Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Przewodnik Pani Bradshaw. Ilustrowany informator o drogach żelaznych
 
Katalog - dodano
 Noc bez gwiazd
- Peter F. Hamilton
 Cynobrowe pola
- Aleksandra Radlak
 Księga czarownic
- Deborah Harkness
 Szczury Wrocławia. Kraty
- Robert J. Szmidt
 Twarzą w twarz
- Agata Suchocka
 
- skomentowano
 Wiedźmie opowieści
- Olga Gromyko
 Pierwsze słowo
- Marta Kisiel
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Baśniobór: Plaga cieni'' - Brandon Mull



Dziewczynka ruszyła przed siebie. Miała sucho w ustach, pociły jej się dłonie. Gdy znalazła się na krawędzi tunelu, spojrzała w głąb jaskini. Obserwowała dławistrąki, które unosiły się, opadały i dryfowały poziomo w każdej możliwej kombinacji. Pośrodku komnaty widziała głowę Warrena. Świecił latarką.
- Kendro! - odezwał się. - Będę ci wskazywał drogę. Czołgaj się na brzuchu i podążaj za snopem światła. Powiem ci, jak masz się poruszać. Widzę cię całą, a także wszystkie dławistrąki obok ciebie. Z Gavinem się udało.
- Ale jeśli któregoś potrącę, to zginiesz razem ze mną.
- Gdybyś rozsadziła dławistrąka, a gaz by mnie nie zabił, zrobiłby to twój dziadek. No, dalej!
Kendra położyła się na brzuchu i zaczęła wić się naprzód. Podłoże jaskini nie było ani gładkie, ani szczególnie wyszczerbione. Powoli sunęła przed siebie, wspomagała się kolanami oraz łokciami, poruszała biodrami i cieszyła się, że może podążać za światłem Warrena. Nie podnosiła wzroku, prawie nieświadoma kul, które unosiły się nad nią jak groteskowe balony.
Pokonała już połowę drogi, gdy nagle Warren gwałtownie wciągnął powietrze.
- Kendra, rozpłaszcz się na ziemi! Najbardziej jak możesz!
Dziewczyna przycisnęła policzek do kamienia, wypuściła powietrze z płuc, a siłą woli próbowała wtopić się w skałę.
- Na moją komendę przetocz się na plecy w lewo. Zastanów się, po której stronie jest twoje lewo. Nie ruszaj się w prawo. Gotowa? Zaraz, zaraz, już!
Kendra wykonała polecenie, trzymając się jak najbliżej ziemi. Chociaż miała ochotę zamknąć oczy, to jednak musiała spojrzeć. Dławistrąki były wszędzie dookoła. Zobaczyła, jak wielki pęcherz opada tuż obok niej i zatrzymuje się centymetry od podłoża, dokładnie w miejscu, gdzie przed chwilą się znajdowała. Potem uniósł się na tyle, że zmieściłaby się tam jej talia.
- Nie ruszaj się - zakomenderował Warren z napięciem w głosie.
Chociaż olbrzymi dławistrąk nie dotknął pozostałych, to jego ruch pchnął okoliczne w nowych kierunkach. Dwie bańki rozmiarów piłek do koszykówki nieomal zderzyły się tuż przed nosem Kendry. Znalazły się tak blisko jej twarzy, iż myślała, że otrą się o nią i eksplodują. Odfrunęły jednak, mijając dziewczynkę dosłownie o centymetr.
Powoli odetchnęła. Obserwowała grupkę dławistrąków ponad nią, które rozpierzchły się bez pośpiechu. Drżała. Z kącika oka spłynęła jej łza.
- Dobra robota - pochwalił ją Warren. W jego głosie było słychać ulgę. - Poturlaj się jeszcze raz w lewo, a potem podążaj za snopem latarki.
- Teraz? - spytała Kendra.
- Jasne.
Obróciła się i popełzła przed siebie, usiłując wyrównać oddech.
- Szybko naprzód - poinstruował Warren. - Wokół ciebie jest pusto.
Kendrę bolały łokcie, gdy prędko czołgała się po dnie jaskini. Promień światła kierował ją to w prawo, to w lewo.
- Zwolnij - polecił Warren. - Poczekaj, stój, cofnij się trochę.
Podniosła wzrok. W stronę jej głowy opadał po skosie dławistrąk wielkości piłki do siatkówki. Leciał prosto na nią!
- Nie przewracaj się! - ostrzegł Warren. - Są po obu stronach! Dmuchnij!
Kendra zacisnęła usta i wypuściła powietrze z płuc. Jej oddech skierował cętkowaną bańkę w inną stronę.
- Rozpłaszcz się! - polecił Warren.
Tym razem zamknęła oczy. Czekała w ciemności, aż jakiś dławistrąk ucałuje jej skórę i pęknie.
- W porządku - usłyszała po chwili. - Już niedaleko. Czołgaj się naprzód.
Otworzyła oczy i ruszyła za światłem aż do skalistej bariery na skraju otworu. Warren był już tak blisko! Kazał jej poczekać, a potem zwinnie przebiec przez kamienie, kiedy w górze chwilowo zrobiło się pusto. Na końcu pomógł jej chwycić żelazne szczeble przymocowane do kamiennej ściany otworu. Dziewczynka - roztrzęsiona, cała w szoku, wciąż nie dowierzając, że przeżyła - zeszła po drabince i stanęła obok Gavina.
- Zdaje się, że niewiele brakowało - powiedział chłopak.
- Było okropnie - przyznała. - Myślałam, że już po mnie. Na jedną bańkę musiałam dmuchać.
- J...j...ja na trzy - odparł Gavin. - Nabrałem za dużej pewności siebie i zacząłem się spieszyć. O mały włos słono bym za to zapłacił. Może powinnaś usiąść.
Kendra opadła na ziemię plecami do ściany i podciągnęła kolana pod brodę. Wciąż nie mogła uwierzyć, że się udało. Parę razy dławistrąki niesamowicie się do niej zbliżyły. Pochyliła głowę, usiłując się uspokoić. To jeszcze nie koniec przygody.
Zanim się obejrzała, Dougan zszedł po szczeblach i zatrzymał się obok Gavina.
- Mógłbym spokojnie dożyć późnej starości i nigdy nie doświadczyć czegoś takiego. - Chyba był wstrząśnięty. - Zdarzyło mi się już parę niebezpiecznych sytuacji, ale śmierć nigdy nie wydawała mi się bliższa.
Kendra poczuła ulgę, że nie tylko dla niej czołganie się po dnie jaskini okazało się traumatycznym doznaniem.
- Czy naszym kolejnym problemem będzie smok? - zapytał Gavin.
- Według Tammy owszem - potwierdził Dougan. - Do tej pory się nie myliła.
W tym momencie usłyszeli eksplozję, a zaraz potem napięty głos Neila:
- Uciekajcie!
Po chwili na ziemi u stóp drabinki wylądował Warren.
- Dalej, dalej! - krzyknął, podrywając Kendrę na nogi.
Popędzili na złamanie karku w głąb nierównego korytarza, pokonali parę zakrętów, zanim w końcu zwolnili.
- Nic ci nie jest? - zapytał Dougan Warrena, obejmując go ramieniem.
- Chyba nie - odparł tamten. - Wiedziałem, że tak będzie. Wokół Neila zebrało się za dużo dławistrąków. Ostrzegłem go, a później na wszelki wypadek uciekłem w dół. Latarkę zostawiłem opartą o kamienie. Kiedy usłyszałem wybuch, zeskoczyłem na ziemię. Jakimś cudem udało mi się nie zwichnąć nogi w kostce. Wydaje mi się, że jesteśmy bezpieczni.
Obrócił się i uderzył pięścią w ścianę tunelu tak mocno, że rozkrwawił kłykcie.
- D...d...d...d...dobrze się spisałeś - powiedział Gavin. - Gdyby nie ty, nie przedostałbym się przez jaskinię.
- Ja też - dodała Kendra.
- Jesteśmy twoimi dłużnikami - zgodził się Dougan.
Warren kiwnął głową, a potem delikatnie wyswobodził się z jego uścisku.
- A ja byłem dłużnikiem Neila. Uratował mi skórę. Groźne miejsce. Pech. Chodźmy dalej.
Pozostali ruszyli za nim. Korytarz po raz pierwszy zaczął się wznosić. Kendra usiłowała nie myśleć o Neilu, który leżał bezwładny w pomieszczeniu pełnym dziwacznych kul unoszących się w powietrzu. Rozumiała, co miał na myśli Warren, mówiąc, że jest jego dłużnikiem. Gdyby nie Neil, ona także już by nie żyła. A teraz to on zginął.
Gavin przecisnął się obok Kendry oraz Dougana, żeby złapać Warrena.
- Poczekaj - powiedział nerwowym szeptem.
- O co chodzi? - zapytał tamten.
- Czuję smoka. Pora, żebym naprawdę się na coś przydał. Jeśli uda mi się zapewnić nam bezpieczne przejście, zagwiżdżę. Kiedy wejdziecie do komnaty, nie patrzcie na nią, a zwłaszcza nie zaglądajcie jej w oczy.
- Jej? - powtórzył Dougan.
- Pachnie jak samica. Bez względu na to, co się wydarzy, nawet nie myślcie o tym, żeby ją atakować. Jeśli sprawy potoczą się źle, uciekajcie.
Warren odsunął się na bok. Gavin minął go, a później skręcił za węgieł tunelu. Warren, Dougan i Kendra czekali w milczeniu. Nie musieli czekać długo.
Powietrze rozdarł wrzask tak przeszywający, że cała trójka natychmiast zatkała uszy. Zaraz potem rozległ się szereg ryków i skrzeków, które sprawiały wrażenie zbyt potężnych, aby mogło je wydawać zwierzę. Kendra znała tylko jedną istotę, która była w stanie tak brzmieć, i był to Bahumat. Ta myśl wcale nie napawała jej radością.
Ogłuszające ryki nie ustawały. Wibrował od nich kamień pod stopami. Dziewczynka miała wrażenie, że musi tam być ze sto smoków, a nie tylko jeden. W końcu hałas się uspokoił. Cisza wydawała się jeszcze bardziej przejmująca niż wcześniej. Odsłonili uszy. Po chwili usłyszeli wysoki, świdrujący gwizd.
- To nasz znak - powiedział Dougan. - Ja pójdę pierwszy. Warren, trzymaj się z tyłu razem z Kendrą.
Ruszył przodem, a pozostała dwójka podążyła za nim w bezpiecznej odległości. Wkrótce zobaczyli przed sobą światło. Dougan zgasił latarkę. Dotarli do komnaty tak wielkiej, że Kendra z trudem rozumiała, jak w ogóle mieści się wewnątrz góry. Olbrzymie pomieszczenie przypomniało jej opowieść Hala o jaskiniach tak dużych, że można by w nich zbudować cały stadion futbolowy. Wtedy myślała, że przesadza. Najwyraźniej wcale nie.
Wielką salę oświetlały żarzące się białe kamienie umieszczone w ścianach. Kendra widziała identyczne w odwróconej wieży. Sufit był tak wysoko, że chyba nawet Hugo nie dorzuciłby tam kamieniem. Dziewczynka i Warren obserwowali Dougana, który wszedł głębiej, rozejrzał się wokół, a potem pomachał, żeby do niego dołączyli.
Komnata okazała się jeszcze większa wzdłuż i wszerz aniżeli wzwyż. Część stalagmitów miała kilkanaście metrów wysokości. Chociaż Kendra wiedziała, że nie powinna patrzeć, nie mogła się powstrzymać przed zerknięciem na Gavina. Pięćdziesiąt metrów dalej chłopak stał tyłem do niej z szeroko rozpostartymi rękami i nogami. Twarzą był zwrócony do smoka, który przycupnął nad nim na podłużnym głazie. Zdawali się pogrążeni w zapamiętałym pojedynku na spojrzenia. Oboje byli całkowicie nieruchomi.
Smoczyca błyszczała niczym nowiutka moneta. Nachodzące na siebie miedziane łuski tworzyły metaliczną zbroję. Od czubka groźnego łba aż do karku biegł wysoki grzebień. Jeśli nie liczyć ogona przypominającego bicz oraz długiej wygiętej szyi, to ciało wielkiego gada osiągało rozmiary słonia. Wzdłuż tułowia leżały złożone lśniące skrzydła.
Oczy smoka skierowały się na Kendrę. Okazały się jasne niczym ciekłe złoto. Stwór rozchylił paszczę w zębatej imitacji uśmiechu.
- Śmiesz patrzeć mi w oczy, malutka? - Aksamitne słowa smoczycy rozbrzmiewały jak uderzenia o metal.
Kendra nie wiedziała, co robić. Było jej głupio, że nie posłuchała polecenia. Bała się o Gavina, ale smoczyca wyglądała tak fascynująco. Żar jej spojrzenia sprawiał, że dziewczynkę całą zmroziło. Straciła czucie w rękach i w nogach. Co takiego mówił Warren o poskramiaczach smoków? Gdy smoki się odzywają, większość ludzi zamiera. Poskramiacze im odpowiadają.
- Jesteś bardzo piękna - powiedziała Kendra najgłośniej jak umiała. - Moje oczy nie mogły się powstrzymać.
- Ta mała jest niemal elokwentna - mruknęła smoczyca, nie odwracając od niej spojrzenia. - Podejdź bliżej, moja ty zabaweczko.
- Kendra, odwróć wzrok! - rozkazał Gavin. - Chalize, nie zapominaj, co ustaliliśmy.
Kendra usiłowała obrócić głowę, ale mięśnie szyi nie reagowały. Próbowała zamknąć oczy, lecz powieki odmawiały posłuszeństwa. Chociaż paraliżował ją strach, zachowała jasność umysłu.
- Twoi towarzysze mieli na mnie nie patrzeć - odparła śpiewnie Chalize, wciąż świdrując Kendrę jasnym spojrzeniem.
Po raz pierwszy się poruszyła: skuliła się, jakby się szykowała do skoku.
- Nie zapominaj się, gadzie! - krzyknął Gavin.
Smoczyca znów popatrzyła na niego spod przymkniętych powiek.
- Gadzie, co?
Kendra spuściła wzrok. Warren pojawił się przy niej z jednej strony, Dougan - z drugiej, i popędzili ją naprzód. Szła, szurając nogami. Słuchała rozmowy, ale nie podnosiła oczu.
- Odezwała się do ciebie uprzejmie - mówił Gavin. - Twój gatunek nie może pożerać takich osób bez powodu.
- Złamała twoją obietnicę i spojrzała na mnie. Czy potrzeba mi innej przyczyny? - Słowa Chalize były tak ostre jak brzęk mieczy.
Gavin zaczął mówić w niezrozumiałym języku, równie odmiennym od ludzkiego jak piski delfinów czy jęki wielorybów. Smoczyca odpowiadała w podobny sposób. Porozumiewali się głośniej niż wówczas, gdy posługiwali się angielskim.
Kendra poczuła ochotę, żeby się odwrócić. Czy to smoczyca wciąż miała na nią wpływ, czy też po prostu oszalała? Dziewczynka oparła się pokusie i nie spojrzała na Gavina oraz Chalize.
Wkrótce cała trójka dotarła do szerokich długich schodów. Gdy zaczęli się wspinać, kłótnia ucichła. Kendra wyobrażała sobie, że Gavin znów siłuje się ze smoczycą na spojrzenia. Jakim cudem uszła mu na sucho ta zniewaga? Jak to możliwe, że rozmawiał z nią w jej języku, którego najwidoczniej nie znały nawet wróżki, skoro Kendra nie zrozumiała nic z ich wymiany zdań? Gavin bez wątpienia miał w sobie coś więcej, niż się wydawało.
W końcu na obolałych nogach dotarli na samą górę schodów. Zobaczyli głęboką wnękę z żelaznymi drzwiami. Okazały się zamknięte, ale nigdzie nie było widać klucza. Czekali, a żadne z nich nie śmiało spojrzeć za siebie.
W końcu usłyszeli na schodach szybkie kroki. Gavin zbliżył się z tyłu, włożył złoty klucz do zamka i otworzył wrota.
- Prędko - powiedział.
Pospiesznie przekroczyli próg. Znaleźli się w korytarzu, którego ściany wykonano z kamiennych bloków. Chłopak przystanął, żeby zamknąć drzwi, a potem dogonił towarzyszy. Podłoga była wyłożona płytkami. Z wgłębień w ścianach jaśniały świecące kamienie.
- Mówiłeś jak smok - odezwał się Dougan z podziwem.
- Zaczynasz rozumieć, dlaczego tata trzymał mnie w ukryciu? - odparł Gavin.
Dougan wciąż nie mógł ukryć oszołomienia.
- Rozumiałem, że jesteś poskramiaczem smoków, masz naturalny talent, ale to...
- Jeśli w ogóle zależy wam na moim losie, proszę, nigdy nie opowiadajcie o tym, co słyszeliście.
- Przepraszam, że popatrzyłam na smoczycę - rzekła Kendra.
- N...n...n...nie przejmuj się - pocieszył ją Gavin. - Jakim cudem zdołałaś jej odpowiedzieć?
- Nie wiem. Moje ciało ani drgnęło, ale zachowałam jasność umysłu. Pamiętałam, że poskramiacze rozmawiają ze smokami, więc kiedy zobaczyła, że na nią patrzę, postanowiłam spróbować. Całą mnie sparaliżowało, ale usta wciąż mogły się poruszać.
- Zwykle umysł zostaje obezwładniony razem z ciałem - oznajmił Gavin. - Masz duże zadatki na poskramiaczkę smoków.
- Jak to możliwe, że patrzyłeś jej w oczy? - spytał Warren. - Zawsze rozumiałem, że poskramiacze unikają kontaktu wzrokowego.
- T...ty też podglądałeś? - spytał oskarżycielsko chłopak.
- Tylko tak, żeby cię zobaczyć.
- Rzuciłem Chalize wyzwanie, żeby nie dotykając mnie, spróbowała złamać moją wolę. Ustaliliśmy, że jeśli nie zdoła tego zrobić, pozwoli nam przejść w obie strony.
- Skąd ci przyszło do głowy, że wygrasz?! - zakrzyknął Dougan.
- Zawsze byłem odporny na smocze zaklęcia - wytłumaczył Gavin. - Dzięki jakiejś wrodzonej zdolności ich spojrzenie mnie nie paraliżuje. Mogłaby mi ściąć głowę jednym ruchem ogona, ale jest młoda i żyje samotnie, więc ucieszyło ją to wyzwanie. Z pewnością wydawało jej się, że tej konkurencji nie może przegrać.
- Z tego, co dostrzegłem, była dość mała - przyznał Warren.
- T...t...t...t...to bardzo osobliwe - stwierdził Gavin. - Chalize jest młodziutka, dopiero urośnie. Nie może mieć więcej niż sto lat. Jednak skarbiec jest tutaj co najmniej dziesięć razy dłużej. Ściany legowiska są poorane pazurami znacznie większego, starszego smoka.
- Zauważyłem - odrzekł Warren. - Więc gdzie jest jej rodzic?
- Spytałem ją, skąd się tu wzięła. Odmówiła odpowiedzi. W całej tej sytuacji jest coś podejrzanego. Przynajmniej dotrzymała obietnicy i oddała klucz.
- Jej młody wiek tłumaczy, dlaczego poprzednio tak prędko zaatakowała - stwierdził Dougan.
- Rzeczywiście - zgodził się Gavin. - Zazwyczaj smoki lubią się trochę pobawić pożywieniem. Młode są bardziej impulsywne.
- Czy wszystkie są takie metaliczne? - spytała Kendra. - Wyglądała prawie jak robot.
- Każdy smok jest wyjątkowy - wyjaśnił chłopak. - Widziałem już inne o metalowych łuskach, ale nigdy do tego stopnia. Całe ciało Chalize pokrywa stop miedzi. Słychać to nawet w jej głosie.
Dougan objął Gavina ramieniem.
- Chyba to się rozumie samo przez się, ale dobra robota. Jesteś niesamowity.
- Dz...dz...dzięki - odrzekł nastolatek, nieśmiało spuszczając wzrok.
Ruszyli w głąb korytarza. Warren podążał przodem, badając podłoże pękniętą włócznią. Ostrzegł wszystkich, by nie dotykali ścian i uważali na linki pułapek nad ziemią. Zawędrowali tam, dokąd nie dotarła Tammy, więc niebezpieczeństwo mogło czyhać na każdym kroku.
Tunel kończył się drzwiami z brązu. Po drugiej stronie znaleźli kręte schody wiodące w dół. Badając każdy stopień, zanim oparli na nim swój ciężar, zapuszczali się coraz dalej w głąb ziemi. Po setkach schodów, które ciągnęły się bez przerwy, cała czwórka stanęła przed kolejnymi brązowymi drzwiami.
- Może to siedlisko strażnika - szepnął Warren. - Kendro, trzymaj się z tyłu.
Ruszył przodem przez niezamknięte wrota. Zaraz potem poszli Dougan i Gavin, a Kendra patrzyła za nimi. Strzelista komnata przypominała jej wnętrze katedry, tylko że bez ławek i okien. W podwyższonych wnękach stały rzeźby, a od głównego pomieszczenia odbijały mniejsze, w których znajdowały się różne ozdoby. Ściany były udekorowane wyblakłymi malowidłami, natomiast w przeciwległym końcu sali dominował zdobiony ołtarz.
Warren, Dougan i Gavin ostrożnie przemierzyli komnatę, każdy zwrócony w innym kierunku, a Kendra obserwowała ich od drzwi. Gdy dotarli do ołtarza, rozejrzeli się dookoła. Stopniowo się odprężali. Zaczęli przeszukiwać poszczególne boczne pomieszczenia kryjące rozmaite skarby, ale nie napotkali strażnika.
Kendra miała już dość czekania i przestała wierzyć, że czyha tu niebezpieczeństwo, więc weszła do środka. Warren właśnie uważnie badał ołtarz, niepewnie dotykając klejnotów.
- Nic? - spytała dziewczynka.
Warren podniósł wzrok.
- Może jeszcze nie zbudziliśmy strażnika, ale moim zdaniem ktoś zwiał z artefaktem dawno temu. Nie widzę tu nic podejrzanego. W tej komnacie powinno czekać najstraszniejsze wyzwanie, chyba że strażnik został już pokonany.
- To by chyba wyjaśniało, dlaczego Tammy i Javier zdołali wydostać się z jaskiń, chociaż nie zdobyli artefaktu - zauważyła Kendra.
- Zgadza się. I dlaczego sto lat temu umieszczono tutaj innego smoka - potwierdził Warren.
Kendra obeszła ołtarz z drugiej strony i zamarła, widząc napis ułożony ze srebrnych liter.
- Czytałeś to? - spytała półgłosem.
- Nie znam tego języka - odrzekł Warren.
- Widocznie to mowa wróżek - szepnęła Kendra - bo dla mnie wygląda jak angielski.
- Co tu jest napisane?
Dziewczynka rozejrzała się, by mieć pewność, że Dougan i Gavin jej nie słyszą, po czym cicho odczytała treść napisu:

Dzięki największemu poszukiwaczowi przygód na świecie ten artefakt znalazł nowy dom w Baśnioborze.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2012-06-02 (926 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej