Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Czarodziej i latające miasto
 
Katalog - dodano
 Przeklęci święci
- Magie Stiefvater
 Wyczarowanie światła
- V.E. Schwab
 Fandom
- Anna Day
 Przebudzenie Lewiatana
- James S. A. Corey
 Przepaść
- Michelle Paver
 
- skomentowano
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 Idiota skończony
- Antologia
 Plus/minus
- Olga Gromyko
 Plus/minus
- Olga Gromyko
 

''Pierwszy grób po prawej'' - Darynda Jones



Winda dojechała wreszcie na drugie piętro. Pomachałam do taty i poszłam korytarzem w stronę tylnego wejścia do mojego biura. Frontowe wejście z zewnątrz, z którego korzystałam zazwyczaj, wiodło wprost do mojej recepcji, za którą znajdowało się biuro.
Jest też trzecie wejście, trochę trudniejsze w obsłudze, schodami pożarowymi z tyłu. Więc kiedy zobaczyłam, że Garrett stoi w korytarzu i opiera się o drzwi mojego biura, zdałam sobie sprawę, że musiał wspiąć się po schodach pożarowych i wejść przez okno.
Popisywacz.
– Pamiętasz, że mój tata jest byłym policjantem? Co ty tu robisz? – spytałam twardo i z irytacją. Miał na sobie biały t-shirt, ciemną kurtkę i dobrze dopasowane dżinsy. Wyprostował się i uniósł brew pytająco.
– Czy jest jakiś powód, dla którego skorzystałaś z windy, która przemieszcza się z prędkością melasy w styczniu, zamiast wejść po schodach?
Garrett jest przystojny, niech go szlag, z tą ciemną skórą i żarzącymi się oczami, ale czym innym wrażenia na mnie nie robił. Mikroskopijny pociąg, jaki mogłam była wcześniej odczuwać, był obecnie pogrzebany pod grubą warstwą resentymentu i wrogości. I jeśli o mnie chodzi, to właśnie tam zostanie.
Udzieliłam mu odpowiedzi poirytowanym wyrazem twarzy, otworzyłam ciężkie drewniane drzwi biura i popatrzyłam zza Garretta na troje zmarłych gości, którzy także na mnie czekali.
– Cieszę się, że przyszedłeś – powiedziałam do Barbera. – W pionie jesteś dużo wyższy.
Sussman szturchnął go żartobliwie, a Garrett wszedł do mojego biura. Najwyraźniej nie chciał patrzeć, jak rozmawiam z tapetą.
– Przepraszam za swoje wcześniejsze zachowanie – powiedział Barber. – Chyba mnie poniosło.
Przez jego przeprosiny poczułam się winna, że nie byłam bardziej… sama nie wiem, że nie udzieliłam mu więcej wsparcia. Może przydałoby mi się szkolenie z wrażliwości. Zapisałam się kiedyś na zajęcia z panowania nad gniewem, ale instruktor mnie wkurwiał.
– Nie mam prawa cię osądzać – powiedziałam, klepiąc Barbera po ramieniu. – Nigdy nie umarłam. Przynajmniej nie oficjalnie.
– Oficjalnie? – Sussman zapytał.
– Długo by mówić.
– Dobra, dobra – wtrąciła Elizabeth. – Możemy wejść do środka? Wydaje mi się, że nie zostało mi dużo czasu, a chciałabym się pogapić na wysokiego, ciemnego i sceptycznego, ile się da. Czemuż nie spotkałam go wczoraj? Umarłabym szczęśliwa.
Wiedziałam, co czuła. Miałam podobne odczucia względem Reyesa.
Weszliśmy do biura, które było jednocześnie galerią z obrazami mojej przyjaciółki Pari. Na ścianach wisiały ciemne, abstrakcyjne obrazy życia na Central. Na jednym – szczególnie niepokojącym – gotka spierała krew z rękawów. Dziewczyna była do mnie trochę podobna, taki żarcik, bo nie cierpię robić prania. Na szczęście trudno mnie było rozpoznać w szale wirujących na obrazie szarości.
Pari była też tatuatorką i miała studio w pobliżu. Zaprojektowała tatuaż, który mam na lewej łopatce. Ten z małą kostuchą otuloną falującą peleryną, zza której wyłaniają się wielkie, niewinne oczy. Pari miała żarcików na potęgę.
Garrett odwrócił się do mnie. Postanowiłam nie zaszczycać go kontaktem wzrokowym. Zamiast tego zawiesiłam torbę i włączyłam ekspres do kawy, akurat jak Cookie weszła głównymi drzwiami.
– Jesteś tu, kochanie?
– Tutaj – zawołałam do niej. – Wstawiłam kawę. – Trzymałam ekspres w biurze pod pozorem kontrolowania, ile Cookie przyjmuje kofeiny. Tak naprawdę była to moja wersja potpourri.
– Kawa. Dzięki bogom – powiedziała Cookie, otwierając drzwi między jej a moim biurem. – Och – zauważyła Garretta. – Panie Swopes, nie wiedziałam…
– On właśnie wychodzi – powiedziałam jej. Garrett się do mnie uśmiechnął, a potem poraził Cookie pełną mocą swojego przekrzywionego uśmieszku.
Drań.
– Ojejej – powiedziała Elizabeth. Miała odrobinę za dużą zadyszkę z wrażenia. – I o to chodzi.
Stłumiłam bezradne westchnienie i patrzyłam, jak Cookie zaczęła mówić, wyjąkała coś o papierach, pomachała i zamknęła drzwi, żebyśmy mogli porozmawiać.
– Doskonale wiem, co ona czuje – zamruczała Elizabeth. Klapnęłam na krześle za biurkiem, a Garrett usadowił się w krześle naprzeciwko.
– Więc? – spytałam.
– Więc? – przedrzeźnił mnie.
– Nie przyszedłeś z wizytą w celach towarzyskich, Swopes. Czego chcesz? Muszę rozwikłać trzy morderstwa.
Moja pewność siebie chyba go bawiła.
– Myślałem sobie, że moglibyśmy kiedyś pójść razem na kawę.
– Cholera – powiedziała Elizabeth. – Idziecie na kawę? Mogę popatrzeć?
Skrzywiłam się do niej.
– Nie idziemy na kawę.
Garrett opuścił głowę, jakby zmuszał się do cierpliwości.
– Słuchaj – powiedziałam, bo miałam już dość tego, jak się do mnie odnosi. – Już ci mówiłam. Możesz albo zaakceptować moją zdolność, albo nie. Wolałabym nie. Tam są drzwi. Miłego dnia i całuj mnie w zad.
Podniósł głowę. Wyraz twarzy miał poważny, ale nie rozgniewany, chociaż moim zdaniem komentarz z „zadem” powinien był go rozgniewać.
– Przede wszystkim – powiedział z jawnym zniecierpliwieniem – wciąż się do tego wszystkiego przyzwyczajam, panno nabuzowana. Daj mi trochę czasu.
– Nie.
– Po drugie – kontynuował bez mrugnięcia – po prostu chcę z tobą o tym porozmawiać.
– Nie.
– To znaczy, jak to działa?
– Dobrze.
– Widujesz zmarłych cały czas?
– W co drugi weekend i w święta.
– Czy oni są, wiesz, wszędzie?
– A czy żabia rzyć jest wodoszczelna? – zapytałam, rozpierając się na krześle i podnosząc nogi, by je położyć na biurku, w zakurzonych butach i w ogóle. Założyłam kostkę na kostkę, splotłam palce i popatrzyłam krzywo, by dosadniej wyrazić niecierpliwość, kiedy czekałam, aż Garrett zdecyduje. Wierzyć czy nie wierzyć.
Nazywałam to „świtaniem” – ten moment, kiedy ludzie zaczynają się zastanawiać, czy naprawdę widuję zmarłych. Och, wciąż mają wątpliwości. Większość ludzi wysila umysły, próbując znaleźć wyjaśnienie, jakiekolwiek wyjaśnienie, jak robię to, co robię.
I jako żywo, Garrett Swopes usilnie starał się znaleźć właśnie to. W końcu zmarli nie chodzą po świecie, próbując rozwikłać własne morderstwa. Duchów nie ma. Wszystko, o czym mówię, jest niemożliwe.
Świtanie jest jak rozwidlenie na drodze, a podróżny musi wybrać jedną z odnóg. Niestety, zakręt wiodący do miejscowości Charley Widzi Zmarłych jest dużo ostrzejszy niż bezpieczniejsza, bardziej uczęszczana ścieżka Charley Jest Psychiczna. Nikt nie chce wyjść na głupca. W dziewięciu przypadkach na dziesięć samo to wystarcza, by ludzie nie pozwolili sobie na wiarę.
Garrett patrzył na mnie parę sekund, a potem skupił się na moich palcach. Prawie widziałam, jak mu trybiki w głowie pracują. Po upływie kilku chwil uznałam, że trzeba mu te trybiki porządnie naoliwić.
– Ale skąd wiedziałaś, gdzie znaleźć ciało pani Ellery? – zapytał w końcu.
– Nie będę tego znowu tłumaczyć, Swopes.
– Poważnie…
– Nie.
Po kolejnej długiej pauzie zapytał:
– Robisz to, odkąd skończyłaś pięć lat?
Parsknęłam.
– Widzę zmarłych od urodzenia. Po prostu pięć lat zajęło, nim tata naprawdę mi uwierzył. Ale kiedy mu powiedziałam, gdzie znaleźć ciało zaginionej dziewczynki, zorientował się, jakim będę atutem.
– Córka Johnsonów – powiedział.
Próbowałam się nie wzdrygnąć. To wspomnienie nie zaliczało się do moich ulubionych. Właściwie gdyby ktoś mnie zapytał, ciężko byłoby mi znaleźć mniej ulubione. W dniu Fiaska Córki Johnsonów, jak to nazywałam, Denise zboczyła na uczęszczaną ścieżkę, zdecydowała się mi nie wierzyć i przyrzekła więcej o tym nie rozmawiać. Tego samego dnia odkryłam też, że to, co robię, jest nienormalne. I że niektórzy ludzie – niektórzy bliscy mi ludzie – będą mną za to gardzić. Oczywiście to, że macocha dała mi wtedy po twarzy przy dziesiątkach świadków, też nie zapewnia temu zdarzeniu miejsca w moim sercu.
– Nic ci nie jest? – spytał Sussman. Prawie zapomniałam, że tam byli. Skinęłam głową dyskretnie.
– Wiesz – powiedziała Elizabeth – on chyba naprawdę stara się mieć otwarty umysł.
Na mojej twarzy pojawił się grymas pełen wątpliwości. Niemiłe to było. Elizabeth chciała tylko pomóc.
– Są tu teraz? – Garrett zapytał. Westchnęłam. Nie chciałam go antagonizować. Ale zapytał.
– Tak – odparłam.
Wyjął notes.
– Możesz spytać pani Ellery, kiedy są jej urodziny?
– Nie.
Elizabeth wystąpiła do przodu.
– Dwudziestego czerwca.
Spojrzałam na nią.
– On wie, kiedy masz urodziny. Chce tylko sprawdzić, czy ja wiem.
– Nie? – spytał. Wydawał się rozczarowany, jakby chciał, żebym mu powiedziała, jakby chciał uwierzyć. Przynajmniej przez jakieś pięć minut. To na takich, co to wierzą przy pomyślnych wiatrach, musiałam uważać. Mieli paskudny zwyczaj walić mnie w miękkie znienacka.
– Powiedzże mu – rzekła Elizabeth.
– Nie rozumiesz – powiedziałam do niej. – Tacy jak on nigdy nie wierzą, nie do końca. Zawsze będzie miał wątpliwości. Zawsze będzie mnie sprawdzał, podpytywał o informacje, które już ma, tylko po to, żeby zobaczyć, jak daję dupy. – Spojrzałam na Garretta. – Więc pieprzyć go.
– Elizabeth – wtrącił Sussman – może powinniśmy po prostu…
– Nie! – wrzasnęła, a ja w rezultacie podskoczyłam, skupiając baczną uwagę Garretta. – Po prostu mu powiedz. – Podbiegła do mojego biurka i pochyliła się nad nim. – Musi wziąć się w garść i po prostu ci uwierzyć. Nie wie, co go ominie. Przejdzie przez życie z jednowymiarowym obrazem świata, w którym żyje. Nie będzie miał poczucia sensu, nadziei, że ludzie, których kochał i utracił, odchodzą do lepszego świata. Że będą się dobrze mieli.
Zrozumiałam, że Elizabeth nie mówi już o Garrecie. Mówiła o sobie. Wstałam i podeszłam do niej.
– Elizabeth, co się stało?
Prawie się rozpłakała. Widziałam, jak łzy błyszczą w jej jasnych oczach.
– Tyle bym chciała powiedzieć mojej siostrze, ale ona jest taka sama jak on… jak ja. Też bym ci nigdy nie uwierzyła. – Jej ramiona opadły i wbiła we mnie wzrok pełen poczucia winy. – Przepraszam, Charlotte, nie uwierzyłabym. W życiu. I on też nie uwierzy.
Uśmiechnęłam się z ulgą. To wszystko? Mierzyłam się z tym problemem niezliczoną ilość razy.
– Elizabeth – powiedziałam – ze wszystkich problemów, jakie teraz mamy, ten akurat można łatwo rozwiązać.
Garrett patrzył na naszą wymianę zdań – czy raczej na moją wymianę zdań – ale trzeba przyznać, że jego wyraz twarzy nic nie zdradzał. Często się zastanawiałam, jak niedorzecznie muszę wyglądać w oczach żywych, jak tak gadam do siebie, gwałtownie gestykuluję, obejmuję powietrze. Ale nie zawsze mam wybór. Skoro Garrett nie chce wyjść, musi się zmierzyć z moim światem. Nie będę dostosowywać swojego zachowania do jego delikatnych standardów we własnym biurze.
Elizabeth pociągnęła nosem.
– O co ci chodzi? Jakie rozwiązanie?
– Zostawisz wiadomość.
– Wiadomość?
– Pewnie. Cały czas tak robię. To mi oszczędza tyle wyjaśnień – powiedziałam, machając ręką zamaszyście. – Dyktujesz mi wiadomość, ja ją piszę na komputerze – i oczywiście wpisuję datę sprzed twojej śmierci – a potem w cudowny sposób ktoś ją znajduje w twoich rzeczach. Coś w rodzaju wiadomości „na wypadek, gdyby coś mi się stało”. Powiesz jej wszystko, co chcesz jej powiedzieć, i udamy po prostu, że napisałaś ją przed śmiercią. Mam nawet gościa, który podrobi twój podpis, jeśli chcesz.
– Kto to? – spytał Garrett. Spojrzałam na niego krzywo i ostrzegawczo. To nie jego sprawa, co robię ze zmarłymi.
Twarz Elizabeth przybrała atrakcyjny wyraz zaskoczenia.
– To genialne. Jestem prawniczką. Jestem bardziej zorganizowana niż klasyfikacja dziesiętna Deweya. Na pewno w to uwierzy.
– Pewnie, że w to uwierzy – poklepałam ją po plecach.
– Mogę napisać wiadomość do żony? – zapytał Sussman.
– Oczywiście.
Wszyscy popatrzyliśmy na Barbera, bo spodziewaliśmy się, że on też będzie chciał do kogoś napisać.
– Mam tylko mamę. Wie, co do niej czuję – rzekł, a ja się zastanowiłam, czy powinno mnie cieszyć, że się z mamą dobrze komunikował, czy smucić, że miał tylko ją.
– Cieszę się – powiedziałam mu. – Szkoda, że nie wszyscy są tak otwarci w sprawie swoich uczuć.
– No. Nienawidzę jej, odkąd miałem dziesięć lat. Dużo więcej nie da się ująć w liście. – Starałam się zamaskować swój szok. I tak zauważył. – Och, uwierz mi, ona odwzajemnia to uczucie.
– OK, czyli dwie wiadomości.
– Ej – powiedziała Elizabeth w nagłym namyśle. – Kiedy wypada pierwszy dzień lata?
– Planujesz tu zostać tak długo? – zapytałam. Uniosła ramiona, skinęła głową w stronę Garretta i poruszyła idealnie ukształtowanymi brwiami. – Aha – próbowałam się nie roześmiać. – Dwudziestego czerwca, a czasami…
Garrett głośno nabrał powietrza, a Elizabeth założyła ręce na siebie i się uśmiechnęła. Wprost od niej biło, jaka była z siebie zadowolona.
– Masz rację – powiedział Garrett. – Urodziny Elizabeth Ellery są dwudziestego czerwca.
Spojrzałam na nią w osłupieniu.
– Nabrałaś mnie.
– Prawniczka – odparła, jakby to wszystko tłumaczyło. Tak, bardzo ją lubiłam. Podeszłam do mojego krzesła i rzuciłam się na nie z właściwą sobie ostentacją.
– Nabrała mnie – rzekłam do Garretta. Wyszczerzył zęby w uśmiechu. Ale ten uśmiech był inny. Zmienił się – wiedziałam dlaczego.
– O nie. Nie, nie, nie, nie, nie – oznajmiłam, grożąc mu palcem. – Nawet z tym nie zaczynaj.
– Z czym? – zapytał jak wcielenie niewinności i podziwu.
– Z tym, jak patrzysz na mnie, jakbym znała odpowiedź na każde pytanie we wszechświecie. Nie znam. Nie widzę przyszłości. Nie czytam przeszłości. Na sto kurde procent nie umiem wróżyć z dłoni, o cokolwiek w tym chodzi. Nie umiem…
– Ale jesteś jasnowidzką, tak?
– Stary – przerwałam, pochylając się nad biurkiem – jestem tak jasnowidząca jak przeciętna marchewka.
– Ale…
– Żadnych ale! – Mam poważne zastrzeżenia do słowa na „jasno”. Nigdy się nie z nim nie polubiliśmy. Zakryłam uszy dłońmi z impetem i zaczęłam nucić.
– Co za dojrzałe zachowanie.
Miał rację. I tak pokazałam mu język, a potem opuściłam ręce.
– Słuchaj, nawet ja mam więcej pytań niż odpowiedzi. Mam duży procent pewności, że moje zdolności są bliższe schizofrenii niż czegokolwiek nadprzyrodzonego. Pytaj, kogo chcesz. Gdybym znajdowała się na szczycie, byłabym czubkiem.
– Schizofrenia – powiedział z powątpiewaniem.
– Słyszę głosy. Można być bardziej schizofrenicznym?
– Ale mówiłaś…
Uniosłam palec wskazujący, by go uciszyć. Chociaż środkowy palec byłby bardziej skuteczny, musiałam bronić pozycji, którą właśnie zdobyłam.
– Słuchaj, kiedy ludzie są w tej sytuacji, jak ty w tej chwili, kiedy już prawie wierzą w moje umiejętności, wymyślają kontrargumenty. Testują mnie, zadają głupie pytania, chcą wiedzieć, gdzie będzie następne trzęsienie ziemi i jakie liczby padną na loterii. Poważnie – widziałeś kiedyś w gazecie nagłówek: „Jasnowidz wygrał na loterii”? Nie jestem jasnowidząca. Nawet nie wiem, czy coś takiego istnieje.
– Powiedz mu, czym jesteś – włączyła się podekscytowana Elizabeth. Garrett przeglądał swój notes. Rzuciłam jej desperackie spojrzenie, które miało wyrażać, żeby się przymknęła albo zginie. Nie podziałało. Pewnie dlatego, że już nie żyła. – Serio – ciągnęła – po prostu mu powiedz. Zaczyna ci wierzyć. Pomyśli, że to fajne.
– Nie pomyśli – wycedziłam cicho przez zęby, bo zapomniałam, że tylko ja z żywych ją tu słyszę.
– Osoba wrażliwa na zjawiska spoza zwykłej percepcji – Garrett podniósł na mnie wzrok. – Definicja jasnowidza.
– No dobra, może – odparłam. Ale i tak nie znoszę tego słowa. I jego implikacji.
– Może być – wzruszył ramionami. – I czego nie pomyślę?
– Że to fajne.
– Co? Twoje zdolności?
– Nie całkiem.
– Czyli co?
Czyli co? Pewnie gdyby naprawdę chciał wiedzieć, zaserwowałabym mu cały zestaw obiadowy. Gadałam w końcu jak najęta. Czemu teraz przerywać? Nawet tata i wujek Bob nie wiedzieli do końca, czym jestem. Nigdy nie musiałam im mówić. Wierzyli mi – to wystarczało. Ale skoro niespecjalnie mi zależało, co Garrett on mnie pomyśli…
– Dobrze – powiedziałam z nutką wyzwania. – Powiem ci wszystko. Pójdziesz sobie potem?
Po chwili skinął głową prawie niedostrzegalnie.
– Jestem… Tak jakby… W pewnym sensie… cholera. – Zacisnęłam zęby, a potem wyrzuciłam to z siebie: – Jestem kostuchą. Właściwie tą jedyną kostuchą.
No. Powiedziałam to na głos. Kawa na ławę, bez owijania w bawełnę, obnażona dusza – żadnej kliszy nie przepuszczę. On się jednak nie wzdrygnął. Nie roześmiał. Nie wyskoczył z krzesła i nie wymaszerował z pomieszczenia. Właściwie to w ogóle się nie poruszył. Ani trochę. Zastanawiałam się, czy chociaż oddycha. Wtedy zrozumiałam. To jego pokerowa twarz. Patrzył mi prosto w oczy, kiedy czekałam na jego reakcję. Ale on nie zareaguje. Trzeba przyznać, pokerową twarz ma niezłą. Nie miałam pojęcia, co sobie myślał.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2012-08-13 (841 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej