Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Norweski dziennik - tom 3: Północne wiatry
 
Katalog - dodano
 Heroina
- Mons Kallentoft
 Czarownica
- Małgorzata Lisińska
 Tropiciel
- Małgorzata Lisińska
 Szara siostra
- Mark Lawrence
 Pogrzeb na zamówienie
- Anthony Horowitz
 
- skomentowano
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Pocałunek Kier'' - Lynn Raven



* * *



Już dłuższą chwilę Lijanas obserwowała, jak prawie pełna tarcza drugiego księżyca wędruje po usianym gwiazdami nocnym niebie, wsłuchując się przy tym w oddech wojownika za jej plecami.
Wyłonił się z ciemności dopiero wtedy, gdy wszyscy położyli się już spać. Zamienił kilka słów z Corfarem, który przejął pierwszą straż, i potem przyszedł do niej. Z mocno zamkniętymi oczyma udawała, że śpi, kiedy odłożył swoją broń, usiadł na skórach za nią i zdjął buty. Potem owinął się swoim płaszczem i wydawało się, że natychmiast zasnął.
Wstrzymała nieświadomie oddech, kiedy Corfar wstał spokojnie po drugiej stronie ogniska, objął leżących spojrzeniem i udał się na obchód, znikając między drzewami. Zerknęła ukradkiem w stronę pozostałych żołnierzy. Nie poruszali się.
Skoncentrowana na tym, by nie zdradzić się żadnym hałasem, Lijanas usiadła i zsunęła ostrożnie nakrycie z ramion, nie spuszczając oczu z cieni po drugiej stronie ogniska. Nic się tam nie ruszało. Bardzo powoli zaczęła się podnosić i zamarła jeszcze w kuckach, kiedy Mordan poruszył się nagle obok niej. Jednak on, pomrukując, tylko odwrócił się do niej plecami i spał spokojnie dalej.
Znowu krótkie spojrzenie przez ramię, potem podniosła się ostatecznie, podciągnęła suknię do kolan i minęła czarnowłosego wojownika. Mało brakowało, a stanęłaby na jego nagi miecz, leżący obok. Uratowała się, robiąc duży krok. Jego palce zacisnęły się tak nieoczekiwanie na jej kostkach, że wylądowała na czworakach.
Nie!
– Dokąd to, uzdrowicielko? – zapytał cicho, podpierając się łokciami, choć cały czas ją trzymał.
Jakbyś tego nie wiedział, draniu.
Z trudem obróciła się do niego w tej niegodnej pozycji, gestykulując bezradnie.
– Chciałam... Chodzi o to... Ja...
– Acha!
Usiadł wreszcie.
Acha?
Lijanas starała się ukryć zmieszanie.
– Będę wam towarzyszyć!
Wypuścił w końcu jej nogę i sięgnął po buty.
– Towarzyszyć?
Dopiero, gdy było już za późno, zdała sobie sprawę, że wypowiedziała to słowo na głos.
– Oczywiście!
Niewzruszony podniósł się, wziął z posłania miecz, wsunął go do pochwy i przypasał ją.
– Nawet, jeśli musicie pójść za potrzebą, byłoby niewybaczalne, gdybym pozwolił wam iść samej.
Za potrzebą? Jak to? Och!
– To nie jest konieczne, byście mi towarzyszyli. Odejdę tylko kilka kroków między drzewa... – Podniosła się szybko.
– Nie, uzdrowicielko!
Lijanas cofnęła się, gdy stanął tuż przed nią, potknęła się o jego juki. Jego dłoń chwyciła ją za kark. Zaparła dłonie na jego piersi – ten typ nosi swoją kolczugę nawet, gdy śpi – próbując odepchnąć go od siebie. Na próżno.
– Nie mogę was puścić samej, uzdrowicielko. Nigdy nie wiadomo, jakie niebezpieczeństwa czyhają za najbliższymi drzewami. – Zacisnął mocniej rękę, bardziej szorstko. – A na koniec już po tych kilku krokach zgubicie się i znajdziecie przez przypadek drogę do Anschary. – Jego oko połyskiwało w słabym świetle księżyca.
Łaskawa, on wie, że chciałam uciec! – Z trudem przełknęła ślinę.
– W takim razie może będzie jednak lepiej, jeśli będziecie mi towarzyszyć.
– Cieszę się, że mówicie rozsądniej.
Skinął głową w kierunku ciemności po drugiej stronie ogniska.
– Prowadźcie, uzdrowicielko!
Lijanas ruszyła posłusznie, a czarnowłosy wojownik podążył za nią jak cień.
Między drzewami panowała głęboka ciemność. Srebrne światło obydwu księżyców ledwie przedostawało się przez gruby dach z liści. Już po kilku krokach jej szata zaczepiła się o gałęzie, a kiedy chciała ją wyplątać, okazało się, że zahaczyła o ciernie. Szarpnąwszy ostro, dzięki czemu udało się jej w końcu uwolnić, drgnęła. Jak w odpowiedzi w pobliżu dał się słyszeć w krzakach trzask, a potem znów zapadła cisza. Odwróciła się do Mordana. Ten, bez słowa, dał jej znak, by szła dalej. Posłusznie ruszyła przed siebie. Pod jej stopą pękła z trzaskiem sucha gałąź. Za sobą usłyszała wściekłe syknięcie swojego dwunożnego psa-stróża. Jak to możliwe, że on sam poruszał się w tej ciemności niemalże bezszelestnie?
Uszła zaledwie dziesięć kroków, kiedy chwycił ją za ramię.
– Jak daleko chcecie jeszcze iść, uzdrowicielko?
– Ja... nie wiem! – dlaczego jej głos musiał właśnie teraz tak cienko zabrzmieć?
Warknął cicho.
– Lepiej, żebyście się szybko dowiedzieli, zanim przyjdzie mi do głowy, że może wcale nie chcieliście się oddalić za potrzebą.
– Jeszcze kawałeczek. Proszę! – Co ja tu właściwie robię? Chyba nie będę w jego obecności... – I oddalcie się trochę!
Znowu gniewna odpowiedź.
– Ten krzak tam! Liczę do pięćdziesięciu! Potem idę po was!
– Ale...!
– Jeden!
On wie, że skłamałam i teraz rozkoszuje się, poniżając mnie. Żałosny oprych! – Zacisnęła usta, pozorując uśmiech, odwróciła się i ruszyła w stronę krzaka.


* * *



Mordan drgnął znowu mimowolnie, usłyszawszy trzask.
Na duchy zemsty, ta kobieta robi więcej hałasu niż cała centuria w czasie bitwy. Czy nie może uważać, gdzie stawia stopy? Nie są przecież aż tak duże.
Patrzył za nią, obserwując, jak znika za krzakiem, nasłuchując, czy nie usłyszy kolejnego zdradzieckiego trzaśnięcia, kolejnej nierozsądnej próby ucieczki.
Jak mogła choć przez chwilę pomyśleć, że naprawdę mocno zaśnie, zostawiając swojego jeńca niestrzeżonego?
Może powinienem znowu skrępować jej ręce i nogi, a usta zakneblować. Przynajmniej byłby spokój przez resztę nocy. Przydałoby się kilka godzin snu. Tak, a Brachan i Levan znowu zrobią mi wykład, jak należy się obchodzić z taką kobietą jak uzdrowicielka.
Za krzakiem zrobiło się zdumiewająco cicho. Zmarszczył czoło. Czy jednak udało się jej umknąć bezszelestnie? Ruszył, mamrocząc przekleństwa, i zatrzymał się po dwóch krokach, nasłuchując.
Tam! Nie mylił się. Znowu ten dźwięk, trochę jakby węszenie, trochę gulgotanie. Po jego lewej. Wytężając wzrok, próbował rozpoznać coś wśród cieni. Do jego nozdrzy doszedł nagle smród rozkładającej się padliny, tak intensywny, że ścisnęło mu wnętrzności. Jakiś ruch między drzewami, w odległości czterech, może pięciu kroków. Coś śmignęło zbyt szybko, by można było rozpoznać coś więcej niż tylko zarys – wielkości mniej więcej wyrośniętego charta. Teraz usłyszał hałas także z prawej strony.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2012-08-20 (809 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej