Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Świat Dysku. Mappa
 
Katalog - dodano
 Piękna krew
- Lucius Shepard
 Immersja
- Erick Pol
 Jadowity miecz
- Rafał Dębski
 Zabójcze maszyny
- Philip Reeve
 Ostatnie konklawe
- Marcin Wolski
 
- skomentowano
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 

''Istoty Chaosu'' - Kami Garcia, Margaret Stohl



Przedtem

Cukier i sól



To zabawne, jak w Gatlin rzeczy dobre powiązane są ze złymi. Czasem trudno wręcz odróżnić jedne od drugich. Tak czy inaczej, cukier miesza ci się z solą, a za każdym pocałunkiem kryje się kopniak, jak by to ujęła Amma.
Nie wiem, czy tak jest wszędzie. Znam tylko Gatlin. I wiem, że kiedy usiadłem z powrotem na swoim starym miejscu w kościelnej ławce obok Sióstr, jedyne plotki, jakie krążyły razem z tacą po kościele, dotyczyły tego, że w Bluebird Café przestali podawać zupę hamburgerową i że akurat kończył się sezon na placki brzoskwiniowe. I jeszcze, że jacyś chuligani ukradli huśtawkę zrobioną z opony, która wisiała na starym dębie w parku Generała. Połowa parafii wychodziła już powoli wyłożonymi dywanami nawami kościoła. Panie miały na nogach buty, które moja mama zwykła nazywać „charytatywnymi”. Widok tych wszystkich napuchniętych, fioletowych kolan sprawiał wrażenie, jakby całe morze nóg wstrzymywało oddech. Ja w każdym razie to zrobiłem.
Ludzie wychodzili, ale Siostry się nie ruszały. Każda z nich wciąż w jednej dłoni ściskała śpiewnik otwarty na niewłaściwej stronie, a z drugiej ręki, poznaczonej plamami starości, wystawała ulubiona chusteczka do nosa, niczym rozkwitła róża. Nic nie mogło powstrzymać staruszek przed śpiewaniem, głośno i przejmująco, tak by przekrzyczeć dwie pozostałe. Poza ciocią Prue. Raz na trzysta dźwięków trafiała w jakieś trzy nuty właściwej melodii, ale nikomu to nie przeszkadzało. Niektóre rzeczy nigdy się nie zmieniają i być może nie powinny. Niektóre, jak na przykład ciocia Prue, po prostu musiały być inne.
Zdawało się, że lato po prostu się nie wydarzyło i że byliśmy zupełnie bezpieczni w tych kościelnych murach. Jakby nic, oprócz jasnych promieni słońca wpadających przez przybrudzone szyby, nie mogło dostać się do środka. Żaden Abraham Ravenwood albo Hunting i jego krwawe stado, ani matka Leny, Sarafine, nawet sam diabeł. Każdego powstrzymałaby uduchowiona gościnność parafianek z ich programem nabożeństwa. A gdyby komuś udało się tu wtargnąć, pastor dalej głosiłby swoje kazanie, a chór by śpiewał nieprzerwanie. Bo nic, prócz samej Apokalipsy, nie mogłoby odciągnąć mieszkańców Gatlin od kościoła, ani od plotkowania o sobie nawzajem.
Jednak poza murami kościoła tego lata zmieniło się wszystko, zarówno w świecie Obdarzonych, jak i śmiertelników, nawet jeśli ludność Gatlin nie miała o tym żadnego pojęcia. Lena naznaczyła się jednocześnie Światłem i Ciemnością i przepołowiła siedemnasty księżyc. Bitwa między Istotami Ciemności a Istotami Światła przyniosła śmierć jednej i drugiej stronie, a także otworzyła w porządku rzeczy szczelinę wielkości Wielkiego Kanionu. W świecie Obdarzonych czyn Leny można było porównać do rozbicia tablic z dziesięcioma przykazaniami. Zastanawiałem się, co powiedzieliby mieszkańcy Gatlin, gdyby się o tym wszystkim dowiedzieli, choć miałem nadzieję, że to nigdy nie nastąpi.
To miasteczko przyprawiało mnie niegdyś o klaustrofobię i szczerze go nienawidziłem. Teraz jednak stało mi się bliskie, mógłbym zapewne nawet za nim tęsknić. I ten dzień nadchodził. Nikt nie wiedział o tym lepiej ode mnie.
Cukier i sól, i całusy, i kopniaki. Dziewczyna, którą kochałem, wróciła do mnie i zniszczyła nasz świat. Właśnie to wydarzyło się tego lata.
Doczekaliśmy końca zupy hamburgerowej, placka brzoskwiniowego i huśtawki z opony. Ale byliśmy też świadkami początku czegoś innego.
Początku końca świata.



Siódmy września

Linkub



Stałem na szczycie białej wieży wodnej, a słońce ogrzewało mi plecy. Mój bezgłowy cień padał na rozgrzany pomalowany metal i znikał gdzieś poza jego krawędzią. Widziałem Summerville rozciągające się przede mną aż do jeziora, między drogą numer 9 a Gatlin. To było nasze szczęśliwe miejsce, moje i Leny. Przynajmniej jedno z takich miejsc. Ja jednak wcale nie czułem się szczęśliwy, raczej miałem wrażenie, że za moment zwymiotuję.
Miałem łzy w oczach, ale nie wiedziałem dlaczego. Być może przez światło.
Chodź wreszcie. Już czas.
Na zmianę zaciskałem i rozluźniałem pięści. Wpatrywałem się w malutkie domy, malutkie samochody i malutkich ludzi, czekając, aż to się wydarzy. żołądek skręcał mi się w oczekiwaniu, trudnym i strasznym. Wreszcie znajome ramiona wbiły się w moje ciało, wycisnęły powietrze z płuc i przyciągnęły mnie do metalowej drabiny. Uderzyłem szczęką w poręcz, potknąłem się. Skoczyłem do przodu, próbując go zrzucić.
Kim jesteś?
Ale im bardziej się miotałem, tym mocniej uderzał. Kolejny cios wylądował na moim brzuchu, zginając mnie wpół. Wtedy je zobaczyłem.
Jego czarne buty. Były tak stare i znoszone, że mogłyby być moje.
Czego chcesz?
Nie czekałem na odpowiedź. Chwyciłem go za gardło, a on zrobił to samo. Wtedy zobaczyłem jego twarz i wszystko zrozumiałem.
Był mną.
Kiedy tak wpatrywaliśmy się sobie nawzajem w oczy i ściskaliśmy się za gardła, potoczyliśmy się po brzegu dachu wieży i spadliśmy.
Przez całą drogę w dół towarzyszyła mi tylko jedna myśl.
Nareszcie.

Moja głowa uderzyła o podłogę z głośnym łomotem, a zaraz za nią podążyła reszta zaplątanego w pościel ciała. Próbowałem otworzyć oczy, ale wciąż były zamglone snem. Czekałem, aż opuści mnie panika.
Kiedyś w snach próbowałem powstrzymać Lenę przed upadkiem. Teraz to ja leciałem w dół. Co to mogło oznaczać? I dlaczego budziłem się z poczuciem, że już spadłem?
–Ethanie Lawsonie Wate! Co ty, na rany Chrystusa, wyprawiasz?! – Amma była zdolna krzyknąć w naprawdę osobliwy sposób. Mój tata mawiał, że takim głosem potrafiła wyciągnąć kogoś z samego Hadesu.
Otworzyłem oczy, ale zobaczyłem tylko samotną skarpetę, pająka idącego ścieżką pośród kurzu i kilka zaczytanych książek z podniszczonymi grzbietami.Paragraf 22, Gra Endera, Outsiderzy* i parę innych – wspaniałe widoki spod mojego łóżka.
Nic, zamykałem tylko okno. – Spojrzałem na nie, ale go nie zamknąłem. Od dawna spałem przy otwartym oknie, od czasu kiedy zginął Macon. Przynajmniej wtedy sądziliśmy, że zginął. Nawyk pozostawiania otwartego okna działał uspokajająco. Większość ludzi czuje się bezpieczniej z pozamykanymi oknami, lecz ja już wiedziałem, że zamykanie ich nie uchroni mnie przed rzeczami, których się obawiałem. Nie powstrzymałoby Istoty Ciemności ani inkuba krwi.
Nie byłem pewien, czy cokolwiek mogło je powstrzymać.
Ale jeśli istniał na to jakiś sposób, Macon wydawał się zdeterminowany, by go znaleźć. Prawie go nie widywałem od powrotu z Wielkiej Bariery. I tak ciągle siedział w tunelach albo pracował nad ochronnym zaklęciem, które rzucał na Ravenwood. Po siedemnastym księżycu, kiedy to porządek rzeczy – delikatna równowaga świata Obdarzonych – został zniszczony, dom Leny stał się fortecą samotności. A Amma wznosiła w naszym domu swoją własną fortecę samotności, czy też fortecę przesądów, jak nazywał to Link. Ale dla Ammy były to jedynie „środki zapobiegawcze”. Na każdym parapecie usypała linię z soli i używając starej drabiny taty, na wszystkich gałęziach krzewu lagerstremii przed naszym domem powiesiła do góry dnem poobtłukiwane szklane butelki. W Wader’s Creek takie butelkowe drzewa nie były niczym dziwnym. Teraz, gdy tylko spotykałem mamę Linka w Stop & Steal, pytała z przekąsem:
– I jak? Złapaliście już jakieś złe duchy w te swoje butelki?
Szkoda, że nie złapaliśmy ciebie, to chciałem powiedzieć. Pani Lincoln upchnięta w zakurzoną, brązową butelkę po coli. Nie byłem pewien,czy jakiekolwiek drzewo butelkowe byłoby w stanie to udźwignąć.
Ale teraz jedyną rzeczą, którą chciałem złapać, była odrobina świeżego powietrza. Kiedy oparłem się o starą drewnianą ramę łóżka, zalała mnie fala gorąca – gruba i dusząca niczym koc, którego nie da się zrzucić. Niezmordowane słońce Karoliny Południowej odpuszczało zazwyczaj odrobinę we wrześniu, ale nie dzisiaj.
Potarłem guza na czole i poczłapałem pod prysznic. Puściłem zimną wodę. Pozwoliłem jej płynąć przez jakąś minutę, ale wciąż była ciepła.
Pięć razy z rzędu. Wypadałem z łóżka przez pięć kolejnych poranków i wciąż bałem się powiedzieć Ammie, że mam koszmary. Kto mógł przewidzieć, co tym razem powiesiłaby na naszej starej lagerstremii? Po tym wszystkim, co się wydarzyło w lecie, Amma wsiadła na mnie jak orlica broniąca swego gniazda. Po każdym wyjściu z domu prawie fizycznie wyczuwałem jej cień za sobą, jakbym miał swoją osobistą Widzącą, ducha, przed którym nie mogłem uciec.
Ledwie to wytrzymywałem. Musiałem uwierzyć, że czasem koszmar jest po prostu koszmarem.
Poczułem zapach smażonego bekonu i odkręciłem jeszcze bardziej kurek wody. W końcu popłynęła zimna. Dopiero gdy się wycierałem, zorientowałem się, że okno samo się zamknęło.

– Pospiesz się, Śpiąca Królewno. Jestem gotów zmierzyć się z książkami – usłyszałem Linka, jeszcze zanim go zobaczyłem, ale ledwo roz poznałem jego głos. Był niższy, takim głosem mógł mówić mężczyzna,anie koleś, którego specjalnością było walenie w bębny i pisanie zdecydowanie kiepskich piosenek.
– Taa... Na pewno jesteś na coś gotów, ale tym czymś raczej nie są książki. – Usiadłem na krześle obok niego przy naszym odrapanym kuchennym stole. Link urósł tak bardzo, że wyglądał, jakby siedział na jednym z tych malutkich plastikowych krzesełek ze szkoły podstawowej. – Od kiedy to nie spóźniasz się do szkoły?
Przy kuchni Amma pociągnęła nosem. Jedną rękę oparła na biodrze, a drugą mieszała jajecznicę Jednooką Grośbą – drewnianą łyżką sprawiedliwości.
– Dzień dobry, Ammo. – Czułem, że zaraz mi się dostanie. Widać to było ze sposobu, w jaki przekrzywiła biodra, tak że jedno znalazło się wyżej od drugiego. Wyglądała jak naładowany pistolet.
– Zdaje się, że mamy już prawie popołudnie. Najwyższy czas, żebyś zdecydował się do nas dołączyć.
Mimo że stała przy rozgrzanej kuchni w jeszcze gorętszy dzień, nie spociła się nawet odrobinę. Byle upał nie potrafił choćby odrobinę zakłócić codziennych rytuałów Ammy. Wyraz jej oczu przypomniał mi o tym,kiedy wrzuciła na mój biało-niebieski talerz jajecznicę zrobioną chyba z jajek z całego kurnika. Im większe śniadanie, tym lepszy dzień, przynajmniej według Ammy. W tym tempie w okolicach matury będę wielkim biszkoptem pływającym w tłustej fryturze. Tuzin jaj na moim talerzu nie pozostawiał żadnych złudzeń. Naprawdę nadszedł pierwszy dzień szkoły.
Jakiś czas temu raczej bym się nie spodziewał, że nie będę mógł się doczekać powrotu do Jackson High. W zeszłym roku wszyscy moi tak zwani przyjaciele, nie licząc Linka, traktowali mnie jak śmiecia. Ale teraz, prawdę mówiąc, każdy pretekst był dobry, żeby wyjść z domu.
– Zjedz wszystko, Ethanie Wate. – Na talerzu wylądował tost, a tuż obok pojawił się bekon, co przypieczętowała łycha kukurydzy w maśle. Amma wyłożyła podkładkę dla Linka, ale nie było na niej talerza ani szklanki. Wiedziała, że Link nie tknie jej jajek ani niczego innego, co wyczarowała w kuchni.
Nawet Amma nie mogła nam powiedzieć, do czego był teraz zdolny. Tego nie wiedział nikt, a już na pewno nie Link. Nawet jeśli John Breed był hybrydą Obdarzonego i inkuba, to Link nie musiał odziedziczyć po nim wszystkich zdolności. Z tego, co mówił Macon, Link był dla inkubów odpowiednikiem dalekiego kuzyna z Południa, na którego wpada się co kilka lat na jakimś weselu lub pogrzebie i zapomina się jego imienia.
Link wyciągnął leniwie ręce nad głową. Drewniane krzesło skrzypnęło pod jego ciężarem.
– To było długie lato, Wate. Jestem gotów na powrót do gry.
Przełknąłem łyżkę kukurydzy, ale mało brakowało, żebym ją wypluł.
Smakowała dziwnie sucho. W całym swoim życiu Amma nie przygotowała tak kiepskiej kukurydzy. Może to była kwestia gorąca.
– A może spytasz Ridley, jak się czuje, i potem pogadamy jeszcze raz?
Skrzywił się. Zrozumiałem, że ten temat już się pojawił.
– Zaczynamy właśnie przedostatnią klasę, a ja jestem jedynym Linkubem w Jackson. Pełen czaru i to bez umiaru. Mam piękne ciałko i...
– I co? Jakiś rym do „ciałko”? „Lubię bawić się pralką”? „Ty tępa pałko”? – Zaśmiałbym się, ale nie dałbym wtedy rady przełknąć kukurydzy.
– Oj, wiesz, co miałem na myśli.
Wiedziałem. Było w tym naprawdę sporo ironii. Jego od-czasu-do--czasu-dziewczyna, kuzynka Leny, Ridley, była kiedyś syreną. I w każdej chwili mogła sprawić, by facet zrobił wszystko, czego sobie zażyczyła,gdziekolwiek się znalazł. W każdym razie dopóki Sarafine nie odebrała jej mocy i nie zmieniła Ridley w śmiertelniczkę ledwie kilka dni przed tym, jak Link stał się częściowo inkubem. Na własne oczy widzieliśmy początek jego przemiany po ugryzieniu.
Nieprzyzwoicie tłuste sterczące włosy Linka stały się nieprzyzwoicie fajnymi tłustymi i sterczącymi włosami. Nabrał mięśni, bicepsy napuchły mu jak skrzydełka do nauki pływania, które matka kazała mu nosić jeszcze długo po tym, jak nauczył się utrzymywać na wodzie. Wyglądał teraz jak koleś z prawdziwego rockowego zespołu, a nie jak ktoś, kto tylko marzy o tym, by grać rocka.
– Nie zadzierałbym z Ridley. Może i nie ma już syrenich mocy, ale wciąż jest groźna. – Zebrałem kukurydzę i jajka na tosta, w środek wcisnąłem bekon i zrolowałem wszystko w jedną kanapkę.
Link spojrzał na mnie, jakby miał zaraz zwymiotować. Odkąd stał się inkubem, jedzenie straciło dla niego swój urok.
– Stary, nie zadzieram z Ridley. Jestem głupi, ale nie aż tak.
Zaczynałem w to wątpić. Wzruszyłem ramionami i wepchnąłem sobie pół kanapki do ust. Ona też dziwnie smakowała. Pewnie dodałem za mało bekonu.
Zanim zdołałem mu odpowiedzieć, na moje ramię spadła jakaś dłoń. Podskoczyłem z wrażenia. Przez chwilę myślałem, że jestem z powrotem na szczycie wieży wodnej z mojego snu i przygotowałem się na atak. Ale to była tylko Amma, gotowa do wygłoszenia swojego zwykłego wykładu na początek roku szkolnego. Tak mi się przynajmniej wydawało. Powinienem był zauważyć czerwony sznurek obwiązany wokół jej nadgarstka. Nowy amulet oznaczał, że dzieje się coś niedobrego.
– Nie wiem, co wy sobie myślicie, chłopcy, siedząc tu jak gdyby nigdy nic. Nic się jeszcze nie skończyło. Ani ten księżyc, ani upały, ani cały ten bałagan z Abrahamem Ravenwoodem. Wy dwaj zachowujecie się, jakby wszystko było załatwione, kurtyna opadła i czas wychodzić z kina. – Ściszyła głos. – No to jesteście w błędzie, wielkim jak dzwon kościelny. Wszystko ma swoje konsekwencje, a my jeszcze nie widzieliśmy nawet połowy z nich.
Wiedziałem co nieco o konsekwencjach. Gdziekolwiek spojrzałem,natykałem się na jakieś, nieważne, jak bym się starał ich nie widzieć.
– To znaczy? – Link powinien trzymać gębę na kłódkę, kiedy Amma była w ponurym nastroju.
Chwyciła go mocniej za koszulkę, przyprawiając naprasowankę Black Sabbath o kilka nowych pęknięć.
– Trzymaj się blisko mojego chłopca. W twoich żyłach płyną teraz kłopoty i jest mi po stokroć przykro z tego powodu. Jednak właśnie to może was powstrzymać przed wpadaniem w kolejne tarapaty, głuptasy. Słyszysz mnie, Wesleyu Jeffersonie Lincolnie?
– Tak, pszepani. – Link przestraszony skinął głową.
Spojrzałem na Ammę ze swojej strony stołu. Wciąż nie rozluśniła uścisku, w który złapała Linka, a i mnie raczej nie miała zamiaru puścić zbyt szybko.
– Ammo, nie nakręcaj się. To po prostu pierwszy dzień szkoły. W porównaniu z tym, przez co przeszliśmy, to pestka. Żadne wścieki, inkubyani demony nie biegają przecież po Jackson High.
Link odchrząknął.
– Cóż, to nie do końca prawda. – Próbował się uśmiechnąć, ale Amma wykręciła jego T-shirt jeszcze bardziej i nie puszczała, aż Link musiał wstać z krzesła. – Au!
– Myślisz, że to zabawne? – Tym razem Link miał dość rozumu, by trzymać język za zębami. Amma zwróciła się do mnie. – Byłam przy tobie, kiedy straciłeś pierwszy ząb w tamtym jabłku i kiedy przegrałeś swój pierwszy mecz. Dmuchałam ci wydmuszki i posypywałam cukrem pudrem setki urodzinowych babeczek. Nie powiedziałam ani słowa, kiedy twoja kolekcja wody wyparowała, tak jak cię uprzedzałam.
– Zgadza się. – To była prawda. Amma była ze mną przez całe życie. Także wtedy, kiedy zmarła mama, prawie półtora roku temu. I kiedy tata się przez to pogubił.
Puściła koszulkę Linka tak nagle, jak ją chwyciła, wygładziła fartuch i ściszyła głos. Cokolwiek wywołało tę burzę, już minęło. Może to przez upał. Dawał się nam wszystkim we znaki.
Wyjrzała przez okno ponad naszymi głowami.
– Byłam tu, Ethanie Wate. I będę tak długo jak ty. Tak długo, jak mnie będziesz potrzebował. Ani minuty krócej. I ani minuty dłużej.
Co to miało znaczyć? Amma nigdy przedtem tak do mnie nie mówiła. Jakby miał nadejść kiedyś czas, kiedy opuszczę to miejsce, albo kiedy ona uzna, że nie potrzebuję już jej opieki.
– Wiem, Ammo.
– Spójrz mi w oczy i powiedz, że nie jesteś tak przerażony jak ja, do imentu – powiedziała bardzo cicho, prawie szeptem.
– Wróciliśmy cali i zdrowi. Tylko to się liczy. Z resztą też sobie jakoś poradzimy.
– To nie takie proste – wciąż mówiła tak cicho, jakbyśmy byli w pierwszym rzędzie w kościele. – Skup się. Czy cokolwiek, choć jedna rzecz,wydaje ci się taka sama, odkąd wróciliśmy do Gatlin?
Link podrapał się po głowie.
– Pszepani, jeśli martwi się pani o Ethana i Lenę, to obiecuję, że tak długo, jak będę w pobliżu z moją supersiłą, nic im się nie stanie. – Naprężył z dumą biceps.
– Wesleyu Lincolnie – parsknęła. – Nie rozumiesz? Tego, o czym mówię, nie jesteś w stanie powstrzymać, tak jak nie możesz powstrzymać nieba przed spadnięciem nam na głowy.
Upiłem łyk mleka czekoladowego i prawie wyplułem wszystko na stół. Było za słodkie, cukier wręcz obklejał mi gardło jak syrop na kaszel. Niedobre jak jajka, które smakowały raczej jak wełna. I kukurydza, która przypominała piasek.
Wszystko dzisiaj wydawało się nie takie. Wszystko i wszyscy.
– Co jest nie tak z mlekiem, Ammo?
– Nie mam pojęcia, Ethanie Wate. – Pokręciła głową. – A co jest nie tak z twoim czołem?
Chciałbym wiedzieć.
Kiedy już wyszliśmy i załadowaliśmy się do Rzęcha, odwróciłem się,żeby spojrzeć jeszcze raz na mój dom. Nie wiem dlaczego. Amma stała w oknie, między zasłonami, i patrzyła, jak odjeżdżam. I gdybym nie znał jej lepiej, mógłbym przysiąc, że płakała.

-------------------------------------------------------------
* Outsiderzy  – lektura szkolna w USA, autorstwa Susan E. Hinton. Jest to opowieść o młodym chłopaku uwikłanym w wojnę osiedlowych gangów. Nie zrażajcie się tym, że to lektura – to kawałek naprawdę fajnej literatury! (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza)









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2012-10-19 (825 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej