Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Królowa niewolników
 
Katalog - dodano
 Noc bez gwiazd
- Peter F. Hamilton
 Cynobrowe pola
- Aleksandra Radlak
 Księga czarownic
- Deborah Harkness
 Szczury Wrocławia. Kraty
- Robert J. Szmidt
 Twarzą w twarz
- Agata Suchocka
 
- skomentowano
 Wiedźmie opowieści
- Olga Gromyko
 Pierwsze słowo
- Marta Kisiel
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Miasteczko Niceville'' - Carsten Stroud



Rainey Teague nie wraca do domu



Według raportu Bootsa Jacksona Nick stał dokładnie w miejscu, gdzie po raz ostatni widziano chłopca.
Nie widzieli go sprzedawcy w sklepach położonych dalej przy tej samej ulicy, chociaż był regularnym gościem w Scoops i często obserwowali, jak wspina się na cokół brązowego pomnika konfederackiego żołnierza na skwerze przy skrzyżowaniu North Gwinnett i Bluebottle Way.
Ale nie dzisiaj.
Dzisiaj, o ile detektyw z Niceville potrafił to ustalić, ten fragment chodnika przed lombardem wuja Moochiego był najdalszym punktem, do którego Rainey Teague dotarł, zanim... zanim coś się stało.
Może mają kamery, pomyślał Nick. I rzeczywiście, z lewego górnego rogu mrugało do niego czerwone oko.
Moochie, posępny Libańczyk z obwisłą twarzą, na której chytrość mieszała się ze smutkiem, kiedyś potężnie zbudowany, ale dzisiaj w rezultacie wrzodziejącego zapalenia jelita grubego wyglądał jak topiąca się świeca. Parał się paserstwem, chociaż stanowił też dobre źródło informacji dla Nicka i z radością zgodził się pokazać mu nagrania z kamery. Poprowadził detektywa ścieżką pośród przeładowanych gablot i śmieci na zaplecze wąskiego sklepu, gdzie unosił się odór potu i korupcji. Otworzył szafę, w której był monitor, i nacisnął kilka klawiszy.
System cyfrowy. Usuwa dane po dwudziestu czterech godzinach, jeśli nie wprowadzę zmian – wyjaśnił Moochie. Film przesuwał się do tyłu, w dolnym prawym rogu ekranu migał wyświetlacz czasowy.
Stali w zagraconym biurze i patrzyli na podskakujących ludzi. Po minucie i trzydziestu ośmiu sekundach Nick zobaczył siebie, jak stoi przed witryną i patrzy na kamerę, a potem idzie tyłem w lewo. Wyświetlacz migał, ludzie na ekranie poruszali się jak w starym niemym filmie, sztywno i nienaturalnie, jakby byli duchami z dawno minionej przeszłości.
Nick zadawał sobie pytanie, czy Libańczyk nie był ostatnią osobą, którą widział Rainey Teague.
Czy Rainey wszedł do sklepu?
A jeśli tak, to co się później stało?
Jest teraz na piętrze czy w piwnicy?
sklepem przy tej ulicy był Toonerville, sklep dla hobbystów z wielkim pociągiem Lionel jeżdżącym dokoła miniaturowej wersji Niceville. Rainey zawsze wchodził do środka i rozmawiał z właścicielką, panią Lianne Hardesty. Był jej ulubieńcem, ale dzisiaj się nie pokazał.
?
Nick nigdy nie słyszał nic podejrzanego o Moochiem, żadnej aluzji do pedofilii czy innych jastrzębich upodobań. Jego kartoteka, chociaż daleka od wzorowej, nie zawierała nic, co sugerowałoby jakiekolwiek seksualne motywacje.
Ale nigdy nic nie wiadomo.
Moochie mruknął, nacisnął klawisz. Na ekranie zastygł obraz, wyświetlacz czasowy zatrzymał się na 15.09:22. Rainey Teague pojawił się z prawej strony kadru, kamera widziała go pod kątem, dlatego sprawiał wrażenie mniejszego.
Libańczyk spojrzał na Nicka, który kiwnął głową, więc Moochie nacisnął klawisz przesuwający kadry po jednym. Rainey wskoczył w obraz i wyglądał jota w jotę jak z opisu Alfa Penningtona, plecak z Harrym Potterem przewieszony przez lewe ramię był wyładowany, aż się dzieciak pod nim uginał.
Nickowi serce zabiło szybciej, kiedy patrzył na chłopca, czuł cień tego, co rodzice Raineya muszą teraz czuć, ale nawet ta odrobina strachu była zimna i ostra.
przesuwał kadry, na których Rainey zatrzymał się o krok od witryny i przysłonił oczy, by popatrzeć na pirackie skarby, w pewnym momencie nawet przycisnął komicznie rozpłaszczając perkaty nos do szkła, aż oddech pokrył szybę mgiełką. Za jego plecami poruszali się przechodnie, nikt nie zwracał na niego uwagi.
– Zatrzymaj – powiedział Nick.
Nachylił się, by popatrzeć na twarz chłopca. Malował się na niej wyraz absolutnego skupienia. Patrzył na jakiś przedmiot i cokolwiek to było, fascynowało go bez reszty.
Stał tam jak zahipnotyzowany, nieruchomo jak kamień.
Co go tak zauroczyło?
– Wszedł kiedyś do sklepu?
Moochie pokręcił głową.
Gonię dzieciaki ze sklepu. To złodzieje. Małe Ali Baby. Takie same jak ulicznicy w Bejrucie.
– Wiesz, na co patrzył na wystawie? Cokolwiek to jest, bardzo go zainteresowało.
– Patrzy w lustro.
Wykombinowałem, że to lustro – odparł Moochie, nie odrywając wzroku od ekranu. – Stoi dokładnie naprzeciwko. To jest lustro w złoconej ramie, bardzo stare, co najmniej przedwojenne. To znaczy sprzed wojny secesyjnej. Pochodzi z Chase, starej posiadłości Cottonów w Temple Hill. Delia Cotton dała go swojej pokojówce Alice Bayer, która mieszka w Glades. Alice przyszła do mnie i chciała za lustro pięćdziesiąt dolarów. Dałem jej dwie setki, lustro jest warte tysiąc. Wciąż mam paragon. Wydaje mi się, że Raineyowi podobało się własne odbicie w tym lustrze. W każdym razie zawsze stał w tym samym miejscu i patrzył, tak jak teraz. Potem jakby się otrząsał i szedł dalej. Szkło jest pofałdowane ze starości, więc dla dzieciaka to pewnie coś w rodzaju gabinetu krzywych luster.
Detektyw machnął dłonią i Moochie znowu zaczął przesuwać kadry do przodu. Nick patrzył uważnie, szukając czegoś, czegokolwiek, co może okazać się użyteczne. Kiedy wyświetlacz wskazywał 15.13:54, Rainey cofnął głowę i rozchylił usta. O 15.13:55 oparł ciężar ciała na lewej stopie i jeszcze szerzej otworzył usta.
.13:56 nie było go w kadrze.
Kamera pokazywała pusty fragment chodnika.
zniknął.
– Problem z kamerą? – zapytał Nick.
Moochie gapił się w ekran.
Nick powtórzył pytanie.
– Nie, nigdy nic się z nią nie dzieje. Jest nowa. W zeszłym roku założyła mi ją firma Securicom. Kosztowała mnie trzy tysiące dolarów.
– Cofnij.
Libańczyk przesuwał film kadr po kadrze.
To samo.
Na pierwszym kadrze Raineya nie ma.
Na kadrze poprzednim jest.
Opiera się na pięcie, usta ma szeroko otwarte.
Na kolejnym dalej jest, zbliża się do witryny, ale zaczyna...
Co?
Kulić się?
Zobaczył coś w lustrze?
Albo kogoś za plecami, kto odbił się w lustrze. Cholera, co tu się dzieje?
– Na czym zapisywane jest nagranie?
– Na twardym dysku. – Moochie nie odrywał wzroku od ekranu.
– Można go wyjąć?
Spojrzał na Nicka.
– Tak, ale...
– Będzie mi potrzebny. Nie, czekaj, będzie mi potrzebny cały system. Masz zapasowy?
Libańczyk z pewnością nie był zachwycony rozwojem wypadków.
– Mam starą kamerę wideo.
– Pokaż jeszcze raz całą sekwencję.
Moochie nacisnął klawisz.
, jak Rainey Teague sztywnymi skokami wchodzi w kadr, pochyla się do szyby, jego fascynacja rośnie i wreszcie przyciska twarz do szkła, które zasnuwa się mgiełką od jego oddechu.
Potem się kuli.
Robi krok w tył.
I... znika.
Kamera pracowała. Moochie i Nick wpatrywali się w ekran jak zahipnotyzowani, a po kręgosłupach w górę i w dół przebiegały im dreszcze wywołane poczuciem, że coś tu jest nie w porządku. W kadrach widzieli stopy przechodniów, ten sam goły fragment chodnika, gdzieniegdzie trzepotał na wietrze kawałek papieru, cień ptaka falował po ekranie, a w tle przechodzili obojętnie ludzie.
Przeglądali taśmę, aż zobaczyli umundurowanego policjanta, który wyszedł z antykwariatu Penningtona i stanął przed drzwiami lombardu, sięgając do klamki.
Nick rozpoznał zwalistą sylwetkę i piegowatą twarz Bootsa Jacksona, gliniarza z Niceville, któremu zlecono przepytanie ludzi z tej przecznicy. Przejrzeli film kilka razy w obie strony, ale wynik zawsze był ten sam.
O 15.13:55 Rainey Teague stał przed witryną.
O 15.13:56 dzieciak zniknął.
Nie uciekł z kadru, nie uchylił się, nie podskoczył, nie zmienił się w obłok dymu, nie porwały go niczyje ręce.
Po prostu zniknął, jakby był tylko cyfrowym obrazem i ktoś nacisnął klawisz ERASE.
Rainey Teague po prostu zniknął.
I nie wrócił.


* * *



Oczywiście w pełnych napięcia dniach i nocach, kiedy wydział kryminalny, policjanci z Niceville i wszyscy, kogo można było przydzielić do śledztwa, przeczesywali stan w poszukiwaniu chłopca, nikt nawet przez sekundę nie wierzył, że to, co pokazuje kamera, jest prawdą, że dzieciak po prostu przestał istnieć.
Tu musi być jakiś komputerowy błąd.
Albo sztuczka z arsenału prestidigitatora klasy Davida Copperfielda.
Zaczęli więc od systemu alarmowego Moochiego, zbadali go dokładnie, wielokrotnie sprawdzili, szukali usterki, śladu wskazującego, że Moochie wykombinował to wszystko jako przykrywkę dla zwykłego porwania. Sprzęt do nagrywania marki Motorola przesłali do FBI. Wrócił bez usterki, bez najmniejszych dowodów, że ktoś przy nim majstrował.
Następnie zajęli się samym Moochiem, poddając go przesłuchaniom, które przyniosłyby zaszczyt syryjskiej tajnej policji. On także okazał się czysty.
Rozebrali na części jego sklep.
Zero.
Sprawdzili w laboratorium zabytkowe lustro Delii Cotton i – cóż, nie mieli najmniejszego pojęcia, czego szukać, ale na cokolwiek liczyli, nic nie znaleźli. Zwykłe lustro średniej wielkości, z zaśniedziałą warstwą srebra, w barokowej złoconej ramie i dedykacją ręcznie napisaną na lnianej wizytówce przyklejonej z tyłu:
Z wyrazami głębokiego szacunku – Glynis R.
Tak więc wuj Moochie dostał z powrotem swój kosztowny system alarmowy razem z przeprosinami, ale nie chciał mieć więcej do czynienia z lustrem, które ostatecznie wylądowało w szafie Nicka Kavanaugha. Tymczasem policja rozebrała na kawałki antykwariat Book Nook, co Alf Pennington przyjął ze stoicyzmem jako ostateczne potwierdzenie immanentnej brutalności Imperium. Nic nie znaleźli.
Rozebrali na kawałki Toonerville Hobby Shoppe.
Nic.
Obejrzeli każdy dostępny kadr z każdej dostępnej kamery bezpieczeństwa przy North Gwinnett pomiędzy Bluebottle Way a Long Reach Boulevard.
Nic.
Najmniejszego śladu.
Nick Kavanaugh kompletnie ześwirował po ośmiu bezsennych nocach, więc jego żona Kate, prawniczka do spraw rodzinnych, ulegając naciskom Tiga Suttera, wrzuciła mu do soku pomarańczowego dwie tabletki valium i zapakowała go do łóżka, w którym przespał następne dwanaście godzin jak zombie.

Podczas gdy Nick spał, Kate, która przez jakiś czas próbowała walczyć z tym pomysłem, zadzwoniła do ojca. Było późno, ale Dillon Walker, profesor historii wojskowości w Virginia Military Institute w Shenandoah Valley, który jako wdowiec mieszkał samotnie w akademiku przy placu parad, odebrał po drugim sygnale. Kate usłyszała jego cichy, ciepły basowy głos i jak zawsze pożałowała, że ojciec nie mieszka bliżej Niceville, a jej matka, Lenore, centrum życia Dillona Walkera, zginęła w wypadku na międzystanowej pięć lat temu. Po jej śmierci ojciec bardzo się zmienił. Zniknęła bardzo ważna część jego osoby, zgasł przyjacielski żar. Był jednak dostatecznie bystry, by usłyszeć napięcie w głosie córki.
– Kate... co u ciebie? Wszystko w porządku?
– Przepraszam, że dzwonię tak późno, tato. Obudziłam cię?
Walker usiadł prosto w klubowym skórzanym fotelu; co prawda nie spał na wojskowej pryczy, ale istotnie drzemał nad Pax Britannica Jamesa Morrisa, historii Imperium Brytyjskiego pod rządami królowej Wiktorii. Głos Kate drżał, jak zawsze, kiedy była zestresowana.
– Nie, słoneczko. Czytałem. Wydajesz się zmartwiona. Nie chodzi o Beth, prawda? Ani o Reeda?
Starsza siostra Kate, Beth, pozostawała w toksycznym związku z byłym agentem FBI, Byronem Deitzem, którego serdecznie nienawidziła cała reszta rodziny. Reed był bratem Kate i policjantem stanowej drogówki, surowym młodym człowiekiem, najszczęśliwszym, gdy swoim wozem ścigał pirata drogowego.
– Nie, tato, nie chodzi o nich, tylko o Nicka.
– Dobry Boże, chyba nie został ranny?
– Nie, nie. Ze zdrowiem w porządku. Prawdę mówiąc, podstępem dałam mu proszki, żeby mógł się wyspać. Jest teraz w sypialni, martwy dla tego świata. Od wielu dni prowadzi skomplikowane śledztwo i tak go wyczerpało, że wygląda jak wrak człowieka.
Nastąpiła przerwa, jakby Kate się zastanawiała, od czego zacząć. Walker pochylił się i poruszył żar w palenisku, zmieniając go w delikatne żółte ogniki, po czym usiadł prosto w fotelu i wziął szklaneczkę z whisky. Chociaż letnia i mdła, to nadal była szkocka Laphroiag.
W słuchawce słyszał oddech Kate i wyobraził ją sobie w ich dawnym rodzinnym domu, szczupłą rudowłosą irlandzką różę z szafirowymi oczami i pięknie rzeźbionymi rysami twarzy, bardzo podobną do swojej matki Lenore. Upił łyk i odstawił szklankę.
– Mówisz tak, jakbyś chciała mnie o coś zapytać, Kate. To dotyczy śledztwa Nicka?
Milczenie. Dopiero po chwili odparła:
– Chyba tak, tato. Rzecz w tym, że mamy do czynienia z kolejnym zniknięciem.
Ojciec wstrzymał oddech i wiedziała, że dotknęła dzielącej ich bolesnej kwestii. Kilka lat temu Dillon rozpoczął nieformalne prywatne śledztwo dotyczące wysokiej liczby porwań w Niceville, z którego nagle zrezygnował po śmierci Lenore. Nigdy do niego nie wrócił i subtelnie, acz skutecznie, unikał tego tematu. Kiedy się znowu odezwał, głos jak zwykle miał ciepły, chociaż może pobrzmiewała w nim czujność.
– Rozumiem. Domyślam się, że ta sprawa nie pozwala Nickowi zmrużyć oka, tak? To było porwanie? Dokonane przez nieznajomego? Jak wszystkie poprzednie?
– Na razie tak uważają. Mogę ci o tym opowiedzieć? Zgadzasz się?
– Bardzo proszę, Kate. Jeśli tylko mogę ci pomóc.
Zrelacjonowała wszystkie dotychczasowe ustalenia: Rainey Teague w drodze ze szkoły do domu, lombard wuja Moochiego, kamera bezpieczeństwa, sposób, w jaki chłopiec po prostu rozpłynął się w powietrzu. Walker słuchał i czuł, jak gardło mu się ściska.
– Chłopak nazywa się Teague? Ale to nie syn Sylvii?
– Jej syn.
– Boże, to straszne. Jak ona sobie radzi?
– Fatalnie. Kompletnie się rozsypała.
– A Miles?
– Znasz Milesa, typowy Teague, oni wszyscy są twardzi. Tylko że z dnia na dzień bardziej zamyka się w sobie. Oboje stracili nadzieję.
– Na jakim etapie jest śledztwo?
– Wszyscy biorą w nim udział. Hrabstwo Belfair i Cullen, policja stanowa, komenda w Cap City i FBI.
– Mają jakieś tropy?
– Żadnych. Zupełnie nic.
Chwila ciszy, po której Walker przemówił tonem, jakby zmuszał się do spokoju.
– Czy doszło do jakiejś... anomalii?
– Anomalii, tato? Co masz na myśli?
– Właściwie sam nie wiem. Pytasz mnie z powodu badań, które prowadziłem, ale one w żadnym aspekcie nie poszerzyły mojej wiedzy. Dlatego zrezygnowałem. Te badania nie miały sensu.
– Zrezygnowałeś, kiedy umarła mama.
Znowu umilkł.
Kate czekała.
Zdawała sobie sprawę, że posunęła się za daleko, ale też wiedziała, że jest jego ulubionym dzieckiem, z którym zawsze był najbliżej.
– Przez anomalię rozumiem coś, co trudno wyjaśnić.
– Coś innego niż fakt, że Rainey zniknął bez śladu, co zarejestrowała kamera bezpieczeństwa?
– Przed lombardem wuja Moochiego, mam rację?
– Tak.
– Mówiłaś, że stał na chodniku i wpatrywał się w jakiś przedmiot na wystawie?
– Tak.
– Co to było?
– Lustro.
Ojciec milczał, ale wyczuwała jego napięcie jak pomruki wibracji na linii.
– Jakie lustro?
– Zabytkowe. Moochie mówił, że sprzed wojny secesyjnej. Pochodzi z Temple Hill. Delia Cotton dała je kobiecie, która u niej sprząta i robi zakupy.
– Teague’owie i Cottonowie – powiedział ojciec bezbarwnie.
– Tak. Dwie stare rodziny.
Znowu chwila ciszy.
Wreszcie...
– Możesz mi opisać to lustro?
– Złota rama, barokowe, stare szkło, warstwa srebra. Może irlandzkie z siedemnastego wieku. Albo francuskie. Mniej więcej siedemdziesiąt pięć na siedemdziesiąt pięć centymetrów. Z tyłu przyklejona zabytkowa karta wizytowa z lnu.
– Co jest na niej napisane?
– Pismo piękne, atrament turkusowy. „Z wyrazami głębokiego szacunku... Glynis R.”.
Milczenie. Kate słyszała, jak ojciec oddycha wolno i regularnie, jakby chciał się uspokoić. Kiedy tym razem się odezwał, z jego głosu zniknęło serdeczne ciepło.
– Gdzie teraz jest to lustro? U Moochiego?
– Nie, jest u nas. W szafie w sypialni. Dlaczego pytasz?
Milczał tak długo, aż zaczęła podejrzewać, że zasnął.
– Tato, jesteś tam?
– Tak, przepraszam. Zastanawiałem się.
To brzmiało jak... nie kłamstwo, bo nigdy jej nie okłamał, ale co najmniej jak wykręt.
– Rozumiesz coś z tego, tato? Związki pomiędzy starymi rodzinami? Nick próbował ustalić, kim jest ta Glynis R., ale Delia powiedziała, że nie ma pojęcia. Czy to imię coś ci mówi?
– Nie, nic.
I znowu to wrażenie... czujnego dystansu.
Uniku.
– Co powinniśmy zrobić, tato? Chciałabym pomóc Nickowi i rodzinie Sylvii. Rainey był... jest... uroczym chłopcem. Wiem, że jest późno, tato. Wiem, że musisz się wyspać. Ja też. Przychodzi ci coś na myśl?
Czekała.
– Korzystałaś z lustra?
– Nie, jasne, że nie. To właściwie dowód.
– Powinnaś je oddać Delii albo tej sprzątaczce. Najszybciej, jak to możliwe. Nie wątpię, że jest wartościowe.
– Jak mówiłam, na razie stanowi dowód. W każdym razie Nick tak uważa. Coś jeszcze?
– Tak. Nigdy nie korzystaj z tego lustra.
– Nie jestem pewna, czy rozumiem.
– Ja też nie.
Usiłowała potraktować sprawę lekko.
– Jest przeklęte? – Roześmiała się. – Jeśli je stłuczemy, czeka nas siedem lat nieszczęść?
– Może powinnaś to zrobić?
– Co?
– Stłuc, rozbić, a kawałki wrzucić do Krateru.
– Chyba żartujesz.
Milczenie.
– Tak, żartuję. Przykro mi, że nie okazałem się bardziej pomocny. Skarbie, muszę się przespać, ty też. Może zadzwonisz do mnie rano? Powiedzmy około jedenastej? Wtedy będziemy mogli dłużej porozmawiać?
– Dobrze, tatusiu. Kocham cię.
– Ja też cię kocham, Kate. Bardzo cię kocham.



Rozdział drugi

Rok później

Piątek po południu

Popołudnie Cokera wymagało skupienia



Radiotelefon w kieszeni Cokera zaczął trzeszczeć jak karaluch zamknięty w butelce. Coker znajdował się głęboko w swoim wnętrzu, usiłując zobaczyć rozwój wydarzeń. Ta sztuczka zen niegdyś przychodziła mu naturalnie, ale od tamtej pory minęło sporo czasu. Patrzył przez żółtą trawę pampasową na wężowy pas asfaltu wijący się długą zieloną doliną, w dłoni trzymał ciężką strzelbę solidną i ciepłą jak koński kark.
Radiotelefon znowu zatrzeszczał.
Coker wyjął aparat, nacisnął kciukiem klawisz.
– Tak.
– Jesteśmy przy słupku 47.
Głos Danzigera był obojętny i spokojny, ale spięty. W tle Coker słyszał syreny, zawodzenie wiatru i grzechot opon obracających się po pełnej kamyczków nawierzchni autostrady.
– Co masz?
Wysłuchał krótkiej i stanowczej wymiany zdań pomiędzy Danzigerem i kierowcą zwącym się Merle Zane; w obu głosach wyczuwał adrenalinę, co w tej sytuacji było całkiem naturalne.
– Na razie tylko czterech – powiedział Danziger do telefonu. – Są za nami, ale zachowują dystans. Jest jeden helikopter z telewizji, na razie nie ma policyjnych. Dzieje się coś przed nami?
Coker spojrzał na mały przenośny telewizor, który stał na ziemi. Na niewielkim ekranie plazmowym widział czarny samochód w kształcie pocisku z maską jak zaciśnięta pięść – to był chrysler magnum Merlego Zane’a, który frunął krętą wstążką wiejskiej drogi przecinającej prostokąty pól. Za nim w bliskiej odległości pędziły cztery wozy, trzy fordy crown vic, z których dwa były grafitowoczarne, a jeden czarny, przypuszczalnie należał do zastępcy szeryfa, oraz nieoznaczone granatowe auto z wielkimi oponami i czarnymi stalowymi zderzakami.
Obraz pochodził z telewizyjnego helikoptera śledzącego pościg. Coker dostrzegał migające czerwono-niebieskie koguty na dachach wozów patrolowych.
Podkręcił głośność; zadyszana młoda reporterka relacjonowała rozwój wydarzeń. Helikopter poderwał się w górę, by uciec z pasma wież przekaźnikowych, i na ekranie przelotnie pojawił się błękitny krajobraz z niskimi brunatnymi wzgórzami na południu.
Coker czekał w tych niskich brunatnych wzgórzach.
Wziął radio, włączył.
– Na razie nie ma blokad, droga jest pusta. Potwierdzam, że są cztery jednostki, dwie stanowe i dwie szeryfa. Granatowy dodge charger jest jednym z ich wozów pościgowych. Silnik typu hemi, pojemność 3,68, wzmocniona kabina, potężne zderzaki. Trzymają go na końcu, ale przy pierwszej okazji skoczy ci na dupę. Walnie zderzakami w boczne światła i zaczniesz się kręcić. Nie daj mu się zbliżyć.
– Nie dam – odparł Danziger. – Więc droga czysta?
Mówił spokojnie, ale Coker wyczuwał napięcie w jego głosie. Monitorował częstotliwości policyjne, słuchając krótkich wymian zdań pomiędzy dyspozytorem a wozami pościgowymi.
– Wezwali jednostki z sektorów numer cztery i dziewięć, ale na razie tylko dwie odpowiedziały, są trzydzieści kilometrów dalej, po drugiej stronie Belfair Range. Rozjechali się po całym hrabstwie, większość gliniarzy jest na międzystanowej, rozładowują korek na miejscu zderzenia. Helikopter też tam jest.
– Okej. Dobrze...
Coker usłyszał potężny huk, odgłos jakby pękało szkło i cicho klnącego Merlego Zane’a.
– Chryste, strzelają do nas!
Coker spojrzał na telewizor, podniecona reporterka wyrzucała z siebie strumień słów. Na pasku na dole ekranu biegł napis: RELACJA NA ŻYWO! POLICYJNY POŚCIG NA DRODZE 311! SOUTH SKYCAM NEWS! POLICYJNY POŚCIG! RELACJA NA ŻYWO!, ale nie podano jej nazwiska. Coker pomyślał, że reporterka, kimkolwiek jest, cholernie dobrze się bawi.
No i świetnie.
Korzystaj, póki możesz, mała.
– Mówiłem. Dopuściłeś ich za blisko.
Coker usłyszał salwę z pistoletu, serię ostrych jak uderzenia w perkusję trzasków, a potem głos Merlego Zane’a.
– Danziger odpowiada ogniem.
– Merle, powiedz mu, żeby tego nie robił. Wasz ogień tylko dodatkowo ich motywuje, powinien o tym wiedzieć. Każ mu schylić głowę, bo mu odstrzelą.
– Słupek 40. Zostały nam trzy kilometry.
– Jestem tutaj. – Coker się wyłączył.
Ściszył głos w telewizorze, wyłączył radio. W gruncie rzeczy nie ma znaczenia, co stanowi teraz robią.
I tak jest za późno.
Helikopter telewizyjny – to teraz był problem.
Zerknął na ekran, próbując ustalić, jak wysoko jest helikopter, jaki ma silnik, pod jakim kątem filmuje. Większość telewizyjnych i niektóre policyjne helikoptery w stanie to Eurocopter 35os. Z odgłosu rotora i silnika wnioskował, że ten też do nich należy. Dobra szybka maszyna.
Ale lekka, z cienką obudową.
Latające jajko.
Oparł się o ciężarówkę, poprawił strzelbę na kolanach, wolno nabrał powietrza w płuca i otworzył się na to, co wokół się dzieje.
W topolowym zagajniku po drugiej stronie drogi jedno stado kruków kłóciło się z drugim. Wiatr od równiny kołysał okrągłymi główkami trawy pampasowej i sprawiał, że suche łodygi z sykiem ocierały się o siebie. Popołudniowe słońce rozgrzewało mu lewy policzek. Coker spojrzał w górę – niebo było bez jednej chmurki. Na zboczu wzgórza opos kopał w czerwonej ziemi, jego ogon wystawał jak zakrzywiony czarny patyk nad jasnożółtą trawą. Trzy jastrzębie zataczały leniwie kręgi ze skrzydłami rozpostartymi i nieruchomymi, wykorzystując prądy cieplne, jakie płynęły od rozgrzanych równin. Powietrze pachniało szałwią, koniczyną, gorącą ziemią, spieczonym asfaltem; to przypominało Cokerowi porośniętą szałwią łąkę w dolinie Bighorn. Z oddali dobiegał słaby, ale przybierający na sile lament syren.
Znowu spojrzał na ekran telewizora: sznurek samochodów pędził za czarnym magnum Merlego, granatowy dodge zygzakiem wysuwał się do przodu na dwupasmówce, która zaczynała się wspinać ku trawiastym wzgórzom Belfair Range.
Kruki po drugiej stronie drogi ucichły, jakby nasłuchiwały, a potem wystrzeliły w górę jedną wirującą czarną chmurą, na ich skrzydłach połyskiwało bursztynowe światło.
Coker poczuł dudnienie helikoptera, leciał nisko, ukryty za drzewami, a potem w wyciu syren usłyszał pisk opon, Merle wziął oddalony o czterysta metrów zakręt.
Syreny wyły teraz przeraźliwie, zwariowane echo odbijało się od wzgórz, zmieszane z warkotem pędzących samochodów.
Coker włożył nauszniki, wypuścił powietrze z płuc, usiadł w pozycji strzelniczej, ustawił podpórkę na pieńku przed sobą i wycelował lufę w linię drzew.
Strzelba była półautomatyczna, pięciostrzałowa. W komorze znajdowało się pięć pocisków, w płóciennej torbie, która leżała na ziemi, były trzy pełne magazynki. Myślał, że gdyby okazały się potrzebne, on będzie już martwy.
Przyłożył oko do celownika marki Leupold dopiero wtedy, kiedy zobaczył nad drzewami lśniącą czerwoną kulę telewizyjnego helikoptera. Pochylił się, odbezpieczył broń, przygotował się na odrzut jak kopnięcie muła, położył palec na ząbkowanym spuście i naciskał tak długo, aż poczuł, że zaczep zaczyna wchodzić. Zatrzymał się w tej pozycji.
Helikopter skręcał na lewo, muskał linię drzew, podążał za krzywizną wzgórz, śledząc pościg; ledwo się poruszał, żeby reporterka uzyskała gładki obraz. W plastikowej kabinie Coker dostrzegał dwie blade sylwetki. Dziewczyna pewnie zajmuje fotel drugiego pilota po lewej, obsługuje radio i kamerę, zdaje relację.
Pilot siedzi po prawej, zajęty sterami, pedałami i panelem kontrolnym, umysł bez reszty ma zajęty oceną sytuacji, liniami wysokiego napięcia, konarami drzew, głupimi gęsiami ze skłonnościami samobójczymi i innymi uczestnikami ruchu powietrznego, którzy mogą się pojawić w rejonie pościgu.
Nawet gdyby pilot patrzył prosto na pozycję zajmowaną przez Cokera, zobaczyłby tylko skrawek brązowej tkaniny na polu porośniętym trawą, może też sterczący długi czarny pręt.
Cocker skupił się na celu, zrobił wdech, wolno wypuścił powietrze, połowę zatrzymał w płucach, uspokoił się.
Nacisnął spust.
Broń odskoczyła, uderzając go w prawe ramię, dym ze spustu uniósł się na boki. Obraz helikoptera w teleobiektywie na moment zniekształciła fala żaru, ale Coker widział, że pilot dostał pociskiem kaliber 50 w środek klatki piersiowej.
Tak naprawdę, facet eksplodował, fala wstrząsu hydrostatycznego przeszła przez wypełnione wodą tkanki jego ciała z szybkością dźwięku jak asteroida wpadająca do morza.
Coker wiele razy wcześniej widział skutki takiego strzału. Kiedy docierasz do pojazdu, zwykle głowa kierowcy wisi na paskach skóry, oczodoły są puste, z uszu i ust płynie czarna krew, a z torsu pozostały tylko żebra i różowy kręgosłup.
Siła ognia, pomyślał Coker. To powinno ci się spodobać.
A ponieważ na sterze i panelu kontrolnym nie było już żywych rąk, helikopter zakołysał się, zanurkował, a potem wibrując jak szalony, zaczął bokiem spadać.
Na ekranie telewizora Coker widział, jak niebo i ziemia zamieniają się miejscami, a potem ustępują miejsca spiralnej smudze, gdy topole błyskawicznie zaczęły się zbliżać do helikoptera.
Przez nauszniki tłumiące hałas usłyszał piskliwy krzyk czystego przerażenia, cienki jak srebrny drut. To głos dziennikarki, tworzyła ostatni i najlepszy w życiu materiał, oglądaną na własne oczy i widzianą z bliska katastrofę helikoptera.
Relacja na żywo!
Na tę myśl Coker się uśmiechnął, w jego jasnobrązowych oczach błysnął zimny żółty płomyk, twarde usta się zacisnęły.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2012-05-30 (1010 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej