Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Achaja 2
 
Katalog - dodano
 Eliza
- Roxana Wojtas-Tabiś
 Wyprawa Błazna (wyd.M)
- Robin Hobb
 Roar
- Cory Carmack
 Wybawienie
- Jussi Adler-Olsen
 Zabójcy bażantów
- Jussi Adler-Olsen
 
- skomentowano
 Zapisane w kartach
- Anne Bishop
 Ciężko być najmłodszym
- Ksenia Basztowa, Wiktoria Iwanowa
 Sopel cz.1
- Paweł Kornew
 HEL 3
- Jarosław Grzędowicz
 Evna
- Siri Pettersen
 

''Ja, potępiona'' - Katarzyna Berenika Miszczuk



Stworzyłam sobie piękny, nowy płaszcz i dobrane pod kolor botki. Pstryknęłam palcami. Moje włosy ułożyły się na ramionach, jakbym dopiero co wyszła od fryzjera. Oczy były perfekcyjnie umalowane. Uśmiechnęłam się do odbicia w lustrze czerwonymi wargami. Kobieta naprzeciwko mnie nie była już dawną, zakompleksioną Wiktorią.
Kochałam mieć moc.
Nucąc pod nosem wyszłam z domu. Nie miałam celu podróży. Po prostu szłam przed siebie tanecznym krokiem zachwycona przyszłością, która malowała się przede mną w różowych barwach.
Po paru minutach dostrzegłam po drugiej stronie ulicy Piotra. Nie spieszyło mu się, skoro zdołałam go przypadkiem dogonić.
Zwolniłam i ukryłam się w cieniu kamienic. Nie chciałam z nim rozmawiać. Nie mieliśmy sobie nic więcej do powiedzenia.
Właśnie odchodził od kiosku. Zapalił dopiero co kupionego papierosa.
To dla mnie kiedyś rzucił palenie. Teraz najwyraźniej było mu wszystko jedno. Zwłaszcza że tak jak ja miał moce diabelskie i Iskrę Bożą. Żadna choroba mu nie zagrażała. Pstryknięciem palców mógł pozbyć się raka płuc.
Hm, a może mogłabym zostać onkologiem? Będę przyjmowała tylko beznadziejne przypadki i leczyła je swoimi zdolnościami?
Nie… wtedy Śmierć by się na mnie wkurzyła. Jej lepiej nie wchodzić w drogę bez ważnego powodu. Miała swoje plany wobec wszystkich.
Idąc drugą stroną ulicy, obserwowałam Piotra. Naprawdę zależało mu na naszym związku. Mnie też, ale… miałam wątpliwości, czy podjęłam dobry wybór. A raczej nie potrafiłam zdecydować.
A jak już się zdecydowałam, to cholerny Beleth gdzieś zniknął. Znowu się zasępiłam. Co powinnam teraz zrobić?
Piotrek zaciągnął się z lubością. Wiatr szarpał jego czarnymi, lekko kręconymi włosami. Lubiłam przeczesywać je palcami. Zaśmiałam się ponuro pod nosem. Nie okazywał tego, ale nasze rozstanie przyjął chyba nawet z lekką ulgą. Nie musiał już się obawiać, że jakiś diabeł spróbuje zamordować go z zimną krwią.
Dochodząc do skrzyżowania, chłopak sięgnął do kieszeni, żeby wyciągnąć rękawiczkę. Przy okazji wypadł mu portfel.
Sierota…
Rozejrzałam się szybko na boki, czy nic nie jedzie i czy gdzieś nie czai się strażnik miejski. Przebiegłam na ukos przez skrzyżowanie, co było pewnie dość widowiskowe, biorąc pod uwagę dwunastocentymetrowe obcasy.
Wskoczyłam na chodnik po drugiej stronie i podniosłam skórzany portfel. Już miałam zawołać Piotra, ale zaskoczona zatrzymałam się w połowie ruchu.
Na płytce chodnikowej był narysowany duży, biały krzyżyk albo iks. Symbol, którym oznacza się na mapie skarb lub cel podróży. Był dokładnie w miejscu, w którym upadł portfel, a w którym stałam teraz ja.
Chłopak zauważył stratę i zatrzymał się grzebiąc w kieszeni. Odwrócił się do tyłu i mnie zobaczył. Uśmiechnął się zaskoczony.
Coś było nie tak. Poczułam niebezpieczeństwo.
Piotrek ruszył spokojnym krokiem w moją stronę. Gdybym nie podniosła portfela, pewnie odwróciłby się i szybko po niego podbiegł. Znalazłby się w miejscu „iks” w tym momencie.
- Stój! – zawołałam.
Zaskoczony zatrzymał się.
Z piskiem opon na skrzyżowanie wjechała ciężarówka przewożąca mrożonki. Pędziła prosto na mnie.
- WIKI!!! – krzyknął Piotrek i rzucił się w moją stronę.
Nie zdążył.
Znak „iksa” był dokładnie pode mną.
Ostatnie, co zobaczyłam, to światła ciężarówki.

* * *


Przystojny mężczyzna wyszedł z cienia po drugiej stronie ulicy. Pomimo wczesnej wiosny i chłodu miał na sobie tylko dopasowaną, czarną koszulę. Tak czarne, że aż granatowe włosy ułożone w irokeza targał wiatr. Złote tęczówki zabłysły.
Na jego twarzy malowało się przerażenie. Nie mogąc ruszyć się z miejsca wpatrywał się w zdarzenia, które miały miejsce na jego oczach. Ludzie zaczęli biec do rannej. Jakiś przechodzień wezwał pogotowie, a spacerująca opodal kobieta zaczęła przeraźliwie krzyczeć.
Ktoś za jego plecami zaczął klaskać wyraźnie rozbawiony.
- To było piękne, mój drogi – powiedział mężczyzna pojawiając się tuż obok.
Miał włosy zaplecione w warkocz. Czarne, złowrogie spojrzenie przewiercało rozmówcę.
- Ja nie chciałem – wydusił w odpowiedzi pustym głosem. – To znaczy chciałem, ale nie tak miało być. Azazel, naprawdę.
- Zastanawia mnie, co ty masz do tych ciężarówek – podstępny diabeł zdawał się go nie słyszeć. – Już drugi raz używasz tej samej marki mrożonek. Jestem bliski posądzenia cię o jakieś konszachty z tą firmą. Naprawdę cię nie rozumiem. Jest przecież tyle bardziej wyrafinowanych sposobów zadania śmierci.
- Nie żartuj! – warknął rozdrażniony Beleth.
Stali dłuższą chwilę w milczeniu przyglądając się wypadkom po drugiej stronie ulicy. Przystojny diabeł czuł ucisk w gardle i walące mocno serce, co przecież nigdy wcześniej mu się nie zdarzało. Otarł spocone czoło.
Działo się z nim coś niedobrego. Skrzywił się z niesmakiem. Przecież on nie ma sumienia. Jak więc może czuć teraz boleśnie jego obecność?
Po drugiej stronie ulicy zatrzymała się z piskiem opon karetka pogotowia. Ratownicy rzucili się na pomoc taszcząc nosze i torbę do reanimacji. Czerwona plama na chodniku powiększała się. Niedługo dosięgnie krawężnika.
Sanitariusze niepotrzebnie się spieszyli. Beleth wykonał swoją pracę porządnie. Nie podejrzewał tylko, że we wszystko znowu wmiesza się Wiki.
Jego Wiki.
- Chciałem pozbyć się Piotra – mruknął.
- Domyślam się, że nie chciałeś na zawsze utracić Wiktorii, miłości twego życia, promienia słońca i takie inne banały, którymi zachwycają się śmiertelnicy – zakpił Azazel. – Mój drogi ty to naprawdę potrafisz wszystko spieprzyć.
- Bądź cicho! – krzyknął. – Muszę szybko wymyślić, co mam teraz zrobić.
Ratownicy skierowali nosze w stronę karetki. Spod skrywającego ciało, białego prześcieradła wysunęła się blada, bezwładna ręka.
- Ja bym raczej doradził ci zastanowienie się, gdzie się ukryć – demoniczny kompan cofnął się w cień, by stworzyć tam przejście do Arkadii. – Obaj znamy Wiktorię. Nie spodoba jej się miejsce, w które trafi.
- Stamtąd nie można wrócić – odparł głucho Beleth. – Straciłem ją… Na zawsze…
- Och, daj spokój. Nie doceniasz Wiktorii – Azazel znowu zaklaskał z uciechy. – Coś czuję w kościach, że szykuje się niezła zabawa.

[ … ]


Przeskoczyłam przez widmowe drzwi do skromnej chatki Achillesa. Nefilim siedział przy stole i popijał z obdrapanego kubka wodę, która zapewne była, tak lubianą w Podziemiach herbatą.
– Gdzie Beleth? – zapytałam, rozglądając się dookoła.
W izbie nie było wielu miejsc, w których mógłby ukryć się przed moim wzrokiem, ale mimo to zajrzałam nawet pod łóżko.
    Achilles posłał mi zdziwione spojrzenie.
– Acz poszłaś do niego.
– Ale wrócił tu ze mną – warknęłam rozdrażniona. – Gdzie on jest?
Zirytowana ponownie zajrzałam pod łóżko. Przecież sam by się nie schował. Gdzie, do diabła, się podział?
– Tu nie ma mego ojca. Nie było.
Zaklęłam w myślach. Z tego całego zadziwienia przemianą zupełnie zapomniałam przekazać Belethowi wieści o synu. Obiecałam Achillesowi, że wspomnę o nim. Muszę to zrobić czym prędzej, żeby się nie wydało. Nie chciałam, żeby nefilim miał do mnie o to żal.
A tak po głębszym namyśle stwierdziłam, że lepiej by było, żeby Achilles nigdy nie miał do mnie o nic żalu.
– Miał iść tuż za mną – przygryzłam wargę.
Coś poszło nie tak?
Nie wpuścili go?
Ktoś go zaatakował?
Struchlałam, zdając sobie sprawę, że powód jego nieobecności mógł być zupełnie inny. Prostszy i leżący w jego naturze.
A może Beleth mnie… okłamał?
– Może jest w jaskini? – zasugerował Achilles ze strapioną miną. – Wszyscy tam trafiają tuż po przybyciu do Tartaru. Tyś półbogini, a także musiałaś tam najpierw pójść.
– Masz rację – przytaknęłam. – Biegnę tam.
Nie byłam pewna, czy nefilim rzeczywiście ma rację. Beletha nie obejmowały już żadne zasady i reguły. Wydawał się przeświadczony o tym, że przeniesie się w to samo miejsce co ja bez zbytniego wysiłku ze swojej strony.
– Uważaj na ludzi Rozpruwacza! – zawołał za mną siłacz, gdy wybiegłam z chaty.
Nie obchodziło mnie, czy się gdzieś czają. Musiałam zobaczyć Beletha. Chciałam go dotknąć. Chciałam mieć dowód, że mnie tu nie zostawił. Że naprawdę coś do mnie czuje.
Bo ja przecież czuję coś do niego, prawda?
Spod moich butów pryskał żwir, którym wysypane były dróżki. Biegłam jak szalona.
Nie zatrzymując się ani na chwilę, dla kaprysu zmieniłam ubranie i zmyłam ze skóry pył i brud. Sprawiłam, że włosy nabrały lekkości. Talię i piersi otoczył gorset czerwonej sukienki, której rąbek uniosłam, żeby nie plątał się pomiędzy nogami. Najdelikatniejszy jedwab, jaki istnieje, pieścił moje dłonie.
Chciałam podobać się Belethowi, kiedy mnie zobaczy. Chciałam, żeby czuł do mnie to samo co ja, kiedy na niego patrzę. Może jeśli jego dziwne, nowe oczy będą pełne dawnego pożądania, to przestaną wydawać mi się obce?
Nieliczni mieszkańcy Tartaru odwracali za mną głowy przestraszeni. Byłam barwną plamą w ich szarym świecie.
W miejsce żwiru pojawił się niewygodny bruk. Obcasy zsuwały się w szczeliny. Poczułam ból w lewej kostce, ale się nie zatrzymałam. Cały czas biegłam, chociaż gorset tak mnie ściskał, że ledwo mogłam nabrać powietrza. Nie poluźniłam tasiemek. Próżność wygrała z praktycznością.
Nigdzie nie widziałam zbirów Elżbiety, przed którymi ostrzegał mnie Achilles. Nikt nie podążał moim śladem. Najwyraźniej po śmierci Anny Darvulii zaprzestali poszukiwań.
Zobaczyłam kamienną ścianę jaskini z metalowymi drzwiami. Za nimi była mroczna pieczara i Styks. Zatrzymałam się. Ciężki, urywany oddech unosił moją pierś. Czułam, że policzki mam zaróżowione od wiatru.
A jeśli i tam nie będzie Beletha?
Co ja wtedy zrobię?
Nie miałam czasu się nad tym zastanawiać. Nie teraz. Szarpnęłam ciężkie drzwi i w plamie światła weszłam do pogrążonej w mroku pieczary. Sukienka załopotała u moich kostek.
Tuż przy brzegu, na pomoście stał on.
    Ifrit.
Jego złote oczy odbijały światło tak jak oczy kota. Zielone lustra.
– Beleth? – wydusiłam. Splątane włosy opadły mi na twarz. Odrzuciłam je do tyłu, jednym ruchem ręki poprawiając za pomocą magii fryzurę.
Drzwi zamknęły się za mną. Świetlne refleksy w jego oczach zniknęły. Wyglądał normalnie.
– Wiki? – ciepło w jego głosie podziałało na mnie mocniej niż jakikolwiek dotyk.
  Podbiegłam do niego i rzuciłam mu się w ramiona. Objął mnie mocno, wtulając twarz w moje włosy. Nabrałam głęboko powietrza, chcąc poczuć jego zapach. Orientalne kadzidła, dym. Westchnęłam. Tęskniłam za tym. Tak bardzo za tym tęskniłam. Zacisnęłam palce na jego koszuli. Już nie zamierzałam go puścić. Nie chciałam zostać sama. Czułam się bezpiecznie. Wiedziałam, że teraz nic mi nie będzie grozić. Mój były diabeł mnie ochroni.
Odsunął mnie delikatnie, żeby przyjrzeć się mojej twarzy. W półmroku jaskini nie było widać nieludzkich, płynnych oczu. Był moim dawnym Belethem.
– Wyglądasz pięknie – szepnął. – Piękniej niż kiedykolwiek.
– Klimat mi chyba służy. Wiesz, dużo wilgoci dobrze robi na włosy – zakpiłam.
Pogłaskał mnie po policzku.
– Wiki, nic się nie zmieniłaś. Tęskniłem za tobą – powiedział z uczuciem. – Kocham cię.
Jego wyznanie wydawało mi się szczere, jednak zauważyłam podejrzany uśmiech czający się w jego uniesionych kącikach ust.
– Chyba zaczynam ci powoli wierzyć – odparłam, nie dając mu się tak łatwo podejść.
Zaśmiał się radośnie.
– Wiedziałem, że tanim kosztem nie wyciągnę od ciebie podobnego wyznania.
Wcale nie miał mi tego za złe. Podobało mu się, że znowu możemy grać w naszą małą grę podchodów i niedopowiedzeń, chociaż sam już dawno przestał stosować niedopowiedzenia. Byłby zawiedziony, gdybym od razu zdradziła się ze swoimi uczuciami. Tak po prostu nie wypadało. Byłoby wbrew zasadom i uniemożliwiłoby mu polowanie.
Nachylił się i pocałował mnie. Jego ciepłe, miękkie wargi naparły na moje. Poczułam jego palce na moim podbródku. Delikatnie rozchylił moje usta. Pocałunek stał się głębszy, pełen namiętności.
– Boże, aleś ty seksowna. – Szarpnął za ramiączko sukienki, aż oderwało się od gorsetu.
– Nie bluźnij! – fuknęłam i odsunęłam jego ręce.
Zaskoczony pozwolił mi się odepchnąć.
– O co chodzi?
– Nie możemy. To jest zakazane. – Pokręciłam głową, starając się pozbyć zamroczenia.
Przytomność umysłu powróciła. Przypomniałam sobie, przed czym ostrzegano mnie w Piekle, a potem w Niebie. Pomiędzy nami nie mogło do niczego dojść. To było zabronione.
A ja już zaczęłam go rozbierać!
I to w miejscu publicznym!
Szelmowski uśmiech pojawił się na jego twarzy. Oczy zabłysły.
– Moja droga, nic już nie stoi na przeszkodzie. Ty, o ile się nie mylę, zostałaś potępiona. Nic gorszego spotkać cię nie może. A ja… nie jestem już diabłem. Żadne diabelskie zasady mnie nie obowiązują. Mogę robić, co chcę. – Zaczął całować moją szyję, schodząc ustami w dół, do obojczyka. – I z kim chcę. I kiedy chcę…
Jego palce obszukiwały niecierpliwie gorset, nie mogąc znaleźć haftek. Zakręciło mi się głowie. Miał rację. Mogliśmy być ze sobą. Nareszcie spełniło się jego, a teraz i moje marzenie.
Nie, nie, zaraz. To nie może być prawda. Miałabym wreszcie być szczęśliwa bez żadnych konsekwencji? Bez gromów z Nieba? Złych aniołów? Bez Azazela?
– Jesteś pewien?
Beleth przestał mnie całować i jęknął przeciągle. Spojrzał mi prosto w oczy.
– Tak, jestem pewien. Bycie ifritem ma wiele zalet. Jedną z nich jest niebycie diabłem. A tylko diabły i anioły nie mogą współżyć z kobietami.
– Putto też nie mógł – zauważyłam.
Spragnione mojego ciała palce przestały szarpać haftki gorsetu.
– Nie chcesz mnie? – zapytał.
Wydawało mi się, że w jego oczach zobaczyłam zielony błysk.
– Chcę. Bardzo chcę – zapewniłam go. – Tylko boję się kary…
Przytulił mnie.
– Obiecuję, że nic ci się nie stanie. Naprawdę możemy robić teraz to, na co mamy ochotę. Nikt nie jest naszym panem. Jesteśmy wolni.
– Nie mogę w to uwierzyć – szepnęłam.
– To spróbuj, bo teraz tak łatwo się ode mnie nie uwolnisz. W końcu jestem złym duchem.
Stanęłam na palcach, by dosięgnąć jego ust. Gdy nasze wargi już miały się spotkać, szepnęłam:
– A skąd podejrzenie, że tym razem będę uciekać?
Jego oczy rozszerzyły się z pożądania. Jeszcze nigdy takiego go nie widziałam. Sama także czułam, że długo już nie wytrzymam. Chciałam go dotykać, całować.
– Co tu się dzieje?! – przerwał nam zgrzytliwy głos.
Odskoczyliśmy od siebie niczym nastolatki przyłapane przez rodziców.
Za plecami Beletha do brzegu przybiła wiekowa łódka Charona. On sam, grzechocząc kośćmi ukrytymi pod habitem, zeskoczył na pomost. Przechylił się niebezpiecznie na jedną stronę, tracąc na chwilę równowagę. By się nie przewrócić, zaparł się długim kijem o ziemię.
– Choroba lądowa – wyjaśnił.
Wiatr zaświstał między jego dość luźno rozstawionymi zębami. Przewoźnik podparł się pod boki.
– Co tu się dzieje? – powtórzył. – Przebywanie w porcie poza okresem przeprowadzki do Tartaru jest surowo zabronione. – Zrobił powoli chwiejny krok, dokładnie nam się przyglądając. – Ciebie pamiętam, ale on? Skąd się tu wziąłeś, mężczyzno? Nie przypominam sobie, żebym przewoził cię przez rzekę.
Beleth zbliżył się do Charona i przyjrzał mu się zaintrygowany.
– Interesujące – powiedział. – To ty przewozisz dusze przez Styks?
– Przecież powiedziałem! – Trzasnął kijem służącym do odpychania łódki od dna. – A ciebie w ogóle nie pamiętam! Kim jesteś?! Mówże!
Ifrit podszedł do niego jeszcze bliżej. Jego złote oczy zabłysły na zielono. Ciało zalśniło.
– Jestem Beleth – oznajmił. – Naprawdę miło mi cię poznać. Nigdy nie sądziłem, że dane mi będzie spotkać krewniaka Śmierci.
– Beleth? – zdziwił się Charon. – To imię demona. Demony nie mają wstępu do Tartaru. Jedynie ludzie mogą przekraczać tę rzekę. Czym jesteś?
– Ifrit. – Skłonił lekko głowę. – Ifrit do usług.
Gdyby przewoźnik miał twarz, to najprawdopodobniej właśnie teraz by zbladła. Grzechocząc, cofnął się w stronę pomostu i swojej łupiny, którą dostał w prezencie od rodziców.
– Nie możesz tu być, ifrycie, demonie przebrzydły! To miejsce, w którym dusze mają cierpieć. Nie powinieneś się tu znaleźć. Przyniesiesz tylko zamęt i śmierć!
– Śmierć chyba już ich wszystkich spotkała – zakpił Beleth.
– Dobrze wiesz, o czym mówię. Jesteś przeklęty! Odejdź stąd! – krzyknął.
Ku mojemu szczeremu zdziwieniu wyciągnął z przepastnej kieszeni habitu długie kadzidełko złamane w połowie. Krótszy koniec zwisał smętnie. On jednak jakby tego nie zauważał. Potarł o siebie kości palców, wzniecając iskrę, która spadła na końcówkę kadzidła. Następnie zaczął wściekle wymachiwać złamanym kadzidełkiem i krzyczeć w dziwnym języku. Ponieważ nie obowiązywała mnie już klątwa Wieży Babel, doskonale rozumiałam, co mówił. Dość dziwny grecki dialekt, dodatkowo zniekształcony klekotem zębów i mocno ruchomej żuchwy, dał się przetłumaczyć na:
– Giń, wstrętny duchu, o wstrętny duchu, wstrętny duchu. Bądź zesłany do najciemniejszych czeluści ziemi, z dala od tego miejsca, wstrętny duchu, wstrętny duchu, o wstrętny duchu. Nie pojawiaj się tu nigdy więcej, o wstrętny duchu, wstrętny duchu, wstrętny duchu. Zgiń, zgnij, zgaśnij.
– Bo ci się habit podpali – zakpił Beleth.
Charon przestał machać jak szalony. Gryzący dym śmierdział podejrzanie.
– Co to za kadzidełko? – Zatkałam nos.
– Z popiołu potępionych dusz. – Dla podkreślenia wagi tej informacji w pustych oczodołach zaświeciło się na chwilę złowieszcze czerwone światełko.
Spojrzeliśmy po sobie z Belethem.
– Dobra, kochany, jesteś równie uroczy, jak twoja siostra, ale my już pójdziemy – stwierdził ifrit i wziął mnie za rękę.
– Puść ją – warknął Charon. – Ona jest teraz mieszkanką Tartaru.
– Odejdę, ale z tym, co mi się należy. Nie powstrzymasz mnie, Charonie.
Przewoźnik nie miał oczu. Czarne dziury w czaszce skierowały się w moją stronę. Znowu zabłysło w nich czerwone światełko, zupełnie jakby mnie skanował tak jak bilet, który kiedyś dałam mu do kontroli.
– Nie możesz zabrać duszy – zazgrzytał pożółkłymi zębami.
– Jestem ifritem. Robię to, co chcę – mój przyjaciel się zirytował.
Poczułam, jak jego silna dłoń mocno ścisnęła moje drobne palce. Mięśnie na przedramionach Beletha napięły się. Nie podejrzewałam Charona o atak, ale mój były diabeł przygotowywał się na najgorsze.
– Zgadza się – przyznał gorzko przewoźnik. – Możesz też opuścić Tartar bez przeszkód, ale jej się to nie uda. Może wyjść stąd tylko jedną drogą, tej jednak nie znajdziecie.
Beleth zaśmiał mu się w twarz.
– Nie doceniasz mnie.
Charon cofnął się. Kiedy był już przy samej łodzi, wskoczył do niej i odepchnął się kijem od brzegu.
– Bądź przeklęty – zasyczał.
– Już jestem!
Łódka przewoźnika szybko się od nas oddalała. Po chwili zniknęła za zakrętem kamiennej ściany.
– Chyba cię nie polubił – zauważyłam.
– Przyzwyczaiłem się. – Wzruszył ramionami. – Ifritów nikt nie lubi…
Jego głos nie był radosny, kiedy mi to oznajmiał.
– Ja cię lubię – powiedziałam.
Odwrócił się do mnie.
– Nie wierzę, wyznałaś mi coś? – zdziwił się teatralnie. – Chyba ktoś mi cię podmienił. Wiki, to na pewno ty?
– Tak. – Zaśmiałam się. – To ja.
– Chodźmy stąd – zaproponował. – W jakieś ustronne miejsce, żebym mógł w spokoju dowiedzieć się, jak ściąga się ten cholerny gorset.
Zmartwiłam się. Nie mieliśmy gdzie pójść. Tartar nie był przyjaznym miejscem. Nie chciałam przebywać tutaj dłużej niż to konieczne.
– Kamienica, w której mieszkałam, spłonęła. Nie mam gdzie się podziać.
– Spłonęła?
– Tak, doszczętnie. Została z niej tylko kupka kamieni. Chyba inni lokatorzy ją podpalili, żeby się mnie pozbyć.
– A byłaś wtedy w mieszkaniu?
– Nie.
– To przyznam szczerze, że wybrali dość intrygujący sposób, żeby wykurzyć niechcianego lokatora – mówiąc to, Beleth szarpnął za metalowe drzwi prowadzące do Podziemi.
Zatrzymał się zaskoczony. Nie był przygotowany na to, co zobaczył. Szarość i martwota Tartaru przytłoczyły nawet jego – etatowego diabła z dyplomem topienia w smole oraz pracą magisterską z przypalania ludzi ogniem.
– Co to ma być? – Stanął osłupiały na szarym chodniku w otoczeniu szarych domów.
Zamknęłam za nami wrota do Styksu i spojrzałam na sklepienie jaskini. Kryształy jak co dzień emitowały przygaszone, również w pewien sposób szare, światło.
– Nie dziwię się, że żaden z nas nie ma tu wstępu – oświadczył. – To miejsce jest upiorne. Nawet diabeł starałby się wprowadzić tu trochę lepsze oświetlenie i coś zmienić. Pomóc… im.
Minęła nas grupka przestraszonych szarych osób. Szaleństwo w ich oczach i jawna nienawiść do naszych kolorowych ubrań sprawiły, że ifrit cofnął się o krok.
– Przerażające – mruknął. Złote oczy skierowały się na mnie. – Nie wiedziałem, że to miejsce tak wygląda. Przepraszam, że chciałem skazać Piotra na wieczność w tym… koszmarze.
Nie spodziewałam się takiego wyznania, a tym bardziej szczerości, którą zobaczyłam na jego twarzy.
– Nie zdawałem sobie sprawy… – Pokręcił głową i dotknął chropowatej ściany kamienicy. Źle położona zaprawa posypała się na chodnik, brudząc nam buty szarym pyłem.
– Najgorsze, że mają tutaj do jedzenia tylko ziemniaki. Za to wychodzi im nawet niezły bimber – chciałam jakoś poprawić mu nastrój.
Nie udało mi się to. Wciąż był przygnębiony Tartarem. Ja nie zareagowałam tak na to miejsce. Mnie po prostu przeraziło. No ale może mam za małe pokłady empatii.
– Hej. – Potrząsnęłam jego ramieniem. – Co to ma być? Smutny diabeł? Kto to słyszał? Uśmiechnij się. Przecież zaraz stąd wyjdziemy.
Przesunął dłonią po swoich kruczoczarnych włosach sterczących do góry w niedbałym irokezie.
– Tak, wyjdziemy. Trzeba coś zrobić z tym miejscem, to nie może tak wyglądać.
– Może – mój głos stwardniał. – To Tartar. Tutaj trafiają najwięksi zwyrodnialcy i szaleńcy. To jest ich kara za złe życie. Nie powinni mieć luksusów i przyjemności.
– Gdzie idziemy? – zapytał Beleth, kiedy poprowadziłam go w górę ulicy.
– Zapomniałam ci o kimś opowiedzieć. Spotkałam Achillesa, twojego syna. Sądzę, że możemy zatrzymać się u niego. Pomógł mi się ukryć przed zbirami Elżbiety, a potem… odblokować zaklęcie Darvulii. Jest bardzo sympatyczny. Musisz się z nim spotkać, zanim opuścimy Podziemia.
Na razie wolałam nie wspominać o tym, że zabiliśmy Annę Darvulię. Beleth był teraz w dość moralizatorskim nastroju. Nie chciałam, żeby mnie za to potępił.
– Achilles? No tak. Przecież ja mam syna – zasępił się. – Widziałem go tylko przez chwilę jako noworodka. Potem uniemożliwiono mi opuszczanie Piekieł. Jaki on jest?
– No cóż… trochę urósł.
Beleth potknął się o wystającą płytę chodnikową. Zaklął.
– Daleko będziemy iść? – zapytał zirytowany.
– Już narzekasz? – zakpiłam. – Czyżbyś zapomniał, jak się chodzi, odkąd odzyskałeś skrzydła?
W odpowiedzi zaśmiał się:
– O nie, moja droga. Po prostu komuś takiemu jak ja nie wypada iść pieszo. To dobre dla plebsu.
Skręciliśmy w boczną uliczkę. Stanęłam jak wryta.
Naprzeciwko, byle jak zaparkowane w poprzek ulicy, stało dobrze mi znane lamborghini diablo. Na tle szarych kamienic krwista czerwień karoserii prezentowała się wyjątkowo drapieżnie.
Ifrit otworzył przede mną drzwi i szarmanckim gestem zaprosił do środka.
– Nie potrafisz powstrzymać się przed szpanowaniem, co? – zapytałam, wsiadając.
Rozparł się na skórzanym siedzeniu i szarpnął drążek zmiany biegów.
– A dlaczego miałbym nie pragnąć podziwu i uznania? Należy mi się. Przyzwyczaiłem się do nich.
Samochód z rykiem silnika wystrzelił do przodu.
Były diabeł sprawnie zmieniał biegi. Gdy osiągnęliśmy już satysfakcjonującą go prędkość, jego dłoń zsunęła się na moje kolano. Nie zabrałam nogi. Pierwszy raz.
Automatyczna skrzynia biegów to wynalazek, który zdecydowanie nie przypadłby mu do gustu.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2012-08-09 (873 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej