Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Płomień i krzyż, t.1
 
Katalog - dodano
 Heroina
- Mons Kallentoft
 Czarownica
- Małgorzata Lisińska
 Tropiciel
- Małgorzata Lisińska
 Szara siostra
- Mark Lawrence
 Pogrzeb na zamówienie
- Anthony Horowitz
 
- skomentowano
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Golem'' - Edward Lee



Prolog

SIERPIEŃ 1880



– Wyglądasz, jakbyś zobaczył ducha – powiedział stojący za szerokim sterem McQuinn.
Słowa te skierowane były do zmęczonego pracą na statku pierwszego oficera, na którego wołali Poelzig. Przygaszony mężczyzna stał przy niewielkim okienku sterówki. Wokół nich rozciągała się idealnie płaska Zatoka Chesapeake.
– Ducha... – wymamrotał Poelzig i zgrubiałymi łapami rozmasował sobie skronie. – Nie spałem zbyt dobrze, kapitanie. Żona również. A pan?
– Słodko jak niemowlę – odparł McQuinn ze swoim charakterystycznym irlandzkim akcentem i poklepał schowaną w kieszeni flaszkę. – Nie mamy się czym martwić. Obaj jesteśmy imigrantami, których nowy kraj powitał z otwartymi ramionami, nie? Dano nam wolność i dobrą, uczciwą robotę. Powinniśmy być wdzięczni, dozgonnie wdzięczni...
A obaj mieli za co dziękować – on, McQuinn, irlandzki katolik, i jego towarzysz Poelzig, Żyd z jakiegoś zakątka Europy. Podobno z Austrii, ale czort go tam wiedział, kto by się w tym połapał po tych wszystkich wojnach? Poelzig wraz z żoną, Nanyą, uciekli przed prześladowaniami, zaś McQuinn musiał uchodzić z Dublina w obawie przed wierzycielami i kilkoma zazdrosnymi mężami.
I, z tego, co wiedzieli, Ameryka spełnia złożone obietnice.
Tak, bardzo chcieli w to wierzyć.
Kapitan McQuinn nie powiedział jednak całej prawdy o zeszłej nocy. Nie tylko nie spał jak niemowlę – nawet nie zmrużył oka. Pływali po zatoce już drugi tydzień, najpierw dowozili ładunek rzeką Patuxent z Baltimore do Sandgate, potem obrali kurs na Nanticoke, a następnie skierowali się do Salisbury, gdzie poniosła ich Wicomico. McQuinn miał wrażenie, że z każdą wyładowaną w portach skrzynią czuł się coraz dziwniej i spał coraz krócej.
Poelzig wpatrywał się w monotonny krajobraz.
– Boże... ostatniej nocy śniłem o...
McQuinn spojrzał bystro na ponurego kolegę.
– O czym śniłeś, druhu?
Poelzig pokiwał głową. Miał jakieś czterdzieści lat, lecz teraz wyglądał na osiemdziesiątkę.
Cholera ! McQuinn nie lubił pokazywać, kto rządzi na pokładzie, szczególnie że pływanie po tych rzekach to bułka z masłem, lecz coś tutaj nie grało.
– Odkąd wypłynęliśmy z Baltimore, coś cię gryzie – powiedział – i z każdym kolejnym cumowaniem jest jeszcze gorzej. To nie służy ani mnie, ani twojej starej. No, o co chodzi? Co się z tobą dzieje?
Hardemu marynarzowi tym razem zabrakło języka w gębie. Podniósł rękę i wskazał palcem jakiś punkt za plecami McQuinna, nie spuszczając swojego kapitana z oczu.
– Co? Ładunek? Poelzig, przed nami tylko jeden przystanek i koniec trasy.
Poelzigowi załamał się głos.
– Nie chodzi o ładunek, ale o port, panie kapitanie. To port niepokoi i mnie, i Nanyę.
Na miłość boską! McQuinn wyciągnął dokumenty przewozowe i na głos przeczytał, gdzie płyną.
– Lowensport, Maryland, jedenaście mil na północny wschód rzeką Brewer. No i co cię w związku z tym martwi, kolego? Miasto jak miasto.
Poelzig odchrząknął.
– Niezupełnie, panie kapitanie.
– Przed rejsem ledwie słyszałem cokolwiek o Brewer, ale komendant portu mówił, że jest głęboka przez całą długość, nie ma żadnych mielizn i pniaków. Nie zapominaj, że Wegener jest mocnym parowcem. Na miłość boską, nie zatoniemy.
Wyraz twarzy Poelziga nie zmienił się ani trochę.
– Nam chodzi o Lowensport, kapitanie.
McQuinn zmrużył oczy i przysunął się do swojego rozmówcy.
– Ty i twoja stara jesteście Żydami, co nie?
– Tak. I jesteśmy z tego dumni.
– Nie wiem wiele o waszej wierze, a i mało wiem o swojej, ale zapamiętaj, że nic mi do tego, kto w czym pokłada wiarę – McQuinn wycedził kolejne słowa powoli i wyraźnie – ale komendant powiedział mi coś jeszcze, Poelzig. Całe te cholerne Lowensport założyli Żydzi. Twoi ludzie, Poelzig!
– Nie... to nie nasi ludzie, kapitanie – wymamrotał Poelzig ledwie słyszalnie, ale stanowczo.
Nic z tego nie rozumiem, pomyślał McQuinn. Lepiej będzie, jak o tym zapomni. Czemu dwoje Żydów miałoby się bać miejsca pełnego ludzi ulepionych z tej samej gliny? To tak, jakbym ja bał się wejść na mszę.
McQuinn spojrzał na wody zatoki i zobaczył, że wpływają już do szerokiego gardła rzeki. Sprawdził mapę.
– Cokolwiek się tam w tobie gotuje, musisz na razie się uspokoić, kolego. Wpływamy do Brewer. Płyniemy teraz jakieś sześć węzłów na godzinę, ale będziemy walić pod prąd, więc prędkość spadnie do trzech. Będziemy w Lowensport jakieś dwie godziny po zachodzie słońca, czyli spędzimy tam noc.
Poelzig zerknął w stronę rzeki i zamarł. Ogarnęła go czarna rozpacz.
– Kapitanie, proszę pana w imieniu swoim i żony. Nie możemy spędzić nocy w Lowensport. Błagam pana. Zarzućmy kotwicę tutaj i dokończmy trasę jutro, za dnia.
McQuinn naprawdę tracił cierpliwość.
– Zwariowałeś? Wrócilibyśmy do Baltimore spóźnieni!
– Błagam pana, kapitanie. Nie możemy zostać tam na noc – powtórzył Poetzig. – Jeśli będzie pan nalegał, wyskoczymy z Nanyą za burtę, dotrzemy wpław do brzegu i pójdziemy do Baltimore na piechotę, a pan przebędzie resztę trasy sam.
McQuinn spojrzał na niego jak wryty. Czy Poelzig mu groził? Jestem kapitanem tej łajby i nie pozwolę, aby byle marynarzyk nią rządził, do cholery! Jednak im dłużej wpatrywał się w swojego towarzysza, tym bardziej tamten markotniał.
– Poelzig, ty chyba nie próbujesz podważać mojego autorytetu, co?
– W żadnym razie, panie kapitanie. Jest pan wspaniałym człowiekiem i cieszę się, że mogę z panem pływać – powiedział smutno Poelzig. – Nie zatrzymujmy się jednak w Lowensport na noc. Proszę.
McQuinn pociągnął łyk z flaszki. Jestem tak wściekły, że jeszcze chwila, a sam wyrzucę tego hultaja i jego starą za burtę, ale... Ale co? McQuinn uspokoił się i przemyślał wszystko ponownie. Poelzig pracuje na tym statku od miesięcy i ani razu o nic mnie nie poprosił.
– No dobrze – westchnął McQuinn. – Niech będzie po twojemu. Popłyniemy jeszcze rzeką jakąś milę albo dwie i opuścimy kotwicę. Tylko chcę, żeby całe drewno zostało porąbane. Rozumiemy się?
Poelzig uśmiechnął się po raz pierwszy podczas tego rejsu.
– Oczywiście, kapitanie. Razem z żoną dziękujemy panu serdecznie – odpowiedział i wybiegł z kabiny, aby przekazać wieści małżonce w swoim tajemnym języku.
Jezusie, Maryjo i święty Józefie, pomyślał McQuinn.


* * *



Po rzuceniu kotwicy McQuinn bez przekonana zagarniał przy rufie ostrygi, a Poelzig opuścił pułapki na kraby i razem z żoną zaczęli rąbać drewno.
Kiedy McQuinn spojrzał na łódź, poczuł tę samą dumę, która ogarnęła go pierwszego dnia, gdy przejął na niej dowództwo. Wegener był ostatni w swoim rodzaju, jeśli chodziło o łodzie rzeczne małego zanurzenia: tylnokołowiec długi na sto stóp, w którym paliło się drewnem, a nie węglem.
Zresztą, w niektórych miejscach trudno było dostać tak zwane czarne złoto.
Pewnie, łodzie na węgiel osiągały większe prędkości, ale piece kosztowały dwa razy tyle, co te opalane drewnem. No i jednostki takie jak Wegener były w stanie przewieźć sporo towaru, mieściły się w wąskich rzekach, a kiedy brakło paliwa, po prostu podpływały do brzegu, opuszczały trap, załoga wychodziła na brzeg i ścinała drzewo. McQuinn nigdy wcześniej nie widział takich lasów, jak tutaj, w Zatoce Chesapeake.
Zaraz przy piecu i kole łopatkowym, na pokładzie głównym, znajdował się ładunek, wyżej zaś umieszczone zostały kwatery. Nie było tutaj pokładu dolnego ani kadłuba; łódź oparto na planie wielkiej prostokątnej platformy, która unosiła się na powierzchni. Przez to statek był idealny na słabo uregulowane rzeki, gdzie nieznana była głębokość, szczególnie płycizny. McQuinn nigdy nie osiadł na mieliźnie, nawet podczas odpływu. Nigdy też nie zdarzyło mu się uszkodzić koła. Uwielbiał nawigować, a po tylu latach spędzonych za sterem sam mógł decydować, jaki kurs obierze, w dodatku zarabiał więcej niż młodsi kapitanowie, którym udało się przeżyć wojnę.
McQuinn uznał, że dzisiaj nie będzie miał szczęścia i porzucił próby wyłowienia kilku ostryg. Spojrzał przez ramię w kierunku, z którego dochodziły uderzenia siekiery. Nigdy nie zrozumiem tych Europejczyków, pomyślał. Facet pozwala swojej ŻONIE rąbać drewno. Musiał jednak przyznać, że wolał patrzeć na Nanyę niż Poelziga; była to bowiem zjawiskowa kobieta, atrakcyjna, za którą mężczyźni z pewnością oglądali się na ulicy, lecz o nietypowej posturze.
Matko Boska, pomyślał, patrząc na nią. On i Poelzig nosili typowe marynarskie kombinezony, koszule z długimi rękawami i buciory za kostkę. Nanya miała na sobie takie samo obuwie i zgrzebny, wełniany fartuch. Nic więcej. Pomimo twardo ciosanych rysów miała piękną twarz, a jej nierówno ścięte jasne włosy wyglądały uroczo nawet w nieładzie. Za to jej ciało to oddzielna sprawa. Była wyższa niż większość mężczyzn, potężnie zbudowana, lecz próżno było szukać w jej ciele zbędnego tłuszczu. Wyglądała, jakby wyrzeźbiono ją z białego marmuru, jej mięśnie były sprężyste, wyrobione przez ciągłą pracę, i zapewne była tak samo silna jak McQuinn czy Poelzig. Kapitanowi przyszło do głowy słowo posągowa.
Łup... łup... łup... siekiera wybijała miarowy rytm, a z każdym zamachem całkiem pokaźny biust Nanyi wyraźnie podskakiwał i falował.
McQuinn nie uważał, że pożąda żony bliźniego swego, raczej podziwiał piękno jej ciała. Kobieta podnosiła i opuszczała siekierę niczym maszyna; z każdym uderzeniem w drewno McQuinn czuł drżenie pokładu. Boże, pomyślał. Słońce zaczęło zachodzić za plecami kobiety, oblewając ją światłem, które zarysowało wyraźnie jej ponętną sylwetkę, przykrytą workowatym fartuchem.
Łup... łup... łup...
McQuinn wlał w siebie już połowę flaszki, nabrał więc odwagi, aby rzucić pełen uznania komentarz.
– Poelzig, dobry człowieku, mam nadzieję, że nie będziesz miał nic przeciwko, jeśli powiem, żeś sobie pierwszorzędną babkę za żonę wziął.
– Tak, to prawda, kapitanie – odparł Poelzig, odwracając się tyłem do McQuinna, aby dorzucić drew do pieca.
McQuinn wybuchnął śmiechem.
– Muszę też powiedzieć, że jeśli Irlandczyk pozwoliłby swojej żonie rąbać drewno, skopaliby mu mordę na głównym placu.
Teraz Poelzig się roześmiał.
– Widzi pan, panie kapitanie, gdybym nie pozwolił jej tego robić, dostałbym jeszcze mocniej.
McQuinn nie zrozumiał.
– Jak to?
– Sama Nanya nakopałaby do dupy. Potrafi ściąć drzewo albo rozerwać sznur nie gorzej niż niejeden mężczyzna. Jest silna. Gibka. Jej ojciec, zapijaczony cham, bił ją codziennie, aż pewnego dnia, kiedy była już starsza, to ona mu wpieprzyła. I nie oszczędziła ani kawałka jego cholernego cielska.
McQuinn wybałuszył oczy, słuchając tych słów.
– I dlatego upiera się, żeby rąbać drewno. Chce być silna, żeby żaden mężczyzna już nigdy nie podniósł na nią ręki.
Łup! Siekiera uderzyła tak mocno w polano, rozłupując je na dwie części, aż zatrzęsła się łódź.
– No – wymamrotał McQuinn – naprawdę kawał z niej baby.
– Powiedziała sobie, że nigdy nie przytyje – dodał Poelzig – żeby nie przyszło mi do głowy porzucenie jej.
McQuinn zarechotał, aż odbiło mu się whiskey.
– Tylko debil bez piątej klepki zostawiłby kobietę z takim ciałem. Jaka ona musi być w... – kapitan zdołał powstrzymać się w porę, zanim dokończył zdanie słowem łóżko.
Poelzig uśmiechnął się do niego półgębkiem i skinął głową.
Piec grzał jedynie na ćwierć mocy, bowiem nie potrzebowali dzisiaj bojlera. Rozpalili ogień w małej wanience, do której zamocowano uchwyt na garnki i grill. Poelzig niemal piał z zachwytu, kiedy wyciągnął z wody drewnianą pułapkę na kraby i zobaczył w środku kilka wielkich sztuk.
– Boże! Jakie one duże! – wykrzyknął McQuinn.
– Ano – przytaknął pierwszy oficer i podszedł z pułapką do wypełnionego wodą rondla, który stał nad ogniem. – Trzeba się z nimi ostrożnie obchodzić, potrafią napsuć krwi.
Poelzig wyciągał jednego kraba po drugim, chwytając je szczypcami, i wrzucał do wody.
– Są prawie tak wielkie, jak brązowe kraby, które mamy w Irlandii – powiedział McQuinn. – A w swoim kraju mieliście takie paskudztwa?
– Nie, panie kapitanie – odparł Poelzig, wyciągając jeszcze kilka upartych krabów szczypcami i wrzucając je do wrzątku. – Nie takie, choć mieliśmy kraby rzeczne. Mówiliśmy na nie kraben, lecz nie miały tak słodkiego mięsa jak te.
Nanya skończyła rąbać drewno i uśmiechnęła się, widząc, jak jej mąż w porę odskoczył od ostrych jak brzytwy krabich szczypiec.
McQuinn raz jeszcze spróbował zagarnąć kilka ostryg, ale bez rezultatu.
– Cholera, miałem nadzieję, że uda się wyłowić parę ostryg, tak jak w zeszłym tygodniu. Nieźle smakowałyby z tymi krabami.
Nanya powiedziała coś do męża w swoim języku. Poelzig wziął od McQuinna grabie, którymi ten zagarniał ostrygi, i podał je żonie.
– Nanya dużo wie o rzekach, spędziła przy wodzie wiele lat. Przy ujściu rzeki zasolenie jest mniejsze, więc ostrygi łatwiej znaleźć bliżej brzegu.
– Niech mnie diabli, jeśli o tym wiedziałem – powiedział McQuinn, mierząc spojrzeniem rosłą kobietę. – Ale czekaj, dziewucho! Co ty...
Nanya zrzuciła buty i od razu wskoczyła prosto do wody. Uśmiechnęła się szeroko do McQuinna, położyła się na wodzie i popłynęła na plecach, z grabiami na piersi. Krzyknęła coś do Poelziga, a ten rzucił jej siatkę.
Niech mnie... pomyślał McQuinn. Nanya podpłynęła jeszcze kawałek, aż wyczuła nogami grunt. Stanęła po pas w wodzie i zaczęła zagrabiać ostrygi, a rzeczny prąd podwinął jej fartuch, odsłaniając nagie pośladki. Tan widok sprawił, że McQuinna zapiekły policzki. Dziesięć minut później wróciła na statek z pełną siatką.
– Muszę przyznać, że wy, Europejczycy, macie rękę do tego, co w wodzie siedzi – powiedział McQuinn i niemal się przewrócił, kiedy Poelzig pomagał wyjść swojej żonie z rzeki.
Ociekająca wodą Nanya weszła na pokład, a przemoczony materiał przylegał do jej ciała, uwydatniając każdy kontur. Moje gały mają dzisiaj używanie, pomyślał kapitan. Zarówno kobieta, jak i Poelzig wydawali się nieświadomi efektu, jaki wywarł na McQuinnie ten widok. Nanya podeszła do stołu, wzięła do ręki nóż i zaczęła otwierać ostrygi.
– Apertiv, kapitanie – powiedział Poelzig. – Po naszemu nazywamy je ustrices. I najlepsze są na surowo, podobno po ich zjedzeniu mężczyzna... no wie pan...
Nanya zachichotała i sprawnie zaczęła otwierać jedną ostrygę po drugiej.
McQuinn starał się oderwać oczy od kobiety.
– Skoro już przy tym jesteśmy, Poelzig, po jakiemu wy mówicie?
– Po czesku, kapitanie – odparł pierwszy oficer i podsunął McQuinnowi pod nos talerz pełen ostryg.
Czesi. McQuinn nic o nich nie wiedział, choć czasem docierały do niego skąpe informacje na ich temat. Wyssał miąższ z kilku ostryg i zapytał:
– A skąd dokładnie jesteście?
– Z regionu zwanego Czechosłowacją. To piękne miejsce, bezprawnie zagarnięte przez kłamliwych władców austriackich, Habsburgów.
Na dźwięk tego słowa, Nanya skrzywiła się i powiedziała:
– Te Habsburgi nie gzić Jude.
Poelzig uśmiechnął się.
– Moja żona chciała powiedzieć, panie kapitanie, że Habsburgowie nie lubią Żydów. Obiecywali tolerancję religijną, gwarantowali ją konstytucją, ale zmuszają nas do życia w gettach. Dlatego przybyliśmy do Ameryki.
– No, to faktycznie zachowanie godne kiepa – powiedział McQuinn, bo naprawdę nie rozumiał podobnych sytuacji. – Dopóki pracujecie uczciwie, przestrzegacie prawa, to jaka to różnica, do kogo się modlicie? Po prawdzie, to ja nawet nie wiem, czym różni się Żyd od protestanta czy katolika i nie powiedziałbym, nawet jakby mnie pod ścianą postawili.
Poelzig przytaknął.
– Ustrices chce, kapitan? – zapytała Nanya i położyła na talerzu jeszcze kilka ostryg.
McQuinn zastanowił się nad tym, co usłyszał, aż wreszcie zrozumiał.
– A tak, oczywiście – odpowiedział i zwrócił się do Poelziga: – No to jednak ta twoja luba trochę angielskiego liznęła.
– Uczy się, panie kapitanie. Dobrze jej to idzie.
Dobrze to ona wygląda, pomyślał McQuinn. Chciało mu się wyć, kiedy Nanya nachyliła się, aby wyciągnąć z siatki jeszcze kilka ostryg. Spojrzał w jej dekolt i zobaczył lśniące, nagie piersi. Aby odciągnąć swoją uwagę od tego widoku, wrócił do poprzedniego tematu:
– Czechy, powiadasz? A możesz powiedzieć, z jakiego miasta jesteście, żebym mógł lepiej skojarzyć?
– Praha – powiedziała Nanya, lecz Poelzig poprawił żonę:
– Irlandczyk powiedziałby: Praga. Tam się urodziliśmy.
Nawet pomimo szumiącej w jego głowie whiskey, McQuinn skojarzył nazwę.
– Co ty nie powiesz... Niech mnie szlag, jeśli nie... – Poderwał się z miejsca. – Zaraz wrócę, niech no tylko zajrzę w papiery...
Wszedł po drabinie do sterówki i przerzucił dokumenty. Kiedy wrócił z powrotem na pokład, Poelzig wyciągał z garnka ugotowane, pomarańczowe kraby. Słońce chyliło się już ku zachodowi. McQuinn zapalił latarnię na rybi olej i położył na stole dokumenty przewozowe.
– Tak myślałem, że już słyszałem o waszym mieście – powiedział rozentuzjazmowany. – O, tutaj. Ładunek zmierzający do Lowensport pochodzi z Pragi.
Kapitan zobaczył jednak, że ta wiadomość wcale nie ucieszyła Poelziga.
– Wiemy o tym, kapitanie. Widzieliśmy stemple na beczkach. Wiemy też, że ludzie zamieszkujący Lowensport wyemigrowali z Pragi.
McQuinn podrapał się po głowie.
– No to trochę zwariowane... Nie chwytam tego, Poelzig. Srasz w spodnie na samą myśl o Lowensport, choć mieszkają tam wyznawcy tej samej religii, a w dodatku pochodzący z twojego miasta! O co chodzi? Co jest takiego strasznego w spotkaniu z Żydami z Pragi? Przecież to tacy sami ludzie, jak i wy!
Poelzig odpowiedział drżącym głosem:
– To nie są Żydzi tacy jak my, kapitanie.
Nanya zmrużyła oczy, wysyczała pojedyncze słowo:
– Kischuph! – odwróciła się i spojrzała bojaźliwie za burtę.
Nie rozgryzę tej dwójki, choćby nie wiem co, pomyślał McQuinn.
– Przepraszam, jeśli powiedziałem coś nie tak.
– Nic się nie stało, kapitanie. – Poelzig postawił na stole miskę z parującymi krabami. – Nanya jest drażliwa, jeśli chodzi o niektóre sprawy. Ujmę to tak: są różne odmiany judaizmu, tak jak istnieją różne odmiany chrześcijaństwa.
McQuinn zaśmiał się.
– Wypiję za to, Poelzig! Spróbuj być katolikiem w przeklętym Kentucky! Teraz rozumiem, o co wam chodzi.
Nanya zdążyła się już otrząsnąć z oburzenia. Odsunęła męża od stołu i zaczęła przygotowywać kraby.
McQuinn wyciągnął ku nim flaszkę.
– Golnijcie sobie. Oboje. Dotarło do mnie, że jeszcze nie widziałem was z butelką.
– Dziękujemy za propozycję, kapitanie – odparł Poelzig – ale nasza wiara nie pochwala spożywania trunków.
– Żydzi nie mogą pić? – zapytał zdziwiony McQuinn.
– To nie tak, panie kapitanie, nie pijemy z wyboru. Wierzymy, że szum w głowie przeszkadza w spotkaniu z En Soph.
– En Soph?
– Z Bogiem – przetłumaczył Poelzig.
McQuinn zmarszczył brwi.
Jeśli to prawda, to ja dzisiaj na pewno nie zobaczę się z Bogiem, pomyślał i pociągnął z piersiówki kolejny łyk.
Oczy Nanyi błysnęły, nachyliła się do męża i wyszeptała mu coś do ucha w ich języku.
– Co tam ona do ciebie gada? – zaśmiał się McQuinn. – Pewnie mówi, że kapitan to typowy, irlandzki opój!
– Oczywiście, że nie, panie kapitanie. Żona jest po prostu ciekawa, co my w ogóle wieziemy do tego Lowensport. Mówiłem jej, że to nie nasza sprawa...
To akurat prawda, gdyż obowiązkiem kapitana było upewnienie się, że ładunek klienta jest bezpieczny, a ujawnienie zawartości mogło prowadzić do kradzieży. A jednak tej parce na pewno mogę ufać, dumał McQuinn. Zdążył poznać ich już dość dobrze.
– No cóż, nie widzę w tym niczego niestosownego. Pewnie jakieś narzędzia albo porcelana... – zajrzał do dokumentów. – Z papierów wynika, że wieziemy do Lowensport dziesięć beczek, z czego w jednej jest marmur, w drugiej cyna. W trzeciej i czwartej... ostrzałki i trzonki do młotków, w kolejnych dwóch miał węglowy...
– To w sumie żadne zaskoczenie – odezwał się Poelzig – w Lowensport działa całkiem spory tartak.
McQuinn skrzywił się.
– Po co jednak sprowadzać te rzeczy z Pragi? Przecież to wszystko da się taniej kupić na miejscu.
– Stal sudecka jest o wiele lepsza, kapitanie. I warta swojej ceny. Z rud wydobytych w naszym kraju. Taki młotek nie wygnie się nawet przy najmocniejszym uderzeniu, a ostrzałki wytrzymają długie lata.
McQuinn nie oponował, choć pokładał więcej wiary w irlandzkiej stali. Przeglądał dalej dokumenty i wreszcie natrafił na coś dziwnego.
– I jeszcze coś... Wygląda na to, że w pozostałych czterech beczkach jest jakaś substancja, ale nie mam pojęcia, co to takiego.
– Sub... stancja? – zapytał Poelzig.
– Nie jestem pewien. – McQuinn wskazał palcem słowo napisane w innym języku niż angielski, wzięte w nawias. – Zobacz, Poelzig. Może to po czesku? Spójrz tylko.
– To słowo to hilna, kapitanie.
Nanya chwyciła męża za rękę i ścisnęła ją mocno.
– Nie!
McQuinna zdziwiła ta nagła reakcja.
– Hilna? A cóż to takiego?
Poelzig odparł z kamienną twarzą:
– To znaczy glina, panie kapitanie. Innymi słowy, w tych czterech beczkach znajduje się glina.


* * *



Nigdy nie zrozumiem tych obcokrajowców, pomyślał kapitan, zastanawiając się, czy powinien otworzyć ładownię. Zachowywali się tak, jakby zobaczyli ducha. Czemu zwyczajna glina z Europy zadziałała na nich jak płachta na byka? Na dodatek Poelzig poprosił go o pozwolenie, by mógł zajrzeć do beczek.
– Poelzig, to niezgodne z przepisami! Nasz klient zapłacił nam za przewiezienie towaru w stanie nienaruszonym!
Poelzig przez moment szukał odpowiednich słów.
– Panie kapitanie, chcielibyśmy jedynie zobaczyć tę glinę. Mogę usprawiedliwić swoją prośbę, jakby to powiedzieć, tęsknotą za ojczyzną. Rozumie mnie pan?
McQuinn uśmiechnął się.
– Acha, chcecie zobaczyć coś, co pochodzi z waszej ojcowizny, tak? Aby ten widok wam serca ogrzał, co?
– Można tak to ująć, panie kapitanie. Gdyby ktoś chciał przewieźć do Ameryki kawałek zamku Blarney pochodzącego z pana kochanej, rodzinnej Irlandii, nie chciałby pan choćby rzucić na niego okiem?
Porównanie wydało się McQuinnowi nieco dziwne, lecz odparł:
– No skoro tak stawiasz sprawę... Pewnie bym chciał.
– Dodam jeszcze, że ten ładunek ma wyjątkowe znaczenie dla każdego czeskiego Żyda...
– Człowieku, przecież to nic innego, jak kupa gliny!
– Dla czeskiego Żyda to o wiele więcej, panie kapitanie. Nie zrozumie pan tego w pełni, bo nie jest pan ani Czechem, ani Żydem.
McQuinn spojrzał na Poelziga i Nanyę stojących w świetle wiszącego wysoko na niebie księżyca. Zewsząd dochodził przyprawiający o ból głowy śpiew cykad. Nawet w tej niecodziennej sytuacji kapitan nie mógł się powstrzymać, aby nie spojrzeć głodnym okiem na gibkie nogi Nanyi, jej krągłości i wydatny biust. Poczuł jednak ukłucie winy i spojrzał prosto w głębokie jak studnie oczy kobiety, które patrzyły na niego z nadzieją i wyczekiwaniem.
– Na Boga, miejmy to już za sobą. Idziemy – powiedział i wyciągnął z kieszeni klucze.
Nanya promieniała, Poelzig westchnął z ulgą. Złapali latarnie i pośpieszyli za McQuinnem do ładowni.
Kapitan otworzył toporną zasuwę. Gdy uchylił drzwi, powitał ich wyraźny ziemisty zapach przemieszany ze zgniłym odorem. Dźwięk ich kroków rozchodził się echem – ładownia była w trzech czwartych pusta. Na tyłach pomieszczenia, w słabym świetle latarni, dostrzegli masywne beczki i ich lśniące, metalowe obręcze. Nie mogę uwierzyć, że na to przystałem, pomyślał McQuinn, podnosząc łom i podchodząc do jednej z ponumerowanych beczek. Na czterech widniały słowa:
VLTAVA
HILNA.
– Vltava? – zapytał McQuinn.
– To Wełtawa, wielka praska rzeka, panie kapitanie – odparł Poelzig, a jego słowa rozbrzmiały echem. – Jak mówią legendy, właśnie stamtąd pochodzi glina.
– Legendy?
A to dopiero. McQuinn podważył łomem wieko jednej z beczek i od razu się cofnął, rażony niewyobrażalnym smrodem.
– Masz swoją glinę, Poelzig. Śmierdzi jak z wychodka!
Lecz Poelzig i Nanya bez wahania podeszli bliżej, zaglądając do środka z szeroko otwartymi oczyma.
– Rozumie pan, kapitanie – zaczął Poelzig – jeśli wierzyć legendom, glina z tej rzeki uratowała niegdyś naszych rodaków w praskim getcie.
– Masz na myśli Żydów? – zapytał skołowany McQuinn. – Wytłumaczysz mi, w jaki sposób kawał śmierdzącej gliny kogokolwiek uratował?
Poelzig uśmiechnął się blado.
– To tylko legenda, panie kapitanie, lecz mówi się, że glina z Wełtawy jest błogosławiona...
Tymczasem Nanya czule wodziła dłońmi po drewnie otwartej beczki.
Poelzig kontynuował:
– Jeśli wierzyć starym podaniom, ludzie bogobojni, czystego serca, mogą czerpać z tej gliny moc.
– Moc z gliny? – wymamrotał McQuinn i pociągnął z flaszki kolejny łyk. – Nie mam zielonego pojęcia, o co ci chodzi.
– Musiałby pan być Żydem, kapitanie... – Poelzig doskoczył do żony, kiedy zobaczył, że Nanya nachyliła się nad beczką i wyciągnęła rękę, aby dotknąć bezbarwnej gliny, lecz zanim zdołała to zrobić, złapał ją za nadgarstek. – Nie wolno tego dotykać ot, tak sobie!
– Ot, tak sobie? – zdziwił się McQuinn. – Przecież to tylko glina! Zwykłe błoto!
Poelzig wydawał się rozbawiony reakcją McQuinna. Nałożył wieczko z powrotem na beczkę.
– O tak, panie kapitanie. Ta glina może dać siłę wierzącemu, lecz tym, którzy wątpią i szydzą, niesie zgubę. Czystą duszę oprószy czernią. Może czynić nie tylko dobro, ale i zło – zaśmiał się Poelzig. – Oczywiście, o ile wierzy pan legendom.
– Dobra, niech będzie – odparł powściągliwie McQuinn. – Zobaczyliście już tę glinę, idziemy.
Kapitan poprowadził małżonków z powrotem na pokład. Wychodząc z ładowni, spojrzał raz jeszcze w kierunku beczek, skrzywił się i zamknął za sobą drzwi.
– Dziękujemy, kapitanie – powiedział Poelzig. – Jesteśmy panu naprawdę wdzięczni.
– No to teraz idźcie i z wdzięcznością połóżcie się spać. Jutro czeka nas naprawdę trudny dzień, a wstajemy o wschodzie.
– Dobranoc, panie kapitanie – powiedział Poelzig, a Nanya ukłoniła się lekko.
Weszli po schodach do swojej kwatery. McQuinn patrzył za nimi, aż zniknęło światło ich latarń.
Co za para, pomyślał McQuinn i upił łyk z flaszki. Glina z jakiejś śmierdzącej rzeczki, a oni zachowują się, jakby to był Święty Graal.
McQuinn podreptał do swojej kajuty i wkrótce zasnął, ukołysany cichym szumem rzeki.


* * *



McQuinn rzucał się niespokojnie na swojej koi. Sen chwycił jego czaszkę w imadło, niczym nieznośne przeziębienie; huczało mu w głowie od bełkotliwych koszmarów. Widział nieprzeniknioną ciemność, przez którą przebijał się z początku trudny do rozpoznania dźwięk miarowych uderzań siekiery w drewno.
Łup... łup... łup...
Następnie usłyszał słowa wymawiane kobiecym głosem, pełne ciepła, a nawet pożądania...
– Goilem!
Łup!
– Kischuph!
Łup!
– Loew!
Łup!
Aż wreszcie sen nabrał wyrazistości; McQuinn jęknął, bowiem ujrzał Nanyę, szaleńczo rąbiącą na pokładzie drwa.
Jezusie... Jaka ona piękna...
Nanyę okrywało jedynie światło księżyca. Mięśnie napięły się pod skórą, wciągnęła brzuch i wypięła pierś, unosząc w górę siekierę i...
Łup!
Ostrze uderzyło w drewno tak mocno, że aż zatrząsł się pokład, a drzazgi poleciały na wszystkie strony.
McQuinn patrzył na nagość kobiety, na skórę obleczoną białawą mgiełką potu, drżące mięśnie i śliczną, zgrabną sylwetkę. Zmierzwione włosy opadały na twarz Nanyi, przez co kapitan widział tylko jej oczy – szeroko otwarte, lecz... martwe.
Nagle kobieta odwróciła ku niemu dziwacznie wykrzywioną twarz. Przerażony McQuinn otworzył powieki i...
Co, do cholery...
Nanya siedziała na nim okrakiem, zupełnie naga. Musiała wkraść się do jego kajuty i zdjąć mu spodnie, gdy spał...
McQuinn od razu zorientował się, co się musiało wydarzyć, bowiem jego ciało było w pełnej gotowości. Kobieta ujeżdżała go, dostrzegł jej stwardniałe sutki i przygryzioną dolną wargę – zupełnie jakby się na niego nadziała.
Przeszywała go martwym spojrzeniem i przy każdym powolnym, wymagającym wysiłku ruchu mamrotała jakieś słowa...
– Kischuph...
McQuinn przesunął dłońmi po jej udach i biodrach...
– Loew...
Przesunął palcami po jej sterczących sutkach...
– Goilem...
Co ja wyrabiam, pomyślał. To żona innego mężczyzny, ale...
Zanim zdołał rozstrzygnąć tę kwestię zgodnie z własnym poczuciem moralności, podniecenie wzięło górę. Czy można było go za to winić? Przecież to ona go uwiodła, nie miał nawet szansy zaprotestować...
– Na Boga, kobieto! Nie masz szacunku dla swojego męża?
Musiała jakoś wyczuć impuls, który kazał McQuinnowi ją z siebie zrzucić. Spojrzała na niego mętnymi oczami, a spomiędzy kołtunów wyzierał złowieszczy uśmiech. Nagle jej powolne ruchy nabrały szaleńczego wręcz pędu, ujeżdżała go jak dzikie zwierzę, aż trzęsła się cała koja. McQuinn zazgrzytał zębami, gdy poczuł jak wagina Nanyi zaciska się na jego członku, wiedział, że długo nie wytrzyma...
Przeszył go dreszcz orgazmu i miał nadzieję, że nie krzyknął zbyt głośno.
Boże mój!
Gdyby Poelzig się obudził i przyszedł tutaj, aby sprawdzić przyczynę hałasu, co mógłby mu powiedzieć?
Nanya westchnęła i podniosła głowę, spoglądając na belki sufitu. Za jej plecami zamigotało światło i McQuinn przestraszył się, że to Poelzig, lecz przypomniał sobie, iż nie zgasił swojej latarni.
I wtedy zobaczył...
– Cóż to takiego...
Nanya miała coś na brzuchu, jakiś okrągły bohomaz. Nad nim widniały nieco mniejsze, o podobnym kształcie, tworząc niewyraźny wzór – zupełnie jakby ktoś malował po jej skórze palcami.
– Co to jest, kobieto? – zapytał.
Policzył, że na brzuchu Nanyi znajduje się dziesięć niby-okręgów, które tworzą wzór, a jedenasty, większy, namalowano wokół jej pępka. McQuinn dotknął jednego z nich i poczuł, że malunek jest jeszcze mokry, lepki, do tego ziarnisty.
I nagle zrozumiał.
– Ty durna suko! To ta glina, tak? Babrałaś się w tej cholernej glinie! – wykrzyknął i zrzucił z siebie kobietę. Naciągnął spodnie i wybiegł na pokład z latarnią w ręce.
Odprowadzał go dochodzący z kajuty śmiech.
Co powiem klientowi, jeśli uszkodziła jego towar?
McQuinn stąpał ciężko po deskach. Zaklął pod nosem, gdy zobaczył, że zasuwkę na drzwiach ładowni potraktowano ciosem siekiery.
Niech to licho!
– Poelzig! – zawołał. – Zbieraj dupę z wyra i chodź tutaj!
Zaskoczone nagłym hałasem mewy zaskrzeczały gdzieś w oddali.
Kapitan wpadł do ładowni.
Dzięki Bogu!
Tylko jedna beczka została otwarta. Podszedł do niej i zajrzał do środka, przyświecając sobie latarnią. Na mokrej glinie widniały ślady palców tej wariatki, lecz to wszystko. Podniósł z podłogi wieko, aby zamknąć beczkę.
Łup!
McQuinn krzyknął, gdy ostrze siekiery uderzyło w trzymane przez niego wieko, rozłupując je na kawałki.
Łup!
Nanya ponownie opuściła siekierę, celując w ramię kapitana, lecz chybiła o cal. Ostrze utknęło w drewnie beczki.
– Zwariowałaś! – wykrzyknął i przebiegł obok niej.
Nanya nadal próbowała wyciągnąć mordercze narzędzie.
– Poelzig! Poelzig! Obudź się, człowieku!
Panika zdążyła już zanieść McQuinna na schody, latarnia dzwoniła mu w ręce. Wpadł wreszcie do kajuty dla załogi.
– Ogłuchłeś, Poelzig? Na Boga, obudź się! Twoja żona oszalała!
Żadnego odzewu.
McQuinn uniósł latarnię w górę i zobaczył, że koja jest pusta.
Za to coś leżało na podłodze.
Na środku kajuty zobaczył Poelziga, a raczej to, co z niego zostało. Deski błyszczały od świeżej krwi. Poelzig został przecięty, a raczej przerąbany na pół – od krocza aż do czubka głowy.
McQuinn cofnął się o krok, próbując zebrać myśli.
Pistolet! Cholera, został w kajucie. Muszę...
Było już jednak zbyt późno.
Gdy odwrócił się w stronę drzwi, aby pobiec z powrotem do swojej kajuty...
Łup!
Umazana gliną kobieta zatopiła ostrze siekiery prosto w jego przerażonej twarzy.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2012-08-23 (835 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej