Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Zagłada
 
Katalog - dodano
 Kroniki Jaaru. Tajemne imię
- Adam Faber
 Hajmdal. Księżyce monarchy
- Dariusz Domagalski
 Alyssa i czary
- A.G. Howard
 Prawda i iluzja
- Jennifer Sommersby
 Księżniczka Popiołu
- Laura Sebastian
 
- skomentowano
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Zmiennoskóra'' - Faith Hunter



No dobra, mam paranoję.



Nacisnęłam trochę mocniej na jego staw barkowy. – Odłóż gnata.
Położył czterdziestkępiątkę, dobrze utrzymanego smitha&wessona, na posadzce i odepchnął. Nadal mógł po niego sięgnąć, ale nie uniknąłby poważnych obrażeń. Uwolniłam faceta od swojego ciężaru na barkach i puściłam nadgarstek, a potem wstałam, balansując na ugiętych nogach w oczekiwaniu na następny ruch przeciwnika. Ale Troll nie wykonał żadnego.
Wstał i zatknął kciuki za pas, widomy znak pokoju, o wiele czytelniejszy niż uniesione ręce. Unieruchomione kciuki oznaczały, że Troll nie może wykonać szybkiego uderzenia, podczas gdy ręce w górze stanowiły doskonały sposób, by psychologicznie uśpić czujność przeciwnika, a potem bezbronnego zabić.
– Na St. Louis z tyłu sklepu jubilerskiego mistrz z czarnym pasem, drugi dan, prowadzi zajęcia. Mogę cię wpisać, jeżeli zechcesz.
– Byłoby miło.
Rozluźniłam się trochę. Odrobinę. Na tyle, żeby Troll to dostrzegł, ale nie dość, by udało mu się ponowić atak.
– Mogę coś jeszcze dla ciebie zrobić? – zapytał uprzejmie.
– Pewnie. Gdzie dziewczyna może kupić dobry kawałek steku na grilla? – Co znaczyło: „Gdzie mogę kupić dobre surowe mięso”, ale wyrażone w społecznie akceptowalny sposób.
– W miejscu, w którym zrobiłem zaopatrzenie do twojej lodówki. Jest najlepsze. Piętnaście kilogramów polędwicy.
Tym razem udało mi się kontrolować swoje reakcje lepiej. Na stronie internetowej nie wspomniałam, że uwielbiam zwierzęce białko. Nigdzie nie wspomniałam.
– Na blacie w kuchni zostawiłem ci adres rzeźnika i namiary na targ. Rzeźnik może dostarczyć owoce morza, wołowinę, dowolny drób, mięso aligatora – na tę wzmiankę Bestia się uniosła z zainteresowaniem – raki, warzywa, co zechcesz.
– Raki? – Pozwoliłam sobie na leciutki uśmiech, wiedząc, że znowu jestem prowokowana.
– Raki. Moim zdaniem najlepsze są gotowane w piwie. Zostawiłem ci też kilka adresów restauracji.
– Doceniam.
Troll westchnął i mocniej wsparł się na lewej nodze, a ja opanowałam chęć, by się szeroko wyszczerzyć.
– Nie powiesz mi, gdzie ukrywasz broń, prawda?
– Nie. Ale obiecuję, że nie złamię ci kolana, jeżeli przeniesiesz ciężar ciała na obie nogi.
Roześmiał się, szczerze i naprawdę radośnie, szczęśliwie nawet, po czym ostrożnie zmienił pozycję. Na niebezpieczną, lecz nie paskudnie niebezpieczną.
– Nieźle, Jane Yellowrock.
– I wzajemnie, Tom.
– Możesz mnie nazywać Troll. Podoba mi się.
Skinęłam głową.
– Brzmi niebezpiecznie. Groźnie.
– To nie o mnie. Jestem milutki jak kociak.
Rzuciłam spojrzenie na szafę, potem na Trolla.
– Wybacz. – Cofnął się o trzy kroki.
Nie spuszczając z niego oczu, sięgnęłam do wnętrza i wybrałam mój arsenał małymi porcjami, po czym włożyłam do odpowiednich kieszeni i futerałów. Wszystko poza kołkiem, który ukryłam z tyłu półki, oraz strzelbą, która stała na samym dnie. Wyciągnęłam ją, ale nie zamierzałam zakładać. Musiałabym zapiąć pasek kabury obiema rękami, a wolałam nie ryzykować z Trollem Tomem. Uśmiechnęłam się, a jemu się wydawało, że to do niego. W pewnym sensie tak było.
– Dzięki za interesujący wieczór – powiedziałam.
– Witamy w Nowym Orleanie. Do zobaczenia jutro na kolacji.
Podniósł dużą kopertę ze stołu obok i wręczył mi uroczyście.
Wyczułam w środku kilka przedmiotów. Jak się okazało zwitek banknotów, złożone na trzy kartki, zapewne kontrakt, płaski arkusz i parę kluczy.
– Dobranoc. – Pożegnałam się skinieniem głowy, uchyliłam drzwi i wyślizgnęłam się w noc.
Odwróciłam się plecami do domu Katie, odetchnęłam głęboko i porzuciłam strach, który musiałam wcześniej zdusić i zepchnąć w głąb serca. Wyszczerzyłam radośnie zęby. Udało się. Stanęłam przed cywilizowanym wampirem i przeżyłam, by o tym opowiadać, na dodatek zdobyłam i pieniądze, i zlecenie. Bestia uznała moją ulgę za zabawną. Kiedy kolana przestały mi już drżeć, wsunęłam kopertę do teczki od Katie i ruszyłam do motocykla.
Noc nie była ciemna, nie w mieście świateł. Blask latarń ulicznych i neony barów tworzyły dziwaczny wzór i kładły się łuną nad dachami niczym sieć splątanych cieni – efekt wilgotnego powietrza od Missisipi i łańcucha jezior Pontchar. Zbiorniki wodne otaczały Nowy Orlean ze wszystkich stron, to dzięki nim miasto słynęło z tego, że cuchnie pleśnią. Czasami bywało tu tak wilgotno, że deszcz padał z jasnego nieba. I dlatego wyczułam przystojniaka, zanim go jeszcze zobaczyłam. Wiedziałam, że tu będzie. Rozluźniony, spokojny. Woń smaru i amunicji nie była ani trochę silniejsza niż wcześniej.
Przystojniak siedział na niskim murku przed sklepem, nad głową miał balkon, obok starą kamienicę. Jedną nogę podciągnął, drugą kołysał bezmyślnie, cień skrywał lewą stronę jego ciała. Mógł tam mieć ukrytą broń. No dobra, mam paranoję. Ale właśnie wyszłam z terytorium wampirelli i odbyłam przyjazną pogawędkę z jej ochroniarzem.
Gruczoły nadal pompowały we mnie adrenalinę, a serce waliło mocno.
Trzymając się z boku, obeszłam harleya i zapięłam kaburę strzelby z przodu kurtki, po czym wsunęłam tam broń. Dopiero teraz sprawdziłam sakwy bagażowe – dostrzegłam smugę na wypolerowanym metalu zapięć. Żadnych odcisków. Ślad rękawiczki. Założę się, że i tak dotknięcie musiało cholernie boleć. Udając, że pochylam się, by lepiej obejrzeć, powąchałam. Zapach cygar przystojniaczka był słaby, acz rozpoznawalny. Uniosłam głowę i wyszczerzyłam się do faceta na murku. Dotknął ronda wyimaginowanego kapelusza i też się lekko uśmiechnął.
Wskoczyłam na siodełko. Przystojniak zsunął okulary. Oczy miał ciemne, prawie czarne, ślad mieszanego dziedzictwa Europejczyków i Indian.
– Nadal boli? – zapytałam. Mój głos poniósł się w wilgotnym powietrzu.
– Trochę szczypie – przyznał bez oporu. Zresztą, gdyby nie chciał ujawnić, że to on próbował grzebać w jukach, nie zostałby w pobliżu. – Zaczarowane zamki?
Przytaknęłam.
– Drogie. Dostałaś tę robotę?
Kiedy uniosłam brwi, wyjaśnił uprzejmie:
– U Katie. Chodzą słuchy, że rada wampirów wezwała kogoś spoza miasta do wytropienia odszczepieńca.
– Dostałam tę robotę – wycedziłam. Nie podobało mi się, że wszyscy tutaj wiedzą, dlaczego przyjechałam. Dzikie wampiry są dobrymi łowcami. Najlepszymi. Bestia warknęła, zaprzeczając, ale ją zignorowałam. Przystojniak westchnął.
– Liczyłem, że cię nie przyjmie. Chciałem dostać to zlecenie.
Wzruszyłam ramionami. Co miałam powiedzieć?
Uruchomiłam maszynę. Spaliny i ryk silnika odepchnęły Bestię w głąb świadomości. Nie lubiła zapachu benzyny, chociaż pochwalała mój sposób podróżowania. Bezgranicznie uwielbiała jazdę na motocyklu. Zawróciłam, obserwując przystojniaka w lusterku. Nie ruszył się ze swojego miejsca na murku.
Niedługo potem wyłączyłam silnik harleya i ze zbyt rozgrzanego skórzanego siodełka przyjrzałam się wąskiemu, dwukondygnacyjnemu domkowi z cegły. Znajdował się na końcu uliczki, za domem uciech „U Katie”. Frontowe drzwi miały witraż na środku, a przed żywiołami chronił je szeroki na metr daszek i wysoka weranda z kutą balustradą. Identyczne drzwi znajdowały się na ganku po drugiej stronie domu i też nie sprawiały wrażenia zbyt wytrzymałych.
Po prawej biegła wąska ścieżka zamknięta ozdobną bramką w dwumetrowym ogrodzeniu. Mnóstwo żeliwnych prętów zakończonych szpikulcem lub lilią. Niektóre mogłyby posłużyć za kołki. Bezczelny wampiryczny humor. Zanim tu przyjechałam, trochę się podszkoliłam.
Wiedziałam, że lilia, fl eur de lys, stanowi ofi cjalny symbol Nowego Orleanu, popularny wieki temu we Francji.
Właśnie z Francji sprzed Napoleona i Rewolucji przybyły do Nowego Świata wampiry. Pozornie bezużyteczne fakty, ale czasami właśnie takie informacje stanowiły o różnicy między porażką a zwycięstwem.
Dom i brama musiały sobie liczyć ze trzysta lat. Wypróbowałam większy, starszy z dwóch kluczy, długi na prawie dziesięć centymetrów i zakończony sercowatą obręczą. Zamek zazgrzytał, więc nacisnęłam klamkę i pchnęłam. Bramka otworzyła się bezdźwięcznie. Po kocich łbach podprowadziłam harleya pod dom. Albo magazyn.
Lub pensjonat. Sądząc po zapachach, pewnie wszystko naraz zależnie do epoki.
Ostrożny kierowca mógłby podjechać na tyły domku samochodem. Bardzo małym samochodem. Ścieżka wyraźnie przeznaczona była raczej dla pieszych albo dla konnych. Obok tkwiły w ziemi różne rośliny, niektóre o liściach jak uszy słonia – rododendrony. Rozpoznałam też pnące róże, jaśmin i kilka kwiatów, ale moja wiedza botaniczna była raczej skromna. Niektóre kwiaty pachniały jednak cudownie. Wychwyciłam aromat kocimiętki.
Bestia we mnie miauknęła krótko. Nie zawsze rozpoznawałam, co to znaczy, reakcja pojawiała się zarówno przy miłych, jak i nieprzyjemnych odkryciach. W tym przypadku może to po prostu wyrażenie, że kocimiętka została rozpoznana.
Dom był wąski od ulicy, ale długi, z tarasem biegnącym wzdłuż ściany, skąd rozciągał się widok na boczną alejkę i ogród. Na tarasie dostrzegłam stolik i parę krzeseł.
Jeszcze więcej kutych tralek i balustrad służyło zapewne za zabezpieczenie, by ludzie nie spadli. Ganek poniżej wyłożony został płytkami i też mia kute ogrodzeniem. Francuskie okiennice zamykały wysokie okna, po pięć w każdej części budynku, a z tyłu na obu kondygnacjach znajdowały się drzwi i schody przeciwpożarowe. Cztery wejścia, wszystkie niezbyt mocne. Mizerne zabezpieczenie.
Wnętrze mogłam sprawdzić później. Najpierw ogród z tyłu. Przeprowadziłam tam harleya. Ogród rozciągał się w prostokącie dziesięć na dwanaście metrów na końcu ścieżki i wyglądał wspaniale. Otoczony ozdobnym murem z cegieł wysokim na blisko pięć metrów, przysłoniętym różnorodnymi roślinami. Duża fontanna szemrała w rogu – marmurowa czara w kształcie tulipana, nad którą unosiła się malutka fi gurka nagiej kobiety. Rzeźbę wykonano z dbałością o detale, majstersztyk bez wątpienia.
Podobieństwo do Katie nie uszło mojej uwadze. Nie potrzebowałam nawet przyglądać się malutkim kłom figurki. Ciekawe, ile domów na tej ulicy należało do wampirzycy. Może wszystkie. Łatwiej planować inwestycje w nieruchomości, gdy się żyje ponad dwieście lat. Albo trzysta. Lub więcej.
Pomimo odgłosów miasta wychwyciłam cichy pomruk pracującej pompy. Poza tym dźwiękiem oraz świergotem nieznanego mi nocnego ptaka w ogrodzie było cicho. Naprzeciw fontanny, otoczone dziesiątkami uzdrawiających roślin, stały trzy duże głazy i kilka mniejszych.
Wszystkie przeniesione przy pomocy dźwigu, jak wspomniał Troll. Katie miała rację – ogrodnik wykonał dobrą robotę: głazy wyglądały, jakby stały tu od wieków.
Oparłam motocykl na nóżce i przeszłam przez ogród, szukając kabli lub zadziorów na cegłach, śladów pracy innej niż ogrodnictwo. Szybko je znalazłam. Rysa w lewym tylnym rogu muru, zbyt wysoko, by powstała od szpadla, oraz dobrze ukryty przewód elektryczny ciągnący się od lampy na zewnątrz domu do ceglanego ogrodzenia. Zsunęłam paski kabury i odłożyłam strzelbę. Potem zdjęłam kurtkę i, przysiadłszy na dogodnie ustawionej ławce, zzułam buty. Znalazłam trzy nieduże kamienie, które wsunęłam sobie pod koszulkę. Zawisły mi przy brzuchu, na pasie, który przytrzymywał dół T-shirtu w dżinsach. Dopiero wtedy podciągnęłam ławkę do muru, plunęłam w dłonie bardziej dla popisu niż z konieczności, a potem podskoczyłam.
Mur był nierówny, niektóre cegły się nieco ukruszyły, tworząc zagłębienia, inne wystawały na tyle, że wspinacz wiedziałby, jak je wykorzystać. Co prawda nigdy nie zdobyłam Everestu, ale mieszkałam w Appalachach i wzięłam kilka lekcji. Zrobiłam w życiu parę mniej lub bardziej przydatnych kursów. Chwyciłam wystającą lekko cegłę i podciągnęłam się, wyłapałam kolejne wybrzuszenie stopą, podsunęłam się wyżej, wymacałam kolejny wyłom ręką, potem oparcie dla palców stóp. Wreszcie znalazłam się na szczycie muru i mogłam się rozejrzeć. Żadnego drutu kolczastego, żadnych odłamków szkła wbitych w zaprawę, żadnych przewodów pod napięciem. Nic. Mur pełnił bardziej funkcje ozdobne i psychologiczne, niż stanowił prawdziwą barierę.
Podniosłam się i spojrzałam na podwórze obok. Mały pies, więcej sierści niż mięsa, warknął na mnie groźnie. Bestia uniosła się w moim wnętrzu jak księżyc rozpraszający mrok i prychnęła na zwierzaka, choć ten głupek i tak nie mógł tego widzieć. Zepchnęłam ją w głąb świadomości, a ponieważ Bestia rozumiała, że bezpieczeństwo leża to priorytet, nie stawiała oporu. Znałam się lepiej na ludzkich sprawach, więc nie miała nic przeciwko temu, żebym zachowywała kontrolę, o ile nie zdarzy się coś niebezpiecznego. Wtedy nieco trudniej jest stłumić jej instynkty.
Przeszłam po murze, węsząc i poznając ogród nie tylko oczami, lecz głównie nosem. Cegły pod moimi bosymi stopami były ciepłe. Przyjrzałam się i wciągnęłam zapachy domów przylegających do mojego. Doszłam do narożnika z tyłu, gdzie wcześniej dostrzegłam rysę, zmiotłam nogą starannie narzucony tu pył. Sięgnęłam niżej i wyciągnęłam malutką kamerę przylepioną taśmą. Taśma trzasnęła, gdy ją zerwałam.
Wyciągnęłam również kable elektryczne, które zasilały urządzenie, po czym obróciłam soczewkę w swoją stronę. Uśmiechnęłam się do Katie lub może do Trolla. Albo do pracownika służby ochroniarskiej. Pokręciłam głową, podniosłam palec i pokiwałam nim powoli z dezaprobatą.
A potem rozbiłam kamerkę o mur w drobny mak. To samo zrobiłam z pozostałymi dwiema.
Nie przejmowałam się Katie. Na stronie wyraźnie napisałam, że cenię sobie prywatność i zawsze nalegam, aby to uwzględniano w umowie. Co niby miałaby powiedzieć wampirzyca? „Och, moja kochana, zupełnie o tych kamerach zapomniałam!” Jasne...
Kiedy byłam pewna, że pozbyłam się podglądu, siedząc okrakiem na murze, przyjrzałam się kamerze zainstalowanej na ścianie sąsiedniego domu. Nie chciałam rozbić okna obok. Wyjęłam kamienie spod koszulki. Zważyłam pierwszy w dłoni. Rzut do celu nigdy nie stanowił mojej ulubionej dyscypliny, byłam dobra w innych. Rzucałam jak baba. Zużyłam wszystkie trzy kamienie, udało mi się jednak zniszczyć również i tamto urządzenie. Zadowolona zeskoczyłam z muru, nie przejmując się wysokością. Skoro pozbyłam się monitoringu, nie musiałam się kryć. Zebrałam swoje rzeczy i boso podeszłam do drzwi domu. Otworzyłam je mniejszym kluczem na dużym kółku. Szybko przeszłam przez pokoje, wyszukując kamery. Wyrwałam dwie zza grzejników, jedną z przewodu wentylacyjnego i jedną spod lampy na sufi cie, trzy i pół metra nade mną, zniszczyłam ją przy pomocy kija od miotły. I kilka innych. Szukanie monitoringu w domu okazało się trudniejsze niż w ogrodzie. Będę musiała później sprawdzić chałupę jeszcze raz, ale na teraz wystarczy.
Miałam ważniejsze sprawy na głowie. Po pierwsze to, co najważniejsze – zadzwonić do Molly.
Molly, potężna czarownica dysponująca mocami ziemi i moja najlepsza przyjaciółka, odebrała od razu. W tle usłyszałam dziecięce śmiechy i plusk wody.
– Hej, wiedźmo. Dotarłam i dostałam robotę – oznajmiłam. Molly pisnęła radośnie i obie się roześmiałyśmy.
Wampiry i czarownice ujawniły się w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym drugim roku, kiedy w Gabinecie Owalnym Marilyn Monroe próbowała uwieść oraz wyssać prezydenta Stanów Zjednoczonych, za co została zabita przez Secret Service. Świadkiem tego była Beverly Stumpkin, pokojówka w Białym Domu, która uciekła, by ocalić życie. Tajne służby szybko zmontowały dowody na samobójstwo aktorki i przebiły ją kołkiem w sypialni.
Oczywiście nikt nie uwierzył, że sama wraziła sobie osikowy kołek w serce, żeby potem metalową garotą odciąć sobie głowę. Rząd próbował odnaleźć pokojówkę, ale ta rozwiała się jak dym. Fuszerka na całej linii. Wkrótce brukowce ujawniły prawdziwą historię Marilyn Monroe i zdołały dokonać tego, co nie udało się tajniakom – odnalazły pokojówkę. W parę tygodni stare jak świat mity przestały za takie uchodzić. Wampiry, a potem czarownice, wyszły z ukrycia. Doskonała okazja, by inne nadprzyrodzone stworzenia również się ujawniły, ale jak dotąd to nie nastąpiło. Żadnych elfów, skrzatów, chochlików, nimf leśnych czy syren jak na razie nie spotkano. Ani też żadnych zwierzołaków czy zmiennokształtnych lub innych metamorfów. Byłam osobliwością w świecie ludzi. Z pewnością nie obdarzyliby mnie sympatią, gdyby poznali moje zdolności, dlatego wolałam utrzymywać je w ścisłej tajemnicy. A to oznaczało, że musiałam żyć praktycznie bez wsparcia. Poza Molly.



Drapieżnik na moim terytorium



W zeszłym tygodniu Katherine Fonteneau, właścicielka wspomnianego burdelu „U Katie”, wysłała mi e-maila. Na mojej stronie znajduje się informacja, że udało mi się wyeliminować całą rodzinę krwi zamieszkującą w górach koło Asheville. I tak było. Żadnych kłamstw – ani na stronie, ani w gazetach i telewizji. No, przynajmniej nie bezczelnych kłamstw. Tak naprawdę omal wtedy nie straciłam życia, ale wykonałam zlecenie. Potem wynajęłam pełnomocnika i legalnie zainwestowałam resztki moich ciężko zarobionych pieniędzy. Do tego musiałam skończyć rekonwalescencję, choć na stronie podałam, że zapragnęłam dłuższych wakacji. Wakacje wyglądały lepiej niż szczera prawda.
Zdjęłam kask i wyciągnęłam spinki przytrzymujące włosy. Warkocze opadły mi na plecy.

Wyjęłam parę narzędzi z mojego ekwipunku: niewielki osinowy kołek ze srebrną końcówką, mały pistolet i krzyż, po czym ukryłam to wszystko pomiędzy splotami, które znowu spięłam, pilnując, by nic nie wystawało. Na koniec wzięłam głęboki oddech, by się rozluźnić przed spotkaniem, i raz jeszcze powtórzyłam sobie w duchu, że nic mi nie grozi. Byłam zdenerwowana – a to niedobrze, gdy ma się spotkać twarzą w twarz z wampirem.
Słońce zachodziło w powodzi krwawego blasku nad widnokręgiem. Czerwień otaczała stare domy, wyzierała z rozbitych okien, odbijała się od kutych balustrad tarasów. Dla ludzkiego oka widok był skończenie piękny. Otworzyłam serce i pozwoliłam, by Bestia posmakowała świata. Lubiła zapachy i spacery. Później, przyrzekłam. Drapieżniki warczą, gdy się zdenerwują. Wkrótce – warknęła Bestia, zatapiając mi szpon w duszy i drapiąc lekko. Nieprzyjemne uczucie, ale pomagało zachować czujność, a bardzo tego teraz potrzebowałam. W życiu nie spotkałam cywilizowanego wampira, nie robiłam przecież z takimi interesów. O ile mi wiadomo, nigdy dotąd nie zdarzyło się, by wampir i zmiennoskóry stanęli twarzą w twarz. Co zaraz się zmieni. Zapowiada się historyczne spotkanie.
Wsunęłam okulary przeciwsłoneczne w dekolt bluzy. Zerknęłam jeszcze na magicznie zabezpieczone sakwy bagażowe i, upewniwszy się, że nikomu nie uda się do nich dobrać, podeszłam do czerwonych drzwi. Zadzwoniłam. Łysy facet, który otworzył, na pewno był człowiekiem – choć rozmiarami zawstydziłby zawodnika wrestlingu, nafaszerowanego sterydami kulturystę, a nawet trolla. I pewnie nie tylko ich. Uśmiechnęłam się na tę myśl. Łysielec zatarasował drzwi. Stał z opuszczonymi rękami, gotów do działania.
– Coś zabawnego? – Jego głos przypominał zgrzyt podków na bruku.
– Nic takiego. Przekaż Katie, że przyszła Jane Yellowrock. – To zawsze robiło dobre wrażenie na wejściu. To, że drżały mi kolana, nie miało znaczenia.
– Wizytówka? – zapytał.
Nie ma co, oszczędny w słowach. Od razu mi się spodobał. Mój nowy kumpel. Dwoma palcami rozpięłam powoli zamek i wyciągnęłam z wewnętrznej kieszeni kurtki wizytówkę. Niewiele na niej było: Jane Yellowrock – kołek do wynajęcia.
Zabijanie wampirów to krwawa robota. Nauczyłam się, że odrobina humoru znacznie poprawia interesy oraz sprawia, że łatwiej znieść wszystko, co się wiąże z tym zawodem.
Gość wziął kartonik i zatrzasnął mi drzwi przed nosem. Chyba będę musiała nauczyć mojego nowego przyjaciela dobrych manier. Chociaż, prawdę mówiąc, brak manier cechował niemal wszystkich mężczyzn, jakich zdarzyło mi się poznać.
Parę przecznic dalej grzmiał silnik motocykla. Nie harley. Może kawasaki, przypominający czerwoną rakietę między nogami? Nie zdziwiło mnie, kiedy pojawiła się właśnie ta maszyna. Dosiadał jej ten przystojniaczek, którego widziałam na Decatur. Uniósł przednie koło, wyhamował przede mną i wyłączył silnik, przyglądając mi się zza ciemnych okularów. W zębach obracał wykałaczkę, którą wypluł, gdy tylko zdjął kask i okulary. Ciacho. Trochę wyższy ode mnie, a liczyłam sobie dokładnie sto osiemdziesiąt trzy centymetry, o oliwkowej cerze, ciemnych włosach i brwiach. Czarna kurtka i dżinsy, jak wspomniałam. Buty również czarne. Pozer, ale te muskularne uda w czerni dobrze się prezentowały na czerwonym motocyklu.
Żadnego srebra w zasięgu wzroku. Żadnej strzelby, chociaż pod prawą pachą kurtka mu się podejrzanie wybrzuszała. Znaczy, mańkut. Pod czarnym kołnierzykiem na karku coś błysnęło. Pochwa na nóż, może na więcej niż jedno ostrze. Na kowbojkach, jak moje, ale nie ze skóry strusia, zauważyłam rysy . Wciągnęłam powietrze, rozszerzając nozdrza. Wyczułam świeży zapach końskiego nawozu. Chłopak ze wsi albo ktoś, kto przebywał w mieście na tyle długo, by znaleźć wierzchowca. Wyczułam też słodki zapach siana. Świeże, czyste wonie. I aromat cygara. To właśnie sprawiło, że facet zaczął mi się podobać. A gdy jeszcze w mieszance zapachów odróżniłam stal, smar do broni palnej i srebro – od razu się zakochałam. No, mniej więcej. Moja Bestia uznała, że przystojniak jest milutki i może nawet wart naszej uwagi. Jednak wyczuwałyśmy również ślad damskiej woni, przebijającą przez inne, która wzbudzała naszą czujność.
Cisza trwała dłużej niż wypadało. Ponieważ to przystojniak przyjechał do mnie, czekałam, aż pierwszy się odezwie. Facet wyraźnie niezbyt dobrze znosił milczenie – w przeciwieństwie do mnie. Pozwoliłam sobie na leciutki półuśmiech. Przystojniak uśmiechnął się szeroko w odpowiedzi i zsiadł z motocykla. Zza drzwi burdelu dobiegły kroki. Stanęłam tak, aby widzieć i wejście, i faceta. Nie dało się tego zrobić dyskretnie, więc wzruszyłam ramionami na znak, że to nic osobistego – po prostu zdrowy rozsądek. Nawet w obecności takiego przystojniaka.
W progu znowu stanął łysy i skinął mi głową. Uznałam, że to zaproszenie.
– Masz interesujących znajomych – oznajmił, zatrzaskując drzwi przed nosem mojego przypadkowego towarzysza.
– Nie znam gościa. Gdzie mam zostawić broń? – Lepiej dobrowolnie oddać niż zmuszać gospodarzy, by ją odebrali. Jedna z reguł wywierania wpływu i takie tam.
Otworzył szafę. Zdjęłam strzelbę i umieściłam na stojaku w środku, a na półce położyłam krzyże odpięte od pasa i wyciągnięte z zanadrza. Zebrała się niezła kupka. Trzynaście krzyżyków – przesada, ale dobrze odwracały uwagę od ukrytej broni. Oddałam również drewniane i srebrne kołki. Po trzynaście z każdego rodzaju. I srebrną fiolkę z wodą święconą. Gdybym i ich miała trzynaście, chyba by mi się złamał kręgosłup.
Na koniec powiesiłam kurtkę, w kieszeni której zostały okulary i komórka. Zamknęłam szafę i odwróciłam się do łysola, by mógł mnie obszukać. Mruknął zaskoczony taką uprzejmością, szybko się jednak opanował i wykonał swoją robotę. Trzeba przyznać, nie wyglądał, jakby obmacywanie sprawiało mu wyjątkową przyjemność – oklepał mnie, ale nie pchał paluchów tam, gdzie nie powinien, ani też nie próbował zwlekać. Oddech mu nie przyśpieszył, tętno miał regularne – potrafię to wyczuć, gdy jest wystarczająco cicho. Dokładniej obmacał mi jeszcze buty, po czym oznajmił:
– Za mną.
Poprowadził wąskim korytarzem, skręcając dwa razy, by przejść na tyły domu. Podłogi wyłożone były perskimi dywanami, na ścianach wisiały malowidła olejne i akwarele wykonane przez sławnych i nie tak sławnych mistrzów. Korytarz oświetlały witrażowe kinkiety Tiffany, które wyglądały na autentyki, chociaż może podrobienie staroci nie jest szczególnie trudne, nie znam się na tym. Ściany miały beżowy odcień, dobrze prezentujący się w witrażowym świetle i podkreślający barwy obrazów. Odrobina finezji w zamtuzie. Wychowałam się w przyzwoitym chrześcijańskim domu i takie połączenie mimowolnie mnie bulwersowało, ale też intrygowało. Kiedy ochroniarz zatrzymał się przy czerwonych drzwiach na końcu korytarza, potknęłam się o dywan. Facet wykazał się refleksem, złapał mnie za ramię i przywrócił do pionu, po czym cofnął ręce. Postarałam się wyglądać na zawstydzoną, ale łysy tylko potrząsnął głową i zapukał. Wyprostowałam się i przycisnęłam dłoń do głowy, gdzie krył się krzyż oraz malutki dwustrzałowy derringer, których mój strażnik nie zauważył podczas rewizji. . Żadnemu mężczyźnie nie przyjdzie do łba, by obmacywać kobiecie fryzurę. Zawsze natomiast sprawdzają dokładnie buty, wpychają nawet czasami paluchy za cholewki. Ochroniarz otworzył i przepuścił mnie przodem.
Pokój był urządzony spartańsko, acz kosztownie. Meble wyglądały na hiszpańskie. Hiszpańskie antyki. Z czasów królowej Izabeli i Krzysztofa Kolumba. Stojąca przy biurku kobieta w turkusowej sukni i miękkich pantoflach wyglądała na dwudziestolatkę, dopóki nie spojrzało się jej w oczy. Wówczas można by ją uznać za siostrę wspomnianej królowej. Te oczy były stare. Bardzo, bardzo stare. Pełne niewzruszonego spokoju. Kobieta uczyniła krok w moją stronę. I wówczas poczuła mój zapach.
W ułamku sekundy białka jej poczerwieniały, źrenice rozszerzyły się i pociemniały, a spomiędzy warg kobiety wysunęły śnieżnobiałe, długie na pięć centymetrów kły. Skoczyła. Zrobiłam unik, wyszarpnęłam krzyż oraz derringera i cofnęłam się pod ścianę. Krzyż na wampira, pistolet na łysego. Kobieta zasyczała, po czym wyszczerzyła zęby. Ochroniarz wyciągnął broń. Wielkiego gnata. Mężczyźni zawsze muszą pokazać, kto ma dłuższego. Głupota. Dlaczego nigdy nie pozwalają, żebym tylko ja była uzbrojona?
– Drapieżnik – wysyczała kobieta. – Na moim terytorium.
Feromony wampirzego gniewu, gorzkie jak piołun, wypełniły pomieszczenie.
– Nie jestem człowiekiem – powiedziałam spokojnym tonem. – Właśnie to czujesz.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2012-06-11 (883 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej