Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Otchłań. W potrzasku
 
Katalog - dodano
 Noc bez gwiazd
- Peter F. Hamilton
 Cynobrowe pola
- Aleksandra Radlak
 Księga czarownic
- Deborah Harkness
 Szczury Wrocławia. Kraty
- Robert J. Szmidt
 Twarzą w twarz
- Agata Suchocka
 
- skomentowano
 Wiedźmie opowieści
- Olga Gromyko
 Pierwsze słowo
- Marta Kisiel
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Żelazny kostur'' - Juraj Červenák




UZDROWIENIE ILJI MUROMCA


Rozdział pierwszy

Trzech wędrowców

Owego wieczoru, kiedy Karaczarowo dotknęła klęska, Ilja, syn Jahji, był pijany jak bela. Samo w sobie nie było to niczym wyjątkowym, przecież od chwili, kiedy przed trzema laty zmarła jego matka – jedna z niewielu dusz w osadzie, które się z niego nie naśmiewały, ani na jego widok nie pluły z pogardą – upijał się niemal co dziennie. Już prawie sikał miodem pitnym i nie potrafił sobie przypomnieć, kiedy ostatnio w jego głowie gościła trzeźwa myśl.
Tego wieczoru jednak niewiele brakowało, by napitek go zabił. Nie, nie przesadził z miodem aż tak, by nie domagające ciało do reszty wypowiedziało posłuszeństwo. O nic się nie potknął i nie wywrócił, nie rozbił sobie czaszki. Nie zaczął też zwracać przez sen i nie udusił się wymiocinami. Wszak że to właśnie miód podszepnął mu, by przezwyciężył rozgoryczenie i przestał użalać się nad sobą w samotności, wylazł z odległej ziemianki pod lasem i wybrał się niepewnym krokiem do Karaczarowa.
Właśnie na ten dzień przypadała noc przesilenia letniego. A podpity Ilja zapragnął posłuchać śpiewów i popatrzeć na tańczące dziewczęta.
Strzelające wysoko płomienie watr tak rozjaśniły noc nad Karaczarowem, że gwiazdy stały się niemal niewidoczne. Chłopi nie potrafili się wyrzec starych zwyczajów, mimo że już jakiś czas temu przyjęli nową wiarę. Kiedy miejscowi starcy byli jeszcze junakami, a staruszki – dziewczynami, bułgarski chan Almas, najpotężniejszy władca nad całą rzeką Itil, wyprawił poselstwo do Arabów, by przysłali nauczycieli wiary mahometańskiej. Kalif Bagdadu wysłał Ahmeda ibn Fadlana, słynnego uczonego i podróżnika. Ten przyniósł nad Itil świętą księgę Koran i nauki proroka Mahometa. Almas przybrał muzułmańskie imię Dżafar i tytuł emira, a w stolicy Bułgarii kazał postawić wielki meczet z białego kamienia. Posłał też krzewicieli islamu do wszystkich podbitych plemion, żyjących nad Itilem, Kamą i Oką. W niektórych miejscach nowa wiara zapuściła głębokie korzenie, ale gdzie indziej ludzie wciąż składali ofiary słonecznemu Tangrze, Kwarowi gromowładcy lub złemu Erlikowi, który wlókł dusze zmarłych w zaświaty.
W ziemi Muromców wiara w Allaha przyjęła się zaskakująco dobrze – głównie dzięki Alwarowi, księciu mającemu siedzibę w Muromiu, który posłusznie wykonywał wszystkie rozkazy bułgarskiego emira. Kiedy jednak przyszedł czas przesilenia, Muromcy przypomnieli sobie o starych bogach płodności i hulaszczych zabaw, składali ofiary przodkom, leśnym duchom, tańczyli, śpiewali i oddawali się miłości. Nie zaprzątali sobie głowy skutkami odstępstwa – rano przecież znów rozłożą kobierce, skłonią się pokornie w kierunku Mekki i Bułgaru, a wtedy wszystko zostanie im od puszczone.
Kiedy Ilja dowlókł się do oświetlonej ogniem łąki nad wznoszącym się lekko brzegiem Niepry, święto trwało już w najlepsze. Młodzieńcy przeskakiwali watry, aby uwolnić się od chorób oraz złych duchów, wyłażących z ziemi i leśnych ostępów. Dziewczęta utworzyły chorowod i, trzymając się za ramiona, przemykały między ogniskami, śpiewały i rzucały młodzieńcom niecierpliwe spojrzenia oraz uśmiechy pełne obietnic. Starsi i zupełnie starzy siedzieli przy prostych stołach, popijali, ucztowali, wspominali czasy, kiedy w podobne noce im samym krew burzyła się w żyłach.
Ilja przez chwilę stał w cieniu, zaskoczony obecnością aż tylu ludzi. Zeszła się cała osada, a on nie przywykł do gwaru – większość czasu leżał skulony w ziemiance albo tułał się samotnie po lesie. Stronił od innych karaczarowian, wielu z nich wręcz się obawiał. A teraz taka wrzawa… Wziął głęboki wdech, odetkał tykwę, którą niósł ze sobą i zaczerpnął kilka sporych łyków dla dodania sobie pewności. Miód był mocny, Ilja od razu poczuł, jak wlewa mu w serce odwagę. Ośmielony, wszedł w okrąg świateł.
Od razu go zauważyli, głównie starsi, którzy bawili się uważnym obserwowaniem wszystkiego, co się wokoło działo, po czym rozważali szeptem, czy odpowiedni młodzieniec zaciągnął w mrok lasu właściwe rozchichotane dziewczę. Teraz rzucili przygarbionemu, ciężko kroczącemu mężczyźnie zaskoczone spojrzenia, a z zakrytych dłońmi ust popłynęły pomruki i szmer oburzenia. To, że Ilja był kaleką, że już z łona matki wyszedł ledwie żywy i z krzywymi kośćmi, jeszcze by jakoś znieśli i może nawet w głębi serca żałowali chłopaka. Jego rodzicielką była jednak niewolnica z plemienia Wiatyczów, pogańska czarownica, kłaniająca się złowrogiemu Perunowi, rogatemu Welesowi i nieznośnemu Diwowi. Władyka Jahja, ojciec Ilji, postąpił bardzo słusznie, kiedy krótko po narodzinach paskudy, wygnał niewolnicę z domu. Ba, w ogóle nie powinien był się nad nią litować, powinien był kazać ją, zgodnie ze zwyczajem, spalić. W ten sposób uchroniłby wieś, na którą potem z zemsty rzucała uroki i złośliwe czary. Każdą chorobę i nieszczęście, które zawitały do Karaczarowa, od razu przypisywano działaniu jej złej woli. Nie ma się co dziwić, że kiedy przed trzema laty zamknęła oczy, wszyscy odetchnęli z ulgą. Mimo lamentów Ilji i jego oporu, w końcu złamanego biciem, zwłoki kobiety przebito dębowym kołkiem, odcięto głowę, a leżące już w grobie ciało dla pewności przygnieciono głazem.
Na świecie pozostał jej syn. Dziecko czarownicy, odmieniec, niewydarzony i przeklęty. Wielu myślało, że odziedziczył magiczną moc, że podczas obrzydliwych rytuałów przywołuje na pomoc te same biesy i pogańskie bóstwa, co ona, że mści się na sąsiadach i szkodzi im. A jakby tego jeszcze było mało, dzisiaj był tak bezczelny, że przyczłapał na uroczystość. Przyszedł – on, obrzydliwy, brudny, śliniący się – znieważać święto młodości, siły i płodności!
Ilja nie zwracał uwagi na nieprzychylne spojrzenia. Docierał do niego tylko śpiew. Może i był kaleką, ale oczy i uszy służyły mu dobrze, lepiej niż komukolwiek w osadzie.
Nawet w tym wielogłosowym zborze dosłyszał jej uroczy śpiew. W splocie niewyraźnych postaci, widocznych na tle bijących iskrami watr, nieomylnie rozpoznał jej szczupłą sylwetkę. Przyspieszył kroku, a krzywe nogi były mu wyjątkowo posłuszne.
– Dinaro! – Zawołał.
Śpiew urwał się zaraz, a chorowod rozerwał. Bębny straciły rytm, kościane piszczałki zakwiczały fałszywie i umilkły.
Obejrzała się zaskoczona. Gęste, krucze włosy pod wiankiem z kwiatów miała rozczochrane, policzki rozpalone, przyspieszony z podniecenia od dech unosił jej pierś. Kiedy jednak zauważyła Ilję, uśmiech zniknął z jej twarzy, a wyszczerzone wcześniej ząbki skryły się za skrzywionymi z niezadowolenia wargami.
– Ilja? Co ty tu robisz?
Uśmiechnął się, ale ponieważ mięśnie prawego policzka miał sparaliżowane, wyszedł z tego brzydki grymas, raczej odstręczający, niż dodający wdzięku.
– Przyszedłem dla ciebie, Dinaro…
– Jesteś pijany, Iljo. – Skrzywiła nos, kiedy poczuła od niego nie przetrawiony miód. – Jak zwykle. Wracaj do domu. Musisz się położyć i porządnie wyspać…
– Chciałem popatrzeć, jak tańczysz – wymamrotał. – I słyszeć twój śpiew…
– Jak chciałeś słuchać śpiewu, skoro z uszami masz coś nie w porządku?!
W barczystym i wysokim młodzieńcu, który wszedł nagle między nich, Ilja natychmiast rozpoznał Tarika, bardziej udanego syna władyki. Już wcześniej zauważył, że jego przyrodni brat ogląda się za Dinarą, a teraz zyskał tego wyraźny dowód.
– Przecież powiedziała, żebyś wracał do domu – ostro ciągnął Tarik ibn Jahja. – No to teraz się odwróć i zmiataj tak szybko, jak tylko ci pozwolą krzywe gnaty.
Pozostali młodzieńcy zarechotali, wyrażając uznanie dla Tarika.
– Nie złość się, braciszku…
– Nie jestem twoim braciszkiem – szczeknął Tarik i tak popchnął kalekę, że ten o mało nie upadł. – Jesteś synem przeklętej wiatyckiej czarownicy. Kto wie, z kim cię tak naprawdę spłodziła. Pewnie z leśnym biesem! Z nasienia władyki na pewno by nie wzrosło takie obrzydlistwo!
– Zostaw go, Tarik. – Dinara uczepiła się jego ręki. – Nie widzisz, że ledwie trzyma się na nogach? Nie krzywdź biedaka jeszcze bardziej. Wracaj do domu, Iljo, za nim narobisz sobie jeszcze większego wstydu.
Współczucie w głosie Dinary wzbudziło złość Tarika. Jego oczy zabłysły złowrogo.
– Patrzcie no, Dinara ma do ciebie słabość, garbusie. – Skrzywił się złośliwie. – No dobrze. Chciałbyś ją? Najpierw musiałbyś zasłużyć…
– Tarik, nie rób tego. – Czarnowłosa spojrzała prosząco, ale młodzik nie zwracał na nią uwagi. Liczni gapie dobrze się bawili, więc nie mógł się już wycofać.
– Musisz skoczyć przez ogień, jak wszyscy młodzieńcy. – Tarik odszedł nieco w bok i wskazał Ilji częściowo wypaloną, ale nadal wysoko strzelającą ogniem watrę. – Tylko tak możesz sprawić, że serce dziewczyny zabije żywiej. No już, skacz!
Ilja spoglądał na płomienie szeroko wytrzeszczonymi oczyma. Polana już się przepaliły, od żarzącego się ogniska biło gorąco jak z dobrze rozdmuchanego kowalskiego pieca.
– No co, boisz się? Mam ci to pokazać? – Skrzywił się Tarik. – No to przypatrz się dobrze!
– Tarik, proszę… – zakwiliła Dinara, ale syn władyki strząsnął jej rękę ze swojego ramienia, odwrócił się, wziął rozbieg i dziarskim skokiem przeleciał nad watrą. Płomienie nawet nie liznęły jego pięt. Dziewczęta westchnęły i zaśmiały się z uciechy, a junacy huknęli z uznaniem.
– No już – Tarik spojrzał przez ogień na Ilję – spróbuj i ty! Skacz! Pokaż swojej wybrance, że z ciebie kawał chłopa!
Kaleka ciągle spoglądał na watrę. Nie był głupcem, a resztki rozsądku wołały, żeby splunął z pogardą, odwrócił się na pięcie i odszedł z podniesioną głową. Niestety, miód krzyknął głośniej i zagnał rozsądek do kąta. Ilja oblizał wyschnięte wargi, po czym poprosił w duchu wszystkich bogów, których matka nauczyła go wzywać, by dali jego nogom choć odrobinę sił i zręczności.
Dinara pokręciła głową i wyciągnęła ku niemu rękę, ale Ilja w tej samej chwili zaczął biec.
Choć biegiem nie można było tego nazwać. Podskakując niezręcznie i ciągnąc za sobą ze wszystkich sił nieposłuszną lewą nogę, wyglądał jak kaleki, uciekający z chlewika prosiak.
Zgromadzeni na moment zamarli i wstrzymali dech.
Żar ogniska uderzył Ilję w twarz. Młodzieniec chrapliwie, niezrozumiale krzyknął i odbił się ze wszystkich sił.
To nie wystarczyło.
Z mocno zaciśniętymi powiekami i od wróconą głową przeleciał prosto przez języki ognia. Wzbijając chmury iskier i dymu, padł głową u nóg Tarika. Jego stopy zawadziły o płonące polana i pociągnęły je za sobą. Nogi uwięzły w ognisku.
Ilja wrzasnął. Płócienne spodnie natychmiast zaczęły się palić, jakby były nasiąknięte olejem. Tarik zarechotał, ale złapał kalekę za rubaszkę pod szyją i mocnym szarpnięciem odciągnął w bezpieczne miejsce. Dinara obiegła watrę, zerwała z ramion ozdobną chustę i zaczęła nią dusić płomienie na nogach Ilji.
Kaleka czołgał się i skomlał jak zbity pies. Wszyscy wokół zanosili się od śmiechu.
– Co tu się wyprawia?
Słowa zabrzmiały niczym trzask bicza. W jednej chwili wrzawa przycichła, rozlegały się tylko pojedyncze odgłosy, przypominające kaszel albo śmiech. Gromada gapiów rozstąpiła się. Na zdeptanej trawie przed swoją twarzą Ilja dostrzegł dwie pary nóg – jedną w męskim, drugą w kobiecym obuwiu.
– Co ten tu robi? – Znowu rozległ się czyjś szczekający głos.
– Skacze przez ogień – zaśmiał się trochę wymuszenie Tarik.
– Nikt cię o nic nie pytał!
Ilja podniósł głowę, policzki miał zalane łzami, twarz skrzywioną z bólu. Spoglądał w okolone siwiejącymi włosami oblicze Jahji, władyki Karaczarowa.
– Ojcze… – wychrypiał.
– Jak śmiesz się tak do niego zwracać? – Zabrzmiał kobiecy krzyk. Zza pleców Jahji wysunęła się mająca około czterdziestu lat, ale ciągle jeszcze dumnie nosząca się kobieta, Jukka, druga żona władyki, matka Tarika. To głównie przez nią Jahja wygnał matkę Ilji. – Jesteś śmierdzącym bękartem i wyrzutkiem! Nie masz tu czego szukać!
Ilja starał się podnieść. Dinara złapała go pod pachy i pomogła wstać, za co Tarik i Jahja poczęstowali ją chmurnym spojrzeniem.
Ból w poparzonych nogach rozwiał pijacką mgłę w głowie Ilji. Głos wewnętrzny, ten przytomny, znów się odezwał. Jak zwykle, zachęcał młodzieńca do oporu i hardości. A on usłuchał.
– Jesteś moim ojcem – spojrzał Jahji prosto w oczy – czy ci się to podoba czy nie. I powinieneś się wstydzić, że wygnałeś ż nę i pierworodnego syna…
Z twarzy Jahji odpłynęła wszystka krew.
– Ty… Że ci język kołkiem nie stanie! Dobrze się obchodziłem z twoją matką! Niewolnicę, cudzoziemkę na przekór niechęci rodu wziąłem sobie za żonę! A jak mi się odwdzięczyła? Za moimi plecami wciąż czciła ohydne pogańskie bałwany, czarowała po nocach, warzyła magiczne odwary i usiłowała mnie zabić…
– To nieprawda!
– Prawda! – Wrzasnął Jahja i zacisnął pięści. – I Allah ją za to pokarał. Zamiast mocnego syna, zdatnego dziedzica, urodziła tego… – władyka spojrzał na Ilję z najwyższą pogardą –... tego potwora!
– To nie była kara boska i dobrze o tym wiesz! – Ilja z każdym słowem podnosił głos coraz wyżej, aż wszyscy obecni wytrzeszczali oczy ze zdumienia. – Matka urodziłaby zdrowe dziecko, gdyby ta strzyga – wskazał palcem Jukkę – jej nie przeklęła! Tylko dlatego, że chciała zostać twoją pierwszą żoną i urodzić prawowitego dziedzica! To ona naprawdę jest wiedźmą, co czaruje w ukryciu, piekielną…
Cios pięści Tarika powstrzymał gniewny potok słów, płynący z ust Ilji. Kaleka z zakrwawionymi wargami padł u nóg Jahji.
– Nie mów tak o mojej matce, gnido, bo cię zabiję! – Warknął rosły młodzieniec.
– Może to by było najlepsze wyjście – w grobowej ciszy zabrzmiał przepojony jadem głos Jukki. – Najwyraźniej nie wystarczyło wygnać go z matką z osady…
– Nikogo nie będziemy zabijać – burknął Jahja w obronie Ilji, chociaż na jego twarzy ciągle jeszcze malował się gniew.
– No to trzeba go wygnać raz na zawsze i ten jego śmierdzący barłóg oczyścić ogniem ze złych mocy. Niech sobie biegnie do lasu albo na zachód, do tych wiatyckich pogan, których wilcza krew płynie w jego żyłach.
Zachmurzony Jahja pokiwał głową.
– Chyba tak będzie lepiej. Dla nas i dla niego. Słyszałeś, łotrze niewdzięczny? Do domu, już. Jutro zabierz stamtąd wszystko, czego potrzebujesz, i wynoś się precz. Wieczorem przyjdziemy spalić twoją chatę. Jeśli będziesz jeszcze w środku, zgorzejesz razem z nią.
– Nie możecie mu tego zrobić – nagle odezwała się Dinara. – Jest poparzony i potłuczony, musi najpierw nabrać sił. Jeśli jutro wypędzicie go do lasu, pójdzie na pewną śmierć. Wilki rozerwą go za pierwszym drzewem…
– Miarkuj się, dziewczyno. – Oczy Jahji zwęziły się. – Spodobałaś się mojemu synowi, ale jeśli nie będziesz trzymać języka za zębami, jak przystało porządnej kobiecie, rozkażę Tarikowi, żeby się obejrzał za inną. Na tego skurwysyna – wskazał Ilję – już nigdy nawet nie spojrzysz, rozumiesz? Jego matka umiała leczyć czarami ból i rany, a on odziedziczył po niej diabelskie zdolności, niech więc sam się o siebie zatroszczy.
Po tych słowach władyka odwrócił się i przeszedł przez rozstępujący się tłum w stronę prostego stołu, zastawionego misami i dzbankami. Jukka przeszyła jęczącego Ilję jeszcze jednym nienawistnym spojrzeniem, parsknęła pogardliwie i podążyła za mężem.
Dinara pochyliła się nad leżącym nieborakiem, ale Tarik złapał ją mocno za rękę i pociągnął ku sobie. W odpowiedzi na jej pytające, pełne wyrzutu spojrzenie, prędko pokręcił głową.
– Zostaw go – syknął – inaczej posłucham ojca i przemyślę, czy powinnaś zostać moją pierwszą żoną.
Ilja starał się podnieść. Zgromadzenie, do tej pory milczące, znów zaszumiało z ulgą, zamarły tłum zaczął falować. Tarik rozkazał muzykantom dmuchać w piszczały i uderzać w bębny. Noc była jeszcze młoda i trzeba było znów przyspieszyć bieg zastygłej w żyłach krwi.
Właśnie w tej chwili Ilja, który podniósł się na czworaki i spluwał lepką, czerwonawą śliną, podniósł prędko głowę.
– Słuchajcie! – Zawołał.
Skierowali ku niemu rozgniewane spojrzenia.
– Zamknij dziób, garbusie! – Ofuknął go Tarik. – Dość się już dziś nagadałeś. Nikt nie jest ciekaw, kogo chcesz jeszcze obrazić!
– Mówię, że macie być cicho! – Upierał się przy swoim Ilja, podnosząc się do klęku, a potem stając na nogach.
Miód już niemal całkowicie z niego wywietrzał.
– Mało ci, że raz dostałeś w zęby? – Tarik złapał go za koszulę.
– Chcesz jeszcze?
– Cicho! – Krzyknął Ilja.
Wzbierająca wrzawa ucichła wreszcie. Spoglądali na niego zaskoczeni. Nie rozumieli, skąd u niego nagle ten gromowy głos.
– Co? – Wykrztusiła Dinara, która jako jedyna dostrzegła strach na wykrzywionej przez chorobę twarzy Ilji. – Co usłyszałeś?
Tarik zamarł z podniesioną pięścią, zamrugał niepewnie, obejrzał się i wytężył słuch jak ryś.
Teraz wreszcie i do niego dotarło.
Dudnienie. Dalekie, ale prędko przybierające na sile. Jak gdyby wiatr z dalekich południowo-wschodnich stepów gnał ku nim szalejącą burzę. Tylko że na niebie ciągle jeszcze mrugały gwiazdy.
Karaczarowianie, młodzi i starzy, z lękiem odwracali głowy. Dźwięk dochodził zza Niepry, od strony rzadko zalesionych pagórków, leżących między wsią a wielką rzeką Oką. Ale nawet kiedy mrużyli oczy, wokół było zbyt jasno od ognisk, dlatego przez dłuższą chwilę widzieli na drugim brzegu rzeki tylko nieprzenikniony mrok…
Nagle w ciemności błysnął rozchybotany płomień. A potem drugi, trzeci, czwarty – migotały jak rój świetlików w gorącą, letnią noc. Po chwili na kamienistej plaży na drugim brzegu zaroiło się od szybko migających cieni. Nad Karaczarowem i usianą ogniskami łąką wzniosło się dzikie wycie.
Mieszkańcy wioski zaczęli krzyczeć ze strachu.
Światła, których tańczące odblaski pokryły po chwili zmarszczoną powierzchnię Niepry, okazały się pochodniami w rękach atakujących jeźdźców.


* * *



– Broń! Potrzebujemy broni! – Krzyknął Tarik i wyrwał z szykowanego na ognisko pniaka solidny topór. – Łapcie wszystko, co wam wpadnie w ręce!
– Na Allaha, nie! – Jahja wskoczył między chłopców i machał rękami, by ich powstrzymać. – Pozabijają nas! Uciekajmy do lasu, skryjmy się w gęstwinie!
Młodzieńcy mieli jednak głowy zamroczone miodem, dlatego odsunęli go na bok i odważnie rzucili się do stołów po noże, do ognisk po żelazne rożny, a do kup przygotowanego drewna po dłuższe gałęzie, które mogły posłużyć jako włócznie lub pałki.
– Jest ich tylko nieco ponad tuzin, ojcze! – Krzyknął Tarik do władyki. – Zatrzymamy ich przynajmniej tak długo, by kobiety i dzieci zdążyły się schować! Słyszeliście?
– Popchnął Jukkę w kierunku czarnej plamy lasu nad łąką. – Odprowadź ich tam, matko! Ukryjcie się w mroku! Prędko, prędko, przebierać nogami!
Żona władyki i zachowująca zimną krew Dinara odwróciły się i jak pasterze pędzą owce, by je ocalić przed zbliżającą się watahą wilków, tak i one pognały stadko wieśniaczek, dzieci i starców w górę łagodnego stoku, w stronę lasu. Chłopi na rozkaz Tarika przewrócili stoły i przyczaili się za prowizoryczną zaporą.
Wśród zamętu, okrzyków strachu i wzmagającego się płaczu, Ilja niezgrabnie starał się wstać.
– Prędko, Iljo! – Krzyknęła do niego Dinara i pomogła mu stanąć na nogach. – Musisz się schować!
– Uciekaj, nie martw się o mnie – odtrącił ją niemal brutalnie i przez garbate ramię spojrzał raźno ku rzece. Na zakręcie koło Karaczarowa Niepra była płytka i nie miała nawet dziesięciu sążni szerokości. Napastnicy, rozpryskując wodę, poprzez zasłonę której przeświecał ogień pochodni, dostali się w mgnieniu oka na drugi brzeg, przecwałowali wzdłuż domów na skraju wioski i prędko skręcili na łąkę. Na małych, szybkich, stepowych konikach mieli tam dotrzeć już za chwilę.
– Iljo, rusz się! Życie ci niemiłe?
Znów spojrzał na Dinarę. Potem zerknął w stronę lasu. I nagle złe przeczucie przeszyło go jak ostra strzała.
Chwilę później ponure, prędko przybierające na sile dudnienie, które nie dobiegało od strony rzeki, a które w tym zamieszaniu i krzyku słyszał pewnie tylko on, zmieniło przeczucie w pewność. Zrozumiał, że Tarik i reszta mężczyzn nie docenili atakujących.
– Dinaro! – Krzyknął.
– Nie stój tam jak kołek! – Obejrzała się. – Uciekaj z innymi! Schowamy się w lesie!
– Nie, Dinaro! – Zamachał krzywymi rękami. – Nie biegnijcie tam! To pułapka!
– Co?!
Z leśnej przecinki nad łąką dobiegł głośny grzmot i zmienił się w tętent mnóstwa kopyt. Zbawczą z pozoru ciemność tuż przed gromadą kobiet i dzieci rozerwały migoczące płomienie pochodni. Druga grupa jeźdźców, liczniejsza niż przybywająca od strony rzeki, w jednej chwili rozciągnęła się wzdłuż lasu i odcięła mieszkańcom wioski drogę ucieczki. Okrzyki strachu zmieniły się w rozpaczliwy wrzask.
Karaczarowscy chłopi obejrzeli się i zrozumieli, że dali się podejść. Tylko że już nie było czasu na wymyślanie nowych planów – jeźdźcy nadciągający od strony rzeki właśnie dotarli na łąkę.
Rżenie koni zmieszało się z łoskotem, ogłuszającym wyciem i szyderczym, szczekliwym rechotem. Ostrogi bezlitośnie dźgały boki koni, które na rozkaz skakały przez przewrócone stoły. W płomieniach ognisk lśniły zakrzywione szable koczowników, trzaskały bicze, ciskane pochodnie wirowały, ciągnąc za sobą ogony z płomieni.
Chłopi padali, skopani kopytami. Poranieni dobrze naostrzonymi klingami, skowyczeli z bólu. Jednemu z nich korbacz omotał się wokół szyi i obalił go na ziemię. Jeździec dalej gnał po zboczu, ciągnąc charczącego i podskakującego na nierównościach wieśniaka.
Nagle bojowy okrzyk jednego jedynego człowieka zagłuszył cały ten wrzask. Ilja spojrzał, a szczęka, już i tak niedomknięta wskutek choroby, opadłan mu jeszcze niżej.
Ten napastnik nie przycwałował na krępym koniku koczowników. Jego gniadosz był rosły, umięśniony, z najlepszego chowu, może nawet z samego państwa Chazarów. A silna budowa ciała była mu rzeczywiście potrzebna – dosiadający go jeździec był bowiem olbrzymem. Wynurzył się z ciemności jak demon albo bóg wojny i spiął rumaka do skoku przez przewrócone stoły. Jego ryk zmusiłby do ucieczki samego Erlika, który ukazywał się zwykle w postaci wielkiego, czarnego niedźwiedzia.
O dziwo, Tarik wcale się nie zląkł. Młodzian wyskoczył zza prostej zapory, krzyknął odważnie i popędził, wznosząc ciężki topór.
– Bracie, nie! – Krzyknął Ilja.
Jeździec potężnie machnął maczugą. Ogromna broń dosięgła Tarika w ciemię.
Głowa młodzieńca pękła jak jajko nadepnię teciężką nogą. Prawy bok gniadosza, nogę olbrzyma i wszystko wokoło obryzgała mieszanina krwi i mózgu. Bezgłowe ciało, brocząc krwią, padło bezwładnie na ziemię.
– Synu! – Jęknął Jahja i pobiegł w stronę Tarika. W ten sposób jednak przeciął drogę olbrzymiemu jeźdźcowi. Szeroka końska pierś, chroniona brązowym puklerzem, przewróciła władykę niczym słomianego stracha na wróble. Jeździec szarpnął za wodze i prędko zawrócił konia. Chłopi z Karaczarowa ze zgrozą odskakiwali mu z drogi, rzucali broń i padali na ziemię. Bitwa się skończyła.
Ilja już nawet nie krzyczał, jęczał tylko, a po jego policzkach płynęły łzy wielkie jak groch. Za nim zadudniły kopyta. Znów się odwrócił, wystraszony. Atakujący od strony lasu jeźdźcy zacieśnili półokrąg, łatwo zbijając kobiety i dzieci w jedną gromadę. Trzaskaniem biczów zapędzili rozproszonych uciekinierów z powrotem między resztę współplemieńców, a teraz pędzili ich jak stado owiec w dół stoku. Ilję wchłonęła gromadka lamentujących kobiet i szlochających dzieci. W panice wpadały na siebie, potykały się, a matki rozdzielone przez tłum od potomstwa, szukały bliskich, rozpaczliwie krzycząc.
– Dinaro! – Kaleka przedarł się ku dziewczynie. Podtrzymywała starszą kobietę, tęgą, z niedomagającymi nogami, aby tłum nie przewrócił jej na ziemię i nie zadeptał.
– Dinaro, trzymaj się mnie! Ja cię obronię!
– Daj spokój, Iljo! – Spojrzała na niego oczami pełnymi łez. – Już po wszystkim. Połapali nas jak bydło. Przede wszystkim się nie sprzeciwiaj, nie drażnij ich! Żeby nie skrzywdzili nas jeszcze bardziej!
Zapędzono ich na dobrze oświetloną przestrzeń między świątecznymi ogniskami. Kobiety starały się przedostać do swoich poranionych, pobitych mężczyzn, ale jeźdźcy otoczyli je i bezlitośnie odpędzili od poległych i rannych. Chłopi już nie próbowali się opierać – zrozumieli, że mogą tylko zarobić cięcie szablą czy cios maczugą, a w najlepszym wypadku – smagnięcie korbaczem. Napastnicy przyparli ich do pozostałych jeńców kopniakami i naporem końskich piersi. Kobiety witały mężów i młodzieńców lamentem i biadoleniem.
– Na ziemię! – Krzyknął jeden z jeźdźców w mowie Czeremisów, która była bardzo podobna do języka Muromców. – Siadać i zamknąć gęby! I uciszcie te wasze skamlące szczeniaki! Z dzieciakami są same kłopoty, więc tym, co będą najgłośniej wrzeszczeć, poderżniemy gardła jak kurczakom i wrzucimy je do rzeki!
Kwilący karaczarowianie osunęli się posłusznie na podeptaną trawę. Matki ze wszystkich sił uspokajały śmiertelnie wystraszone dzieci, młodzieńcy pocieszali dziewczyny, synowie matki. Jeźdźcy niecierpliwie zeskakiwali z koników i rzucali się łakomie na resztki poczęstunku, rozsypane wokół przewróconych stołów. Śmiali się z pełnymi ustami i wesoło wykrzykiwali do siebie grubiańskie żarty, cieszyli się z udanych łowów.
Ilja rozglądał się gorączkowo. Dostrzegł lamentującą Jukkę, która schylała się nad leżącym Jahją i próbowała go posadzić. Władyka otworzył oczy, ale twarz miał wykrzywioną z bólu i trzymał się za pierś – kurczowo, charcząc głośno, usiłował złapać oddech.
– Gdzie jest Tarik? – Dinara przysunęła się do Ilji. – Słyszysz? Wypatrzyłeś go?
– Ty… – kaleka usiłował się wysłowić –... nie widziałaś tego?
– Czego? Mów, co z nim?
Ilja gwałtownie odwrócił głowę, unikając nalegającego spojrzenia Dinary.
– Już stoi przed Allahem… Zabiligo, rozbili mu czaszkę jak gomułkę sera…
W jednej chwili zrobiła się trupio blada i odwróciła wzrok w stronę placu boju.
– Gdzie… Gdzie jest jego ciało? Chcę zobaczyć jego ciało!
– Nie, nie patrz tam. – Złapał ją i przyciągnął do siebie, za nim wypatrzyła zwłoki w rubaszce pokrytej czerwonymi plamami. – Nie powinnaś go widzieć w takim stanie…
Coś się w niej złamało i z głośnym szlochem padła mu w objęcia. Ilja, sam roztrzęsiony, objął dziewczynę krzywymi rękami i spojrzał na napastników.
Chyba już wiedział, kim są. Większość stanowili Kipczakowie – okrutni, ciemnowłosi rozbójnicy ze skośnymi, jakby nieustannie złowrogo zmrużonymi oczyma. Pochodzili z ziemi Kimek, która leżała pod wielkim masywem Uralu daleko na południowym wschodzie. W ostatnim czasie wdali się jednak w spór z pozostałymi plemionami chanatu i dlatego odchodzili gromadnie na zachód, nad Itil i Don, na pogranicze kijowskie, chazarskie i bułgarskie, gdzie rabowali, łupili i mordowali wszystkich, którzy weszli im w drogę. Właściwie było tylko kwestią czasu, nim jakaś ich zabłąkana banda wybierze się też dalej na północ, ku Oce i Nieprze.
Jednak nie cała drużyna pochodziła z dalekich stepów. Pół tuzina napastników porozumiewało się między sobą w języku Czeremisów. Plemię to mieszkało w lasach na północy, a ich głównymi siedzibami były położona głęboko w borach Kokszaga i Suchodol u ujścia rzeki Wietługi do Itilu. Byli dalekimi krewniakami Muromców, ale pędzili bardziej dziki żywot. Żywili się upolowaną zwierzyną i złowionymi rybami, posługiwali się przeważnie bronią wykonaną z drewna, kamienia i kości, a ubierali się w kożuchy i grube, konopne płótno. Ostro sprzeciwiali się wprowadzeniu wiary muzułmańskiej i przegnali bułgarskich posłów, co uczyniło z nich nieprzyjaciół Bułgarii. Nie zmartwili się tym jednak, przeciwnie – byli z tego dumni.
Ten, który zabił Tarika, był ich przywódcą. On też miał na sobie proste, zszyte grubą dratwą odzienie, a śmierdział brudem i końskim potem na odległość kilku gonów. Mimo to wyróżniał się spośród pozostałych Czeremisów, a to przede wszystkim podziwu godnym wzrostem – mierzył sążeń i dobre dwa palce, więc swoich krępych kompanów przewyższał co najmniej o głowę. Czaszkę miał ogoloną i pokrytą strasznymi tatuażami, jego czarne wąsy były tak długie, że ich tłuste końce nosił przewieszone nad uszami. W ręku trzymał wielką maczugę – sękaty, sczerniały samorost, zaopatrzony na rozszerzonym końcu w masywne, żelazne kolce. Ściekała z nich jeszcze breja z krwi i mózgu, zmieszana z okruchami czaszki i resztką czarnych włosów. „Biedny, nieszczęsny Tarik” – pomyślał Ilja, które mu pod wpływem okoliczności prędko przeszła złość na przyrodniego brata. Podniósł wzrok wyżej, na tors Czeremisa.
Jęknął mimo woli, gdyż zauważył coś, co przeraziło go bardziej niż groźna broń.
Szeroką pierś olbrzyma chronił ogromny, umocowany rzemieniami puklerz. Na nim szczerzył zęby wizerunek czarnego węża o szeroko rozłożonych, błoniastych skrzydłach.
Ilję zmroziło. Bardzo dobrze wiedział, co to za stworzenie. Słyszał, jak starcy z osady szepczą o nim przerażające opowieści. Zilanta, uskrzydlonego węża, prastare smocze bóstwo, czczono nad rzeką Itil przed wprowadzeniem nauk Mahometa. Wielu kłaniało mu się do dziś dnia – oprócz dzikich plemion, także zbuntowani władycy i książęta w samej Bułgarii, którzy nie pogodzili się z tym, że nowa wiara odebrała im dawną potęgę. W drugim co do wielkości bułgarskim mieście Suwar ciągle jeszcze wznosiła się smocza wieża Zilantaw, w której czarnoksiężnicy i szamani karmili skrzydlatego gada ofiarami z ludzi. Widocznie napastnicy byli ich sługami. Kiedy Ilja zdał sobie z tego sprawę, opanowało go uczucie, jakby wnętrzności miał pełne zimnych, wijących się robaków.
Czeremis zeskoczył z rosłego gniadosza i skierował się ku pozostałym zbójcom, którzy dosłownie bili się o resztki świątecznego poczęstunku. Schodzili mu z drogi, jak wataha wilków schodzi z drogi basiorowi. Szacunek okazywali mu nie tylko współplemieńcy, ale też sojusznicy z południa. Jeden z Kipczaków – sądząc po bogatych okuciach na rzemieniach i po ozdobnym jelcu miecza, ich wódz – zaproponował mu nawet łyk miodu ze zdobytego z trudem dzbana.
– To się nazywa dobry łów, Styrwicie. – Kipczak wyszczerzył zęby w stronę olbrzyma. To, że koczownik nauczył się języka Czeremisów, także o czymś świadczyło.
– Nie jest najgorzej – burknął wielkolud i jednym haustem opróżnił naczynie. Potem, trzymając w ręku jagnięce udo, zwrócił wzrok w stronę pojmanych. Białka oczu miał żółtawe jak jakiś leśny demon. – Ale widzę tutaj sporo mięsa, z którego nie będzie żadnego pożytku. Trzeba będzie zrobić odsiew, Kamarze. Zdaje mi się, że zostanie nam jakieś dwadzieścia, trzydzieści porządnych sztuk. A tych naprawdę dobrych, dla mojego pana, ledwie tuzin.
– Zostawimy starców i najmłodsze dzieci, resztę weźmiemy. Waregowie nie są znów tacy wybredni. W Bułgarii zarabiają na wszystkim, znają się też na handlu niewolnikami.
– Mhm – mruknął Czeremis z usta mi pełnymi pieczonej baraniny. Zrobił krok do przodu. – Ale najpierw wybiorę swoją część zdobyczy. Z resztą zróbcie, co uznacie za stosowne.
Wszedł między siedzących mieszkańców wioski. Maczugę trzymał w jednej ręce, jagnięce udo w drugiej. Kobiety zaczęły płakać, dzieci znów zakwiliły. Nawet mężczyźni pod spojrzeniem olbrzyma kulili się, przerażeni i odwracali twarze. W powietrzu unosił się smród wymiocin i moczu.
– Potrzebne mi są takie, które już krwawią, ale jeszcze są dziewicami – warknął zbójca. – Na przykład ta powinna być dobra. – Wskazał maczugą zaledwie piętnastoletnią dziewczynkę, która przycupnęła między rodzicami a braćmi. Dwaj Czeremisi, towarzyszący przywódcy jak wierne psy, natychmiast ku niej skoczyli. Nie zwracali uwagi na lament, wyrwali dziewczynę z rąk rodziny i wywlekli poza gromadę schwytanych.
– Tę też – wskazał Styrwit – i tę…
Jego podwładni bez miłosierdzia zabierali młode nieszczęśnice i bezlitośnie odciągali od pozostałych. Płacz rozdzierał uszy i serca.
Ilja odepchnął Dinarę, przesunął się, by znaleźć się przed nią i uniósł się lekko. Jego ciało było może pokrzywione i słabowite, ale zato wystarczająco wyrośnięte, by porządnie ukryć dziewczynę.
To był błąd. Styrwit dostrzegł ruch kątem oka i prędko zwrócił ku Ilji podejrzliwe spojrzenie.
Kaleka zacisnął zęby i skamieniał.
Po chwili olbrzym ruszył w jego stronę. Mamrotał coś pod nosem i brutalnie kopał zawadzających mu wieśniaków. Na czworakach usuwali się z drogi.
W głowie Ilji wszystko się nagle skłębiło – żal, strach i rozpaczliwe pragnienie, by ocalić Dinarę. Przez chwilę uczucia się w nim kotłowały, a kiedy zamęt ustał, Ilja nagle przestał się wahać. Wstał. Sam nie wiedział, czy to nagły przypływ odwagi, czy pomieszanie zmysłów. Dinara i wszyscy wokoło posykiwali, by tego nie robił, ale ledwie ich słyszał. Całą uwagę skupił na zbliżającym się Czeremisie.
Ciskający błyskawicami z oczu olbrzym zatrzymał się krok przed nim. Ilja przez chwilkę, przez jedno uderzenie spłoszonego serca miał ochotę paść na ziemię i odpełznąć precz jak zbity pies. Zamiast tego, wziął głęboki oddech i wyprostował na tyle, na ile pozwalały mu chore kości. I spojrzał Czeremisowi w twarz. Także dlatego, by nie patrzeć na zakrwawioną maczugę, tkwiącą w mocnej pięści.
Styrwit przyglądał mu się, marszczył przy tym gęste brwi, jeżył wąsy, a przyspieszony rozdrażnieniem oddech rozdymał mu nozdrza. Zmierzył wzrokiem śmiałka, jego krzywe nogi, powykręcane ręce, zgięty grzbiet i bladą twarz, ukrytą w gęstwie płowych włosów. Pomału, z sykiem wciągnął powietrze, a rzemienie podtrzymujące puklerz ze znakiem węża naprężyły się. Ilja przełknął ślinę. W duszy już widział, jak maczuga podnosi się i spada na jego głowę. No, skoro już tak musi być, przynajmniej czeka go rychła śmierć…
Styrwit wrzasnął. Tak szybko i głośno, że nie tylko wieśniacy, ale sami rozbójnicy zadrżeli ze strachu. Ilja omal nie upadł na ziemię. Klatka piersiowa Czeremisa zaczęła się trząść, a zaskoczony młodzieniec zrozumiał, że ten przerywany dźwięk, dobywający się z beczułkowatej piersi, nie jest oznaką gniewu. To był śmiech.
Olbrzym rechotał, a z ust padały mu krople śliny.
– Patrzcie tylko na niego! – Krzyknął przez ramię do pozostałych łupieżców. – Na tego chromego, na to pokrzywione paskudztwo! Patrzcie, jak garbus śmiało zastępuje mi drogę, spoziera w oczy, podnosi głowę! Pierwszy raz widzę coś takiego!
Czeremisi zaczęli się śmiać. Dołączyli do nich Kipczakowie.
– Podobasz mi się, kaleko – Styrwit nie przestawał trząść się ze śmiechu. – Jesteś tu ostatnim chłopem z jajami. Reszta już nic, zwyczajnie sra w gacie. Tylko że – śmiech zaczął się łamać i powoli zamierać – tak czy siak, nie pozwolę, żeby ktokolwiek stawał mi na drodze. Dlatego oberwiesz. Muszę tylko pomyśleć, czy obalę cię na ziemię maczugą – uniósł straszliwą broń – czy kością – pod niósł ogryzione udo jagnięcia.
Ilja przełknął ślinę. To się stanie teraz. „Matulu, przygotuj się, wkrótce się spotkamy”.
Styrwit patrzył to na maczugę, to na kość. Najwyraźniej naprawdę nie mógł się zdecydować.
– Jak myślicie, chłopcy? – Obejrzał się na rozweselonych napastników. – Mam go zabić od razu, czy tylko dać mu nauczkę, pozwolić, żeby go ból nauczył pokory?
Łotrzy natychmiast zaczęli się przekrzykiwać. Ci bardziej tępi domagali się krwi, ci bystrzejsi, a przez to i bardziej okrutni, wybierali drugą możliwość. Rozbawiony Czeremis wyszczerzył zęby.
I odwrócił się ku Ilji. Błyskawicznie. Jednocześnie wziął zamach.
Lewą ręką.
Kość z resztkami pieczonego mięsa uderzyła Ilję w twarz. Zrobiło mu się ciemno przed oczyma, ugięły się pod nim kolana. Krwawiąc z nosa, padł między schwytanych. Przestał zasłaniać Dinarę.
Dziewczyna skuliła się pod spojrzeniem żółtawych oczu i musiała przygryźć dolną wargę, żeby nie zacząć krzyczeć. Styrwit uśmiechnął się od ucha do ucha.
– Patrzcie tylko – odezwał się. – Ta jest najlepsza ze wszystkich.
– Naprawdę piękna – stwierdził stojący w pobliżu drugi Czeremis. – Tylko żeby jeszcze była dziewicą.
– Nawet jeśli nią nie jest – zaśmiał się olbrzym, wyrzucił kość i tłustą ręką złapał Dinarę za włosy – zatrzymam ją dla siebie! Będzie zabawa na parę dni.
Brutalnym szarpnięciem zmusił dziewczynę do wstania i popchnął ją w ręce podwładnych. Na próżno się broniła, wyrywała i kopała. Czeremisi łatwo ją odciągnęli.
– To już wszystkie, Kamarze – Styrwit zwrócił się do kipczackiego wodza. – Reszta jest twoja.
– Dziękuję bardzo – parsknął koczownik, spoglądając na siedem młodziutkich dziewic, które wybrali sobie Czeremisi. – Zatrzymałeś dla siebie najlepszą część zdobyczy. Waregowie z Helgardu daliby nam za tę ostatnią ślicznotkę więcej, niż za pozostałe razem wzięte…
– Taka była umowa, Kamarze – warknął Czeremis i machnął maczugą, aż poleciały z niej lepkie, rude grudki. – Nie chciałbyś chyba, abym zaczął podejrzewać, że nie dotrzymujesz słowa?!
– O nie! – Burknął pod nosem Kamar i skinął na swoich chłopców. – Przestańcie się opychać i zacznijcie wybierać niewolników. Nie będziemy tu sterczeć do rana.
– Tych, których nie weźmiemy – zarządził Styrwit, wracając do swojej drużyny i mijając po drodze karaczarowian – zabijcie.
– Czemu? – Spojrzał na niego Kipczak. – Poco dodatkowo się trudzić?
– Zróbcie to. Prędzej czy później o naszym ataku dowie się Alwar–bej z Muromia. Jeśli to, co o nim mówią, jest prawdą, zawezwie drużynę i bez wahania ruszy naszym śladem. Kiedy znajdzie wieś spaloną do cna i żadnej żywej duszy w pobliżu, będzie to dla niego wiadomość, że nie opłaca się z nami zadzierać. Może tak się wystraszy, że rozkaże zawrócić konie i pocwałować z powrotem ku Oce!
Kamar zamyślił się, mrużąc już i bez tego wąskie oczy tak, że zmieniły się w wąziutkie szparki.
– Coś w tym jest – przyznał.
– Zaufaj mi i pokaż, że ręka nawet ci nie zadrży. Zostaw przy życiu jednego, żeby opowiedział muromskim psom, jakeśmy tu posprzątali. To też nie doda im odwagi. I wiem, kogo powinno spotkać to szczęście.
– Kogo?
Styrwit wyszczerzył zęby.
– Zgadnij.
– Kaleka? – Zrozumiał Kipczak i uśmiechnął się wilczo.
– Oczywiście. Zobaczymy, czy dalej będzie taki dzielny, kiedy będzie musiał bez niczyjej pomocy zatroszczyć się o wszystkich zmarłych.
Kamar roześmiał się i skinął na oczekujących podwładnych.
– Słuchajcie! Z wyjątkiem tego chromego bękarta zabić wszystkich, których nie bierzemy ze sobą. Starym poderżnąć gardła i wrzucić do rzeki. Małe dzieci po prostu cisnąć do wody. Same się utopią. Szkoda tępić noże.
Kipczacy wymienili spojrzenia. Potem chwycili bicze, szable, sztylety i ruszyli w stronę gromady schwytanych.
Z gardeł mieszkańców wioski dobył się wrzask tak straszliwy, że Ilja słyszał go jeszcze długo po tym, jak zimne żelazo i jeszcze zimniejsza woda odebrały głos ostatniej z ofiar.


* * *



Ranek był zaskakująco chłodny i wilgotny. Ze spokojnie płynących wód Niepry wstawała rzadka mgła i pełzła brzegami do okolicznych lasów. Z tego niskiego oparu, ze splotu szarości i zapomnianych nocnych cieni, krótko po wschodzie słońca wynurzyli się trzej jeźdźcy.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2012-07-15 (1232 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej