Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Nova Swing
 
Katalog - dodano
 Piękna krew
- Lucius Shepard
 Immersja
- Erick Pol
 Jadowity miecz
- Rafał Dębski
 Zabójcze maszyny
- Philip Reeve
 Ostatnie konklawe
- Marcin Wolski
 
- skomentowano
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 

''WWW: wzrok'' - Robert J. Sawyer

Rozdział pierwszy


Nie ciemność, gdyż to sugeruje rozumienie światła.
Nie cisza, gdyż to sugeruje znajomość dźwięku.
Nie samotność, gdyż to wymaga wiedzy o istnieniu innych.
Niemniej jednak słaba, tak wątła, że gdyby choć trochę jej ubyło, przestałaby istnieć: świadomość.
Nic ponad to. Tylko świadomość – mgliste, eteryczne poczucie istnienia.
Istnienia, ale nie stawania się. Bez upływu czasu, bez przeszłości i przyszłości… tylko nieskończone, pozbawione wyrazu teraz oraz niemal niedostrzegalne w tej niezmierzonej chwili, niesprecyzowane i surowe, narodziny percepcji


Caitlin przez całą kolację robiła dobrą minę do złej gry, powtarzając rodzicom, że wszystko w porządku – wręcz genialnie – ale, na Boga, to był przerażający dzień. Inni uczniowie potrącali ją na zatłoczonych korytarzach, nauczyciele omawiali rzeczy znajdujące się na tablicy i zapewne wszyscy się jej przyglądali. W TSB w Austin nigdy nie odczuwała skrępowania, ale teraz była w centrum uwagi. Czy inne dziewczyny też nosiły kolczyki? Czy dobrze zrobiła, zakładając sztruksy? Fakt, uwielbiała fakturę ich materiału i dźwięk, jaki wydawały, ale tutaj liczył się przede wszystkim wygląd.
Siedziała przy biurku w swoim pokoju, z twarzą zwróconą do otwartego okna. Wieczorny wiatr delikatnie poruszał jej sięgającymi ramion włosami. Słyszała świat na zewnątrz: szczekanie małego psa, kogoś kopiącego kamień na cichej ulicy oraz, z bardzo daleka, irytujący dźwięk alarmu samochodowego.
Przesunęła palcem po zegarku – siódma czterdzieści dziewięć, siódemka i siódemka do kwadratu, ostatnia taka kombinacja tego dnia. Obróciła się w stronę komputera i otworzyła LiveJournal.
„Temat” był prosty: „Pierwszy dzień w nowej szkole”. Dla pola „Lokalizacja” domyślnym opisem był „Dom”. Ten dziwny dom, cały ten dziwny kraj wcale nie przypominał domu, ale nie zmieniła tekstu.
Okno „Nastrój” oferowało rozwijaną listę, ale JAWS, czytnik ekranowy, którego używała, czytałby ją całe wieki; zawsze po prostu coś wpisywała. Po chwili zastanowienia zdecydowała się na „Pewna siebie”. W prawdziwym życiu mogła być przerażona, ale w sieci była Calculass, a Calculass nie zna strachu.
Jeżeli chodzi o „Muzykę w tle”, nie włączyła jeszcze odtwarzacza, pozwoliła więc, by program iTunes wybrał coś z jej kolekcji. Rozpoznała utwór po trzech dźwiękach – „Rocking My World” Lee Amodeo.
Zastanawiając się, jak zacząć, gładziła palcami wskazującymi wypustki na klawiszach F i J – brajl dla mas. W końcu napisała:

No dobrze, zapytajcie, czy moja nowa szkoła jest głośna i zatłoczona. No dalej, pytajcie. Dziękuję bardzo: owszem, jest głośna i zatłoczona. Ma tysiąc ośmiuset uczniów! A budynek ma dwa piętra. A w zasadzie ma trzy kondygnacje, w końcu to Kanada. A właśnie, jak rozpoznać Kanadyjczyka w pokoju pełnym ludzi? Zacznijcie deptać ludziom po palcach i poczekajcie, aż ktoś was przeprosi. :)

Caitlin ponownie odwróciła się do okna, próbując sobie wyobrazić zachód słońca. Myśl, że ktoś mógł na nią teraz patrzeć przyprawiała ją o gęsią skórkę. Najchętniej cały czas miałaby zamknięte żaluzje, ale Schrödinger lubił się wylegiwać na parapecie.

Pierwszy dzień w dziesiątej klasie rozpoczął się od tego, że mama zawiozła mnie do szkoły, a BrownGirl4 (jesteś kochana!) czekała na mnie przy drzwiach. Co prawda w zeszłym tygodniu przeszłam się kilka razy pustymi korytarzami, żeby nieco poznać nowy budynek, ale teraz, gdy szkoła jest pełna uczniów, wszystko się zmieniło, więc rodzice odpalają BG4 stówę tygodniowo za prowadzanie mnie na lekcje. Szkole udało się tak to zorganizować, że na wszystkie zajęcia prócz jednych chodzimy razem. Nie ma mowy, bym chodziła z nią na francuski – w końcu je suis une beginneur!

W tej chwili komputer piknął – nowy e-mail. Skrótem klawiszowym nakazała programowi JAWS odczytanie nagłówka wiadomości.
– Do: Caitlin D. – oznajmił komputer. Podpisywała się w ten sposób tylko w grupach dyskusyjnych, więc nadawca miał jej adres z grupy dotyczącej statystyk zawodników NHL lub jednej z pozostałych, które odwiedzała. – Od: Gus Hastings. – Nie wiedziała, kto to. – Temat: Popraw swoje rezultaty.
Nacisnęła przycisk i JAWS zaczął odczytywać treść wiadomości.
– Martwi cię mały penis? Jeśli tak…
Cholera, filtr antyspamowy powinien był to przechwycić. Przesunęła palcem wskazującym po brajlowskim wyświetlaczu. Aha, magiczne słowo zapisali jako „peeenis”. Usunęła wiadomość i już miała wrócić do LiveJournal, gdy odezwał się jej komunikator.
– Użytkownik BrownGirl4 jest dostępny – oznajmił komputer.
Nacisnęła Alt+Tab, by przełączyć okna i napisała: „Hej, Bashira! Właśnie piszę na LJ”.
Choć ustawiła w JAWS kobiecy głos, brakowało mu uroczego akcentu Bashiry.
– Napisz o mnie coś miłego.
„No pewnie” – odpisała Caitlin. Były przyjaciółkami od dwóch miesięcy, czyli od przeprowadzki Caitlin. Bashira również miała piętnaście lat, a jej ojciec pracował z tatą Caitlin w PI.
– Zamierzałaś wspomnieć, że Trevor puścił do ciebie oko?
Właśnie! Wróciła do okna bloga i napisała: „BG4 siedzi w sąsiedniej ławce. Powiedziała, że koleś w rzędzie obok strasznie mi się przyglądał”. Przerwała, niepewna, czy jej się to podoba, ale w końcu dodała: „Brawa dla mnie!”.
Nie chciała używać imienia Trevora.

Nadajmy mu kryptonim, bo sądzę, że może się pojawić w przyszłych wpisach. Hmmm… co powiecie na… Hoser! To kanadyjski slang, moi mili, wyguglajcie sobie! W każdym razie według BG4 Hoser znany jest z tego, że podwala się do nowych dziewczyn, a ja naturalnie jestem tres exotique, choć nie jestem jedyną Amerykanką w klasie. Jest tu taka laska z Bostonu, która ma na imię – moi drodzy, wcale nie ściemniam! – biedactwo ma na imię Sunshine! Porzygać się idzie. :P

Caitlin nie lubiła emotikonów. Z jej punktu widzenia nie odzwierciedlały wyrazów twarzy i musiała nauczyć się ciągów znaków na pamięć, jak gdyby był to jakiś kod. Wróciła do komunikatora.
„Co tam sobie porabiasz?”.
– Nic szczególnego. Pomagam jednej z sióstr w pracy domowej. O właśnie, woła mnie. ZW.
Caitlin lubiła za to skróty literowe. Bashira napisała, że zaraz wraca, co w jej przypadku prawdopodobnie oznaczało, że zniknęła na co najmniej pół godziny. Z komputera dobiegł dźwięk zamykanych drzwi, świadczący o tym, że Bashira się wylogowała. Caitlin wróciła na LiveJournal.

W każdym razie na pierwszej lekcji po prostu wymiotłam, bo jestem bezbłędna. Zgadniecie, co to był za przedmiot? Punkty dla tych, którzy obstawiali matmę. Wystarczył jeden dzień, żeby zajęcia były całe moje. Nauczyciel – nazwijmy go panem H., dobrze? – był zdumiony, że obliczam w pamięci to, do czego inni potrzebują kalkulatora.

Komputer ponownie piknął. Dotknęła jednego z klawiszy i JAWS odczytał:
– Do: cddecter@... – tylko adres, bez podanego nazwiska, czyli niemal na pewno spam. Usunęła wiadomość, nim czytnik przeszedł dalej.

Po matmie mieliśmy angielski. Omawiamy nudną książkę o jakimś emowatym gościu dorastającym na równinach Manitoby. Nie ma tam sceny bez pszenicy. Spytałam się nauczycielki – to pani Zet (żeby nikomu nie przyszło do głowy powiedzieć „zyyy”) – czy cała kanadyjska literatura tak wygląda, na co się roześmiała i stwierdziła, że nie cała. Lekcje angielskiego zapowiadają się naprawdę fascynująco.

– BrownGirl4 jest dostępna – oznajmił JAWS.
Caitlin przełączyła okna, naciskając Alt+Tab, po czym napisała:
„Szybko się uwinęłaś”.
– Tak – odparł syntetyczny głos. – Byłabyś ze mnie dumna. Chodziło o problem z algebry i spokojnie dałam sobie radę.
„Ile to jest pi razy oko?” – napisała Caitlin.
– Ha, ha. Muszę lecieć. Tata jest dzisiaj nie w humorze. Nara.
Caitlin wróciła do swojego bloga.

Lunch był w porządku, ale przysięgam na Boga, nigdy nie przywyknę do Kanadyjczyków. Polewają sobie frytki octem! A BG4 opowiedziała mi o czymś, co nazywają pipetyną. Żart, moi drodzy, żart! Chodzi o poutine – frytki z serem, polane sosem pieczeniowym – normalnie jakby frytki były dla nich jakimś cholernym laboratorium chemicznym. Pewnie nie mają kasy na prawdziwą naukę, naturalnie poza Waterloo. Choć i tutaj to w głównej mierze prywatny chajs.

Piknęła funkcja sprawdzania pisowni. Poprawiła się: hajs.
Kolejne piknięcie. Przeklęta maszyna znała słowo „triskaidekafobia”, jakby kiedykolwiek mogło być jej potrzebne, a nie… to może niech będzie: szmal.
Tym razem nic nie piknęło. Uśmiechnęła się i wróciła do pisania.

Tak właśnie, najważniejsze są zielone. Choć tutaj podobno banknoty wcale nie są zielone i mają różne kolory. W każdym razie znaczna część pieniędzy koniecznych do utworzenia Perimeter Institute, gdzie mój tata pracuje nad grawitacją kwantową i innymi bajeranckimi rzeczami, pochodzi od Mike’a Lasaridisa, współzałożyciela firmy Research in Motion – RIM, maniacy BlackBerry. Mike L. to świetny facet (zawsze tak o nim mówią, bo jest jeszcze jeden Mike, Mike B.) i tata jest tu chyba szczęśliwy, choć w jego przypadku to tak kosmicznie ciężko stwierdzić.

Komputer ponownie piknął, ogłaszając nadejście kolejnych maili. Zresztą czas najwyższy kończyć pisanie – miała jeszcze jakieś osiem milionów blogów do przejrzenia przed pójściem spać.

Po lunchu mieliśmy chemię, która zapowiada się fantastycznie. Nie mogę się doczekać eksperymentów, ale jeśli nauczyciel przyjdzie z talerzem frytek, to ja spadam!

Za pomocą skrótu klawiszowego wysłała swój wpis, po czym JAWS odczytał nagłówek nowej wiadomości.
– Do: Caitlin Decter – oznajmił komputer. – Od: Masayuki Kuroda. – Znów jakiś nieznajomy. – Temat: Propozycja.
Zapewne w sprawie twardego jak skała peeenisa! Już miała nacisnąć Delete, gdy rozproszył ją Schrödinger ocierający się o nogi, którą to sytuację nazywała cattus przeszkadza jus.
– Kto jest grzecznym kiziakiem? – spytała Caitlin, schylając się, by go pogłaskać.
Schrödinger wskoczył jej na kolana i musiał trącić klawiaturę lub myszkę, gdyż komputer przeszedł do odczytywania treści wiadomości.
– Wiem, że nastolatka musi zważać na to, z kim prowadzi rozmowy w Internecie…
Cyberstalker, który pisze „zważać”! Rozbawiło ją to i pozwoliła, by JAWS czytał dalej.
– …dlatego też nalegam, byś natychmiast poinformowała rodziców o niniejszej wiadomości. Mam nadzieję, że rozważysz moją prośbę, która wcale nie przychodzi mi łatwo.
Caitlin pokręciła głową, czekając na fragment, w którym nadawca poprosi o jej nagie zdjęcia. W tym czasie znalazła na karku Schrödingera miejsce, gdzie lubił być drapany.
– Przeprowadziłem poszukiwania w oparciu o literaturę i zasoby internetowe, chcąc znaleźć najlepszego kandydata do badań, nad którymi pracuje mój zespół. Specjalizuję się w przetwarzaniu sygnałów kory obszaru V1.
Dłoń Caitlin zastygła w powietrzu.
– Nie chcę rozbudzać fałszywych nadziei i nie potrafię określić szans na powodzenie dopóki nie obejrzę skanów MRI, jednak wierzę, że istnieje spore prawdopodobieństwo, iż stworzona przeze mnie technologia przynajmniej w pewnym stopniu będzie w stanie uleczyć twoją chorobę – zerwała się na równe nogi, zrzucając Schrödingera na podłogę i prawdopodobnie wyrzucając go tym samym za drzwi – oraz przywrócić ci częściowo wzrok w jednym oku. Liczę na odpowiedź w jak najkrótszym…
– Mamo! Tato! Chodźcie tu szybko!
Jej uszu dobiegły dwa rodzaje kroków – lekkie matki, która miała pięć stóp cztery cale wzrostu i była szczupła oraz znacznie cięższe ojca, który miał sześć stóp dwa cale wzrostu i ciągle rósł mu brzuszek, co wiedziała dzięki tym nielicznym okazjom, gdy mogła go przytulić.
– Co się stało? – spytała mama. Tata naturalnie się nie odezwał.
– Przeczytajcie ten list – powiedziała Caitlin, wskazując ręką monitor.
– Ekran jest czarny – stwierdziła jej matka.
– Och – rzuciła Caitlin i po omacku znalazła włącznik swojego siedemnastocalowego monitora LCD, po czym odsunęła się od biurka. Usłyszała, jak matka siada, a ojciec staje za krzesłem. Caitlin przysiadła na brzegu łóżka, wiercąc się niecierpliwie. Zastanawiała się, czy tata się uśmiecha. Lubiła sobie wyobrażać, że uśmiecha się, gdy jest przy niej.
– O mój Boże – powiedziała mama. – Malcolm?
– Wyguglaj go – rzucił tata. – Albo ja to zrobię.
Rozległ się dźwięk przesuwanego krzesła i Caitlin usłyszała, jak jej ojciec siada.
– Jest o nim artykuł w Wikipedii. I ma stronę na Uniwersytecie Tokijskim. Zrobił doktorat w Cambridge i napisał dziesiątki recenzowanych naukowo prac, w tym jedną wydaną w „Nature Neuroscience” o, jak twierdzi, przetwarzaniu sygnałów w obszarze V1, pierwszorzędowej korze wzrokowej.
Caitlin bała się rozbudzać w sobie nadzieję. Kiedy była dzieckiem, odwiedzali lekarza za lekarzem, ale nic nie poskutkowało i w końcu pogodziła się z życiem… nie, nie w ciemności, a w nicości.
Z drugiej strony była Calculass! Była geniuszem matematycznym i zasługiwała na studia na najlepszych uczelniach, a potem na pracę w jakimś fajnym miejscu jak Google. Nawet gdyby udało się to pierwsze, ludzie wygadywaliby bzdury typu: „No i świetnie! Zrobiła dyplom pomimo wszystkich trudności!”, jak gdyby dyplom był końcem, a nie początkiem. Ale gdyby widziała… Gdyby widziała, cały świat należałby do niej.
– Czy to, o czym pisze, jest możliwe? – spytała jej matka.
Caitlin nie wiedziała, czy pytanie skierowane było do niej, czy jej ojca, zresztą i tak nie znała odpowiedzi. Odezwał się ojciec.
– Nie brzmi niemożliwie – stwierdził i była to cała aprobata, na jaką można było liczyć z jego strony. Następnie obrócił się na krześle, które nieco skrzypiało i powiedział: – Caitlin?
Wiedziała, że decyzja należy do niej; to jej nadzieje były już nieraz rozbudzane, a potem rozwiewane i…
Nie, to niesprawiedliwa ocena. I nieprawdziwa. Jej rodzice chcieli, by miała wszystko. Ich serca też musiały się łamać, gdy wszystkie próby kończyły się niepowodzeniem. Poczuła, że drży jej dolna warga. Wiedziała, jakim jest dla nich ciężarem, choć nawet raz nie użyli w stosunku do niej tego słowa. Ale jeśli istniała jakaś szansa…
Jestem przecież bezbłędna, pomyślała i dopiero wtedy odezwała się cichym, przestraszonym głosem:
– Pewnie nie zaszkodzi mu odpisać.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2012-05-29 (818 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej