja, jaką kawę preferuje – cappuccino czy po turecku, którą trzeba popijać zimną wodą, wypowiedziałam krytyczną opinię o nieodpowiednim zachowaniu madame Bovary…
Siergiej jakoś dziwnie reagował na zaproponowaną przeze mnie rozmowę. Przez cały czas śmiał się i wykrzykiwał: „Niezła! Kurde, naprawdę niezła!”
A potem, kiedy butelka koniaku była już prawie pusta, nagle zupełnie nieprzyzwoicie chwycił mnie za rękę i powiedział: „Więc co, Linda, pobaraszkujemy?!”
Bardzo mi się to nie podobało. Wyrwałam rękę i błagalnie popatrzyłam na Maksima. I on odczytał w moim spojrzeniu: mój miły, czy zasłużyłam sobie na takie traktowanie?
Maksim powiedział do Siergieja z irytacją: „Gościu, przecież cię uprzedzałem, prosiłem przecież, jak człowieka!”
Siergiej zreflektował się i puścił moją rękę. I wszystko powróciło do całkiem przyzwoitych ram.
Wkrótce jednak mężczyźni zabrali ze sobą następną butelkę koniaku, paterę z owocami i poszli do gabinetu.
Zamieniłam się w słuch. I żeby nie zapomnieć nic ważnego z ich rozmowy, ukradkiem włączyłam dyktafon, na który szeptem zaczęłam zapisywać wszystko, co wyłapywały moje czułe uszy.
Przytaczam w całości ich rozmowę.

Siergiej: Co jest, kurde, szkoda ci kawałeczkiem melona się podzielić?
Maksim: Nie w tym rzecz. Nic nie rozumiesz. Ona zrobiła się zupełnie inna.
S: Co to znaczy – inna? Teraz niby co, nie można jej w dwa smyczki dmuchać, jak ostatnio, w marcu?
M: Wtedy też oczywiście nie można było. Przecież ona tylko na mnie jest zaprogramowana. Przecież pamiętasz, jak się sprzeciwiała.
S: No to chodź, znów się dobrze nachlejemy i zwiążemy ją mocno. Odjazdowo nam to wtedy wyszło. Naraz w dwie rury. Ona aż cała wibrowała, jak tramwaj w pełnym rozpędzie!
M: Nie, teraz nie można.
S: Boisz się, że się zepsuje, czy co? Melona szkoda? Dla przyjaciela?
M: Nie w tym rzecz. Wytrzymałość ma zarąbistą. Wytrzymuje obciążenie sto kilogramów na centymetr kwadratowy i uderzenia w piętnaście „gie”. W dowodzie jest napisane.
S: A ty co, dowód jej wyrobiłeś, żenić się chcesz? Trzeba było od razu tak mówić!
M: Nie, dowód techniczny. Z właściwościami. W firmie dali.
S: No to o co chodzi, dawaj! Zwiążemy i wychędożymy na wszystkie piętnaście „gie”! Jak nic!
M: Nie, nie wolno! Rano ona mi to przypomni, albo zwariuje jeszcze. W końcu całego melona zapłaciłem.
S: Ale sam mówiłeś, że ona rano już nic nie pamięta. Jak po dobrej balandze.
M: Nie, coś się w niej nieźle pozmieniało. Jakiś czas temu pojawiła się u niej pamięć.
S: No i co z tego? Czyż nie jesteś jej panem? Niech wszystko pamięta i cierpi. A ty ją dmuchaj, dmuchaj, na maksa. Niech zna, suka, swoje miejsce! Przecież to jeszcze przyjemniejsze – znęcać się nad nią.
M: Ale przecież może mieć jakąś granicę. Przekroczysz ją… No, powiedzmy, jeśli przyprowadzisz tu batalion żołnierzy, którzy się z nią zabawią. Może wysiądzie jej jakiś bezpiecznik i urządzi tu bitwę na Kulikowym Polu. Przecież siłę ma nie z tej ziemi! Więc, szczerze mówiąc, nieraz sam się trochę boję.
S: To po kiego diabła ci taką kijową wcisnęli, że może się zepsuć? I już się zepsuła, jeśli, jak mówisz, pojawiła się u niej pamięć.
M: To jeszcze nie wszystko. Wiesz, nieraz mam nawet wrażenie, że ona jakby stała się człowiekiem. Znaczy się nie tylko pamięta, ale też wszystko rozumie. I myśli. Przedtem wszystko było proste: do łba jej włożono słownik, włożono różne książki, a ona, rozmawiając z tobą, przecież tak naprawdę nie rozmawiała. Czyli mówisz jej na przykład: „Dziś z Podmoskiewskiej jednostki uciekł żołnierz z karabinem”. Ona wychwytuje słowa kluczowe, podmiot i orzeczenie, i zaczyna jakby podtrzymywać rozmowę. Coś w rodzaju: „O, tak! Żołnierze potrafią dobrze biec do ataku. I przy tym koniecznie muszą mieć karabin, żeby walczyć z przeciwnikiem. Każdy żołnierz walczy z przeciwnikiem po to, by bronić swojej ukochanej, z którą żołnierz wieczorami miewa bardzo przyjemny seks. Ale najprzyjemniejszy seks mamy tylko my, ukochany!” No a teraz zupełnie inna sprawa! Ona nie tylko nie przytakuje głupio, ale i sama zadaje całkiem sensowne pytania. Mówię ci, zaczęła wszystko rozumieć!
S: Tak, felerny towar. Zwróć go. Albo niech naprawią.
M: Ale w tym rzecz, że ona taka o wiele bardziej mi się podoba. I szczerze mówiąc, nawet zacząłem jakby się do niej przywiązywać.
S: Tak, mój przyjacielu, niedługo to ciebie trzeba będzie poważnie naprawiać. W psychiatryku.
M: Nie, nie rozumiesz mnie. Te dwie suki, moje poprzednie żony, były o wiele większymi lalkami niż Linda. Jeśli ona ma w środku elektronikę, to one miały łajno! No a te wszystkie ścierwa – mam na myśli bynajmniej nie prostytutki, które tu bywały – były lepsze, ale niewiele. Im ze wszystkich zakamarków wręcz wyłaziła chciwość, absolutnie pozbawiona wszelkich zasad, cyniczna i wypaczona. Żeby chociaż przebłysk ludzkiego uczucia! Nie – tylko pieniądze, pieniądze, pieniądze! Gdyby nie Linda, gdybym obcował z tymi ścierwami choć o rok dłużej, na pewno padłoby mi na głowę. Zrobiłbym się takim ot, antyseksualnym maniakiem, który czyha po nocach na spóźnione cizie i podrzyna im gardła.
S: A ona, ma się rozumieć, ci odpowiada?
M: Tak, odpowiada. A ty na próżno starasz się mnie podkurwić. Ona jest bezinteresowna. I szczera. A to dla mnie bardzo wiele znaczy. Mam to gdzieś, że jest tak zaprogramowana. Wszystkich ludzi, kurde, przecież ktoś w którymś momencie programuje! Rodzice. Szkoła. Zespół, kurde, pracowniczy. Wszystkich się na coś orientuje, coś im się wpaja, blokuje i otumania. Żeby w rezultacie stłumić w człowieku naturalne impulsy.
S: Zwierzęce.
M: Tak, zwierzęce. Dzięki którym ostatnim razem znęcaliśmy się nad Lindą… Ale ja nie o tym! Tylko o tym, że Linda pod tym względem nie różni się od większości kobiet. Ona tak samo jest więźniem swoich zachowań, jak wszystkie inne kobiety.
S: Cizie.
M: No mówię, że cizie! Ale ona nie jest taka!
S: A gdzie gwarancja, że taka się nie stanie? Może też zacznie czegoś od ciebie chcieć? Przecież mówisz, że zaczęła zamieniać się w człowieka. No właśnie, kiedy to się zaczęło?
M: Dokładnie nie wiem. Ale mam przypuszczenie. Jakoś na początku sierpnia spacerowała po parku. Znaczy się chodziła w tę i z powrotem. Po prostu mechanicznie, żeby mnie zabawić. A ja paliłem na tarasie i piłem schweppes z lodem. To nieźle odpręża. Zadzwoniła komórka i na chwilę się odwróciłem. Nagle słyszę, jak Linda krzyczy z jakimś nienaturalnym dla niej zachwytem: „Mój drogi, mój drogi! Zobacz, jaki cud!”
Patrzę – fuck twoje astrolabium! Powoli zbliża się do niej świecąca kula wielkości piłki nożnej. Piorun kulisty, kurde! Krzyczę: „Odsuń się, odejdź natychmiast!” Wiem, że uciekać nie można – on, skurczybyk, mam na myśli ten piorun, reaguje na gwałtowne ruchy. A ta głupia, albo nie słyszy, albo programiści nie pomyśleli o zaprogramowaniu jej na wypadek takiego niebezpieczeństwa. Idzie w stronę tej kuli, z wyciągniętą ręką, jak, kurde, trzyletnie dziecko. Krzyczę, ale nic nie skutkuje!
Kiedy ona sięgnęła po tę „zabawkę”, kiedy jej dotknęła, rozległ się gwałtowny trzask i Linda sama zaczęła się świecić. Koniec, myślę, nastał kres mojego melona! Pora skorupki zbierać. Ale ona nic, niby cała. Stoi, trzęsie się w konwulsjach, jak epileptyczka, i się świeci. Co za widok, kurde. Trwało to z pięć sekund. A potem zgasła i padła na ziemię.
Podbiegłem. Leży jak nieboszczka, z otwartymi oczyma i się nie rusza. Chciałem ją podnieść, ale się cofnąłem – może jest naładowana. Dotknę, to i mnie, kurde, zabije. Poczekałem z dziesięć minut, żeby cały ładunek poszedł w ziemię, i zaniosłem ją do domu.
No, myślę sobie, może i jest cała, ale melon i tak szlag trafił. Przepaliła się.
Zadzwoniłem do firmy. Mówię co i jak. Naprawiajcie. A ten baran – jak zrozumiałem, jakaś drobna płotka – mówi, że żadne reklamacje nie będą uwzględniane. Ponieważ doszło do nieprawidłowej eksploatacji wyrobu. Że niby w instrukcji jest napisane, iż nie wolno poddawać wyrobu natężeniu powyżej tysiąca wolt. A naprawa, mówi, wyniesie mnie minimum trzysta patyków. Albo, mówi ten baran, proszę kupić nowy wyrób.
A niech tam, myślę, do diabła z nią. Od jakiegoś czasu i tak już zaczęła mi się nudzić. Tak więc, myślę, można uznać, że swoją cenę już odpracowała.
Ale po dwóch godzinach się ocknęła. Otworzyła usta i powiedziała: „Tylko najwyższa wiedza i najwyższa głupota trwają niezmienne”. I od tego właśnie momentu zaczęły się w niej zmiany. […]

Potem zaczęli rozmawiać o jakichś sprawach finansowych, absolutnie nieciekawych z mojego punktu widzenia. A ja usiadłam przy komputerze i wszystko dokładnie zapisałam.
Ta rozmowa wszystko we mnie przewróciła. Jestem przerażona…


Fragment udostępniło Wydawnictwo słowo/obraz terytoria








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2007-08-04 (1585 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej