Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Kazio i szkoła pełna wampirów
 
Katalog - dodano
 Noc bez gwiazd
- Peter F. Hamilton
 Cynobrowe pola
- Aleksandra Radlak
 Księga czarownic
- Deborah Harkness
 Szczury Wrocławia. Kraty
- Robert J. Szmidt
 Twarzą w twarz
- Agata Suchocka
 
- skomentowano
 Wiedźmie opowieści
- Olga Gromyko
 Pierwsze słowo
- Marta Kisiel
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Inwazja'' - Michaił Achmanow



Sygnał nadano po dwóch godzinach i pięćdziesięciu sekundach. Płaskie pokrywy włazów o numerach od jednego do czternastu znikły w ścianach, desantowcy przykucnęli równocześnie, jakby wykonywali jakieś ćwiczenie akrobatyczne, a potem - wsunąwszy nogi w czarne otwory i przyciskając ręce do bioder - zjechali w dół, tam, gdzie w okrętowej ładowni stały gryfy. Każdy w oddzielnym maleńkim boksie, jak pociski w łódce nabojowej; osiem wzdłuż lewej burty, osiem wzdłuż prawej. Za nimi, w hangarze dziobowym, stały „simy”, czołgi amfibie przeznaczone do działań lądowo-wodnych, zwane ze względu na szybkość i zwrotność karaluchami. I jedne, i drugie były groźną bronią z arsenału krążownika i bez wątpienia najmądrzejszą – przecież kierowali nimi ludzie. Oczywiście, nie bez pomocy komputerów.
Szeroki elastyczny wąż wyrzucił Litwina prosto w objęcia fotela-kokonu. Powłoka ochronna otuliła ramiona i piersi, brzuch i biodra, kolana i łydki, pozostawiając swobodne ręce i szyję; z góry opadł hełm, za nim nasunęła się osłona kabiny, w jej matowej głębi zapłonęła siatka wskaźnika celu. Litwin odruchowo napiął mięśnie lewej nogi, potem prawej i gryf zakołysał się w gnieździe w przód i w tył. Kiedy człowiek pokręcił szyją i poruszył oczami, zabłysło światełko modułu medycznego, a kontrolki rakiet, laserów i wielolufowych swomów posłusznie spłynęły po osłonie, będącej teraz również ekranem. Teraz, wepchnięty w naszpikowaną bioczujnikami tkaninę kokonu, podłączony do autopilota Litwin stanowił jedność ze swoją maszyną, czuł ją jak przedłużenie własnego ciała – przede wszystkim kończyn i oczu. Było to dobrze mu znane uczucie, do którego zdążył się przyzwyczaić podczas dziewięciu lat lotów w próżni i w atmosferach trzech planet.
- Pierwszy gotowy – oznajmił Litwin i usłyszał takie same meldunki trzech swoich podwładnych. Potem komunikator burknął głosem Chevreuse’a: „Zgoda na katapultowanie!”.
Litwin delikatnie poruszył lewą stopą. Błona śluzy rozstąpiła się, strumień sprężonego gazu wyrzucił gryfa na odległość stu metrów od okrętu, cicho zamruczał silnik, a w osłonie – teraz już przezroczystej - zabłysły gwiazdy i pojawił się tarcza Jowisza – ogromny, trzy razy większy od ziemskiego księżyca. Siatka wskaźników celu zaświeciła jaśniej. Świat w kratkę, żartowali piloci desantowcy.
Litwin obserwował, jak trzy srebrne strzały wyfrunęły ze śluz w obłokach białawej pary. Rodrigueznatychmiast ustawił się z tyłu, Corcoran i McNeal zatoczyli koło pod płaskim brzuchem Skowronka. Na powierzchni statku blisko dziobu widniał wizerunek ptaka, ale sam krążownik przypominał raczej rybę. Ogromnego pstrąga pływającego w ciemnych, nocnych wodach. Tylko anteny lokalizatorów, lufy miotaczy plazmy i wieżyczki strzelnicze zaburzały opływowy kształt kadłuba. Za rufą statku ciągnął się język ognia.
- Gryfy w przestrzeni – zameldował Litwin. – Przystępujemy do wykonania zadania.
- Ruszajcie – rozbrzmiał komunikator, tym razem głosem kapitana.
Myśliwce odleciały w różne strony - jedna para po spirali w górę, druga w dół.
Skowronek z wielkiej ryby zmienił się w małą rybkę, a po chwili znikł zupełnie – pozostała tylko plamka na ekranie lokalizatora. Plamek było w sumie pięć – krążownik, trzy MU i ostatnia z rozstawionych boi majacząca na krawędzi jak ledwie dostrzegalna iskierka. Poza tym Litwin nie widział nic – nie licząc, oczywiście, Jowisza i gwiazd. Ale te ciała niebieskie ani trochę go w tej chwili nie interesowały.
- Pierwszy do drugiego. Kurs równoległy do statku, odległość jeden megametr. Trzeci i czwarty taka sama marszruta, ale w dolnym sektorze.
- Zrozumiałem – odezwał się Corcoran. – Przejmujemy dolny sektor, odległość jeden megametr.
Louis także potwierdził odległość, potem chrząknął i dodał:
- À propos Acapulco. Najlepsze są tam kubańskie Mulatki czekoladki. Mają takie…
- Gryfy, nie zaśmiecać eteru! – warknął kapitan. – Co pokazują lokalizatory i czujniki?
- Nic, sir – zameldował Litwin. – Reliktowe promieniowanie kosmiczne i składowa słoneczna.
- Meldować co pięć minut.
- Tak jest, sir.
Litwin uruchomił timer i sygnał dźwiękowy, potem delikatnie odchylił głowę, napawając się widokiem nieba. Wyraźne punkty gwiazd pobłyskiwały wśród obłoków pyłowych i mgławic, jaśniała zakrzywiona ścieżka Drogi Mlecznej, w ciemnej otchłani kryło się nieznane – galaktyki, których światło jeszcze nie dotarło do Ziemi, czarne dziury, gwiazdy neutronowe… Obraz ten zawsze zachwycał Litwina i jakby na zasadzie kontrastu wywoływał wspomnienia o rodzinnym Smoleńsku; Droga Mleczna stawała się Dnieprem, a z konturów gwiazdozbiorów przebijały znajome stare mury z ceglanymi wieżami, kopuły cerkwi, teatr miejski albo dom na ulicy Gagarina, gdzie mieszkali jego bliscy: matka, ojciec, siostra z mężem, dwójka siostrzeńców… Po każdym rejsie wracał do domu; stromy brzeg Dniepru przyciągał go bardziej niż plaże Acapulco, a jeśli chodzi o dziewczyny, to żadne czekoladowe Kubanki nie mogły się równać ze smoleńskimi ślicznotkami. Chociaż i czekoladki warto by spróbować – tak dla odmiany. Litwin nie był Don Juanem, ale nie gardził damskim towarzystwem.
Timer zaśpiewał melodyjnie. Litwin odczytał wskazania czujników i zaraportował:
- Gryf Jeden do okrętu. Optyka nic. Lokalizatory nic. Rejestruję typowe promieniowanie tła.
- Gryf Trzy do okrętu – natychmiast odezwał się Corcoran. – Sytuacja analogiczna. Tylko tło trzy procent powyżej normy.
- Przyjąłem. Kontynuujcie obserwacje.
Wszystko wskazywało na to, że ten rejs na Skowronku będzie dla Litwina ostatni. Podejrzewał, że w sztabie ZSK przygotowano już rozkaz o awansie i przeniesieniu do Trzeciej Floty – być może na ciężki krążownik, taki jak Barakuda, Starfire albo Syberia. Nie ma co, potężne skorupy! Osiem pokładów, baseny, sale gimnastyczne, galerie spacerowe i żadne tam kubryki – dla każdego oddzielna kajuta… A przede wszystkim trzydzieści sześć MU, i to nie gryfów, które czasy świetności miały już dawno za sobą, a kań najnowszej konstrukcji. Dowodzenie takim desantem kusiło ogromnym prestiżem, choć rozstanie ze Skowronkiem wywoływało smutek i melancholię. Pewnie nigdy już nie spotka Richarda, cichej Abbie ani gadatliwego Rodrigueza… Każde z nich miało własny harmonogram urlopów, więc jeśli w ogóle się kiedyś spotkają, to za dziesięć lat, gdy przejdą w stan spoczynku. Być może nie pozbędą się ich bezceremonialnie, lecz jako zasłużonych weteranów skierują do jakiejś jednostki naziemnej, na stację orbitalną albo do księżycowej bazy ZSK… Na razie nie miał ochoty o tym myśleć, mimo że w bazie były przestronne salony, a kuchnia zasługiwała na wszelkie pochwały. Litwin wolał ciasny kubryk i monotonne racje, byleby tylko loty się nie skończyły. Coraz dalej i dalej, z Jowisza na Saturn, z Saturna na Urana, Neptuna, Plutona i wreszcie w ciemną otchłań oddzielającą Układ Słoneczny od najbliższych gwiazd…
Westchnął. Takie marzenia raczej nie spełnią się za jego życia. Napęd termojądrowy dawał statkom prędkość wystarczającą do podróży po Układzie Słonecznym, lecz wyprawa do gwiazd wymagała czegoś innego. Czegoś, co wynajdą dopiero przyszłe pokolenia …
Timer znowu brzęknął.
- Gryf Jeden do okrętu. Wszystkie parametry bez zmian.
- Gryf Trzy do okrętu. Wizualnie ani na lokalizatorach nic nie stwierdzam, ale wartość promieniowania tła wzrosła o dwanaście procent.
- U nas o pięć procent. Prawdopodobnie zbliżamy się do miejsca wybuchu.
To był Chevreuse, po którym natychmiast zabrzmiał głos komandora.
- Gryf Trzy i Gryf Cztery, określić gradient wzrostu promieniowania. Idę w waszą stronę, podejdźcie do epicentrum. Gryf Jeden, „Gryf Dwa, za mną. Odległość od trzynastu do piętnastu kilometrów.
- Zrozumiałem – odpowiedział Litwin.
- Rozpoczynam manewr – oznajmił Corcoran.
Miał wraz z McNeal krążyć w pustce, kierując się wskazaniami czujników. Zrodzone w dziwnym wybuchu potoki zjonizowanych cząstek i kwantów gamma jeszcze się nie rozpłynęły, dzięki czemu przy pewnym nakładzie pracy można było określić epicentrum fenomenu. Coś tam zawsze znajdziemy – pomyślał Litwin, zmieniając trajektorię. – Jeśli walnął reaktor, będą odłamki, a jeśli rozsypał się kamień, to jego prochy jeszcze unoszą się nad Jowiszem.
Z kamieniami miał do czynienia już wcześniej. Jednym z głównych zadań ZSK było zapewnienie bezpieczeństwa, czyli ochrona Ziemi przed intensywnymi wybuchami na Słońcu i ciałami kosmicznymi, które spadając na powierzchnię Ziemi, mogły zakończyć pochód cywilizacji ku gwiazdom. Wśród małych planet było z pół setki obiektów o średnicy od jednego do ośmiu kilometrów, których orbity przecinały ziemską, a energia potencjalnego zderzenia wynosiła sto tysięcy megaton. W 1937 roku jeden z nich, Hermes, przemknął w odległości ośmiuset megametrów od Ziemi, czyli w skali kosmicznej tuż obok. Arsenał jądrowy i statki kosmiczne gwarantowały, że katastrofa podobna do tej, która doprowadziła do wyginięcia dinozaurów, więcej się nie powtórzy. Przykładowo – flota złożona z dziesięciu statków rozniosła w proch jeden z obiektów w pasie asteroid. Litwinowi pozostały wspaniałe wspomnienia tej operacji.
Timer przypomniał, że pięć minut minęło.
- Gryf Jeden do okrętu. Odnotowałem wzrost promieniowania tła o szesnaście procent. Znajduję się w strefie widoczności optycznej. Na lokalizatorze nic.
- Gryf Trzy do okrętu. Minąłem obszar trzykrotnego wzrostu promieniowania tła, prawdopodobnie epicentrum. – Pauza. - Do wszystkich gryfów! Konfiguracja x-cztery.
Oznaczało to, że myśliwce powinny patrolować w ariergardzie ustawione w krzyż albo romb; taki schemat był odpowiedni do obserwowania peryferii. Dowódcy grupy przypadała pozycja u góry, jeśli za punkt odniesienia przyjąć północny biegun Galaktyki. Litwin poprowadził więc gryfa ku wierzchołkowi krzyża, śledząc na lokalizatorze położenie maszyn McNeal, Corcorana i Rodrigueza; Abbie znajdowała się dokładnie pod nim, Louis i Richard – niżej, z prawej i z lewej. Malutkie myśliwce zaginęły w kosmicznym mroku, ale Skowronka można było rozpoznać w wizorze optycznym: srebrna strzałka z purpurowym strumieniem gazu na końcu. Ogień zgasł, po czym buchnął znowu, ale tym razem płomienie wylatywały z silników pomocniczych, otaczając krążownik różową migotliwą aureolą.
- Hamujemy. Półtora g – padł rozkaz Chevreuse’a. – Do wszystkich gryfów: kapitan nakazał zbliżyć się na odległość pięciu kilometrów.
Litwin wprowadził poprawkę i ruszył naprzód, ale po minucie pod hełmem rozbłysnął czerwony sygnał błędu. Było to nie tylko dziwne, lecz wręcz nieprawdopodobne: podczas wspólnych lotów gryfy otrzymywały dane o kursie bezpośrednio z KAN-u. Niemniej…
- Oddalają się od nas – zabrzmiał głos Corcorana. – Nie hamują, tylko się oddalają z dotychczasową prędkością! Śnię czy nasz komputer oszalał?
- Śpisz – wtrącił Rodriguez. – Tylko ciekawe, z kim?
McNeal milczała. Była nadzwyczaj spokojną i milczącą dziewczyną. A do tego zdyscyplinowaną: wiedziała, że dowódca ustali, co jest powodem opóźnienia.
- Gryf Jeden do okrętu – powiedział Litwin. – Proszę o potwierdzenie rozkazu hamowania.
Komunikator milczał. Minęła sekunda, druga, trzecia, po czym Be Jay wrzasnął:
- Pełna moc, Chevreuse! Co się tam, do diabła, dzieje?!
- Hamujemy, komandorze. Coś nas przyciąga…
- Gdzie? Tam niczego nie ma! Niczego, klnę się na reaktor!
Ano niczego – potwierdził w duchu Litwin, rzucając okiem na lokalizator. Na kursie Skowronka była tylko próżnia. Trzy atomy wodoru na metr sześcienny. Ani czarnych dziur, ani białych karłów, ani innych anomalii.
- Alarm czerwony! – nieoczekiwanie krzyknął komandor. – Powtarzam, alarm czerwony! Swomy, gotowość bojowa, na moją komendę ognia!
Swomy były bronią humanitarną – oczywiście, w porównaniu z laserami i resztą arsenału okrętu. Rój lecących z ogromną prędkością lodowych kryształów zmieniał w sito pancerze, skafandry, mechanizmy i ludzkie ciała, jednakże nie powodował tak zgubnych zjawisk, jak promieniowanie czy fala uderzeniowa; rój czyścił tylko ograniczoną przestrzeń , nie pozostawiając nieprzyjemnych następstw.
- Może uderzymy rakietami? – ochrypłym głosem wyszeptał Chevreuse.
- Nie, nie wiemy, co tam jest – odmruknął komandor. – Swomy od pierwszego do szóstego, wąską wiązką, ognia!
Ekrany lokalizatorów pokazały sześć półprzezroczystych plamek. Oderwały się one od ciemnej strzały okrętu i pomknęły w pustkę, przecinając ekran. Przy prędkościach kosmicznych uderzenia drobnych kawałków lodu miały większą moc niż kiedyś wybuch pocisku artyleryjskiego.
- Manewr okrążający. Przygotowanie do ataku – zarządził Litwin.
Ustawił swoją maszynę z lewej strony, a Rodriguez natychmiast podążył za nim; Corcoran i McNeal zajęli pozycje z prawej na tej samej wysokości. Szyk gryfów przypominał w tej chwili kleszcze, gotowe w każdej chwili się zacisnąć.
- Kogo atakujemy, Pierwszy? – zapytał Rodriguez. – A może co? Próżnię?
Pytanie było nie od rzeczy: Litwin nie widział nic, co można by było zaatakować…
- Gryf Jeden do okrętu. Proszę o instrukcje. Co…
Nie zdążył dokończyć, bo słabo pobłyskująca z przodu łuna wybuchła, zalewając zdało się, cały wszechświat. Zawyła syrena, autopilot przejął sterowanie, gwałtownie szarpnął stateczkiem w górę, próbując sprowadzić go z linii ognia, ale w tej samej chwili poszycie zadudniło. Pękła pokrywa, coś przebiło lewą rękę i nogę Litwina, wbiło się w żebra. Poczuł ciepłe strużki krwi wypływającej z ran. Potem ogromny ciężar rozmazał go po powłoce kokonu, a gasnący umysł podpowiedział: przyśpieszenie co najmniej piętnaście g.
Ostatnie, co zobaczył, to poprzebijany korpus Skowronka; z setek dziur wyciekało powietrze, zmieniając się w białawe śnieżne płatki. Zginęli, wszyscy zginęli – przemknęła myśl. – Ale jak?...
Stracił przytomność.



Przestrzeń okołoziemska


Ziemia i Księżyc



Wybuchy w pobliżu Jowisza zauważył astronom Li Chen dyżurujący przy dużym teleskopie zwierciadlanym w obserwatorium Kepler. Obserwatorium orbitalne, uruchomione dwa lata temu, należało do Związku Uniwersytetów Europy i Ameryki Północnej. Finansowano je szczodrze, a teleskop był rzeczywiście wielki – średnica zwierciadła wynosiła sto dwadzieścia cztery metry. Każdy astronom na Ziemi marzył, by dopaść tego instrumentu, a ci, którzy nie marzyli, byli albo inwalidami niezdolnymi nawet do lotów w bliski kosmos, albo kompletnymi przygłupami bez żadnych widoków na uzyskanie stopnia naukowego.
Była jeszcze trzecia kategoria: obywatele mocarstw stanowiących potencjalne zagrożenie dla społeczności ziemskiej. Ich nie dopuszczano do najnowszych technologii. Li należał do grona takich osób – był Chińczykiem, i to nie z KSZ ani z UEA, lecz z Chin – czyli tak chińskim Chińczykiem jak to tylko możliwe. Niechętny stosunek innych do jego obecności na Keplerze miał wiele przyczyn: to, że co czwarty człowiek na Ziemi był Chińczykiem; to, że chińską ekspansję na Amerykę, Australię i Syberię, nie wspominając o krajach Azji Południowo-Wschodniej, uważano za realne zagrożenie; a także to, że Chińczycy sprzeciwiali się asymilacji, uparcie twierdząc, że Państwo Środka jest centrum świata. John E. Bradford, brytyjski astrofizyk i dyrektor Keplera, mógł co najwyżej zgadywać, jakim cudem Li Chen znalazł się w jego obserwatorium. Ale dokumenty Li były w porządku, dwumiesięczny okres stażu też wyglądał rozsądnie, tak więc nie zdołano odprawić Chena do Szanghaju przed terminem.
Z zawodowego punktu widzenia Chińczyk był znakomitym obserwatorem. Spostrzegawczym, choć oczy miał wąskie i skośne. Vad Griko, zastępca Bradforda, przydzielił Li do zadań związanych z kontraktem z ZSK, w którego ramach Kepler śledził ruchy asteroid grupy Apollo między orbitami Marsa i Jowisza. Jeśli takie ciało wpadło w pole grawitacyjne gigantycznej planety, zmieniało trajektorię lotu – dlatego Jowisz był cały czas obserwowany zarówno przez obserwatoria ziemskie, jak i orbitalne. Zadanie to uważano za nudne i mało prestiżowe, ale zajmowało się nim setki astronomów żyjących z dotacji ZSK. A wśród nich – spostrzegawczy Li.
Gdyby Chen był tylko spostrzegawczym Chińczykiem na dwumiesięcznym stażu, Bradford by go jakoś zniósł. Ale jego wyobraźnia!... Te niewiarygodne domniemania!... Ta pewność siebie, te bezsensowne żądania!... A mówią, że Chińczycy są narodem pragmatycznym, bez skłonności do fantazjowania.
Fizjonomia Li majaczyła przed Bradfordem w jego gabinecie, a sam Li Chen usadowił się na twardym krześle. Bardzo twardym, ale przy mniejszej o połowę sile ciążenia mógł tak siedzieć dzień i noc. Siedzieć i marudzić.
- To była anihilacja, sił! – Li nie wymawiał głoski „r”. – Anihilacji w pobliżu Jowisza nie można uznać za natułalny płoces, sił. Jak pan wie, obecnie odległość między Ziemią i Jowiszem wynosi sześć i trzy dziesiąte jednostki astronomicznej. Żeby wybuch był widoczny z takiej odległości, nawet przez nasz teleskop, musiał mieć moc co najmniej stu megaton. A miał większą, sił, dużo większą!
- No dobrze… – Bradford skinął głową z miną skazańca. – Odkrył pan niezwykle interesujące zjawisko. Zajmiemy się nim. Przeprowadzimy obliczenia, przeanalizujemy zdjęcia, nawet nadamy fenomenowi pańskie imię. Czego pan jeszcze chce, Li?
- Nie trzeba żadnego imienia. Jestem skłomnym człowiekiem. Chcę tylko, żeby pan poinfołmował o moim odkłyciu sztab Zjednoczonych Sił Kosmicznych. I płezydenta KSZ, płezydenta Łosji i przewodniczącego Łady Eułopy. I jeszcze przewodniczącego ONZ.
- A co z królową brytyjską i kanclerzem Niemiec? – zapytał Bradford z nieskrywanym sarkazmem.
- Ich nie trzeba. Ich poinfołmuje Łada Eułopy.
- A Chiny? Dlaczego nie chce pan posłać wiadomości do Chin?
- Chiny nie zobowiązały się do ochłony Ziemi przed zagłożeniemi z kosmosu. Chiny nie mają kłążowników.
I dzięki Bogu – pomyślał Bradford, a na głos powiedział:
- Ma pan świadomość, jak… hmm… niezwykła jest pańska hipoteza?
- Dlaczego niezwykła? Kiedyś to musiało się zdarzyć.
- Kiedyś! Za jakiś milion lat! Jeśli odwołamy się do klasycznych dzieł, do opinii Szkłowskiego , który udowodnił…
- Z całym szacunkiem, sił, niczego nie udowodnił, sfołmułował hipotezę, któłej nie można udowodnić. A moją można! W ciągu kilku dni albo w ciągu miesiąca. Z kolei jeśli nie będziemy gotowi, gdy ich statki dotłą do Ziemi… i jeśli nie mają szlachetnych celów… Weźmie pan na siebie taką odpowiedzialność?
Kłótnia trwała już ponad godzinę. John E. Bradford zamknął zmęczone oczy, potarł powieki i wymamrotał:
- Bzdury! Bzdury, głupstwa i kompletny idiotyzm!
- Dlaczego bzduły? Zobaczyłem w pobliżu Jowisza niewytłumaczalne zjawisko przypominające anihilację i mówię, że to statek Obcych. Być może włączyli silniki planetałne albo wysadzili astełoidę, albo przepłowadzili jakiś ekspełyment… W każdym łazie niedługo będą tutaj i lepiej by było, gdyby flota ZSK przywitała ich gdzieś na orbicie Małsa. Przywita i zdecyduje, czy wpuścić ich na Ziemię.
Kretyn – pomyślał Bradford. – Głupi, uparty, skośnooki kretyn!
Nieoczekiwanie w głowie zaświtała mu myśl. Wspaniała, godna Brytyjczyka, wszak Brytyjczyków zawsze uważano za urodzonych dyplomatów.
- Dlaczego chce pan, żebym to ja kontaktował się z ZSK, ONZ i tymi wszystkimi osobami, które należy poinformować? Mógłby pan sam wysłać im wiadomość. I nie tylko im, w końcu do tego właśnie służy Ultranet.
- Ale sił, Ultłanet jest pełen kłamstw! Kto by mi uwierzył?! Dlatego zasugełowałem, by nawiązał pan kontakt osobiście i popał łapołt. Znają pana i w ZSK, i w ONZ, a pańska łeputacja…
- Jej właśnie nie chcę narażać – odparł Bradford z niewinną miną.
Li ze smutkiem uniósł brwi ku górze.
- Nie chce pan być zbawcą Ziemi?
- Z przyjemnością odstąpię panu ten zaszczyt, Li. Przecież to pańska hipoteza, nie moja! Jeśli zwróci się pan do prasy i telewizji, zezwolę, by używał pan tytułu współpracownika Keplera… - w oczach Bradforda błysnęły złośliwe ogniki. – W takim przypadku jestem gotów potwierdzić, że korzystał pan z teleskopu i że w naszych archiwach mamy zdjęcia tajemniczego wybuchu w okolicach Jowisza, a także pełny komputerowy zapis wydarzenia. Podzielimy się tak: dla mnie materiały naukowe, dla pana oryginalny komentarz. Umowa stoi?
Zwiesiwszy głowę, Li wymruczał coś po chińsku. Potem powiedział:
- Stoi. Chociaż oczywiście, płasa i telewizja to nie to samo, co ONZ i ZSK. W telewizji pełno jest oszustów, w płasie też. Czego szukają? Sensacji, tylko sensacji!
Bradford wzruszył ramionami i z uśmiechem wpatrywał się w Li.
- To jak będzie, mój drogi?
- Nie rozumiem, sił…
- Jest pan u nas na stażu dopiero od tygodnia. To jedna strona medalu. Z drugiej strony chce pan jak najszybciej ogłosić swoją hipotezę, bo czasu jest mało, a statek Obcych zbliża się do Ziemi. Kontakty z reporterami będą wymagały pańskiego osobistego zaangażowania… Co w tej sytuacji zamierza pan zrobić?
- A, o to panu chodzi… - Li Chen westchnął i pokiwał głową jak chiński bałwanek. – Nie mam wyjścia! Muszę przełwać płacę w tym szacownym miejscu. Bałdzo żałuję, sił… przypadła mi w udziale niepowtarzalna okazja płacy pod pańskim okiem i mądłym kiełownictwem doktoła Głiko… Wyłuszę na Ziemię z piełwszym tłanspołtem, sił. Oczywiście, za pańską zgodą.
John E. Bradford spojrzał na zegarek.
- Wyrażam zgodę! Ale proszę się pośpieszyć, mój drogi Li. Rakieta transportowa odlatuje za trzydzieści siedem minut. Nie chciałbym zatrzymywać pana do jutra. Chodzi przecież o ratowanie Ziemi…









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2012-06-07 (898 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej