Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
W pierścieniu ognia
 
Katalog - dodano
 Piękna krew
- Lucius Shepard
 Immersja
- Erick Pol
 Jadowity miecz
- Rafał Dębski
 Zabójcze maszyny
- Philip Reeve
 Ostatnie konklawe
- Marcin Wolski
 
- skomentowano
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 

''Czarodziejski labirynt'' - Philip José Farmer



Część pierwsza
Tajemniczy Nieznajomy

1



„Każdy powinien lękać się tylko jednej osoby – samego siebie”.
Było to jedno z ulubionych powiedzeń Operatora.
Ponadto Operator wiele mówił o miłości, twierdząc, że osoba, której najbardziej się boimy, powinna również być przez nas najbardziej kochana.
Jednak mężczyzna, niektórym znany jako Tajemniczy Przybysz bądź Tajemniczy Nieznajomy, nie stanowił dla siebie głównego obiektu miłości ani lęku.
Istniały trzy osoby, które kochał bez porównania bardziej.
Swoją żonę, dziś już nieżyjącą, także obdarzał miłością, jednak nie tak silną jak pozostałą dwójkę.
Swoją macochę oraz Operatora kochał z równą mocą, a przynajmniej tak mu się niegdyś wydawało.
Macocha znajdowała się w odległości wielu lat świetlnych i nie musiał się nią przejmować, ani teraz, ani być może już nigdy. Gdyby wiedziała, co robi, bardzo by się zawstydziła i zasmuciła. Z kolei jego martwiło, że nie może jej wyjaśnić, dlaczego tak postępuje, i w ten sposób chociaż częściowo się usprawiedliwić.
Operatora również kochał, lecz jednocześnie nienawidził.
Teraz czekał – czasem cierpliwie, a czasem niecierpliwie bądź z gniewem – na owiany legendą, lecz prawdziwy parostatek. Nie udało mu się wsiąść na pokład Reksa Grandissimusa. Jego jedyną nadzieją pozostawał Mark Twain.
Jeżeli nie wejdzie na ten statek... Nie, ta myśl była niemal nie do zniesienia. Musiał to uczynić.
Jednak kiedy mu się uda, możliwe, że znajdzie się w największym niebezpieczeństwie, jakie kiedykolwiek napotkał, nie licząc jednego przypadku. Wiedział, że Operator jest w dole Rzeki. Odczytał jego położenie z powierzchni rogu obfitości. Jednak była to ostatnia informacja, której dostarczyła mu jego mapa. Satelita namierzał pozycje Operatora, Etyków – nie licząc jego samego – oraz agentów w Dolinie Rzeki, przekazując dane do jego rogu obfitości, który był czymś więcej niż źródłem pokarmu. Kiedy mapa znikła z szarej powierzchni, Tajemniczy Nieznajomy domyślił się, że satelita został uszkodzony. Od tamtej pory Operator, agenci i inni Etycy mogli go zaskoczyć.
Dawno temu podjął pewne kroki, by móc kontrolować położenie wszystkich mieszkańców wieży i podziemnych komór. W tajemnicy zainstalował w satelicie mechanizm śledzący. Oczywiście pozostali umieścili tam podobne urządzenie, które miało na celu namierzenie jego samego, ale przyrząd zniekształcający aurę oszukał ten mechanizm, a także pozwolił mu okłamywać Radę Dwanaściorga.
Teraz był równie nieświadomy i bezbronny jak pozostali.
Jednak jeśli ktokolwiek z tego świata ma zostać zaokrętowany przez Clemensa, to będzie to właśnie Operator, nawet w przypadku braku miejsca na statku. Wystarczy jedno spojrzenie i Clemens zatrzyma bocznokołowiec, po czym zaprosi mężczyznę na pokład.
A kiedy nadpłynie Mark Twain i on, Tajemniczy Nieznajomy, również stanie się członkiem załogi, będzie musiał unikać Operatora, aż do chwili, gdy będzie mógł go zaskoczyć.
To przebranie, choć wystarczająco dobre, aby oszukać nawet drugiego samotnego Etyka, nie zmyli tak potężnego umysłu. Operator od razu go rozpozna, a wtedy nie pozostanie mu żaden wybór. Owszem, jest silny i szybki, ale Operator przewyższa go także pod tym względem.
Ponadto Operator ma przewagę psychologiczną. Stojąc twarzą w twarz z istotą, którą kocha i której nienawidzi, Tajemniczy Nieznajomy będzie skrępowany i zapewne nie zdoła rzucić się na przeciwnika z wystarczającą furią i energią.
Dlatego będzie zmuszony zaatakować od tyłu, mimo że to odrażające tchórzostwo. Jednak odkąd sprzeciwił się pozostałym,
popełnił wiele godnych potępienia czynów, mógł więc tego dokonać. Chociaż od wczesnego dzieciństwa wpajano mu nienawiść do przemocy, nauczono go także, że jest ona usprawiedliwiona w sytuacji zagrożenia życia. Na jego postawę nie miała wpływu przywracająca do życia siła, która z praktycznych względów uczyniła wszystkich mieszkańców Świata Rzeki niezniszczalnymi. Wskrzeszenia ustały, lecz także przedtem musiał się zmuszać do agresywnych zachowań.
Pomimo tego, co mawiali jego mentorzy, cel rzeczywiście uświęca środki. Poza tym wszyscy ci, których zabił, nie mieli pozostać martwi. Tak przynajmniej uważał. Jednak tej sytuacji nie przewidział.
Etyk mieszkał w chatce krytej liśćmi bambusa, na prawym brzegu, patrząc w górę Rzeki. Przebywał tam od niedawna. Teraz siedział na gęstej, niskiej trawie, która porastała równinę w pobliżu brzegu. Wokół siebie miał około pięciuset innych osób, z którymi czekał na porę obiadową. Kiedyś w tym miejscu gromadziło się siedemset osób, jednak od czasu, gdy ustały wskrzeszenia populacja uległa przerzedzeniu. Większość zgonów była spowodowana wypadkami, głównie spotkaniami z olbrzymimi rzecznymi smokami – rybami, które pożerały ludzi i roztrzaskiwały łodzie – a w dalszej kolejności samobójstwami i morderstwami. Niegdyś największe spustoszenia powodowały wojny, ale w tej okolicy od wielu lat nie zdarzały się zbrojne konflikty. Ludzi marzących o podbojach stracono, a w obecnej sytuacji nie było zagrożenia, że pojawią się w innych miejscach, by ponownie sprawiać kłopoty.
Także rozprzestrzenianie się nauk Kościoła Jeszcze Jednej Szansy, nichirenitów, sufich oraz innych pacyfistycznych religii i filozofii odegrało istotną rolę w zaprowadzaniu pokoju.
W pobliżu tłumu wnosił się obiekt w kształcie grzyba, zbudowany z czerwono nakrapianego granitu. Nazywano go kamieniem obfitości, choć tak naprawdę wykonany był z silnie przewodzącego metalu. Składał się z szerokiej podstawy półtorametrowej wysokości oraz górnej części o średnicy około piętnastu metrów. Na jej powierzchni znajdowało się siedemset zagłębień. W każdym z nich tkwił walec z szarego metalu, urządzenie, które przetwarzało energię uwalnianą przez kamień obfitości w pokarm, napoje alkoholowe i różne przedmioty. Pojemniki te zapobiegały śmierci głodowej mieszkańców Świata Rzeki, których liczbę szacowano niegdyś na trzydzieści pięć do trzydziestu sześciu miliardów. Chociaż posiłki dostarczane przez kamienie i rogi obfitości można było uzupełniać rybami, chlebem z żołędzi oraz końcówkami młodych pędów bambusa, produkty te nie wystarczały do wykarmienia ludzi zamieszkujących wąską Dolinę, którą płynęła długa na ponad szesnaście milionów kilometrów Rzeka.
Ludzie zgromadzeni wokół kamienia gawędzili, śmiali się i żartowali. Etyk nie rozmawiał z osobami, które siedziały najbliżej; pochłaniały go jego własne myśli. Przyszło mu do głowy, że być może awaria satelity nie nastąpiła samoistnie. Mechanizm namierzający został zaprojektowany tak, by sprawnie działać przez ponad tysiąc lat. Czy zepsuł się dlatego, że Piscator, Japończyk, który niegdyś nosił nazwisko Ohara, przestawił coś we wnętrzu wieży? Teoretycznie powinny go zabić rozmaite pułapki, które on, Tajemniczy Nieznajomy, rozmieścił w wieży, lub powinno go powstrzymać pole siłowe zainstalowane przez Operatora. Jednak Piscator był sufim, więc mógł dysponować inteligencją i zdolnościami percepcji, które umożliwiły mu uniknięcie tych przeszkód. To, że zdołał dostać się do wnętrza wieży, dowodziło jego etycznego zaawansowania. Mniej niż jeden na pięć milionów kandydatów, wskrzeszonych Ziemian, zdołałby pokonać wejście na szczycie budowli. Z kolei o wejściu na dole, które przygotował Tajemniczy Nieznajomy, wiedziały tylko dwie osoby, aż do czasu, gdy dotarła tam wyprawa starożytnych Egipcjan. Znalezienie ich ciał w tajnym pomieszczeniu zaskoczyło go i zdenerwowało. Wtedy jeszcze nie wiedział, że jeden z Egipcjan uciekł, a następnie utonął i z powrotem pojawił się w Dolinie. Dopiero później usłyszał opowieść ocalałego, częściowo zniekształconą poprzez wielokrotne przekazywanie z ust do ust. Najwyraźniej agenci zbyt późno usłyszeli tę historię i nie przekazali jej w porę Etykom w wieży.
Teraz martwił się, że jeśli Piscator faktycznie odpowiada za przypadkowe spowodowanie awarii systemu namierzania, to mógł on także w jakiś sposób przywrócić Etyków do życia. A jeżeli to uczynił... wtedy Tajemniczy Nieznajomy był zgubiony.
Popatrzył ponad równiną na pogórze, które porastała trawa o długich źdźbłach oraz różne gatunki drzew, na cudownie kolorowe kwiaty na pnączach drzew żelaznych, a następnie dalej na niedostępne góry, które okalały Dolinę. Strach i frustracja ponownie wprawiły go w gniew, ale szybko pozbył się tego uczucia dzięki specjalnym umysłowym technikom. Uwolniona energia na kilka sekund podniosła temperaturę jego ciała o jedną setną stopnia. Poczuł ulgę, choć wiedział, że ponownie wpadnie w gniew. Niestety, zastosowana technika nie usuwała źródła złości. Wiedział, że nigdy się go nie pozbędzie, chociaż przed swymi mentorami udawał, że tego dokonał.
Osłonił oczy i zerknął w stronę słońca. Za kilka minut kamień wyrzuci z siebie błysk i huk, podobnie jak miliony pozostałych obiektów na obu brzegach Rzeki. Odsunął się od kamienia i włożył czubki palców do uszu. Hałas będzie ogłuszający, a nagłe wyładowanie, mimo że spodziewane, i tak nim wstrząśnie.
Słońce stanęło w zenicie.
Rozległ się potężny ryk, a w górę żarłocznie wystrzelił błękitno-biały ładunek elektryczny.
Na lewym brzegu, ale nie na prawym.
Już raz, w przeszłości, kamienie na prawym brzegu nie zadziałały.
Ludzie po tej stronie Rzeki czekali z napięciem, a następnie z rosnącym strachem, kiedy kamienie nie uwolniły energii również w porze kolacji. A gdy ponownie zawiodły w porze śniadania, konsternacja i niepokój zmieniły się w panikę.
Następnego dnia wygłodniali ludzie przeprowadzili masowy atak na lewy brzeg.


Część druga
Na pokładzie Nie Do Wynajęcia


2



Po raz pierwszy sir Thomas Malory umarł na Ziemi w Roku Pańskim 1471.
Ten angielski rycerz przetrwał straszliwe tygodnie po Dniu Zmartwychwstania nie odnosząc zbyt wielu cielesnych ran, choć ucierpiał z powodu duchowego szoku. Zafascynowało go jedzenie, które pojawiło się w jego „małym graalu”. Przypomniało mu to słowa, które napisał w Księdze Króla Artura o Galahadzie i jego towarzyszach, spożywających pokarm otrzymany od Świętego Graala. „...przy tymże stole nakarmieni zostaniecie mięsiwami, jakich rycerze nigdy nie kosztowali”.
Czasami Malory’emu wydawało się, że zwariuje. Od zawsze kusiło go szaleństwo, stan, w którym człowiek był dotknięty świętością przez Boga, a zarazem niewrażliwy na troski i biedy świata, a tym bardziej swoje własne. Jednak ktoś, kto na Ziemi spędził tak wiele lat w więzieniu i nie oszalał, musiał być twardy z natury. Jedną z rzeczy, które pozwalały mu zachować sprawny umysł, gdy przebywał za kratami, było tworzenie epiku – pierwszego angielskiego utworu pisanego prozą. Chociaż wiedział, że nie znajdzie wielu czytelników i większości z nich jego dzieło zapewne się nie spodoba, wcale się tym nie przejmował. Podczas gdy jego pierwszy utwór opierał się na pracach wielkich francuskich twórców cyklów o Królu Arturze i starożytnej Brytanii, tym razem Malory pisał o wielokrotnym odrzuceniu i ostatecznym tryumfie Jezusa. W odróżnieniu od wielu chrześcijan, którzy utracili dawną gorliwość, rycerz kurczowo trzymał się swojej wiary, niezależnie od „faktów” – co samo w sobie stanowiło dowód szaleństwa, jeśli wierzyć jego krytykom.
Dwukrotnie zabity przez dzikich niewiernych, Malory trafił w końcu na obszar z jednej strony zamieszkany przez Partian, a z drugiej przez Anglików.
Partianie byli starożytnymi jeźdźcami, którzy zawdzięczali swoje miano zwyczajowi strzelania do tyłu z grzbietów swych rumaków podczas odwrotu. Dzięki temu, każdy atak ścigających ich wrogów mógł zostać odparty. Przynajmniej takie było wyjaśnienie jednego z informatorów. Malory podejrzewał, że szczerzący się mężczyzna nabierał go, ale historia robiła dobre wrażenie, więc postanowił ją przyjąć.
Anglicy pochodzili głównie z siedemnastego wieku i posługiwali się taką odmianą angielszczyzny, z której zrozumieniem Malory miał spore kłopoty. Jednak po latach spędzonych w Świecie Rzeki mówili także w esperanto, czyli języku, którego używali misjonarze Kościoła Jeszcze Jednej Szansy jako uniwersalnego środka komunikacji. W krainie, obecnie noszącej nazwę Nowa Nadzieja, panował pokój, choć nie zawsze tak było. Dawniej składała się ona z dużej liczby małych stanów i prowadziła zaciętą wojnę z państewkami na północy, które zaludniali średniowieczni Niemcy i Hiszpanie. Na ich czele stał człowiek nazwiskiem Kramer, którego przezywano Młotem. Kiedy został zabity, w krainie na długo zagościł pokój, a stany w końcu się zjednoczyły. Malory osiedlił się tam i na swoją towarzyszkę wybrał Philippę Hobart, córkę sir Henry’ego Hobarta. Mimo że nie udzielano już ślubów, Malory uparł się, by zawrzeć małżeństwo i poprosił przyjaciela, który za życia był katolickim księdzem, aby odprawił dawną ceremonię. Później nawrócił zarówno żonę, jak i księdza na ich rdzenną wiarę.
Jednakże doznał lekkiego szoku, gdy usłyszał, że prawdziwy Jezus Chrystus pojawił się niegdyś w tej okolicy wraz z hebrajską kobietą, która znała Mojżesza w Egipcie i podczas Eksodusu. Jezusowi towarzyszył także mężczyzna zwany Thomas Mix, Amerykanin, potomek Europejczyków, którzy emigrowali na kontynenty odkryte zaledwie dwadzieścia jeden lat po śmierci Malory’ego. Jezus i Mix wspólnie spłonęli na stosach rozpalonych przez Kramera.
Początkowo Malory nie przyjmował do wiadomości, że mężczyzna, który nazywał siebie Yeshua, mógł być prawdziwym Chrystusem. Możliwe, że był Hebrajczykiem, który żył w czasach Chrystusa, ale z pewnością był oszustem.
Potem, po zapoznaniu się ze wszystkimi relacjami dotyczącymi tego, co mówił Yeshua, oraz jego męczeństwa, uznał, że Chrystus faktycznie mógł tu przebywać. Włączył więc opowieść powtarzaną przez tubylców do epiku, który właśnie pisał na papierze bambusowym za pomocą atramentu oraz pióra z ości. Malory postanowił również kanonizować Amerykanina i w ten sposób Mix stał się świętym Tomaszem Niezłomnym od Białego Kapelusza.
Po pewnym czasie Malory i jego uczniowie zapomnieli, że świętość była fikcją, i uwierzyli, że święty Tomasz rzeczywiście przemierzał Dolinę w poszukiwaniu swojego mistrza Jezusa w tym świecie, który był czyśćcem, choć nie do końca przypominał stan pośredni między ziemią a niebem, jaki opisywali kapłani na utraconej Ziemi.
Były ksiądz, który udzielił ślubu Thomasowi i Philippie, jako biskup wyświęcony na Ziemi, a więc w prostej linii następca świętego Piotra, mógł nauczać innych i czynić z nich kapłanów. Jednak poglądy tej niewielkiej grupy rzymskich katolików w jednej kwestii różniły się od ich przekonań z czasów ziemskiego życia. Byli tolerancyjni; nie mieli zamiaru przywrócić Inkwizycji ani palić na stosie kobiet podejrzanych o czary. Gdyby chcieli trzymać się tych starych zwyczajów, szybko zostaliby wygnani, a może nawet zabici.
Pewnego późnego wieczoru Thomas Malory leżał w łóżku i rozmyślał o kolejnym rozdziale swojego epiku. Nagle na zewnątrz rozległy się głośne krzyki i odgłos wielu biegnących stóp. Rycerz usiadł i zawołał Philippę, która obudziła się wystraszona i drżąca. Razem wyszli z chaty, aby poznać źródło zamieszania. Zapytani ludzie wskazali bezchmurne niebo, na którym niczym księżyc w pełni lśniły gwiazdozbiory oraz obłoki kosmicznego gazu.
Wysoko w górze, na tle rozświetlonego nieboskłonu, znajdowały się sylwetki dwóch dziwnych obiektów. Pierwszy, o znacznie
skromniejszych rozmiarach, składał się z dwóch kul, większej umieszczonej nad mniejszą. Chociaż ludzie na ziemi nie widzieli żadnego połączenia między obiema kulami, odnieśli wrażenie, że elementy te stanowią całość, gdyż poruszały się z taką samą prędkością. Jedna z kobiet, która się na tym znała, oznajmiła, że obiekt przypomina balon. Malory nigdy nie widział takiego pojazdu, jednak o balonie opowiadały mu osoby pochodzące z dziewiętnastego i dwudziestego wieku, a to, co widział na niebie, rzeczywiście zgadzało się z tymi relacjami.
Drugi obiekt, znacznie potężniejszy, przypominał olbrzymie cygaro.
Ta sama kobieta stwierdziła, że to sterowiec lub pojazd nieznanych istot, które stworzyły tę planetę.
– Aniołów? – wyszeptał Malory. – Dlaczego miałyby korzystać ze sterowca? Mają skrzydła.
Zapomniał o tym i wrzasnął razem z pozostałymi, kiedy olbrzymia powietrzna jednostka gwałtownie zapikowała. A potem krzyknął, gdy wybuchła, po czym płonąc spadła ku Rzece.
Balon dalej zmierzał na północny-wschód i po chwili zniknął gapiom z oczu. Na długo przed tym płonący sterowiec uderzył o powierzchnię wody. Jego szkielet zatonął niemal natychmiast, jednak kawałki powłoki paliły się przez kilka minut, aż w końcu zgasły.
Tym podniebnym pojazdem nie podróżowały anioły ani demony. Mężczyzna, którego Malory i jego żona wyciągnęli z wody i przetransportowali łódką na brzeg, nie był ani mniej, ani bardziej ludzki od nich. Był wysoki, ciemnoskóry, chudy niczym rapier, miał duży nos i słabo zarysowany podbródek. Jego duże czarne oczy wpatrywały się w nich w świetle pochodni. Długo się nie odzywał. Kiedy zaniesiono go do ratusza, osuszono, okryto grubymi kocami i napojono gorącą kawą, powiedział coś po francusku, po czym odezwał się w esperanto.
– Ile osób przeżyło?
– Jeszcze nie wiemy – odrzekł Malory.
Kilka minut później na brzegu ułożono pierwsze z dwudziestu dwóch ciał, niektóre były silnie zwęglone. Jedno należało do kobiety. Chociaż poszukiwania kontynuowano przez resztę nocy i część poranka, nie znaleziono nikogo więcej. Francuz ocalał jako jedyny. Chociaż był osłabiony i w szoku, nalegał, by pozwolono mu wstać i wziąć udział w poszukiwaniach. Kiedy ujrzał zwłoki spoczywające obok kamienia obfitości, wybuchnął płaczem i długo szlochał. Malory uznał to za dobry znak. Rozbitek był w stanie okazywać smutek, więc nie doświadczył głębokiej traumy.
– Gdzie są pozostali? – spytał ostro nieznajomy.
Potem jego smutek zmienił się w gniew i mężczyzna zaczął wygrażać pięścią niebiosom oraz przeklinać kogoś o nazwisku Thorn. Następnie spytał, czy ktokolwiek widział lub słyszał inny pojazd latający, śmigłowiec. Wiele osób przytaknęło.
– Dokąd poleciał?
Niektórzy powiedzieli, że maszyna, która wydawała z siebie dziwny odgłos przypominający siekanie nożem, poleciała w dół Rzeki. Inni twierdzili, że udała się w przeciwnym kierunku. Kilka dni później napłynął raport, według którego pojazd zatonął podczas ulewy, trzysta kilometrów w górę Rzeki. Widział to tylko jeden człowiek, który utrzymywał, że z idącej na dno maszyny wydostał się jakiś mężczyzna i popłynął do brzegu. Za pomocą bębniącego telegrafu wysłano wiadomość w tamte rejony, pytając o nagłe pojawienie się nieznajomych osób. Okazało się, że nikogo takiego nie zauważono.
Na powierzchni wody unosiło się kilka rogów obfitości, które przyniesiono ocalałemu rozbitkowi. Ten rozpoznał jeden z rogów jako swój i zjadł z niego popołudniowy posiłek. Kilka rogów było „bezpańskich”, czyli mogły zostać otwarte przez każdego. Zarekwirowały je władze Nowej Nadziei.
Następnie Francuz spytał, czy przepływał przez tę okolicę olbrzymi statek napędzany kołami łopatkowymi. Poinformowano go, że pojawiła się jedna taka jednostka, Rex Grandissimus dowodzony przez niesławnego angielskiego króla Jana.
– To dobrze – odrzekł mężczyzna. Przez chwilę się nad czymś zastanawiał. – Mógłbym tutaj zostać i poczekać, aż nadpłynie Mark Twain. Ale chyba tego nie zrobię. Ruszam za Thornem.
Czuł się już wtedy na tyle dobrze, aby opowiedzieć o sobie. Cóż to była za opowieść!
– Nazywam się Savinien de Cyrano II de Bergerac. Chciałbym, aby zwracano się do mnie Savinien, ale z jakiegoś powodu większość ludzi woli imię Cyrano. Dlatego idę w tej kwestii na małe ustępstwo. W końcu w późniejszych wiekach opisywano mnie jako Cyrana i choć jest to błąd, to jestem tak sławny, że ludzie nie mogą się przyzwyczaić do miana, które preferuję. Wydaje im się, że wiedzą lepiej ode mnie, jak się nazywam. Zapewne o mnie słyszeliście.
Obdarzył swoich gospodarzy spojrzeniem, które sugerowało, że powinni czuć się zaszczyceni, iż goszczą tak wielkiego człowieka.
– Z bólem muszę się przyznać, że nie – odparł Malory.
– Co takiego? Byłem najlepszym szermierzem swoich czasów, a może nawet wszech czasów, to raczej pewne. Nie mam powodów do skromności. Nie chowam światła pod korcem, ani pod niczym innym. Stworzyłem także kilka niezwykłych dzieł literackich. Napisałem książki o podróży na Słońce i Księżyc, pełne celnej i zabawnej satyry. Moja sztuka, „Pedant przechytrzony”, jak mi wiadomo została wykorzystana przez niejakiego monsieur Moliera i przedstawiona jako jego własna. Cóż, może odrobinę przesadzam. Z pewnością jednak zapożyczył on z niej wiele elementów humorystycznych. Dowiedziałem się również, że pewien Anglik nazwiskiem Jonathan Swift zastosował niektóre z moich pomysłów w swoich „Podróżach Guliwera”. Nie mam im tego za złe, gdyż sam także wykorzystywałem cudze pomysły, choć zawsze je ulepszałem.
– To bardzo ciekawa historia, sir – rzekł Malory, powstrzymując się przed wspomnieniem o własnych dziełach. – Jednak jeśli nie będzie to dla pana zbyt wyczerpujące, czy moglibyśmy dowiedzieć się, w jaki sposób dotarł pan tutaj na pokładzie sterowca i dlaczego stanął on w płomieniach?
De Bergerac zatrzymał się u Malorych do czasu znalezienia pustej chaty lub narzędzi, dzięki którym mógłby zbudować dom. Jednak obecnie on, jego gospodarze, a także około setka innych osób, siedzieli bądź stali wokół wielkiego ogniska przed chatą.
Była to długa opowieść, bardziej niezwykła niż dzieła literackie Bergeraca czy Malory’ego. Jednak sir Thomas miał poczucie, że Francuz nie wyjawił wszystkiego.
– A więc to prawda, że istnieje wieża na północy, na środku morza polarnego, z którego wypływa i do którego powraca Rzeka? – zastanowił się na głos Malory, kiedy historia dobiegła końca. – I to prawda, że żyją w niej stwórcy tego świata? Ciekawe, co się stało z tym Japończykiem, Piscatorem? Czy mieszkańcy wieży, którzy z pewnością muszą być aniołami, pozwolili mu ze sobą pozostać, ponieważ w pewnym sensie przekroczył bramy raju? A może odesłali go gdzieś indziej, nad jakąś odległą część Rzeki? A jak wytłumaczyć bandyckie zachowanie Thorna? Być może był to demon w przebraniu?
De Bergerac roześmiał się głośno i z pogardą.
– Nie istnieją żadne anioły ani demony, przyjacielu. Co prawda dziś już nie utrzymuję, tak jak na Ziemi, że nie ma Boga, jednak uznanie istnienia Stwórcy nie obliguje do wiary w podobne mity.
Malory stanowczo się sprzeciwił, twierdząc, że byty te istnieją. To doprowadziło do kłótni, w trakcie której Francuz odszedł, porzucając swoją publiczność. Z tego, co dotarło do uszu Malory’ego, spędził noc w chacie kobiety, która założyła, że skoro jest tak wytrawnym szermierzem, to musi być równie znakomitym kochankiem. Z jej późniejszej relacji wynikało, że był nim w istocie, choć może zbytnio lubił te miłosne techniki, które w opinii wielu do perfekcji, bądź też szczytu degeneracji, doprowadzili Francuzi. Malory był zniesmaczony. Jednak później tego samego dnia de Bergerac przeprosił za swoją niewdzięczność wobec człowieka, który uratował mu życie.
– Nie powinienem był kpić z ciebie, mój gospodarzu, mój zbawco. Po tysiąckroć cię przepraszam i mam nadzieję uzyskać twoje przebaczenie.
– Wybaczam ci – odrzekł Malory szczerze. – Chociaż porzuciłeś nasz Kościół na Ziemi i bluźniłeś przeciw Bogu, być może chciałbyś uczestniczyć we mszy, która dziś wieczorem zostanie odprawiona za dusze twych zmarłych towarzyszy?
– Chociaż tyle mogę uczynić.
Podczas mszy Bergerac tak żałośnie płakał, że Malory postanowił wykorzystać jego rozbudzone emocje i spytał, czy jest gotów, aby powrócić do Boga.
– Nie wydaje mi się, abym kiedykolwiek Go porzucił, jeżeli On istnieje – odparł Francuz. – Płakałem z żalu po tych członkach załogi Parsevala, których kochałem, i tych, których nie kochałem, lecz szanowałem. Płakałem z wściekłości na Thorna, jakkolwiek brzmi jego prawdziwe nazwisko. A także płakałem, gdyż mężczyźni i kobiety nadal są na tyle ciemni i zabobonni, aby wierzyć w te banialuki.
– Masz na myśli mszę? – spytał Malory lodowatym tonem.
– Tak, ponownie błagam o wybaczenie! – zawołał de Bergerac.
– Otrzymasz je dopiero wtedy, gdy odczujesz prawdziwy żal za grzechy i przedstawisz go Bogu, którego ciężko obraziłeś.
– Quelle merde! – rzucił de Bergerac. Jednak po chwili uścisnął Malory’ego i ucałował go w oba policzki. – Jakże bym pragnął, aby twoja wiara była prawdziwa! Lecz gdyby tak było, jak mógłbym przebaczyć Bogu?
Pożegnał się z Malorym, mówiąc, że prawdopodobnie już nigdy go nie spotka. Następnego ranka wyruszał w górę Rzeki. Malory podejrzewał, że Francuz ukradnie w tym celu łódź, i miał rację.
Anglik często myślał o mężczyźnie, który wyskoczył z płonącego sterowca i na własne oczy widział wieżę, o której tak wielu opowiadało, ale do której nikt nie dotarł oprócz Francuza i jego towarzyszy. A także, jeśli wierzyć w tę opowieść, grupy starożytnych Egipcjan i olbrzymiego włochatego podczłowieka.
Niecałe trzy lata później pojawił się drugi wielki bocznokołowiec. Przewyższał Reksa wielkością, a także poziomem luksusu, szybkością, opancerzeniem i uzbrojeniem. Jednak nie nazywał się Mark Twain. Jego kapitan, Amerykanin Sam Clemens, przemianował go na Nie Do Wynajęcia. Najwyraźniej usłyszał, że król Jan ochrzcił swój statek, oryginalny Nie Do Wynajęcia, imieniem Rex Grandissimus, więc odebrał pierwotną nazwę i uroczyście wymalował ją na kadłubie.
Statek zatrzymał się, aby naładować akumulator i napełnić rogi obfitości. Malory’emu nie udało się porozmawiać z kapitanem, ale widział zarówno jego, jak i jego niezwykłego ochroniarza. Joe Miller był prawdziwym gigantem, miał ponad trzy metry wzrostu i ważył ponad trzysta sześćdziesiąt kilogramów. Jego ciało nie było tak włochate jak w opowieściach. Malory widział wielu bardziej zarośniętych mężczyzn, choć włosy olbrzyma były dłuższe. Miał on także potężną szczękę z przodozgryzem oraz nos, który przypominał gigantyczny ogórek lub organ węchu nosacza. Pomimo tego wszystkiego robił wrażenie inteligentnego.


3



Pościg nie ustawał.
Była jedenasta przed południem. Za godzinę najwspanialszy parostatek rzuci kotwicę, a gruby aluminiowy kabel połączy miedzianą pokrywę umieszczoną na wierzchu kamienia obfitości z akumulatorem wewnątrz jednostki. Kiedy kamień wyzwoli ogromny ładunek elektryczny, akumulator zostanie ponownie naładowany, a rogi obfitości stojące na drugiej miedzianej płycie na pokładzie statku napełnią się jedzeniem, alkoholem i innymi przedmiotami.
Parostatek miał biały kadłub, nie licząc osłon, pod którymi kryły się cztery koła łopatkowe. Na osłonach namalowano duży czarny napis: „NIE DO WYNAJĘCIA”. Poniżej mniejszą czcionką: „Samuel Clemens, kapitan”. A pod tym podpisem, jeszcze drobniejszymi literami: „Własność spółki Mściciele”.
Ponad sterówką wznosił się maszt, na którym powiewała kwadratowa jasnoniebieska flaga z wizerunkiem szkarłatnego feniksa.
Na maszcie rufowym, który sterczał pod kątem czterdziestu pięciu stopni z najniższego pokładu, wisiała kolejna flaga o jasnoniebieskim tle, także ozdobiona szkarłatnym feniksem.
Statek Sama miał sto sześćdziesiąt osiem metrów długości i trzydzieści pięć metrów szerokości przy osłonach kół. Przy pełnym załadowaniu jego zanurzenie wynosiło pięć i pół metra.
Bocznokołowiec miał pięć głównych pokładów. Na najniższym z nich, kotłowni oznaczonej literą A, znajdowały się liczne magazyny, studnia z olbrzymim akumulatorem, który sięgał kolejnego pokładu, cztery elektryczne silniki napędzające koła oraz gigantyczny kocioł.
Akumulator był potężnym elektrycznym urządzeniem o szerokości piętnastu i wysokości trzynastu metrów. Jeden z inżynierów Sama twierdził, że był to wynalazek z końca dwudziestego wieku. Inżynier utrzymywał jednak, że żył po roku 1983, więc Sam uważał go za agenta. (Mężczyzna już dawno umarł).
Akumulator mógł przyjąć olbrzymi ładunek elektryczny uwolniony przez kamień obfitości i przekazać go dalej, w całości bądź stopniowo. Był źródłem mocy dla czterech potężnych silników oraz innych urządzeń na statku, wliczając klimatyzację.
Elektrycznie podgrzewany kocioł miał szerokość ponad osiemnastu metrów i był wykorzystywany do grzania wody, która trafiała do pryszniców, ogrzewała kabiny, wspomagała produkcję alkoholu, napędzała parowe karabiny maszynowe i parowe katapulty, z których wyrzucano w powietrze myśliwce, a także dostarczała powietrza do działa na sprężone powietrze oraz parę do gwizdków i dwóch kominów. Te ostatnie wyrzucały parę wodną, której Sam czasem nadawał kolor dymu, jeśli miał ochotę urządzić mały pokaz.
Na poziomie wody tylna ściana kotłowni miała postać dużych drzwi, które można było podnieść, aby wpuścić bądź wypuścić dwie mniejsze jednostki oraz bombowiec torpedowy.
Pokład główny, znajdujący się powyżej i oznaczony literą B, był cofnięty i tworzył zewnętrzny pasaż, który nazywano promenadą.
Na parostatkach pływających po Mississippi, które Sam pilotował w młodości, najniższy pokład nazywano głównym, a pokład powyżej – kotłownią. Jednak jako że na Nie Do Wynajęcia podstawa kotła znajdowała się na najniższym poziomie, Sam właśnie ten nazwał kotłownią, a pokład powyżej przemianował na główny. Początkowo wprowadzało to w zakłopotanie pilotów, którzy przywykli do ziemskiego nazewnictwa, ale z czasem również oni się przyzwyczaili.
Czasami, gdy statek rzucał kotwicę w spokojnej okolicy, Sam pozwalał załodze zejść na ląd (oczywiście wyłączając strażników).
Następnie oprowadzał po pokładzie lokalne szychy. Ubrany w białą kurtkę z rybiej skóry, długi biały kilt, białe buty sięgające łydek oraz białą skórzaną kapitańską czapkę, prowadził swoich gości z góry na dół po pokładach parostatku. Rzecz jasna wraz z kilkoma żołnierzami bacznie obserwował zwiedzających. W końcu przedmioty znajdujące się na Nie Do Wynajęcia stanowiły nie lada pokusę dla szczurów lądowych.
Pykając cygaro pomiędzy kolejnymi zdaniami, Sam objaśniał wszystko, no, prawie wszystko, ciekawskiej wycieczce.
Przeprowadziwszy gości przez pokład A, czyli kotłownię, Sam poprowadził ich schodami w górę, na pokład główny, oznaczony literą B.
– Marynarze nazywają takie schody drabiną. Jednak jako że większość mojej załogi to byłe szczury lądowe, a na pokładzie mamy także kilka prawdziwych drabin, postanowiłem nazwać je schodami. W końcu wspinamy się po stopniach, a nie po szczeblach. Zarządziłem również, pomimo gwałtownych protestów wilków morskich, by ściany nazywać ścianami, a nie grodziami. Zezwoliłem jednak na wprowadzenie rozróżnienia między normalnymi drzwiami i lukami, czyli hermetycznie zamykanymi, nieprzepuszczającymi wody drzwiami, które zamyka się za pomocą dźwigni.
– A co to za broń? – zazwyczaj pytał któryś z turystów, wskazując umieszczoną na platformie długą duraluminiową rurę, która przypominała działo. Z tylnej ściany komory zamkowej wystawały plastikowe rurki.
– To parowy karabin maszynowy kaliber .80. Zawiera złożone urządzenie, które pozwala z dużą prędkością wystrzeliwać strumienie plastikowych pocisków, które są dostarczane z dołu przez rurę. Napędza je para z kotła.
Kiedyś jedna z osób, która miała okazję być na pokładzie Reksa, zauważyła:
– Na statku króla Jana jest parowy karabin maszynowy kaliber .75, a nawet kilka.
– To prawda. Sam je zaprojektowałem. Ale ten sukinsyn ukradł mój statek, więc kiedy zbudowałem tę jednostkę, postarałem się o większe działa.
Pokazał im rzędy okien – „ nie iluminatorów, lecz okien” – wzdłuż pasażu.
– Niektórzy członkowie załogi w swej niezmierzonej ignorancji lub bucie nazywają go korytarzem, a nawet holem. Oczywiście robią to za moimi plecami.
Wprowadził ich do jednej z kajut, aby pochwalić się przestronnością i luksusowym wystrojem pomieszczenia.
– Mamy dwieście dwadzieścia osiem kajut, z których każda jest przystosowana dla potrzeb dwóch osób. Zwróćcie uwagę na mosiężne łóżko. Rzućcie okiem na porcelanowe sedesy, kabinę prysznicową z gorącą i zimną bieżącą wodą, na umywalkę z mosiężną instalacją, lustra oprawione w mosiądz, dębowe komody. Nie są specjalnie duże, ale przecież nie wieziemy ze sobą zbyt wielu ubrań. Przyjrzyjcie się również półce z bronią, na której można przechowywać pistolety, strzelby, włócznie, miecze i łuki. Dywan wykonano z ludzkich włosów. Zerknijcie także na obraz na ścianie. To oryginał, namalowany przez Motonobu, wielkiego japońskiego artystę, który żył w latach 1476-1559 i stworzył styl malarstwa zwany kano. W następnej kajucie wiszą obrazy Zeuksisa z Heraklei. Mamy ich aż dziesięć. Tak naprawdę jest to kajuta Zeuksisa. Jak wiecie, a może nie wiecie, był on słynnym malarzem z piątego wieku przed naszą erą. Przyszedł na świat w Heraklei, greckiej kolonii na południu Włoch. Mówi się o nim, że namalował kiść winogron tak realistycznie, że ptaki próbowały ją zjeść. Sam Zeuksis nie potwierdza, ani nie zaprzecza tej opowieści. Osobiście wolę fotografie, ale mam kilka obrazów w swoim apartamencie. Jeden autorstwa Petera de Hoocha, holenderskiego malarza z siedemnastego wieku. Obok wisi dzieło Włocha, Giovanniego Fattoriego, który żył w latach 1825-1908. Biedny facet. To zapewne jego ostatnie malowidło, gdyż wypadł za burtę podczas przyjęcia i został rozgnieciony na miazgę przez łopatki. Nawet gdyby został wskrzeszony, co jest wątpliwe, to nigdzie poza tym statkiem, bądź Reksem, nie znajdzie wystarczającej ilości barwników, aby namalować choćby jeden obraz.
Sam poprowadził gości promenadą na dziób, gdzie ustawiono osiemdziesięcioośmiomilimetrowe działo. Wyjaśnił, że jak dotąd nigdy nie zostało użyte, a wkrótce trzeba będzie wyprodukować świeży proch, aby wymienić ładunki.
– Jednak kiedy dogonię Reksa, z jego pomocą zmiotę Jana Zgniłka z powierzchni ziemi.
Wskazał również zainstalowane na promenadzie wyrzutnie rakiet, pocisków kierowanych za pomocą termolokacji, o zasięgu ponad półtora kilometra, uzbrojonych w głowice z osiemnastoma kilogramami plastiku każda.
– Jeśli działa spudłują, to rozwali mu dupsko.
Jedna z kobiet-turystek doskonale znała dzieła Clemensa oraz jego biografie. Cicho odezwała się do swojego towarzysza:
– Nie podejrzewałam, że Mark Twain jest tak żądny krwi.
– Droga pani – rzekł Sam, który usłyszał ten komentarz. – Wcale nie jestem żądny krwi! Jestem największym pacyfistą wśród ludzi! Brzydzę się przemocą, a myśl o wojnie skręca mi kiszki. Jeżeli czytała pani moje eseje na temat wojny i tych, którzy ją umiłowali, to doskonale zdaje sobie pani z tego sprawę. Jednak okoliczności zmusiły mnie do tej i wielu innych postaw. Aby przetrwać, musimy kłamać lepiej niż kłamcy, oszukiwać bardziej niż oszuści i jako pierwsi zabijać zabójców! Dla mnie jest to czysta konieczność, choć usprawiedliwiona! Co by pani zrobiła, gdyby król Jan ukradł pani statek po tym, jak przez całe lata szukała pani żelaza i innych metali, aby urzeczywistnić swoje marzenie! Przez lata walczyła z ludźmi, którzy starali się odebrać to, co pani znalazła, broniąc się przed zdradą i morderstwem, czyhającymi z każdej strony! Co by pani zrobiła, gdyby Jan zabił pani najbliższych przyjaciół oraz żonę, po czym uciekł, śmiejąc się pani w twarz! Czy pozwoliłaby pani, aby uszło mu to na sucho? Nie sądzę, jeśli tylko ma pani w sobie choć krztynę odwagi.
– Do Mnie należy pomsta, mówi Pan – rzekł jeden z mężczyzn.
– Tak. Być może. Jednak jeśli istnieje jakiś Bóg, który wymierza sprawiedliwość, to jak sobie poradzi bez pomocy ludzi? Czy kiedykolwiek słyszeliście, aby zły człowiek został porażony piorunem, nie licząc wypadków? Zresztą każdego roku pioruny trafiają tysiące niewinnych! Nie, On musi wykorzystywać ludzi jako Swoje narzędzia, a któż nada się lepiej ode mnie? Kogo okoliczności lepiej przygotowały do pełnienia roli Jego gorliwego wysłannika?
Sam tak się zdenerwował, że musiał posłać jednego z marynarzy na górę do głównego salonu po cztery uncje burbona, aby uspokoić skołatane nerwy.
Jednak zanim przyniesiono alkohol, jeden z turystów burknął:
– Gówno prawda!
– Wyrzucić go za burtę! – wrzasnął Sam. Tak też uczyniono.
– Nosi pan w sobie tyle gniewu – rzekła kobieta, która znała jego dzieła.
– Tak jest, proszę pani. I mam ku temu powody. Nosiłem w sobie gniew na Ziemi i noszę go również tutaj.
Marynarz przyniósł Samowi whisky, a ten błyskawicznie ją wychylił i odzyskawszy dobry nastrój kontynuował wycieczkę.
Poprowadził grupę w górę głównych schodów wiodących do salonu. Zatrzymali się w progu, gdzie turyści zaczęli wydawać z siebie odgłosy zachwytu. Sala miała sześćdziesiąt metrów długości, piętnaście metrów szerokości, a sufit znajdował się sześć metrów nad podłogą. Środkiem sufitu biegł rząd pięciu olbrzymich żyrandoli z rżniętego szkła. Salon był bardzo jasny dzięki licznym oknom, światłom na ścianach i suficie oraz wysokim ozdobnym lampom stojącym na podłodze.
Na drugim końcu pomieszczenia znajdowała się scena, gdzie według słów Clemensa występowały orkiestry oraz wystawiano tragedie i komedie. Był tam także duży opuszczany ekran, na którym wyświetlano filmy.
– Do ich kręcenia nie używamy taśm poddawanych obróbce chemicznej – wyjaśnił Clemens. – Mamy elektroniczne kamery. Tworzymy własne filmy, a także nowe wersje ziemskich klasyków.
Dziś na przykład wyświetlamy „Sokoła maltańskiego”. Nie dysponujemy oryginalną obsadą, nie licząc Mary Astor, której prawdziwe nazwisko brzmi Lucille Langehanke i która wciela się w rolę sekretarki Sama Spade’a. Z tego, co mi powiedziano, Astor została niewłaściwie obsadzona. Ale nie przypuszczam, aby większość z was wiedziała, o czym mówię.
– Ja wiem – odezwała się kobieta, która wcześniej zarzuciła mu gniew. – Kto dostał jej rolę w waszej wersji?
– Amerykańska aktorka, Alice Brady.
– A kto zagrał Sama Spade’a? Nie wyobrażam sobie w tej roli nikogo poza Humphreyem Bogartem.
– Howard da Silva, także amerykański aktor. Bardzo się cieszy z tej roli, gdyż uważa, że na Ziemi nie miał szansy na pokazanie pełni aktorskich umiejętności. Jest mu tylko przykro, że będzie miał tak niewielką publiczność.
– Niech pan tylko nie mówi, że reżyserem jest John Ford?
– Nigdy o nim nie słyszałem. U nas reżyseruje Alexander Singer.
– Nigdy o nim nie słyszałam.
– Nie dziwi mnie to. Ale wiem, że był dość dobrze znany w hollywoodzkich kręgach.
Rozdrażniony niepotrzebną zmianą tematu, Sam wskazał osiemnastometrowy bar z polerowanego drewna dębowego, który stał po lewej stronie, oraz równy rząd butelek i karafek z alkoholem. Zrobiły one na grupie spore wrażenie, podobnie jak kielichy ze szkła ołowiowego. Jednak gości jeszcze bardziej zachwyciły cztery fortepiany. Sam poinformował, że na pokładzie znajduje się co najmniej dziesięciu słynnych pianistów i pięciu kompozytorów. Na przykład Selim Palmgren (1878-1951), fiński kompozytor i pianista, który odegrał dużą rolę w tworzeniu szkoły fińskiej muzyki narodowej. A także Giovanni Pierluigi da Palestrina (1526-1594), słynny kompozytor madrygałów i motetów.
– Kiedyś płynął z nami Amadeusz Mozart – rzekł Sam. – To znakomity kompozytor, niektórzy mówią, że największy w historii. Ale okazał się kompletnym niewypałem jako człowiek, prawdziwą szują, zbereźnikiem i tchórzem. Musiałem wykopać go z pokładu.
– Mozart? – zdziwiła się kobieta. – Mój Boże, Mozart! Co z pana za potwór! Jak można potraktować w ten sposób takiego wspaniałego kompozytora, geniusza, boga?
– Proszę mi wierzyć, że wystarczająco sobie na to zasłużył. Jeżeli nie podoba się pani moje podejście, może pani opuścić statek. Jeden z marynarzy odstawi panią do brzegu.
– Kurwa mać, żaden z pana dżentelmen.
– Ależ wręcz przeciwnie.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2012-07-26 (776 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej