Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Szczeliny
 
Katalog - dodano
 Lucyfer
- Jennifer L. Armentrout
 Heroina
- Mons Kallentoft
 Czarownica
- Małgorzata Lisińska
 Tropiciel
- Małgorzata Lisińska
 Szara siostra
- Mark Lawrence
 
- skomentowano
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Dzieci Ziemi'' - Orson Scott Card



Prolog



Niegdyś, dawno temu, komputer statku „Basilika” przez czterdzieści milionów lat zarządzał planetą Harmonią. Teraz nadzorował o wiele mniejszą populację, mając o wiele mniejsze możliwości ingerencji, a opiekował się Ziemią – pradawną kolebką rodzaju ludzkiego.
„Basiliką” ludzie wrócili na macierzystą planetę i odkryli, że pod nieobecność ludzkości dwa nowe gatunki rozwinęły inteligencję. Teraz trzy ludy współdzielą rozległy masyw wysokich gór i urodzajne doliny, w których klimat zmienia się bardziej wraz z wysokością niż z szerokością geograficzną.
Kopacze nazywają siebie ludem ziemi, ryją tunele w glebie i w pniach drzew. Anioły są ludem nieba, budują zadaszone gniazda i zwisają do góry nogami z konarów – w tej pozycji śpią, sprzeczają się i nauczają. Ludzie żyjący w naziemnych domach są teraz ludem środka, śródludźmi.
Nie ma miasta kopaczy bez ludzkich domów na ziemi nad nim ani osady aniołów bez okolonych ścianami komnat śródludzi tworzących sztuczne jaskinie. Ogromna wiedza, którą ludzie z sobą przynieśli z Harmonii, stanowiła ledwie ułamek tego, co ich przodkowie na Ziemi wiedzieli czterdzieści milionów lat wcześniej. Teraz nawet ona w większości zaginęła; mimo wszystko ta, która została, tak bardzo górowała nad tym, co wiedziały ludy ziemi i nieba, że gdziekolwiek lud środka się osiedlał, miał wielką potęgę i zazwyczaj rządził.
Na niebie komputer statku „Basilika” niczego nie zapomniał, a za pomocą rozmieszczonych wokół Ziemi satelitów obserwuje, gromadzi i zapamiętuje dane.
Nie jest jedynym obserwatorem. Na pokładzie żyje kobieta, która przybyła na Ziemię wraz z pierwszymi kolonistami; potem jednak, przyobleczona w powłokę gwiezdnego sternika, wróciła w przestworza. Przez długie lata śpi, budzi się na krótko, powłoka leczy i wspomaga jej ciało tak, że śmierć, jeśli w ogóle ją kiedyś spotka, wciąż jest w wielce odległej przyszłości. Ta kobieta pamięta wszystko, co ma dla niej znaczenie, pamięta ludzi, którzy niegdyś żyli, a którzy odeszli. Narodziny i śmierć widziała tyle razy, że teraz prawie nie zwraca na to uwagi. Dla niej to wszystko sprowadza się do przemiany pokoleń, sezonów w jej ogrodzie, drzew i traw, i ludzi wzrastających i upadających, wzrastających i upadających.
Na Ziemi również ostała się odrobina pamięci. Od czasu powrotu ludzi przechowywano tam dwie księgi spisane na cienkich kartach z metalu. Jedna znajduje się w rękach króla Nafaritów, przekazywana z władcy na władcę. Drugą, mniej obszerną, powierzono bratu pierwszego króla, a po nim jego synom, którzy nie byli królami, nie byli nawet sławnymi ludźmi, aż w końcu, nie mogąc teraz odczytać starożytnego pisma, ostatni członek tego rodu oddał mniejszą metalową księgę w ręce człowieka, który swego czasu był królem. Tylko na kartach tych ksiąg zachowała się pamięć, która trwa niezmieniona z roku na rok.
W księgach, w archiwum statku i w duszy kobiety kryje się największe ze wspomnień: że istoty ludzkie zostały sprowadzone na Ziemię, wezwane przez istotę, której nie rozumieli – zwano ją Opiekunem Ziemi lub Opiekunką Ziemi. Opiekun (Opiekunka) przemawia przez sny i choć wielu je otrzymywało, wielu wierzyło w ich doniosłość, tylko garstka rozumiała, kto je zsyła i czego Opiekun (Opiekunka) chce od ludzi na Ziemi.


Rozdział 1

Niewola



Akma urodził się w zamożnym domu. Niewiele pamiętał z tamtych czasów. Jedno ze wspomnień obejmowało jego ojca, Akmaro, wnoszącego go na wysoką wieżę, a tam oddającego go innemu mężczyźnie, który przewieszał go przez gzyms, aż Akma zaczął krzyczeć ze strachu. Ten, który go trzymał, śmiał się, póki ojciec nie wziął Akmy od niego i nie przytulił do siebie. Później matka mu powiedziała, że jego dręczycielem na wieży był Nuak, król w ziemi Nafaia. „Był bardzo złym człowiekiem – opowiadała – ale ludzie zdawali się na to nie zważać, póki był dobrym królem. Lecz gdy Elemakici przyszli i podbili ziemię Nafaia, lud znienawidził Nuaka i spalił go żywcem”. Gdy Akma usłyszał tę historię, jego wspomnienie się zmieniło – w powtarzających się snach ten roześmiany mężczyzna trzymający go wiszącego za krawędzią wieży był otoczony płomieniami, w końcu cała wieża stawała w ogniu, a ojciec zamiast wyciągać ręce, by uratować małego synka, skakał w dół, spadał i spadał… Akma nie wiedział, co robić, czy zostać na wieży i spłonąć, czy skoczyć za ojcem w otchłań. Z tych snów budził się z krzykiem.
Inne wspomnienie dotyczyło ojca wchodzącego w pośpiechu do domu w środku dnia, gdy matka nadzorowała dwie kopaczki przygotowujące ucztę. Akmaro miał straszny wyraz twarzy. Szeptał coś do matki, i choć Akma nie słyszał ani słowa, wiedział, że to bardzo zła wiadomość. Ojciec zaraz wybiegł z domu, a matka natychmiast nakazała kopaczkom przerwać pracę nad ucztą i gromadzić zapasy na podróż. Raptem kilka minut później czterech ludzi z mieczami zjawiło się w drzwiach i zażądało widzenia ze zdrajcą Akmaro. Matka udała, że ojciec jest na tyłach domu, i próbowała zagrodzić im drogę do środka. Jeden z żołnierzy powalił ją na ziemię i przyłożył jej miecz do gardła, a pozostali rozbiegli się po domu. Mały Akma rzucił się na mężczyznę grożącego matce, skaleczył się o miecz. Żołnierz zaśmiał się głośno, a matka wtedy powiedziała: „Czemu się śmiejesz? Chłopiec miał odwagę zaatakować mężczyznę z mieczem, a ty miałeś jedynie dość odwagi, by zaatakować nieuzbrojoną kobietę”. Żołnierz się wściekł, lecz właśnie w tej chwili reszta wróciła, nie znalazłszy ojca, i wszyscy odeszli.
Jedzenie… Akma był pewien, że kiedyś mieli go pod dostatkiem, dobrze przyrządzonego przez niewolnych kopaczy. Teraz nie potrafił sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek był syty. Tu na polach kukurydzy pod prażącym słońcem nie potrafił sobie przypomnieć czasu bez pragnienia, bez bólu w ramionach, w plecach, w nogach i pulsującego za oczami. Miał ochotę płakać, wiedział jednak, że to by przyniosło wstyd jego rodzinie. Miał ochotę nawrzeszczeć na kopacza nadzorcę, że musi się napić, odpocząć i zjeść, i że ten głupio robi, wciąż każąc im pracować bez jedzenia, gdyż w ten sposób zamęczy więcej ludzi, tak jak starego Tiwiaka, który padł martwy wczoraj, umarł ot tak, runął w kukurydzę. Nie zdążył choćby wydyszeć „żegnaj” do żony, a ona uklękła, cicho płacząc nad jego ciałem, lecz nadzorca i tak ją oćwiczył za przerwę w pracy.
Akma niczego tak nienawidził na świecie jak kopaczy. Jego rodzice popełnili błąd, w ziemi Nafaia trzymając ich jako niewolników. Wszystkie kopacze powinno się zabić, zanim się zbliżą do prawdziwego człowieka. Ojciec mógł mówić do woli o tym, że kopacze po prostu rewanżują się za długie, okrutne rządy Nuaka. Mógł szeptać późno w nocy, jak to Opiekun Ziemi nie chce, aby lud ziemi, lud nieba i lud środka były sobie wrogie. Akma znał prawdę. Świat nie będzie bezpieczny, póki żyje choć jeden kopacz.
Gdy kopacze nadeszły, ojciec nie pozwolił walczyć nikomu ze swoich ludzi. „Nie poszliście za mną w dzicz po to, by zostać zabójcami, prawda? – tłumaczył. – Opiekun nie chce, żeby zabijać którekolwiek z jego dzieci”.
Jedynym sprzeciwem, który Akma usłyszał, był szept matki: „Jej dzieci”. Jakby to miało jakieś znaczenie, czy Opiekun ma pług, czy garnuszek między nogami. Akma wiedział tyle, że Opiekun jest nędzną namiastką boga, skoro nie mógł zapobiec zniewoleniu swoich wyznawców przez brudne, głupie, okrutne kopacze.
Akma jednak nie wypowiedział na głos żadnej z tych myśli, bo gdy pewnego razu zdobył się na szczerość, ojciec przez całą noc nie odzywał się do niego. To było nie do zniesienia. Milczenie za dnia było wystarczająco złe. To, że ojciec zbywał go ciszą w nocy, było najgorsze na świecie. Akma więc nie obnosił się ze swoją nienawiścią do kopaczy, tak samo jak z pogardą dla Opiekuna, a nocami rozmawiał z ojcem i matką najcichszym szeptem i spijał ich wyszeptane słowa, jakby były czystą, zimną wodą z górskiego strumienia.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2012-07-27 (971 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej