Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Błękitna godzina
 
Katalog - dodano
 Wyprawa Błazna (wyd.M)
- Robin Hobb
 Roar
- Cory Carmack
 Wybawienie
- Jussi Adler-Olsen
 Zabójcy bażantów
- Jussi Adler-Olsen
 Battlefront: Oddział Inferno
- Christie Golden
 
- skomentowano
 Zapisane w kartach
- Anne Bishop
 Ciężko być najmłodszym
- Ksenia Basztowa, Wiktoria Iwanowa
 Sopel cz.1
- Paweł Kornew
 HEL 3
- Jarosław Grzędowicz
 Evna
- Siri Pettersen
 

''Czaropis. Tom II''- Blake Charlton



Rozdział pierwszy



Francesca zorientowała się, że użyła zaimka nieokreślonego, dopiero w momencie, gdy jej pacjentka zaczęła konać.
Nie wiadomo, kto przyprowadził tę kobietę do szpitala. Wokół płuc miała napisaną nieznaną klątwę. Francesca wpuściła do jej klatki piersiowej kilka złotych zdań, mając nadzieję, że uda jej się odczarować złośliwy tekst i wyciągnąć przekleństwo z ust kobiety. Niestety klątwa napisana była stanowczym stylem, a jeden z przypadkowo użytych dwuznacznych zaimków przepchnął ją z płuc dziewczyny prosto do jej serca, zatrzymując je jednym złośliwym tekstem.
Z ust dziewczyny, wpadającej w ramiona śmierci, wyrwał się rozdzierający, bolesny krzyk.
Francesca rozejrzała się po solarium, były tu tylko białe ściany i okno wychodzące na Avel. Z korytarza dało się słyszeć podniesione głosy innych czarodziejów lekarzy. Wszyscy zajmowali się pacjentami, którzy ucierpieli podczas natarcia likantropów na mury miejskie. Zarówno szpital, jak i pobliskie sanktuarium pogrążone były w chaosie i Francesca pracowała sama.
Jej pierwsza reakcja – ulga, że nikt nie zobaczył błędu – zdjęła ją przerażeniem. Spojrzała na dziewczynę. Zielone tęczówki jej oczu rozszerzyły się, eksponując czarne studnie źrenic. Żyły na szyi nie zdradzały już nawet słabego pulsu.
Francesca poczuła, jak drętwieją jej palce. To nie mogło się dziać naprawdę. Przecież nigdy nie popełniała błędów, nigdy nie używała zaimków nieokreślonych.

– Zostań ze mną, Deirdre – powiedziała do kobiety, która zanim wydała ostatnie tchnienie, zdążyła jeszcze wyszeptać swoje imię.
Brak reakcji.
Francesca nie widziała klątwy, napisano ją w nieznanym jej języku, jednak rzucona przez nią złota kontrklątwa uwidoczniła złośliwy tekst, magicznie pętający serce kobiety.
Konieczne było działanie inwazyjne.
Francesca była niespotykanie wysoką i szczupłą kobietą, miała długie włosy, a jej ciemnobrązowe oczy podkreślały bladość skóry. Miała na sobie czarną szatę maga z czerwoną stułą kleryka. Sugerując się wyglądem, analfabeta uznałby ją za trzydziestolatkę, jednak czarodziej wiedziałby, że ma dwa razy tyle.
Użyła run stworzonych w lewym przedramieniu do napisania kilku srebrzystych zdań, które po chwili rozjarzyły się na jej skórze. Prawą dłonią uwolniła czar, który ułożył się w krótkie, precyzyjne ostrze. Lewą ręką Francesca rozerwała bluzę pacjentki. Gładka oliwkowa skóra, drobny podbródek i kruczoczarne włosy Deirdre sprawiały, że wyglądała młodo, jednak kurze łapki obficie zebrane w kącikach oczu sugerowały dojrzałość.
Nagle pod nogami Franceski zatrzęsła się podłoga, nad jej głową zaskrzypiały drewniane krokwie – zastanowiła się, czy to kolejny atak likantropów, czy może lekkie trzęsienie ziemi. Gdzieś w oddali – w szpitalu lub przyległym do niego sanktuarium – rozległo się bolesne ludzkie wycie.
Francesca oparła lewą dłoń na ramieniu Deirdre. Była lekarzem, jednak zimno i wątpliwości przyprawiły ją o drżenie. Ukojenie znalazła dopiero w znanych i przećwiczonych tak wiele razy ruchach. Pewną ręką wykonała kilka cięć i uniosła do góry drobną pierś Deirdre, odsłaniając mięśnie i kości. Następne cięcie poprowadziła między piątym a szóstym żebrem, od mostka aż do kręgosłupa. Z rany wypłynęła jasnoczerwona krew. Dobry znak. Krew ciemniejsza, płynąca wolniej, oznaczałaby śmierć.
Francesca rozsunęła żebra i zaimprowizowała czar, który miał utrzymać je nieruchomo.
Odległe wycie przybierało na sile.
– Zostań ze mną, Deirdre– rozkazała, wsuwając dłonie do piersi dziewczyny i odnajdując jej serce. Wstrzymała oddech i zaczęła skrupulatnie ściągać z organu złośliwe zdania.
Podłoga po raz kolejny się zatrzęsła. Do rozdzierającego wycia dołączył drugi, a potem trzeci głos.Francesca przygryzła wargę i odplątała ostatnie zdanie klątwy. Serce napełniło się krwią, ale nie podjęło pracy, więc zaczęła je rytmicznie ściskać. Już miała zawołać o pomoc, gdy organ drgnął w niekontrolowany sposób. Francesca miała wrażenie, że trzyma worek pełen wijących się larw.
– Boże bogów – wyszeptała. Gdy serce przestawało tłoczyć krew, jego skurcze mogły przejść w chaotyczne spazmy.
Dalej rytmicznie ściskała serce, jednak jego ruchy słabły. Mięśnie zapadały w sen. Francesca nie ustawała jednak, nie mogła przestać.
Odległe wycie, do którego przyłączało się coraz więcej głosów, to wzbierało na sile, to słabło w upiornym chórze. Momentami słuchaczowi wydawać by się mogło dźwięczne, jednak w niczym nie przypominało hymnów śpiewanych przez Spiryjczyków podczas codziennych nabożeństw.
Przez szpital lub sanktuarium najwidoczniej przetaczał się jakiś nowy kryzys. Być może dotarły kolejne ofiary ataku likantropów. Może któryś z czarodziejów agresorów zdołał przebić mury Avel pomimo światła dziennego.
Francesca jednak nie zwracała na to uwagi. Jej dłonie zaczęły kostnieć z zimna. Nogi coraz bardziej jej drżały. Bezsilnie opadła na pacjentkę. Świat wokół rozpłynął się za zasłoną łez.
Serce dziewczyny znieruchomiało.
– Stwórco, wybacz... – wyszeptała Francesca, wyciągając dłonie z klatki piersiowej zmarłej. – Przepraszam. Tak bardzo przepraszam... – Jej palce zaczęły boleśnie drętwieć.
Opuściła głowę i zamknęła oczy. Czas stanął w miejscu. Zawsze była dumna ze swojej zdolności prognozowania, z umiejętności spojrzenia w przyszłe losy pacjenta i przewidzenia szansy na wyleczenie lub potencjalnych zagrożeń. Jednak tym razem nie sprawdziła się – nie przewidziała śmierci Deirdre. Czuła się tak, jakby coś wyrwało ją z jej własnego ciała i wyrzuciło gdzieś poza tę przestrzeń, poza ten czas.
Przez chwilę miała wrażenie, jakby była kimś innym, jakby stała w drzwiach i patrzyła na lekarkę, która właśnie zabiła jej pacjentkę. W tym dziwnym stanie oderwania czuła się równocześnie bezpieczna i kompletnie otępiała.
Po chwili wróciła do swojego ciała i zamrugała szybko, żeby pozbyć się napływających do oczu łez. Nie pamiętała już, kiedy ostatnio zapłakała nad pacjentem, niezależnie od tego, czy był żywy czy martwy. Jednak do tej śmierci doprowadziła jej własna nieostrożność. Użyła niewłaściwego słowa, przeklętego zaimka nieokreślonego.
Poczuła, że nienawidzi samej siebie. Ze złością przygryzła wargę. A potem gniew zniknął równie nagle, jak się pojawił, i Francesca przypomniała sobie swój ostatni dzień w akademii kleryków w Port Mercy. Poprosiła wtedy swojego mentora o pożegnalną radę.
– Postaraj się zabić jak najmniej pacjentów – powiedział stareńki lekarz, uśmiechając się lekko. Młoda Francesca zareagowała wtedy nerwowym śmiechem.
Teraz, patrząc na pierwszą uśmierconą przez siebie pacjentkę, też nie umiała pohamować śmiechu. Postaraj się zabić jak najmniej pacjentów... Nagle te słowa stały się dla niej niedorzecznie śmieszne.
Powoli jednak przerażający śmiech ustawał i Francesca poczuła się pusta. Cały szpital pogrążony był w wyciu. Odetchnęła głęboko. Potrzebowali jej inni pacjenci. Musiała udawać spokój do czasu, aż naprawdę go odzyska. Dzięki kilku zaimprowizowanym akapitom pochłaniającym pozbyła się krwi z rąk.
Podłoga po raz kolejny zadrżała.
– Czy on się uwolnił? – usłyszała czyjś szept. - Przestraszona obejrzała się w stronę drzwi, ale nikogo nie zobaczyła. – Czy on już się uwolnił? – Francesca rozejrzała się nerwowo. W solarium nie było nikogo. Za oknem widniały wyłącznie minarety i ulice Avel. Korytarz był pusty. – Niedługo tu będzie. – Szept przeszedł w cichy jęk. – Pomóż mi wstać.
Nagle Francesca zrozumiała, do kogo należy głos. Jej serce załopotało w piersi.
Spuściła wzrok na Deirdre - na istotę, którą błędnie wzięła za śmiertelniczkę.
– Jesteś awatarem? – wyszeptała Francesca. – Członkinią Niebiańskiego Kanonu?
– Tak, jestem awatarem. Ale nie kanonistką – poprawiła Deirdre, naciągając zakrwawioną bluzę na piersi, które nagle cudownie stały się pozbawione blizn. – O święta bogini, zapomniałam już, jakim szokiem jest powrót.
– Co się tu dzieje, na ogień piekielny? – zapytała Francesca, cofając się.
– Demon Tajfon umieścił we mnie część swojej duszy – wyjaśniła nieśmiertelna. – Nie pozwoli mi zginąć.
– Nie... – powtórzyła zdezorientowana Francesca – nie pozwoli ci zginąć?
– Jestem zbuntowaną niewolnicą Tajfona – powiedziała kobieta, masując skronie. – Drań może kontrolować większość rzeczy, które robię, chyba że znajdę jakiś sposób, by się zabić. Biorąc pod uwagę narzucone mi ograniczenia, samobójstwo wymaga pewnej pomysłowości. Jednak jeśli już zdołam się zabić, po ożywieniu zyskuję mniej więcej pół godziny wolności. – Uśmiechnęła się do Franceski. – Dzisiaj to ty byłaś moim kreatywnym sposobem na samobójstwo.
– Wystawiłaś mnie? – Lekarka poczuła falę ulgi. – Tej klątwy w twoich płucach nie dało się odczarować?
– Dało się. Przez lata udało się to kilku mistrzom kleryków – odpowiedziała kobieta, krzywiąc się i przyciskając dłoń do mostka. – Zawsze jestem nieszczęśliwa, gdy uratują mi życie. - W piersi Franceski znowu zagościła pustka. Porażka. A więc jednak zabiła pacjentkę. Pomimo że poświęciła większość swojego życia medycynie, wciąż nie była mistrzynią. Deirdre zamknęła oczy i uśmiechnęła się lekko. – Dobrze jest znowu być wolnym. To niemal upajające. – Zadrżała jakby z rozkoszy, ale po chwili otworzyła oczy, przyjmując poważny ton. – No dobrze, skoro przyszłam po ciebie, on też to zrobi.
Francesca cofnęła się o krok. To wszystko było nierealne. Roześmiała się z niedowierzaniem.
– Przepraszam, ale właśnie próbuję się ukarać za to, że cię zabiłam.
– Jesteś kleryczką Francescą DeVega? – spytała Deirdre.
– Och, byłam kleryczką aż do chwili, gdy kompletnie straciłam rozum.
– Popchnęłam cię za daleko? – Deirdre zmarszczyła brwi. – Wybacz mi. – Nie powinnam tyle gadać. Ale masz reputację dość... brawurowej.
Francesca znów się roześmiała.
– Do diabła z brawurą. Mogę powiedzieć przełożonemu, że jest aroganckim durniem, jeśli krzywdzi mojego pacjenta, ale teraz, gdy to moja niezdarna proza zabiła...
– Kleryczko – przerwała jej pacjentka – tobie miało się nie udać. Gdybyś nie zawiodła, ja nie byłabym wolna. Przepraszam, że cię do tego zmusiłam. W tej chwili jednak muszę cię uwolnić spod kontroli demona. Na lewej kostce masz cienki srebrny łańcuszek. Pokaż mi go.
– Co takiego? – Francesca zamrugała szybko.
– Na lewej nodze masz łańcuszek – powtórzyła Deirdre. - Pokaż mi go.
– Pani awatar, z całym szacunkiem, ale nie posiadam żadnego potępionego przez boga bogów łańcuszka.
– Po prostu pokaż mi lewą stopę – poleciła kobieta. – Już.
– Nie mówisz poważnie... Och zresztą, sama zobacz. – Francesca wprawnym ruchem ściągnęła skórzany pantofel i wełnianą skarpetę, po czym podniosła nogę. – Widzisz, pani, zaledwie kilka piegów, ale żadnego... CO TO JEST, NA OGIEŃ PIEKIELNY?!
Deirdre wyciągnęła rękę i odpięła z kostki Franceski srebrny łańcuszek.
– Nie jestem czarodziejką – powiedziała, trzymając łańcuszek na wyciągniętej dłoni. - Nie wiem, jak to możliwe, ale ten łańcuszek sprawia, że osoba, która go nosi, w ogóle go nie czuje. Tajfon używał go do zatrzymania cię w Avel. Gdybyś spróbowała opuścić miasto, straciłabyś przytomność. A może stałoby się coś dużo gorszego. Proszę, weź go.
– To nie może się dziać naprawdę. – Francesca patrzyła na łańcuszek z niedowierzaniem. – I... czego mógłby chcieć ode mnie demon? – Jej głos się załamał.
– Chce użyć twoich umiejętności lekarskich do wymuszenia konwersji potężnego czarodzieja – wyjaśniła Deirdre, krzywiąc się.
– Konwersji na co?
– Na sprawę demona. Wyjaśnię ci wszystko, gdy tylko znajdziemy się w bezpieczniejszym miejscu, ale teraz musimy się pospieszyć. Weź łańcuszek. – Ręka Deirdre zaczęła drżeć. – Jeszcze nie odzyskałam pełni sił. Na lewej nodze mam łańcuszek pozbawiony magii. Weź go i załóż na swoją kostkę. Jeśli złapią cię agenci demona, mogą uznać, że wciąż jesteś uwiązana.
- No dobrze. - Francesca wzięła łańcuszek z wyciągniętej dłoni Deirdre i schowała go do sakiewki przy pasie, po czym odnalazła identyczny na kostce pacjentki. Zdjęła go i zapięła sobie wokół lewej kostki. Przy okazji odkryła, że jej skóra stała się zgrubiała w punktach, w których musiał ocierać się o nią łańcuszek. Zobaczyła nawet kilka drobnych blizn, jakby metal ponacinał naskórek. Musiała nosić ten magiczny łańcuszek naprawdę długo. Może nawet od lat.
– Czy teraz potraktujesz mnie poważnie? – zapytała Deirdre, odchrząkując.
– Bardziej niż kogokolwiek innego – słabym głosem odpowiedziała Francesca.
– Na ulicy mam agenta, który zabierze ten łańcuszek i ukryje go... – Przerwała, gdy ponownie zatrzęsła się podłoga, a wycie przybrało na sile. – Niech to diabli! – zaklęła.
– Co się dzieje? – zapytała Francesca, widząc przed sobą pomarańczowe rozbłyski. Drżenie ziemi było tak silne, że aż zaskrzypiały krokwie pod sufitem. Wycie stało się jeszcze głośniejsze.
– Nigdy jeszcze nie dotarł tak blisko w tak krótkim czasie. – Pobladła Deirdre gestem przywołała Francescę. – Szybko, musisz mnie ponieść. Zaczęła się afazja. Moi ludzie spłoną w terenie. Musimy iść, zanim dotrze tu bestia.
– Zanim... co... kto dotrze? – Francesca nagle poczuła, że ma problemy z mówieniem. Myśli krążyły w jej głowie, ale nie potrafiła ich zwerbalizować. Pomarańczowe błyski tańczące przed jej oczami stawały się coraz jaśniejsze.
– Słyszysz, jak wyją? – zapytała Deirdre. – On dotyka ich umysłów. Mają myśli, lecz brak im słów. To właśnie jest afazja. Ty też zaczynasz ją odczuwać. Jeśli nie uciekniemy, zanim on przybędzie, możesz już nigdy nie wypowiedzieć ani jednego słowa.
– O... on? – wyjąkała Francesca. – Demon?
Do wycia dołączyły kolejne głosy, a ich skowyt to narastał, to gasł w upiornej kakofonii nawoływań i odpowiedzi.
– Nie Tajfon. Jego inny sługa. Ten, którego chciałam uwięzić łańcuszkiem. Moi ludzie na ulicach są już praktycznie martwi. Potwór jeszcze nigdy nie przemieszczał się tak szybko. Niech to diabli! Musimy uciec, zanim wtargnie do szpitala! – Z pewną trudnością Francesca zdołała podnieść Deirdre ze stołu. Kobieta objęła ją za szyję. Zawodzenie narastało w ekstatycznym crescendo, po czym nagle ucichło. Ziemią targnął kolejny wstrząs. – Bogini, miej nas w opiece – wyszeptała Deirdre, mocniej obejmując Francescę. – Już tu jest.



Rozdział drugi



Shannon, nagle oprzytomniały, upuścił trzymany tekst. Słowa spadły, roztrzaskując się o drewnianą podłogę.
Dziwne.
Zmarszczył brwi, patrząc na rozsypane złote runy, po czym ziewnął potężnie. Krzywiąc się, rozmasował sobie skronie. Czemu obudził się z czarem w rękach? I gdzie właściwie się znajdował?
Rozejrzał się i stwierdził, że stoi w okrągłym pokoju o białych ścianach, pod którymi ustawiono mnóstwo półek z książkami. Jasne światło wpadało przez zwieńczone łukiem okno, wychodzące na oświetlone słońcem miasto.
Bardzo dziwne.
Liczne budynki z piaskowca stały tak blisko siebie, że w wielu miejscach oddzielały je tylko wąskie alejki. Dostrzegł jedynie kilka szerszych brukowanych ulic. Wysokie mury z blankami dzieliły miasto na części. Wszystko było wilgotne od deszczu, który jeszcze przed chwilą rosił świat.
Widoczna z okna najbliższa dzielnica pełna była ogrodów – placów porośniętych kwitnącymi pnączami, otoczonymi przez palmy i cyprysy, dziedzińców z dorodnymi migdałowcami i drzewami pomarańczowymi. Dzielnice bardziej odległe zabudowane były rozpadającymi się budynkami i budami. Najdalsza wyglądała częściowo jak świeże pogorzelisko. Całe miasto otoczone było potężnym murem z piaskowca, zwieńczonym pokrytymi mosiądzem strażniczymi wieżami. Za murem Shannon dostrzegł zieloną sawannę rozciągającą się pod intensywnie błękitnym niebem.
Wszystko to wskazywało na któreś z miast zachodniej Spirii. Tylko które? Zbyt małe na Dar. Za oknem nie było widać ani oceanu, ani wysokich gór, więc nie była to też Kara. Czyżby Avel? Pasowałyby i ogrody, i sawanna.
Tylko jak, na imię Stwórcy, znalazłby się w Avel? Shannon potarł oczy i spróbował się skupić. Myśli przemykały jednak przez jego umysł z dziwną, jakby oniryczną dynamiką. Ostatnie, co pamiętał, to życie pustelnika w Dolinie Niebiańskiego Drzewa, setki kilometrów stąd, pośród górskiego pasma Szczytów. Szkolił tam swojego ucznia, ale zupełnie nie umiał sobie przypomnieć jego imienia. Bez wątpienia znał je, jednak wspomnienia zostały jakby wypalone z jego umysłu.
Gdzieś w oddali rozległo się wycie. Dźwięk wibrował, raz przybierając na sile, raz słabnąc. Nie przypominał jednak śpiewu. Może to jakaś recytacja? Shannon zmarszczył brwi. Znajdował się w wysokim spiryjskim budynku, a wkoło pobrzmiewała jakby religijna pieśń. Sanktuarium? Tak, musiał znajdować się w sanktuarium Avel lub w sąsiadującym z nim szpitalu. Tak czy inaczej był to budynek poświęcony władczyni miasta, kanonistce Cali.
Ale nie potrafił przypomnieć sobie, czym jest kanonista...
Musiał się wysilić, by odnaleźć właściwe wspomnienie: bóstwo mogło wlać część swojej duszy w człowieka, tworząc awatara. Jednak jeśli umieściło w człowieku całą swoją duszę, powstawał kanonista - półbóg potężniejszy od awatara, ale słabszy od swobodnie wyrażającego się bóstwa. Tylko Spiria miała kanonistów, ponieważ niebiańska bogini Celeste utrzymywała listę - kanon zawierający imiona wszystkich półbogów, którym pozwalała przebywać w Spirii. Zrobiła to, żeby... Shannon nie pamiętał, lecz wiedział, że miało to jakiś związek ze Spiryjską Wojną Domową. Czy on sam w niej walczył?
Kolejne ziewnięcie niemal wykręciło Shannonowi szczękę. Z wyczerpania nie potrafił jasno myśleć. Wszystko na pewno nabierze sensu, jeśli się prześpi. Odwrócił się, szukając jakiegoś miejsca, gdzie mógłby się położyć, i ze zdziwieniem dostrzegł najpierw duże drzwi z sekwojowego drewna, a później stół. Na stole leżało kilka oprawionych w płótno książek. Okładka tomu na samej górze była poplamiona czerwonym atramentem. Na książce leżała kartka zapisana czarnym tuszem. Shannon nachylił się, żeby przeczytać tekst, jednak trudno było go odszyfrować. Na papierze rozciągał się czerwony kleks, poniżej drobnym pismem napisane były słowa: wspomnienia są w niej i kolejny kleks. Żadnej wielkiej litery, żadnych znaków przestankowych.
Shannon zamrugał szybko, jakby mogło to wyostrzyć jego percepcję, i ponownie przyjrzał się notatce. Nagle go olśniło. Kleksów nie zrobiono czerwonym atramentem, tylko krwią.
Poczuł, jak przeszywa go dreszcz strachu. Przypomniał sobie o upuszczonym magicznym tekście i rozejrzał się po podłodze w poszukiwaniu sekwencji run. Zostały napisane w numenosie - magicznym języku wpływającym na światło oraz inne teksty magiczne. W oczach tych, którzy byli biegli w jego czytaniu, numenosowe runy lśniły złotym blaskiem.
Odległe wycie przybierało na sile.
Shannon oglądał rozsypany czar, a jego powieki stawały się z każdą chwilą coraz cięższe. Tekst rozpadł się na dwie kupki sekwencji run. Musiał trzymać dwa zdania, z których każde utworzyło własną grupę. Kawałki większego stosiku rozsypały się na kolejne, z których niektóre znikły pod drzwiami.
Najpierw Shannon pochylił się nad mniejszą kupką i poprzesuwał kawałki w linię. Przetłumaczone, ułożyły się w tekst: nownie, iszp Widz eżyj pono żni iewa esz. Kolejne ziewnięcie. Potrząsnął głową i spróbował się skupić. Kropka po esz sugerowała, że ten fragment powinien znaleźć się na końcu zdania. Wielka litera przy Widz oznaczała, że to początek frazy. Widz zdawało się kawałkiem czegoś większego. Shannon połączył go z następnymi, które mogły być jego kontynuacją. Widzeżyj? Nie. Widznownie? Nie. Widziszpo... Znieruchomiał. Widziszpo... Dodał kolejny kawałek i wstawił spację: Widzisz ponownie... Znowu rozejrzał się po ścianach, popatrzył na okno, miasto za nim i błękitne niebo.
– Stwórco, ocal mnie! – wyszeptał. – Co się stało?
Choć część jego wspomnień była ukryta, w tym momencie dotarło do niego, że przecież powinien być ślepy. Dziesięciolecia temu popatrzył na zakazany tekst, który zniszczył jego ziemski wzrok. Od tamtego dnia widział wyłącznie oczami swojego chowańca - papugi o imieniu Lazur. Teraz jednak podziwiał śmiertelny świat własnymi oczami. Jak to jest możliwe?
Ponownie zwrócił się do run i dodał do tłumaczenia fragmenty: pon, iewa i żnie.
Widzisz ponownie, ponieważ ni...
Palce drżały mu tak mocno, że nie potrafił podnieść pozostałych sekwencji. Ale to już nie miało znaczenia. Wiedział, jak brzmi zdanie. Ostatnie dwa fragmenty – eżyj i esz – leżały już we właściwej kolejności.
Widzisz ponownie, ponieważ nie żyjesz.




Rozdział 3



Nikodemus przykucnął w ciemnym korytarzu wysoko w sanktuarium Avel, nasłuchując kroków. Jeśli ten atak na bibliotekę Tajfona zostanie dobrze zgrany w czasie, roztrzaska umysł demona na drobne kawałki niczym witrażowe okno. Nikodemus toczył potajemną wojnę z demonem już prawie dziesięć lat. Najwyższy czas wreszcie ją zakończyć.
Atak musiał zostać przeprowadzony perfekcyjnie. Musiał złapać wszystkich trzech bibliotekarzy jednocześnie, i to wtedy, gdy w ogóle się tego nie spodziewają. Dlatego kucał tu, w ciemności, i czekał na kroki. Jednak nadaremnie.
Sprawdził czary wytatuowane na piersiach i ramionach w formie kolorowych run - fioletowych i indygo. Sprawdził chwyt na toporach. Obejrzał się na swoich pięciu koboldzich uczniów. W ciemności widoczne były tylko czary na skórze ich nieludzko szerokich ramion. Jeszcze jeden z grupy pilnował ich pleców. Wszyscy trwali w całkowitym bezruchu.
Nadchodził odpowiedni czas.
Nagle podłoga zadrżała. Małe trzęsienie ziemi. Nic poważnego. Półbogini Cala, kanonistka miasta, wzniosła swoje sanktuarium i szpital za pomocą bożego czaru. Budynki były w stanie wytrzymać każde trzęsienie ziemi, jakie mogłoby nawiedzić zachodnią Spirię. Gdzieś z dołu dobiegło ludzkie wycie. Rozległ się stukot, jakby ktoś się przewrócił lub coś spadło z półki. Jednak wciąż żadnych kroków.
Nikodemus zamknął oczy i czekał. Ten moment był coraz bliżej.
Nie zawsze był taki skupiony. Dziesięć lat temu w Starhaven był niecierpliwym praktykantem magistra Shannona, kakografem dysczarującym, który zmieniał pisownię niemal każdego tekstu. Kiedy stwór Fellwroth zaczął mordować kakografów płci męskiej, Nikodemus odkrył, że Tajfon specjalnie doprowadził do jego urodzin, by odtworzyć cesarską linię krwi ludzi zdolnych do nauczenia się prajęzyka, z którego rozwinęły się wszystkie żywe istoty. Tajfon ukradł Nikodemusowi zdolność poprawnego pisania i umieścił ją w szmaragdzie z Aarahest. Dysponując tym klejnotem, demon pragnął wyczarować smoka, który mógłby pokonać ocean i ożywić wzbudzającego strach boga Los. Dzięki pomocy awatara o imieniu Deirdre Nikodemus i Shannon pokonali Fellwrotha, jednak Tajfon porwał Deirdre i uciekł z zaklętym szmaragdem.
Nikodemus, Shannon i osłabiona bogini Boann uciekli do Doliny Niebiańskiego Drzewa. Dopiero tam Nikodemus odkrył, że potrafi bezbłędnie pisać w językach koboldów. Dzięki przekonaniu, że jego walka z Tajfonem stanowi element ich przepowiedni, grupa koboldów opuściła dolinę i podążyła za Nikodemusem, by zapolować na demona.
Nagle jeden z uczniów spiął mięśnie. Koboldy dysponowały niezwykle czułym słuchem. Nikodemus nachylił się i również nadstawił uszu. Po chwili usłyszał odległy, ale miarowy stukot. Kroki. Ostatni z trzech bibliotekarzy zbliżał się do pułapki. Już prawie czas.
Kroki stawały się coraz głośniejsze, coraz bliższe. Wtem zatrzymały się i Nikodemus usłyszał typowy dla bibliotekarzy szept. Potem zabrzmiały ciche trzaski towarzyszące siadaniu na krześle.
Już czas.
Warknął polecenie ataku i zerwał się do biegu. W następnej chwili wpadł do prywatnej biblioteki Tajfona i cisnął toporek w stronę trzech mężczyzn siedzących przy stole pokrytym arkuszami papieru. Pokój był długi i wąski, jego ściany zastawione były regałami pełnymi książek. Kilka okien nad półkami wpuszczało do środka promienie słońca, rysujące w zakurzonym powietrzu jasne kolumny. Toporek Nikodemusa zawirował, przecinając kolumny blasku, po czym utkwił w ramieniu bibliotekarza. Mężczyzna padł, nie zdążywszy wydobyć z siebie nawet jednego dźwięku. Jego sąsiad zerwał się z miejsca i z krzykiem wyciągnął z książki świecącą, srebrną prozę, rzucając nią w stronę Nikodemusa, który w ostatniej chwili uskoczył przed zaimprowizowanym atakiem.
Trzeci bibliotekarz wstał i cofnął się chwiejnym krokiem. Z pętli zawieszonej na jego szyi zwisało kilka buteleczek. Musiał być iksońskim hydromantą, magiem wody. Nikodemus rzucił w niego drugim toporkiem, ale towarzysz bibliotekarza strącił broń srebrzystym akapitem. Równocześnie ranny w ramię bibliotekarz podniósł się z podłogi. Jego lewa ręka zalana była krwią.
Podłoga zatrzęsła się gwałtowniej niż poprzednio. Z regałów wypadło kilka książek. Wstrząs wtórny. Cienie za plecami Nikodemusa poruszały się niczym żywe postacie. Gdzieś z dołu znowu rozległo się ludzkie wycie.
Nikodemus skupił się na bibliotekarzach. Wszyscy trzej zamaskowali się jako wyznawcy Cali – mieli na sobie białe lniane koszule i długie błękitne kamizele. Niczym jeden mąż spojrzeli w górę, na okna. Wiedzieli, że czary wytatuowane na Nikodemusie mogą działać tylko w ciemności. Uspokojeni, opuścili wzrok.
Jeden z nich z warknięciem rzucił srebrzystą chmurę ostrej prozy. Nikodemus odskoczył w lewo, unikając tnących słów, i usłyszał, jak wbijają się w oprawione w skórę księgi stojące na półkach za jego plecami. Coś szklanego roztrzaskało się o podłogę z jego prawej strony, po czym wybuchło z siłą dostateczną, by rzucić nim o regał.
Nikodemus w jakiś sposób zdołał utrzymać równowagę. Pobiegł dalej. Wycie przybrało na sile. Odwrócił się i zobaczył, jak mag wody bierze zamach, trzymając w dłoni kolejną fiolkę. Mężczyzna musiał nasycić roztwór wodnymi runami, przez co z pewnością stał się żrący, trujący lub wybuchowy. Jednak zanim zdołał rzucić lingwistyczną mieszanką w Nikodemusa, jedna z kolumn światła zgasła. Za chwilę w jej ślady poszła następna. Zaniepokojeni bibliotekarze spojrzeli w stronę okien. Okazało się, że pięciu koboldzich studentów Nikodemusa, skrytych pod zginającymi światło podtekstami, wspięło się na regały. Słońce spaliło ich czary maskujące, odsłaniając ciemnoniebieską skórę i blond włosy, ale bibliotekarze byli zbyt zajęci odpieraniem ataku Nikodemusa, by zauważyć ich wspinaczkę. Kolejne trzy słupy światła zgasły, gdy koboldy przysłoniły okna tkaniną.
Mag wody zamachnął się, by rzucić swoją buteleczkę, ale Nikodemus oderwał z ramienia tatuaż i cisnął go szybkim ruchem. Runy w kolorze indygo przybladły w półmroku, ale tekstowy pocisk zachował dość spójności, by uderzyć w fiolkę hydromanty, wywołując wybuch, który zwalił z nóg wszystkich trzech bibliotekarzy.
Zgasła ostatnia smuga światła i pomieszczenie pogrążyło się w ciemności. Jeden z koboldów krzyknął triumfalnie. Nikodemus rozpoznał głos. To Żyła, jego najstarszy uczeń.
Jeden z bibliotekarzy rzucił kometę srebrzystych zdań w stronę okna, ale w ciemności źle wycelował i czar roztrzaskał się o sufit w kaskadzie skrzących się blado fragmentów zdań. W ciemności bibliotekarze nie mieli żadnych szans.
Nikodemus przez moment upajał się dziką satysfakcją, po czym przeredagował czary wytatuowane wokół keloidowej blizny na karku. Tajfon zostawił mu tę bliznę, umieszczając część umysłu Nikodemusa w szmaragdzie. Jeśli nic ich nie zasłaniało, blizna i szmaragd porozumiewały się ze sobą, próbując się połączyć. W Starhaven łączność między blizną a szmaragdem sprowadziła na niego prorocze koszmary i nieumyślnie zdradziła wrogom jego położenie. Od czasu ucieczki z akademii magów Nikodemus osłonił bliznę wytatuowanymi wokół niej zdaniami. Teraz po raz pierwszy od lat osłabił te bariery.
Nagle wiedział, że szmaragd znajduje się na drugim końcu biblioteki, tuż za metalowymi drzwiami prowadzącymi do gabinetu Tajfona. Przez szmaragd Nikodemus wyczuł, że demon rozłożył swój umysł w celu prowadzenia badań. Nikodemus wcześniej zaplanował tę wyprawę tak, by zbiegła się w czasie z atakiem likantropów i krótkim okresem wrażliwości Tajfona.
W bibliotece rozbłysło słabe światło. Nikodemus odwrócił się i zobaczył, że hydromanta aktywuje fiolkę z luceryną. Płyn rozjarzył się bladoniebieską barwą. Po chwili pojawiło się drugie światło – tym razem migotliwy płomień. Wyglądało na to, że czarodziej trafiony przez Nikodemusa toporkiem był trillinońskim piromantą. Pomimo odniesionej rany mag ognia zdołał rzucić kilka płonących zdań w nadziei, że wyprodukuje dostateczną ilość światła, by powstrzymać czary koboldów.
To jednak nie miało znaczenia. W fiolkę z luceryną uderzył jakiś ciemny obiekt – toporek lub księga – roztrzaskując szkło w drobny mak. Płyn rozbryzgał się po podłodze. Kolejny pocisk zgasił płomień piromanty. Znów zapadła całkowita ciemność. Uczniowie Nikodemusa pośpiesznie zeszli z półek. Ich skóra jarzyła się fioletowymi zdaniami.
Jeden z bibliotekarzy, wyznawca demona, chrapliwym głosem próbował wezwać pomoc. Pozostali dwaj zaczęli krzyczeć. Jeden błagał o życie. Młody kobold imieniem Jasp odpowiedział morderczym krzykiem bojowym.
Nikodemus odwrócił się i w jednej chwili wszystkie głosy umilkły. Wyznawcy demona zostali uciszeni za pomocą toporków lub zdań. Nikodemus ruszył przed siebie, w stronę szmaragdu. W końcu stanął przed dużymi metalowymi drzwiami gabinetu, w którym znajdował się demon i brakująca część jego istoty. Gdy tylko pokona tę barierę, dekada walki wreszcie dobiegnie końca. Uniósł dłoń i już miał otworzyć drzwi, gdy podłoga pod jego stopami znów gwałtownie zadrżała. Daleko w dole wiele głosów połączyło się w jeden nieprzerwany falujący chór. Przez ciało Nikodemusa przebiegł znajomy dreszcz. Zaklął i wsłuchał się ponownie w przerażającą kakofonię. Głosy przybrały na sile, coraz wyraźniej falując.
Czyli to prawda.
Skowyty oznaczały, że sanktuarium wstrząsała teraz siła znacznie groźniejsza od najpotężniejszego trzęsienia ziemi. Sawannowy Potwór powrócił.
Nikodemus zaklął. Uważał, że to niemożliwe. Atak likantropów powinien skupić na sobie uwagę bestii i kanonistki przez przynajmniej kilka godzin. Przyłożył dłoń do drzwi i wyczuł metrową warstwę ochronnych czarów. Przebicie się przez nie wymagało przynajmniej pół godziny pracy. To nie wyglądało dobrze. Bestia była zbyt blisko, a znajdując się wewnątrz sanktuarium, była zbyt potężna, by stanąć do walki przeciw niej.
Rozwścieczony i zawstydzony Nikodemus przepisał wytatuowane na karku wokół blizny zdania, przerywając łączność między dwiema częściami siebie. Niespodziewanie wyprawa zmieniła się w porażkę. Gdyby bestia złapała ich w sanktuarium, rozgniotłaby ich na miazgę. Budynek znów się zatrząsł i wycie ucichło. Nikodemus odwrócił się i ruszył pędem przez bibliotekę.
– Żyła, Szum do mnie! – zawołał do uczniów. – Reszta za nami. Uciekamy!









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2012-07-04 (769 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej