Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Kolekcjoner skór
 
Katalog - dodano
 Eliza
- Roxana Wojtas-Tabiś
 Wyprawa Błazna (wyd.M)
- Robin Hobb
 Roar
- Cory Carmack
 Wybawienie
- Jussi Adler-Olsen
 Zabójcy bażantów
- Jussi Adler-Olsen
 
- skomentowano
 Zapisane w kartach
- Anne Bishop
 Ciężko być najmłodszym
- Ksenia Basztowa, Wiktoria Iwanowa
 Sopel cz.1
- Paweł Kornew
 HEL 3
- Jarosław Grzędowicz
 Evna
- Siri Pettersen
 

''Klątwa tygrysa. Wyzwanie'' - Colleen Houck



PROLOG

Powrót do domu



Mocno trzymałam się skórzanego fotela. Poczułam ścisk w sercu, gdy prywatny samolot, w którym siedziałam, wystartował i zaczął oddalać się od Indii. Byłam pewna, że gdybym odpięła pas bezpieczeństwa, zapadłabym się w podłogę, a potem zleciała w dół, w stronę koron drzew setki metrów pode mną. Wtedy dopiero poczułabym się dobrze. Zostawiłam serce w Indiach. Wypełniała mnie dojmująca pustka, jakbym była tylko wydrążoną skorupą. A co najgorsze – to wszystko na własne życzenie.
Jak mogłam się zakochać? I to w kimś tak skomplikowanym? Ostatnie kilka miesięcy minęło w mgnieniu oka. Zaczęło się od pracy w cyrku, potem była podróż do Indii z tygrysem, który okazał się indyjskim księciem, a skończyło na walkach z mitycznymi stworzeniami i próbach spełnienia warunków zaginionej przepowiedni. Przygoda dobiegła końca, a ja zostałam sama.
Trudno mi było uwierzyć, że zaledwie kilka minut temu pożegnałam się na lotnisku z panem Kadamem. Poklepał mnie delikatnie po plecach, a ja chwyciłam go kurczowo i uściskałam z całych sił, jakbym miała go już nigdy nie puścić. W końcu wyzwolił się z moich żelaznych objęć i mamrocząc słowa pociechy, powierzył mnie pieczy swojej pra­ pra­ pra­ prawnuczki Nilimy.
Na szczęście w samolocie Nilima zostawiła mnie w spokoju. Nie miałam ochoty na towarzystwo. Przyniosła mi lunch, ale nie byłam w stanie myśleć o jedzeniu, choćby nie wiem jak smakowitym. Zdawało mi się, że balansuję na skraju połaci ruchomych piasków, które w każdej chwili mogą mnie wciągnąć w otchłań rozpaczy. Posiłek był ostatnią rzeczą, na jaką miałam ochotę. Czułam się wyczerpana i pozbawiona życia, jak zgnieciony papier, pozostały po ­świątecznych prezentach.
Nilima zabrała nietknięty lunch i próbowała skusić mnie ulubionym napojem – zimną wodą z cytryną – lecz bez skutku. Bóg wie, jak długo gapiłam się na pełną szklankę, obserwując krople formujące się na jej zewnętrznych ściankach i spływające na blat stolika, gdzie tworzyły małą kałużę.
Usiłowałam zasnąć, żeby choć na parę godzin o wszystkim zapomnieć, ale błoga, mroczna nieświadomość nie nadchodziła. Wpatrywałam się w przestrzeń, a w głowie kotłowały mi się myśli o białym tygrysie i pradawnej klątwie, której padł ofiarą. Patrzyłam na pusty fotel pana Kadama naprzeciw mojego, wyglądałam przez okno albo wbijałam wzrok w migające światełka na suficie. Od czasu do czasu spoglądałam na własną dłoń i miejsce, w którym jeszcze niedawno znajdowały się całkiem już teraz wyblakłe rysunki szamana Pheta.
Nilima wróciła z odtwarzaczem MP3. Kilka znajdujących się na nim piosenek pochodziło z Indii, ale w większości była to amerykańska muzyka. Wyszukałam najsmutniejsze utwory, takie, których słucha się po zerwaniu, i nacisnęłam przycisk play.
Rozpięłam plecak i wyciągnęłam pled babci, przypominając sobie poniewczasie, że wcześniej zawinęłam w niego Fanindrę. Rozłożyłam pled, wyjęłam złotego węża, dar od samej bogini Durgi, i umieściłam go obok siebie, na oparciu siedzenia. Zamieniony w bransoletę gad spał, a przynajmniej tak mi się zdawało. Po­głaskałam jego gładki, złoty łeb i wyszeptałam:
– Mam już tylko ciebie.
Okryłam nogi pledem, ułożyłam się w odchylanym fotelu i wbiłam spojrzenie w dach kabiny. Słuchając cicho piosenki One Last Cry, położyłam Fanindrę na kolanach i gładziłam jej lśniące sploty. Blask szmaragdowych oczu węża miękko oświetlał wnętrze samolotu i pocieszał mnie, podczas gdy muzyka wypełniała puste miejsce w mojej duszy.


1

Uniwersytet Zachodniego Oregonu



Kilka otępiających godzin później samolot wylądował wreszcie na lotnisku w Portland. Moje stopy dotknęły asfaltu. Podniosłam wzrok w stronę szarego, zasnutego chmurami nieba. Zamknęłam oczy i pozwoliłam, żeby owiał mnie chłodny wietrzyk. Poczułam zapach lasu. Na moich nagich ramionach osiadła delikatna mgiełka wilgoci – znak, że niedawno padał deszcz. Dobrze znów być w domu.
Wzięłam głęboki oddech i poczułam, jak Oregon ustawia mnie do pionu. Byłam częścią tego miejsca, a ono było częścią mnie. To tu dorastałam, tu spędziłam całe życie. Tu były moje korzenie. Tutaj zostali pochowani moi rodzice i babcia. Oregon powitał mnie jak swoje ukochane dziecko, otoczył chłodnymi ramionami, uciszył skłębione myśli i szeptem sosnowych igieł obiecał spokój.
Nilima zeszła za mną po schodkach i spokojnie czekała, aż nacieszę się znajomym otoczeniem. Usłyszałam szum silnika i zza rogu wyłonił się błękitny kabriolet. Eleganckie sportowe auto miało kolor jego oczu.
To z pewnością sprawka pana Kadama. Wywróciłam oczami na myśl o zamiłowaniu mojego przyjaciela do luksusu. Pan Kadam jak zawsze zaplanował każdy najmniejszy szczegół – i jak zawsze pokazał klasę. Przynajmniej ten samochód jest wypożyczony, zauważyłam w duchu.
Zapakowałam torby do bagażnika i przeczytałam napis nad tablicą rejestracyjną. Porsche Boxster RS 60 Spyder. Potrząsnęłam głową i wymamrotałam:
– Cholera jasna, przecież mogłabym wrócić do Salem autobusem.
– Słucham? – odezwała się uprzejmie Nilima.
– Nic takiego. Po prostu cieszę się, że już jestem w domu.
Zamknęłam bagażnik i usiadłam na szarobłękitnym skórzanym fotelu. Jechałyśmy w milczeniu. Nilima dokładnie znała drogę, uznałam więc, że nie ma potrzeby udzielać jej wskazówek. Odchyliłam się na siedzeniu, obserwując niebo i przesuwającą się za oknem zieleń krajobrazu.
Minął nas samochód pełen pogwizdujących nastoletnich chłopców. Nie wiem, co tak podziwiali, egzotyczną urodę i długie, powiewające na wietrze włosy Nilimy czy luksusowy samochód. Z pewnością nie chodziło im o mnie. Miałam na sobie zwykłą koszulkę, tenisówki i dżinsy. Pasma złotobrązowych włosów wymykały mi się z luźno zaplecionego warkocza, opadając na zaczerwienione oczy i zalane łzami policzki. Starsi mężczyźni mijając nas, nie gwizdali, lecz gapili się z wyraźną przyjemnością. Nilima nie zwracała na nich uwagi, a i ja wkrótce zaczęłam ich ignorować, myśląc, że z pewnością wyglądam tak samo okropnie, jak się czuję.
Wjechałyśmy do centrum Salem, minęłyśmy most Marion ­Street, przerzucony przez rzekę Willamette, i pomknęłyśmy autostradą numer 22 w stronę farm Monmouth i Dallas. Próbowałam tłumaczyć Nilimie, że pojechała w złą stronę, ale ona tylko wzruszyła ramionami i oświadczyła, że wybrała drogę na skróty.
– Jasne – odpowiedziałam sarkastycznym tonem. – Po takiej podróży kilka minut zrobi nam wielką różnicę.
Nilima potrząsnęła swoimi pięknymi włosami, uśmiechnęła się i jechała dalej, wśliznąwszy się w sznur samochodów, zmierzających w stronę południowego Salem. Nigdy nie byłam w tej okolicy. Z pewnością jechałyśmy okrężną drogą do Dallas.
Nilima skręciła w stronę rozległego lesistego wzgórza. Przejechałyśmy kilka kilometrów, wspinając się powoli krętą, wysadzaną drzewami szosą, od której odchodziły prowadzące w las ścieżki. Co jakiś czas w zielonej gęstwinie dostrzegałam pojedyncze domy, ale ogólnie okolica zdawała się nietknięta palcem cywilizacji. Zupełnie jakby miasto nigdy tu nie dotarło. Wzgórze było przepiękne.
Nilima zwolniła i skręciła w jedną z prywatnych dróżek, po czym ruszyła w górę. Minęłyśmy kilka krętych podjazdów, lecz nie dostrzegłam ani jednego domu. Nagle droga skończyła się i zahamowałyśmy przed bliźniakiem, wtulonym w sosnowy lasek.
Każda z identycznych części budynku miała parter oraz piętro, garaż, mały ogródek z tyłu, a także wielkie okno panoramiczne z widokiem na las. Drewniana okładzina na ścianach pomalowana została na zielono i brązowo, zaś dach pokryty był szarozielonym gontem. Całość przypominała nieco górską chatkę.
Nilima zgrabnie zaparkowała w garażu.
– Jesteśmy w domu – oświadczyła.
– W domu? Jak to? Przecież miałaś mnie zabrać do moich opiekunów! – odezwałam się, zbita z tropu.
Nilima uśmiechnęła się znacząco, a potem łagodnym tonem odparła:
– Nie. To jest twój dom.
– Mój dom? Nic nie rozumiem. Ja przecież mieszkam w Dallas.
– Mieszkasz tutaj. Wejdźmy do środka. Wszystko ci wyjaśnię.
Przez przedsionek z pralką wkroczyłyśmy do kuchni – niedużej, ale z nowiutką stalową zabudową, cytrynowożółtymi zasłonkami w oknach i ścianami ozdobionymi wzorkiem w tym samym kolorze. Nilima wyjęła z lodówki dwie butelki dietetycznej coli.
Rzuciłam plecak na podłogę i usiadłam.
– No dobrze, Nilimo, powiesz mi wreszcie, o co tutaj chodzi?
Zignorowała moje pytanie. Podała mi napój, którego nie przyjęłam, a potem kazała iść za sobą.
Westchnąwszy, zsunęłam z nóg tenisówki, żeby nie zabrudzić puszystych dywanów, i podreptałam za nią do niedużego, przytulnego salonu. Usiadłyśmy na pięknej skórzanej sofie w kolorze kasztanowym. W rogu kusiła wysoka biblioteczka, pełna elegancko wydanych książek w twardych oprawach, które musiały kosztować fortunę. Moją uwagę przyciągnęły również duże, słoneczne okno oraz telewizor z płaskim ekranem, zawieszony nad lśniącą drewnianą szafką.
Nilima zaczęła szukać czegoś w papierach leżących na stoliku.
– Kelsey – powiedziała. – To jest twój dom. Stanowi część zapłaty za twoją pracę w Indiach tego lata.
– To przecież nie była prawdziwa praca.
– Dokonałaś czegoś niezwykle ważnego. Osiągnęłaś rzeczy, o jakich nam się nie śniło. Mamy wobec ciebie wielki dług, a ten dom stanowi zaledwie jego drobną część. Pokonałaś gigantyczne przeszkody i prawie straciłaś życie. Wszyscy jesteśmy ci niezwykle wdzięczni.
– No cóż, skoro tak uważasz… – zażartowałam, zakłopotana. – Ale chwileczkę! Powiedziałaś, że dom to tylko część mojej zapłaty? Czyli jest coś jeszcze?
Nilima pokiwała głową i odparła:
– Owszem.
– Nie, nie. Naprawdę nie mogę tego przyjąć. Już sam dom to o wiele za dużo. Znacznie więcej niż to, na co się umawialiśmy. Potrzebuję tylko trochę pieniędzy na podręczniki. On nie powinien był tego robić.
– Kelsey, on nalegał.
– Trudno, będzie musiał przestać nalegać. To za dużo, Nilimo. Naprawdę.
Dziewczyna westchnęła i spojrzała mi w oczy, w których widoczny był stalowy upór.
– On pragnie, żebyś przyjęła ten dom, Kelsey. Jeśli to zrobisz, będzie szczęśliwy.
– Ale to przecież zupełnie niepraktyczne! Jak mam stąd dojeżdżać do szkoły? Chcę się zapisać do college’u, a tu przecież nie jeżdżą autobusy!
Nilima spojrzała na mnie nierozumiejącym wzrokiem.
– Jak to autobusy? Hm, skoro ci na nich zależy, możesz podjechać autem na najbliższy dworzec.
– Autem? Jakim autem? Nie rozumiem.
– To ja nie rozumiem. Czemu nie możesz jeździć do szkoły samochodem?
– Ja nie mam samochodu.
– Masz. Stoi w garażu.
– W garażu… Nie! Nie ma mowy! To chyba jakiś żart!
– Nic podobnego. Porsche należy do ciebie.
– Nieprawda! Wiesz, ile ten samochód jest wart? Nie ma mowy!
Wyciągnęłam telefon i wyszukałam numer pana Kadama. Już miałam wysłać wiadomość, gdy nagle znieruchomiałam.
– Czy jest jeszcze coś, o czym powinnam wiedzieć?
Nilima skrzywiła się lekko.
– Hm… Pozwoliliśmy sobie również zapisać cię na Uniwersytet Zachodniego Oregonu. Kursy i podręczniki są już opłacone. Książki leżą na blacie w kuchni, obok planu zajęć, bluzy z logo uczelnianej drużyny oraz mapy kampusu.
– Zapisał mnie na uniwerek? – spytałam, nie dowierzając. – Planowałam naukę w małym dwuletnim college’u i pracę, a nie studia uniwersyteckie.
– Najwyraźniej uznał, że uniwersytet bardziej ci się spodoba. Zaczynasz w przyszłym tygodniu. Jeśli chodzi o pracę, możesz jej oczywiście poszukać, jeśli sobie tego życzysz, ale nie będzie to konieczne. On założył ci również konto w banku. Karta leży na kuchennym blacie. Nie zapomnij jej podpisać.
Przełknęłam ślinę.
– A… ee… ile dokładnie pieniędzy jest na tym koncie?
Nilima wzruszyła ramionami.
– Nie mam pojęcia, ale z pewnością starczy na wszystkie codzienne wydatki. Oczywiście rachunki nie będą przesyłane tutaj, lecz prosto do księgowego. Dom i samochód również są opłacone, podobnie jak wszelkie sprawy związane ze studiami.
Przesunęła w moją stronę stertę papierów, po czym rozsiadła się wygodnie na sofie, popijając colę.
Przez chwilę siedziałam bez ruchu, wstrząśnięta, po czym przypomniałam sobie, że miałam zadzwonić do pana Kadama. Znów zaczęłam szukać numeru.
– Czy na pewno chcesz to wszystko odrzucić, Kelsey? Wiem, że jemu bardzo zależy na tym, aby cię obdarować – odezwała się Nilima.
– Cóż, pan Kadam powinien wiedzieć, że nie potrzebuję jego dobroczynnych gestów. Wyjaśnię mu, że zwykły dwuletni college w zupełności mi wystarczy, mogę też mieszkać w akademiku i jeździć autobusem.
Nilima pochyliła się w moją stronę.
– Ależ Kelsey, to nie pan Kadam to wszystko zaaranżował.
– Co? Skoro nie pan Kadam, to kto… Och! – Zatrzasnęłam telefon. O nie, do niego nie zadzwonię, nie ma mowy. – A więc to jemu tak strasznie zależy?
Uniesione brwi Nilimy zmarszczyły się pytająco.
– Owszem, jemu.
To, że musiałam od niego odejść, niemal rozerwało mi serce na strzępy. A teraz, mimo że jest w Indiach, jedenaście tysięcy pięćset osiemdziesiąt jeden kilometrów i dwadzieścia cztery metry stąd, wciąż ma mnie w garści.
– Proszę bardzo – burknęłam pod nosem. – Przecież on i tak zawsze dostaje to, czego pragnie. Jeśli mu odmówię, z pewnością wpadnie na jakiś inny niesamowity pomysł, który jeszcze bardziej skomplikuje nasze stosunki.
Z podjazdu przed domem dobiegł dźwięk klaksonu.
– Muszę wracać na lotnisko. – Nilima wstała, po czym rzuciła: – Och, zapomniałabym. Mam dla ciebie jeszcze to. – Wcisnęła mi w dłoń nowiutki telefon komórkowy, po czym szybko mnie uściskała i ruszyła w stronę drzwi frontowych.
– Nilimo, zaczekaj chwilę!
– Nie martw się, Kelsey. Wszystko będzie dobrze. Papiery potrzebne na uczelnię leżą w kuchni. W lodówce jest jedzenie, a twoje rzeczy są na górze. Możesz wziąć samochód i jeszcze dziś odwiedzić rodzinę. Czekają na twój telefon.
Odwróciła się, pełnym wdzięku krokiem wyszła z domku, wsiadła do samochodu i radośnie pomachała mi na pożegnanie. Kiwnęłam ponuro dłonią. Wkrótce elegancki czarny sedan zniknął mi z oczu. Nagle zrobiło się cicho, zostałam sama w środku lasu.
Po wyjeździe Nilimy postanowiłam zwiedzić miejsce, które miałam odtąd nazywać domem. Napiłam się coli z butelki i zaczęłam zaglądać do szafek. Były w nich szklanki, talerze, przybory kuchenne, sztućce, patelnie i garnki. Zastanowiło mnie, co może się znajdować w dolnej szufladzie lodówki – okazało się, że jest pełna cytryn. Wyglądało to na sprawkę pana Kadama. Wiedział, że woda z cytryną poprawia mi humor.
Wpływ pana Kadama nie kończył się na wystroju kuchni. Toaleta na parterze była utrzymana w odcieniach bladej zieleni i cytryny. Nawet mydło miało cytrynowy zapach.
Wrzuciłam buty do wiklinowego kosza na wyłożonej kafelkami podłodze przedsionka, obok nowiutkiej pralki, po czym przeszłam do niewielkiego gabinetu.
Na biurku stał mój stary komputer, a obok niego – nowy, lśniący laptop. Poza tym w pomieszczeniu znajdowały się jeszcze krzesło ze skórzanym obiciem, komoda oraz półka, na której leżały papier i inne przybory piśmiennicze.
Złapałam plecak i weszłam na górę, żeby obejrzeć sypialnię. Pod ścianą stały piękne, duże łóżko z brzoskwiniowymi poduszkami i kremową narzutą oraz stary drewniany kufer. W rogu, pod wychodzącym­ na las oknem, ustawiono wygodne fotele do czytania.
Na łóżku leżał liścik, który od razu poprawił mi humor.

Cześć, Kelsey!
Witaj w domu. Zadzwoń do nas jak najszybciej! Chcemy się dowiedzieć wszystkiego o Twoich podróżach!
Twoje rzeczy czekają w szafie.
Masz piękny dom!
Ucałowania
Mike i Sara

To, że byłam z powrotem w Oregonie, w połączeniu z karteczką od Mike’a i Sary, jakoś mnie uspokoiło. Oni wiedli normalne życie. I ja przy nich normalniałam. Przyjemnie będzie dla odmiany znaleźć się w pobliżu zwyczajnej rodziny. Spanie na ziemi w dżungli, rozmowy z hinduskimi boginiami, no i zakochiwanie się w tygrysach – to zdecydowanie nie było normalne. O nie.
Otworzyłam szafę. Znalazłam w niej swoją kolekcję wstążek do włosów i wszystkie ubrania, przewiezione tu od Mike’a i Sary. Przesunęłam palcami po kilku rzeczach, niewidzianych od miesięcy. Kiedy otworzyłam drugie skrzydło, ujrzałam nowe ciuchy, które dostałam w czasie pobytu w Indiach, kilka z nich wciąż w pokrowcach. Zamknęłam drzwi do szafy, postanowiwszy twardo, że tej części już nigdy nie otworzę.
Podeszłam do toaletki i wysunęłam pierwszą szufladę od góry. Sara ułożyła w niej moje pozwijane skarpetki rzędami – dokładnie tak, jak lubiłam. Jednak gdy zajrzałam do następnej szuflady, uśmiech natychmiast zniknął z mojej twarzy. Znalazłam w niej jedwabną piżamę, którą specjalnie zostawiłam w Indiach. Przesunąwszy dłonią po miękkiej tkaninie, poczułam piekący ból w sercu. Stanowczym ruchem zamknęłam szufladę i skierowałam się do lśniącej, biało­ błękitnej łazienki. W tym momencie naszła mnie myśl, która sprawiła, że zaczerwieniłam się jak burak. Jasna, przestronna sypialnia była utrzymana w brzoskwiniowo­kremowych barwach.
To on musiał wybrać kolory. Powiedział kiedyś, że pachnę jak brzoskwinie ze śmietanką. Najwyraźniej znalazł sposób na to, żebym o nim myślała nawet, gdy dzielą nas oceany.
Rzuciłam plecak na łóżko, po czym natychmiast tego pożałowałam, uświadomiwszy sobie, że w środku znajduje się Fanindra. Wyjęłam ją ostrożnie, przeprosiłam i ułożyłam na białej poduszce z brzoskwiniowym haftem. Przez chwilę gładziłam węża po złotym łebku. Potem zabrałam się do rozpakowywania bagaży.
Kiedy skończyłam, opadłam na łóżko i wyciągnęłam z kieszeni dżinsów nowy telefon z logo Prady. Jak wszystkie pozostałe prezenty był bardzo kosztowny i zupełnie niepotrzebny. Włączyłam aparacik. Spodziewałam się, że od razu wyświetli mi się jego numer, tak się jednak nie stało. Nie miałam też żadnych wiadomości. Jedyne numery zapisane w kontaktach należały do pana Kadama oraz Mike’a i Sary.
Targały mną sprzeczne emocje. Na początku odetchnęłam z ulgą. Potem poczułam zamęt w głowie, a po nim rozczarowanie. Pomyślałam, że właściwie byłoby miło, gdyby się odezwał. Chociażby po to, aby się upewnić, że doleciałam bezpiecznie.
Zła na samą siebie, zadzwoniłam do moich przybranych rodziców. Oznajmiłam im, że jestem już w domu, zmęczona podróżą, i że jutro wieczorem przyjadę na kolację. Rozłączyłam się, z lekkim niepokojem wyobrażając sobie, jaka niespodzianka kulinarna czeka mnie tym razem. Z całą pewnością będzie miała coś wspólnego z tofu. Stwierdziłam jednak, że z radością zniosę koszmar zdrowej żywności, byle tylko zobaczyć się z rodziną.
Zeszłam na dół, włączyłam muzykę, przygotowałam sobie przekąskę składającą się z plasterków jabłka z masłem orzechowym i zaczęłam przeglądać uczelniane dokumenty, leżące na kuchennym blacie. Pan Kadam jako pierwszą specjalizację wybrał dla mnie stosunki międzynarodowe, jako drugą zaś – historię sztuki.
Spojrzałam na plan zajęć. Jakimś cudem pan Kadam już na pierwszym roku zdołał zapisać mnie na bardziej zaawansowane kur­­sy, i to również te zimowe, mimo że oficjalnie nie były jeszcze dostępne.
Uczelnia otrzymała zapewne niemały datek z Indii, pomyślałam, uśmiechając się półgębkiem. Nie zdziwiłabym się, gdyby pod koniec roku w kampusie stanął nowy budynek.
Klamka zapadła. Oficjalnie zostałam studentką uniwersytetu. A raczej: studentką, która po godzinach zajmuje się zdejmowaniem starożytnych klątw, pomyślałam, przypominając sobie, że w Indiach pan Kadam nie ustaje w swoich badaniach. Trudno będzie się skupić na zajęciach, profesorach i pracach trymestralnych po wszystkim, co wydarzyło się w lecie. Czułam się dziwnie, wracając do swojego dawnego życia w Oregonie. Czułam, że w jakiś sposób przestałam tu pasować.
Na szczęście wszystkie tematy zajęć brzmiały interesująco, zwłaszcza te dotyczące religii i magii. Pan Kadam wybrał dla mnie kursy, na które pewnie sama bym się zdecydowała – z wyjątkiem łaciny. Zmarszczyłam nos. Nigdy nie byłam dobra z języków. Szkoda, że na uniwerku nie uczą hindi. Dobrze byłoby je poznać, szczególnie jeśli mam wrócić do Indii, żeby podjąć się pozostałych trzech zadań opisanych w przepowiedni Durgi. Być może…
W tym momencie w radiu rozbrzmiało I Told You So Carrie Underwood. Otarłam łzę i pomyślałam, że on zapewne bardzo szybko znajdzie sobie kogoś nowego. Na jego miejscu nie przyjęłabym mnie z powrotem. Rozważanie tego choćby przez chwilę było zbyt bolesne.
Zepchnęłam wspomnienia w najciemniejszy zakątek serca, starając się zastąpić niewesołe myśli nowymi: o studiach, o rodzinie i o tym, że znów jestem w Oregonie.
Na razie okazało się to skuteczną metodą. A jednak wiedziałam, że jego duch nadal unosi się w cichym, ciemnym zakątku mojego serca i tylko czeka, aż poczuję się samotna lub na chwilę stracę czujność, żeby znów wypełnić mój umysł myślami na swój temat.
Będę musiała dbać o to, żeby zawsze mieć coś do roboty, postanowiłam. To będzie moje wybawienie. Będę się uczyć jak szalona, odwiedzać znajomych i chodzić na randki. Tak jest! Tak właśnie zrobię. Ciężka praca i spotkania towarzyskie sprawią, że będę zbyt zmęczona, żeby o nim myśleć. Moje życie potoczy się dalej. Nie mam innego wyjścia.
Gdy kładłam się do łóżka, było już późno, a ja padałam ze zmęczenia­. Pogłaskałam Fanindrę, wsunęłam ją pod kołdrę i zasnęłam.

Następnego dnia zadzwonił mój nowy telefon. Na ekraniku wyświetlił się numer pana Kadama, co sprawiło, że ogarnęły mnie jednocześnie radość i rozczarowanie.
– Dzień dobry, panno Kelsey – rozległ się wesoły głos. – Cieszę się, że bezpiecznie dotarła pani do domu. Mam nadzieję, że wszystko w porządku i jest pani zadowolona.
– Nie spodziewałam się tego – odparłam. – Mam straszne wyrzuty sumienia w związku z domem, samochodem, kartą kredytową i studiami.
– Proszę się tym w ogóle nie przejmować. Cieszę się, że mogłem to wszystko dla pani załatwić.
Nie udało mi się powstrzymać ciekawości i spytałam:
– A jak panu idzie z przepowiednią? Wymyślił pan coś?
– Usiłuję właśnie przetłumaczyć resztę inskrypcji z monolitu, który pani znalazła. Po pani wyjeździe wróciłem do świątyni Durgi i sfotografowałem pozostałe trzy kolumny. Wygląda na to, że każda reprezentuje jeden z czterech żywiołów: ziemię, powietrze, wodę i ogień.
– Rzeczywiście – potwierdziłam, przypominając sobie przepowiednię. – Ta pierwsza musiała mieć związek z ziemią, bo byli na niej rolnicy składający w ofierze owoce i zboża. Poza tym Kiszkinda jest pod ziemią, a pierwszą rzeczą, o jaką poprosiła Durga, był złoty owoc.
– Zgadza się. Istniał również piąty filar, ale został zniszczony dawno temu. Reprezentował kosmos, czyli motyw często spotykany w hinduizmie.
– Cóż, jeśli ktokolwiek jest w stanie obmyślić dalszy plan działania, to tylko pan. Dziękuję za telefon – dodałam, po czym ustaliliśmy, że wkrótce porozmawiamy znowu, i się rozłączyłam.
Przez następne pięć godzin studiowałam swoje nowe podręczniki. Potem pojechałam do sklepu z zabawkami i kupiłam po pomarańczowo­ czarnym pluszowym tygrysie dla Rebecki i Sammy’ego, ponieważ uświadomiłam sobie, że zapomniałam przywieźć im prezenty z Indii. Wbrew zdrowemu rozsądkowi wykosztowałam się również na wielkiego białego tygrysa dla siebie.
Wróciłam do domu, chwyciłam maskotkę i zatopiłam twarz w jej futerku. Było miękkie, ale nie pachniało jak trzeba. On zawsze pachniał cudownie, jak wodospad i drzewo sandałowe. Wypchany pluszak był tylko atrapą. Miał szkliste, puste błękitne oczy. Jego oczy były barwy kobaltu. Poza tym nie zgadzał się układ prążków.
Co, do cholery, się ze mną dzieje? Nie powinnam była w ogóle tego kupować. Teraz jeszcze trudniej będzie mi zapomnieć.
Otrząsnęłam się z czarnych myśli. Przebrałam się i wyruszyłam z wizytą do Mike’a i Sary.
Pojechałam okrężną drogą, byle tylko ominąć miejsce, gdzie kiedyś stał cyrk pana Maurizio, i uniknąć kolejnych bolesnych wspomnień. Gdy zaparkowałam przed domem, drzwi otworzyły się szeroko i Mike wyszedł mi na spotkanie. Nie mógł się oprzeć urokowi porsche. Minął mnie i podbiegł prosto do auta.
– Kelsey! Mogę? – zapytał przymilnie.
– Jasne, nie krępuj się – odparłam ze śmiechem. Poczciwy stary Mike, pomyślałam i rzuciłam mu kluczyki.
Sara objęła mnie w talii i poprowadziła do domu.
– Tak się cieszymy, że wróciłaś! Oboje! – zawołała, popatrując groźnie na Mike’a, który radośnie pokiwał nam ręką i zaczął wycofywać samochód z podjazdu. – Martwiliśmy się o ciebie, bo nie odzywałaś się zbyt często, ale pan Kadam dzwonił co parę dni. Opowiadał, co robisz i jak bardzo jesteś zajęta.
– O! A co dokładnie mówił? – spytałam, zaciekawiona, jaką historyjkę wymyślił mój przyjaciel.
– To wszystko było takie ekscytujące! Pomyślmy… Mówił o twojej nowej pracy, że będziesz u niego stażystką w każde wakacje i od czasu do czasu przy różnych projektach w ciągu roku. Nie miałam pojęcia, że interesują cię stosunki międzynarodowe. To cudowna specjalizacja. Niezwykle ciekawa. Mówił też, że kiedy skończysz studia, możesz pracować w jego firmie na pełen etat. To dla ciebie fantastyczna szansa!
Uśmiechnęłam się.
– Rzeczywiście, pan Kadam jest super. Trudno o lepszego szefa. Traktuje mnie bardziej jak wnuczkę niż jak pracownicę i okropnie mnie rozpieszcza. Widziałaś przecież dom i samochód, no i jest jeszcze szkoła.
– Przez telefon wychwalał cię pod niebiosa. Przyznał nawet, że nie umie sobie już radzić bez ciebie. To bardzo miły człowiek. Powtarzał wciąż, że jesteś jego… Jak on to powiedział? … niezwykle cenną inwestycją na przyszłość.
Rzuciłam Sarze spojrzenie pełne zwątpienia.
–Cóż, mam nadzieję, że się nie zawiedzie.
Sara roześmiała się, ale po chwili spoważniała.
– Kelsey, Mike i ja nie mamy wątpliwości, że jesteś wyjątkowa i czeka cię wspaniała przyszłość. Może w ten sposób los rekompensuje ci stratę rodziców. Chociaż wiem, że nic ich nie zastąpi.
Pokiwałam głową. Sara cieszyła się z moich sukcesów. A i to, że jestem zabezpieczona finansowo, mogę mieszkać sama i żyć na przyzwoitym poziomie, musiało być dla niej i dla Mike’a dużą ulgą.
Sara uściskała mnie, po czym wyciągnęła z piekarnika jakąś dziwnie pachnącą potrawę. Ustawiła ją na stole i powiedziała:
– No to jemy!
Udając entuzjazm, zapytałam:
– Co jest na kolację?
– Pełnoziarnista lasagne z tofu i szpinakiem, z dodatkiem sojowego sera i siemienia lnianego.
– Mniam, nie mogę się doczekać – oznajmiłam, zmuszając się do półuśmiechu. Z tęsknotą pomyślałam o pozostawionym w Indiach magicznym złotym owocu, który błyskawicznie wyczarowywał najpyszniejsze potrawy. Cóż, pozostawała mi wiara w talent kulinarny Sary.
Po spróbowaniu stwierdziłam, że jednak w niego nie wierzę.
W tym momencie do kuchni wpadli sześcioletnia Rebecca i czteroletni Samuel i zaczęli skakać wokół mnie, starając się zwrócić na siebie uwagę. Uściskałam oboje i usadziłam przy stole. Podeszłam do okna, żeby zobaczyć, czy wrócił Mike. Właśnie zaparkował porsche i szedł tyłem w stronę domu, nadal wlepiając wzrok w samochód. Otworzyłam przed nim drzwi.
– Mike, obiad.
– Tak, tak, już idę – rzucił przez ramię, wciąż wpatrzony w auto.
Usiadłam przy stole pomiędzy dzieciakami, każdemu z nich nałożyłam po kawałku lasagne, po czym ukroiłam maleńką porcję dla siebie. Sara uniosła brwi, wykręciłam się jednak, zapewniając, że zjadłam duży lunch. Mike wszedł do kuchni i jak nakręcony zaczął mówić o samochodzie. Spytał, czy może go pożyczyć i zabrać Sarę na randkę w któryś piątkowy wieczór.
– Jasne. Przyjadę i popilnuję dzieci.
Mike uśmiechnął się promiennie, a Sara przewróciła oczami.
– Masz zamiar zabrać na randkę mnie czy samochód?
– Oczywiście, że ciebie, kochanie. Samochód będzie tylko pretekstem, żeby pochwalić się piękną kobietą, siedzącą u mego boku.
Spojrzałyśmy po sobie, uśmiechając się z przekąsem.
– A to dobre, Mike.
Po kolacji przeszliśmy do salonu, gdzie wręczyłam dzieciakom maskotki. Wydawszy z siebie pisk radości, maluchy zaczęły biegać po pokoju, powarkując jak tygrysy. Tymczasem Sara i Mike wypytywali mnie o pobyt w Indiach, więc opowiedziałam im o ruinach Hampi i o rezydencji pana Kadama (która, technicznie rzecz biorąc, nie należała do niego, ale oni nie musieli o tym wiedzieć). Gdy spytali, jak tygrys pana Maurizio czuje się w nowym domu, na chwilę odebrało mi mowę, ale szybko się otrząsnęłam i oznajmiłam, że zwierz ma się dobrze i wygląda na zadowolonego. Na szczęście pan Kadam wyjaśnił im wcześniej, że często zwiedzaliśmy przeróżne ruiny w poszukiwaniu zabytkowych artefaktów, a moim zadaniem było robienie notatek i katalogowanie znalezisk – co właściwie nie odbiegało daleko od prawdy, a przy tym tłumaczyło wybór historii sztuki jako jednej z moich specjalizacji.
Miło było przebywać w towarzystwie Mike’a i Sary, ale przez cały czas denerwowałam się, że wyrwie mi się coś dziwnego. Nigdy by nie uwierzyli we wszystko, co mi się przydarzyło. Mnie samej czasem trudno było w to uwierzyć.
Wiedziałam, że chodzą wcześnie spać, zebrałam się więc i pożegnałam. Uściskałam ich na do widzenia i obiecałam, że wpadnę w przyszłym tygodniu.
Po powrocie do domu spędziłam jeszcze kilka godzin, czytając książki, po czym wzięłam gorący prysznic. Kładąc się do łóżka w ciemnej sypialni, wydałam stłumiony okrzyk, kiedy natrafiłam dłonią na miękkie futro. Przypomniawszy sobie o swoim dzisiejszym zakupie, odepchnęłam tygrysa na skraj łóżka i wetknęłam dłoń pod policzek. Nie mogłam przestać o nim myśleć. Zastanawiałam się, co robi i czy mnie wspomina, czy w ogóle za mną zatęsknił. Może przemierza właśnie parne gęstwiny skąpanej w tropikalnym upale dżungli? Może walczy z Kishanem? Czy kiedykolwiek jeszcze tam wrócę – i czy naprawdę tego chcę? Cokolwiek bym postanowiła, w mojej głowie pojawiały się wciąż nowe pytania.
Westchnęłam, wyciągnęłam rękę i chwyciłam pluszowego tygrysa. Objęłam go, zatopiłam nos w jego futrze i zasnęłam, wtulona w miękką łapę.


2

Wushu



Kolejnych kilka dni minęło szybko i niewiele się wydarzyło, aż nadszedł początek roku akademickiego. Poznawszy tematy prac trymestralnych, stwierdziłam, że moje doświadczenia z Indii przydadzą mi się w szkole. Mogę napisać o Hampi w eseju o indyjskich metropoliach, opisać kwiat lotosu jako symbol religijny w wypracowaniu z antropologii, a jako temat pracy z religioznawstwa wybrać boginię Durgę. Jedynym przedmiotem, który wydał mi się naprawdę trudny, była łacina.
Wkrótce udało mi się uporządkować moje nowe życie. Często odwiedzałam Mike’a i Sarę, regularnie jeździłam na zajęcia, a w każdy piątek rozmawiałam przez telefon z panem Kadamem. W pierwszym tygodniu pomógł mi w ustnej prezentacji na temat różnic między terenówką SUV a indyjskim nano. Jego ogromna wiedza motoryzacyjna oraz moje jeżące włos na głowie doświadczenia z poruszaniem się po indyjskich drogach pomogły i dostałam najlepszą ocenę w grupie. Nauka wypełniała mi czas i nie miałam kiedy martwić się o cokolwiek innego.
Jedna z tych piątkowych rozmów przyniosła intrygującą niespodziankę. Gdy już pogawędziliśmy o studiach i ostatniej zadanej mi pracy, dotyczącej klimatu w Himalajach, okazało się, że pan Kadam ma dla mnie nowinę.
– Zapisałem panią na jeszcze jeden kurs – oświadczył. – Myślę, że się pani spodoba, ale z pewnością będzie czasochłonny, więc zrozumiem, jeśli pani odmówi.
– Chętnie zajmę się czymś nowym – odparłam, zaintrygowana.
– Cudownie! Zapisałem panią na zajęcia z wushu, które odbywają się w Salem, w poniedziałki, środy i czwartki między wpół do siódmej a ósmą wieczorem.
– Wushu? A co to takiego? Jakiś indyjski dialekt? – spytałam, z lekkim rozczarowaniem w głosie.
Pan Kadam parsknął śmiechem.
– Och, doprawdy czasem bardzo mi pani brakuje. Nie, wushu to rodzaj sztuki walki. Wspomniała pani kiedyś, że to panią interesuje.
Odetchnęłam z ulgą.
– Och, tak! Brzmi świetnie. Na pewno znajdę czas. Kiedy są pierwsze zajęcia?
– W przyszły poniedziałek. Podejrzewałem, że się pani zgodzi, i pozwoliłem sobie wysłać paczkę z niezbędnym sprzętem. Prawdopodobnie dotrze jutro.
– Ależ naprawdę, nie trzeba było. Musi się pan wreszcie powstrzymać od obsypywania mnie prezentami, bo nigdy nie będę w stanie spłacić tego długu.
Pan Kadam aż się zachłysnął.
– Panno Kelsey, to ja nigdy, przenigdy nie zbliżę się choćby do spłacenia naszego długu wobec pani. Proszę przyjąć to, co mogę zaoferować. Uszczęśliwi pani starego człowieka.
Roześmiałam się.
– Dobrze, niech już pan nie dramatyzuje. Przyjmę prezent, jeśli to panu sprawi przyjemność. Ale jeżeli chodzi o samochód…
– Zobaczymy. A tak przy okazji, odszyfrowałem fragment tekstu z drugiej kolumny. Może mieć coś wspólnego z powietrzem, choć za wcześnie jeszcze, by wyciągać wnioski. To między innymi dlatego chciałbym, żeby uczyła się pani wushu, które pozwala osiągnąć równowagę między ciałem a umysłem. Może się to przydać, gdyby nasza kolejna przygoda rozegrała się nad ziemią.
– Chętnie nauczę się walczyć we własnej obronie. Wushu przydałoby mi się przy spotkaniu z kappa – zażartowałam, po czym spytałam: – A co z klątwą? Wie pan już, jak ją złamać? Czy tłumaczenie jest bardzo trudne?
– Z pewnością… stanowi wyzwanie. Opisy, które przetłumaczyłem, nie dotyczą miejsc w Indiach. Zaczynam się martwić, że pozostałe trzy przedmioty, których szukamy, mogą być porozrzucane po całym świecie. Chyba że jestem już tak zmęczony, że się mylę…
– Znów pan pracował całą noc. Proszę się przespać. Zrobić sobie rumiankowej herbaty. Musi pan choć trochę odpocząć.
– Być może ma pani rację. Może rzeczywiście zaparzę sobie herbaty i dla rozrywki poczytam trochę o tych pani Himalajach.
– Bardzo proszę, żeby pan odpoczął. Tęsknię za panem.
– Ja za panią też. Dobranoc.
– Do usłyszenia.
Pierwszy raz od powrotu do Stanów poczułam falę adrenaliny. Ale gdy tylko się rozłączyłam, znów zastąpiło ją przygnębienie. Cieszyłam się na cotygodniowe rozmowy z panem Kadamem i zawsze było mi smutno, gdy dobiegały końca. Tak samo czułam się po świętach Bożego Narodzenia. Po miesiącu radosnego oczekiwania, gdy już wszystkie prezenty zostały rozpakowane, potrawy zjedzone, a ludzie rozstawali się i ruszali każdy w swoją stronę, ogarniało mnie dojmujące poczucie straty. Teraz jednak w głębi serca wiedziałam, że tak naprawdę jestem smutna, bo jedynym prezentem, jakiego pragnęłam, było to, żeby on zadzwonił.
Ale tak się nie stało. Każdy kolejny tydzień, kiedy nie słyszałam jego głosu, zabijał we mnie nadzieję. Wiedziałam, że to ja wyjechałam z Indii po to, by on mógł zacząć nowe życie z kimś innym. Powinnam się cieszyć, że ma szansę na szczęście. A jednak byłam załamana.
Ogarnął mnie smutek, jak zawsze, gdy kończą się wspaniałe wakacje i trzeba wrócić do szkoły. On był najlepszym prezentem, jaki mogłam dostać, moim własnym, osobistym cudem, który odrzuciłam. Zupełnie jakbym wygrała bilet za kulisy, żeby poznać gwiazdora z marzeń, po czym oddała wygraną na cele charytatywne. Czułam się z tym naprawdę beznadziejnie.
W sobotę kurier przyniósł tajemniczą paczkę od pana Kadama. Była wielka i ciężka. Postawiłam ją na podłodze w salonie, chwyciłam nożyczki i przecięłam taśmę. W środku znalazłam strój sportowy z logo Studia Sztuk Walki Shing, na którym jeden mężczyzna walił w szczękę drugiego, a ten z kolei kopał przeciwnika w brzuch. Wyciągnęłam także z pudła dwie pary butów oraz czerwony jedwabny komplet, składający się ze spodni oraz kimonowej góry z czarnymi haftkami i szarfą. Nie miałam pojęcia, kiedy będę miała okazję go założyć, ale strój bardzo mi się podobał.
Gdy sięgnęłam głębiej, przekonałam się, czemu paczka była taka ciężka: w środku znalazłam kilka mieczy, jakieś dziwne haki, łańcuchy oraz broń składającą się z trzech pałek połączonych metalowymi obręczami, podobną do nunczako, a także kilka innych przedmiotów, których nie byłam w stanie nazwać, bo nigdy wcześniej ich nie widziałam.
Jeśli pan Kadam ma zamiar zrobić ze mnie wojowniczkę ninja, srogo się rozczaruje, pomyślałam, przypominając sobie, jak zamarłam bezradnie, zaatakowana przez panterę. Ciekawe, czy cały ten kurs naprawdę mi się przyda. Podejrzewam, że kiedy wrócę do Indii, dobrze będzie umieć stanąć do walki z tym, co będzie zagradzać mi drogę do zdobycia drugiego daru dla Durgi. Na samą myśl włoski na karku stanęły mi dęba.
W poniedziałek pojawiłam się na łacinie nieco wcześniej i porządek mojego dnia został zburzony, kiedy Artie, pomocnik profesora, podszedł do mojego stolika. Stanął bardzo blisko. Za blisko. Spojrzałam na niego z nadzieją, że rozmowa przebiegnie szybko i Artie się odsunie. Spośród facetów, których znałam, był jedynym obdarzonym wystarczającą dawką odwagi, by nosić zestaw składający się z dzianinowego bezrękawnika oraz muszki. Niestety, bezrękawnik był na niego za mały i Artie wciąż musiał go obciągać na swoim dość pokaźnym brzuchu. Ten człowiek idealnie wpisywał się w scenerię starego, zmurszałego college’u.
– Cześć, Artie. Co słychać? – spytałam niecierpliwie.
Artie poprawił sobie środkowym palcem okulary o szkłach niczym denka od butelek i otworzył kalendarzyk. Od razu przeszedł do rzeczy.
– Czy jesteś wolna w środę o piątej po południu?
Stał nade mną z ołówkiem uniesionym w gotowości i przewiercał mnie spojrzeniem wodnistych brązowych oczu. Kiedy patrzył w dół, robił mu się podwójny podbródek. Czekał na odpowiedź.

– Ee… jasne, czy profesor ma do mnie jakąś sprawę?
Artie zignorował moje pytanie i zaczął bazgrać z ważną miną w swoim kalendarzu, tu coś skreślając, tam dopisując. Najwyraźniej dokonywał istotnych zmian. Następnie z trzaskiem zamknął notes, wetknął go sobie pod ramię i sumiennie obciągnął brązowy bezrękawnik aż do sprzączki paska. Starałam się nie zauważać, że dzianina natychmiast powędrowała z powrotem w górę.
Artie uśmiechnął się do mnie słabo.
– Ależ nie – odparł wreszcie. – O piątej po południu w środę zabieram cię na randkę. – Po czym, bez słowa wyjaśnienia, minął mój stolik i skierował się w stronę drzwi.
Czy ja się przesłyszałam? Co to miało znaczyć?
– Artie, poczekaj. Jak to: „na randkę”?
Zajęcia właśnie się zaczynały, a bezrękawnik zniknął za progiem. Opadłam na krzesło, osłupiała. Może on nie miał na myśli randki, tłumaczyłam sobie. Może nasze definicje randki różnią się od siebie. A jednak powinnam się upewnić.
Przez cały dzień bezskutecznie usiłowałam dopaść Artiego w sali od łaciny. Cóż, wyjaśnienia będą musiały poczekać.
Tego wieczoru miałam pierwszą lekcję wushu. Włożyłam czarne spodnie, podkoszulek i białe tenisówki. Otworzyłam dach kabrioletu i ruszyłam przez las do Salem. Owiewał mnie chłodny wieczorny wietrzyk, który sprawił, że całe moje ciało się rozluźniło. Zachodzące słońce zabarwiało chmury na fioletowo, różowo i pomarańczowo.
Studio sztuk walki było duże, zajmowało pół budynku. Po przekroczeniu progu znalazłam się z tyłu przestronnej sali z lustrami na ścianach i niebieskimi matami na podłodze. Wewnątrz było już pięcioro ludzi. Trzech chłopaków i wysportowana dziewczyna rozgrzewało się z jednej strony. W drugim rogu na podłodze rozciągała się kobieta w średnim wieku o matczynym wyglądzie. Uśmiechnęła się do mnie. Widać było, że jest lekko zestresowana, ale w jej oczach lśniła determinacja. Usiadłam obok niej i również zaczęłam się rozciągać, próbując dotknąć stóp palcami.
– Cześć. Mam na imię Kelsey.
– Jennifer. – Kobieta zdmuchnęła grzywkę z czoła. – Miło cię poznać.
Do sali wszedł nauczyciel w towarzystwie jakiegoś młodego mężczyzny. Siwy trener wyglądał na bardzo żwawego i silnego. Mówił z mocnym akcentem. Przedstawił się jako Chu… coś tam, ale polecił, byśmy mówili do niego Chuck. Młodzieniec stojący obok był jego wnukiem i miał na imię Li. Li wyglądał jak młodsza wersja swojego dziadka. Miał krótko obcięte czarne włosy, był wysoki, szczupły i umięśniony. I bardzo miło się uśmiechał.
Chuck rozpoczął zajęcia krótką przemową:
– Wushu to chińska sztuka walki. Słyszeliście o mnichach z klasztoru Shaolin? Oni właśnie uprawiają wushu. Moje studio nazywa się Shing, co oznacza „zwycięstwo”. Wszyscy będziecie ­mogli poczuć zwycięstwo, gdy poznacie wushu. Słyszeliście o kung­ fu?
Pokiwaliśmy głowami.
– Kung­ fu oznacza „umiejętność”. To nie styl walki. Znaczy tylko, że coś umiecie. To może być jazda konna albo pływanie. A wushu to styl. Wushu to wykopy, rozciągnięcie, gimnastyka i walka z bronią. Czy wiecie, jacy sławni ludzie praktykowali wushu?
Nikt się nie odezwał.
– Jet Li, Bruce Lee i Jackie Chan, oni wszyscy używali wushu. Najpierw nauczę was powitań. Oto jak witacie nauczyciela przed każdymi zajęciami. Ja mówię: Nĭ hăo ma?, a wy odpowiadacie: Wŏ hĕn hăo. To znaczy „Jak się macie?” i „Mamy się dobrze”. Nĭ hăo ma?
– Wu hena hał
– rozległy się niepewne głosy z obu stron sali.
– Wŏ… hĕn… hăo.
– Wŏ hĕn hăo.
Chuck wyszczerzył zęby w uśmiechu.
– Bardzo dobrze! A teraz się porozciągamy.
Rozgrzaliśmy mięśnie nóg i ramion, a potem Chuck polecił nam usiąść na podłodze i dotknąć rękami palców u stóp. Oświadczył, że powinniśmy się tak rozciągać kilka razy dziennie. Następnie kazał nam robić szpagaty. Czworo uczniów z drugiej strony sali radziło sobie całkiem nieźle, żal mi tylko było Jennifer. Od samego rozciągania dostała zadyszki, ale najwyraźniej postanowiła się nie poddawać.
Chuck uśmiechał się do nas wszystkich i zachęcał Jennifer do dalszych starań. Po chwili poprosił wnuka o zademonstrowanie pierwszej pozycji, zwanej po chińsku mă bù, która przywodziła mi na myśl jazdę konną. Następnie przeszliśmy do gōng bù, od której strasznie bolały łydki, i xū bù. Pozycja pù bù była najtrudniejsza. Stopy należało ustawić równolegle przodem, a ciało nienaturalnie wykręcić w bok. Jako ostatniej nauczyliśmy się zuòpàn bù, czyli tak zwanej postawy odpoczynku, która jednak z odpoczynkiem nie miała nic wspólnego.
Ćwiczyliśmy te pięć pozycji do końca zajęć. Li pomógł mi właściwie ustawić stopy i przez dłuższy czas pokazywał mi pù bù, której wciąż nie mogłam opanować. Przez cały czas mnie dopingował i często się uśmiechał.
Jennifer była czerwona z wysiłku, ale pod koniec zajęć wyglądała na zadowoloną. Czas minął bardzo szybko. Czułam, że ćwiczenia dobrze mi robią, i już się cieszyłam na kolejną lekcję, która wypadała w ten sam wieczór, co moja randka z Artiem.
We wtorek trzy razy zaglądałam do pracowni językowej w poszukiwaniu Artiego, żeby wyjaśnić sytuację. Kiedy go w końcu dopadłam, urządził wielkie przedstawienie i ostentacyjnie przewracał stroniczki kalendarza, aż skończyły mi się wymówki. Poczułam wyrzuty sumienia i uznałam, że się z nim umówię – przecież od tego nie umrę. Nie pociąga mnie w najmniejszym stopniu, ale być może zyskam dobrego kolegę. Zgodziłam się więc na spotkanie za parę tygodni.
Dni mijały bez przygód, aż znów znalazłam się w niezwykłej sytuacji. Jason, który siedział obok mnie na zajęciach z antropologii, zaprosił mnie na doroczny mecz futbolowy. Na początku byłam zaskoczona, ale już po chwili w głowie zapaliła mi się żarówka i uświadomiłam sobie, że dotąd ignorowałam wszystkie sygnały, które mi wysyłał. Jakbym patrzyła na świat przez płachtę plastikowej folii. Skupiłam się wyłącznie na nauce i przez cały czas zakładałam, że jemu też nie zależy na niczym innym.
Jason wyglądał na miłego chłopaka, choć nie umywał się do mężczyzny, którego zostawiłam w Indiach. Zaczęłam wyliczać w głowie zalety ich obu i Jason przegrał z kretesem. Wiedziałam, że nie powinnam ich porównywać. W końcu z nim nikt nie może się równać. Na myśl o randce z Jasonem nie byłam podniecona ani przerażona, szczęśliwa ani zdenerwowana. Czułam tylko pustkę.
Wiedziałam, że kiedyś będę musiała zacząć spotykać się z innymi. Przygryzłam wargę. Cóż, prawdopodobnie on zrujnował moje szanse na szczęście z kimkolwiek innym. Jak może mi się jeszcze kiedyś ktoś spodobać?
Zdegustowana własnym pokrętnym rozumowaniem, odpowiedziałam Jasonowi, że chętnie pójdę z nim na mecz. Wyglądał na zachwyconego, co sprawiło, że zaczęłam się martwić, czy nie pomylił przypadkiem mojej chęci zapomnienia o przeszłości z prawdziwym zainteresowaniem.
Tego dnia na wushu zaczęliśmy się uczyć kopnięć. Było ich kilka rodzajów: kopnięcie proste, boczne, po obrocie i piętą. Najbardziej jednak spodobała mi się technika polegająca na jednoczesnym kopnięciu palcami i wyrzuceniu przed siebie pięści. Wreszcie poczułam, że naprawdę uczę się walczyć.
Ćwiczyliśmy kopnięcia prawie przez całą lekcję. W pewnym momencie Chuck zaczął wykrzykiwać ich nazwy w przypadkowej kolejności, żeby sprawdzić, jak dobrze je zapamiętaliśmy. Na koniec polecił nam dobrać się w pary. Moją partnerką była Jennifer. Li poprosił, żebym zademonstrowała kolejne kopnięcia, i pomógł mi odpowiednio ułożyć ramiona. Wkrótce oznajmił, że to koniec na dzisiaj. Podziękowałam mu i poćwiczyłam jeszcze chwilę sama.
– Li cię lubi – stwierdziła Jennifer konspiracyjnym szeptem, kiedy skończyłam. – Nie wiem, czy odważy się zrobić pierwszy krok, ale to dość oczywiste. Cały czas na ciebie patrzy. A ty? Co ty na to?
– Nic. To miły chłopak, ale nigdy nie myślałam o nim w ten sposób.
– Och. Czyli jest ktoś inny?
Zmarszczyłam brwi.
– Nie. Już nie.
–Kochanie, nie możesz pozwolić, żeby życie przeciekło ci przez palce, bo kiedyś ktoś złamał ci serce. Jedyne wyjście to pozbierać się i spróbować jeszcze raz. Życie jest zbyt krótkie.
Jennifer od piętnastu lat była szczęśliwą mężatką. Jej mąż, przemiły, lekko łysiejący facet, wprost ją ubóstwiał. Każdego wieczoru po zajęciach powtarzał, że wygląda fantastycznie i gdy stanie bokiem, już prawie jej nie widać. Potem całował jej wilgotne ciemne loki i otwierał przed nią drzwi samochodu. Jeśli ktokolwiek mógłby być ekspertem w sprawach miłości, to właśnie Jennifer.
Spoglądała na mnie uważnie, a ja myślałam o tym, co właśnie powiedziała. Wiedziałam, że ma rację. Ale jak zmienić swoje uczucia?
Jennifer uśmiechnęła się do mnie pokrzepiająco, zebrała swoje rzeczy i ścisnęła mnie za ramię.
– Do zobaczenia, Kelsey.
Pomachałam jej na pożegnanie, a potem zapatrzyłam się w ciemną, pustą ulicę, zatopiona w myślach. Kiedy wróciłam do sali, żeby zebrać swoje rzeczy, zauważyłam, że wszyscy już poszli. Li stał przy drzwiach wejściowych, czekając cierpliwie, aż będzie mógł zamknąć studio.
– Wybacz, Li. Zdaje się, że straciłam poczucie czasu.
Uśmiechnął się do mnie.
– Nic nie szkodzi.
Zabrałam swój ręcznik, kluczyki i butelkę z wodą, po czym ruszyłam do wyjścia.
Ledwie zdążyłam wsiąść do samochodu, kiedy Li zawołał:
– Hej, Kelsey! Poczekaj! – Podbiegł, a ja opuściłam szybę. – W Halloween spotykamy się z grupką znajomych, żeby pograć w Osadników z Catanu. Chciałbym i ciebie zaprosić. Moja babcia uwielbia gotować, więc będzie dobre jedzenie. Przyjdziesz? Nauczę cię zasad gry.
–Hmm. – Niczego nie planowałam na Halloween. Wiedziałam, że dzieci nie będą odwiedzać mojego domu, gdyż stoi na uboczu. Nie miałam też specjalnej ochoty na wizytę u Mike’a i Sary. Wszystkie maluchy z sąsiedztwa omijały ich dom, bo rozdawali słodycze bez cukru i pouczali rodziców o niebezpieczeństwach wynikających z przejadania się słodkościami.
Li czekał, więc w końcu odpowiedziałam:
– Jasne, to brzmi ciekawie.
Uśmiechnął się.
– Świetnie! Do zobaczenia.
Jadąc do domu, czułam się dziwnie. Gdy tylko przekroczyłam próg, rzuciłam torbę na kanapę i wyciągnęłam z lodówki butelkę wody. Udałam się na górę, do sypialni, i wyszłam na balkon. Usiadłam na leżaku, odchyliłam głowę do tyłu i zapatrzyłam się w gwiazdy.
Trzy randki. W ciągu najbliższych dwóch tygodni miałam trzy randki i nie cieszyłam się na żadną z nich. Najwyraźniej coś było ze mną nie tak.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2012-06-05 (907 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej