Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Oko Jelenia. Pan Wilków
 
Katalog - dodano
 Wrota Abaddona
- James S. A. Corey
 W ogniu walki
- Marko Kloos
 Mass Effect: Andromeda. Inicjacja
- N.K. Jemisin i Mac Walters
 Dynia i jemioła. Nietypowe historie świąteczne
- Aneta Jadowska
 Nemezis
- James Swallow
 
- skomentowano
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Wróżbiarze'' - Libba Bray



PÓŹNE LATO, WIECZÓR



W domu w Upper East Side, modnej dzielnicy Manhattanu, palą się wszystkie światła. Trwa przyjęcie, ostatnie tego lata. Na tarasie, z którego można oglądać wspaniałą panoramę Manhattanu, orkiestra zrobiła sobie niezbędną przerwę. Jest dziesiąta trzydzieści. Przyjęcie trwa od ósmej, a goście są już znudzeni. Modne debiutantki w pastelowych szyfonowych sukniach osuwają się na skórzane fotele jak zmrożone ptifurki roztapiające się w lipcowym słońcu. Pewny siebie student drugiego roku Princeton chce, by przyjaciele poszli z nim do Greenwich Village, do nielegalnego lokalu z alkoholem, o którym słyszał od znajomego znajomego.
Gospodyni, śliczna i zepsuta młoda dama, z niejakim niepokojem spostrzega zniecierpliwienie gości. To jej osiemnaste urodziny i jeśli nie zrobi czegoś, by wskrzesić to przyjęcie, przez wiele kolejnych dni wszyscy będą plotkować, że zorganizowane przez nią spotkanie było równie nudne jak herbatka w kościele.
Wskrzesić.
W poprzedni weekend została zmuszona, by udać się z matką w głąb stanu na poszukiwanie antyków – zupełnie koszmarne zadanie, aż natrafiły na starą tabliczkę ouija. Tabliczki ouija to ostatni krzyk mody; jasnowidze twierdzą, że dzięki „gadającej tabliczce” pana Fulda otrzymują wiadomości i ostrzeżenia z drugiej strony. Handlarz antykami wciskał jej matce, jak to natrafił na nią w tajemniczych okolicznościach.
– Powiadają, że jest nawiedzona przez niespokojne duchy. Ale może pani i pani siostrze uda się nad nią zapanować? – powiedział z przesadnym pochlebstwem.
Naturalnie, matka je łyknęła i w efekcie zapłaciła stanowczo za dużo. Cóż, dziewczyna miała zamiar sprawić, by błąd matki przyniósł jej teraz korzyść.
Gospodyni biegnie do przedpokoju i gestem wzywa służącą.
– Bądź tak kochana i zdejmij to.
Pokojówka potrząsa głową, zdejmując tabliczkę.
– Panienka nie powinna się tym bawić.
– Nie bądź głupia. To prymitywne.
Z wdzięcznym piruetem godnym Clary Bow gospodyni wpada do salonu, unosząc tabliczkę ouija.
– Kto chce się porozumieć z duchami?
Chichocze, by pokazać, że nie traktuje tego w najmniejszym stopniu poważnie. W końcu jest nowoczesną dziewczyną, aż do szpiku kości.
Znudzone dziewczęta zrywają się z foteli.
– Co ty tu masz? Czy to ta tabliczka łidżi? – pyta jedna z nich.
– Urocza jest, nie sądzicie? Matka mi ją kupiła. Podobno jest nawiedzona – stwierdza gospodyni ze śmiechem. – Oczywiście, ja w to nie wierzę. – Dziewczyna umieszcza pośrodku tabliczki deseczkę dla medium w kształcie serca. – Wyczarujmy trochę zabawy, co?
Wszyscy zbierają się dookoła. George przysuwa się do niej. Jest studentem przedostatniego roku na Yale. Wiele nocy spędziła, leżąc bezsennie na łóżku i wyobrażając sobie wspólną przyszłość.
– Kto chce zacząć? – pyta, zbliżając palce do jego dłoni.
– Ja – ogłasza chłopak w absurdalnym fezie.
Nie pamięta jego imienia, ale słyszała, że ma w zwyczaju zapraszać dziewczęta na tylne siedzenie samochodu na seans macanek. Przymyka oczy i kładzie palce na deseczce.
– Pytanie do wieków. Czy dama po mojej prawej jest we mnie szaleńczo zakochana?
Dziewczęta piszczą, a chłopcy śmieją się, gdy deseczka powoli odpowiada T-A-K.
– Kłamiesz! – sprzeciwia się wzmiankowana dama, spoglądając ze złością na deseczkę ze szklanym kółkiem w środku.
– Nie walcz z tym, kochanie. Mogłabyś mnie dostać całkiem tanio – mówi chłopiec.
Atmosfera się poprawia, pytania stają się coraz odważniejsze. Upili się dżinem, dobrą zabawą i głupiutką rozrywką przepowiadania przyszłości. „Każdego ranka, każdego wieczoru, czyż się nie bawimy”, jak głosiła popularna piosenka Ain’t we got fun.
– Wywołajmy prawdziwego ducha – proponuje George.
Gospodyni czuje ściskanie w żołądku z ekscytacji i niepokoju. Handlarz antykami zalecał rozwagę. Ostrzegał, że przyzwane duchy muszą później zostać odesłane poprzez zerwanie połączenia, wypowiedzenie pożegnania. Ale też opowiadał tę historyjkę, żeby lepiej sprzedać swój towar, a poza tym mamy rok 1926 – kto wierzy w nawiedzenia i chochliki, skoro mamy samochody, samoloty, Cotton Club i ludzi takich jak Jake Marlowe, którzy rozwijają amerykański przemysł?
– Nie mów mi, że się boisz.
George uśmiecha się złośliwie. Ma okrutne usta. To czyni go jeszcze bardziej godnym pożądania.
– Boję się czego?
– Że skończy się nam dżin! – żartuje chłopiec w fezie i wszyscy się śmieją.
George szepce jej do ucha.
– Ochronię cię.
Kładzie dłoń na jej plecach.
Ach, to z pewnością najwspanialsza noc na świecie.
– Przyzywamy ducha tej tabliczki, by posłuchał naszego wezwania i przepowiedział naszą przyszłość! – Deklamację gospodyni przerywają ataki śmiechu. – Musisz być posłuszny,
duchu!
Przez chwilę nic się nie dzieje, a później deseczka zaczyna powolną podróż po wypisanym gotycką czcionką alfabecie, tworząc słowo.
W-I-T-A-M.
– To duch – rzuca ktoś.
– Jak się nazywasz, o duchu? – pyta gospodyni.
P-A-S-K-U-D-N-Y-J-O-H-N.
George unosi brew.
– Podoba mi się to imię. Dlaczego jesteś tak paskudny, staruszku?
Z-O-B-A-C-Z-Y-C-I-E.
– Zobaczymy co?

Bezruch.
– Chcę potańczyć! Chodźmy do Moonglow – bełkocze jedna z dziewcząt, podpita i nadąsana. – Kiedy wraca zespół?
– Za chwilę. Nie denerwuj się – mówi gospodyni ze śmiechem, lecz kryje się w nim ostrzeżenie. – Spróbujmy zadać inne pytanie. Czy masz dla nas proroctwo, Paskudny Johnie? Przepowiednię?
Posyła przebiegłe spojrzenie George’owi.
Deseczka nie rusza się.
– Powiedz nam coś jeszcze, dobrze?
W końcu na tabliczce zaczyna się ruch.
– Nauczę... was... strachu – czyta gospodyni.
– Brzmi prawie jak dyrektor szkoły Choate – żartuje chłopiec w fezie. – A jak to zrobisz, staruszku?
S-T-O-J-Ę-U-D-RZ-W-I-I-K-O-Ł-A-C-Z-Ę.
J-E-S-T-E-M-B-E-S-T-I-Ą.
S-T-A-R-O-Ż-Y-T-N-Y-M-S-M-O-K-I-E-M.
– Co to ma znaczyć? – szepce pijana dziewczyna. Cofa się lekko.
– To nic nie znaczy. To bełkot. – Gospodyni łaje gościa, ale boi się. Zwraca się w stronę chłopaka słynącego z robienia dowcipów. – Sprawiasz, że to mówi!
– Wcale nie. Przysięgam! – mówi, unosząc palec wskazujący do serca.
– Dlaczego tu jesteś, staruszku? – pyta George.
Deseczka porusza się tak szybko, że z trudem nadążają.
M-A-M-K-L-U-C-Z-E-Ś-M-I-E-R-C-I-I-O-T-C-H-Ł-A-N-I.
N-A-D-C-H-O-D-Z-I-D-Z-I-E-Ń-G-N-I-E-W-U-A-R-M-A-G-E-D-D-O-N-N-I-E-R-Z-Ą-D-N-I-C-A-B-A-B-I-L-O-Ń-S-K-A.
– Przestań natychmiast! – krzyczy gospodyni.
N-I-E-R-Z-Ą-D-N-I-C-A-N-I-E-R-Z-Ą-D-N-I-C-A – powtarza deseczka. Młodzi ludzie cofają palce, ale deseczka nadal się porusza.
– Niech przestanie, niech przestanie! – piszczy jedna z dziewczyn, a nawet zblazowani chłopcy bledną i się cofają.
– Przestań, duchu! Powiedziałam przestań! – krzyczy gospodyni.
Deseczka nieruchomieje. Goście patrzą po sobie z niepokojem. W drugim pokoju zespół wraca do instrumentów i zaczyna grać szybki kawałek taneczny.
– Alleluja! Chodź, kochanie. Nauczę cię tańczyć black bottom. – Pijana dziewczyna prostuje się z trudem i ciągnie za sobą chłopca w fezie.
– Zaczekaj! Musimy wypowiedzieć do widzenia na tabliczce! Taki jest odpowiedni rytuał! – prosi gospodyni, gdy goście zaczynają odchodzić.
George obejmuje ją w pasie.
– Nie mów mi, że boisz się Paskudnego Johna.
– Cóż...
– Wiesz, że to tamten gość – mówi, a jego oddech łaskocze ją w ucho. – On ma swoje sztuczki. Wiesz, jacy oni są.
Wie, jacy oni są. To pewnie ten paskudny chłopak przez cały czas robił z nich idiotów. A ona nie jest idiotką. Ma osiemnaście lat. Życie będzie niekończącym się kalejdoskopem przyjęć i tańców. „Noc czy dzień to czas na zabawę, czyż się nie bawimy?” Jej wcześniejsze obawy zniknęły. Wygląda na to, że przyjęcie potrwa do białego rana. Zwinięto dywany i goście tańczą. Długie sznury pereł opadają na sukienki o obniżonym stanie. Lakierki stukają wyzywająco na drewnianej podłodze. Wyciągnięte ręce, uderzające w powietrze – wszystko przypomina ożywiony dadaistyczny obraz.
Gospodyni wpycha tabliczkę do kredensu, gdzie wkrótce zostanie zapomniana, biegnie w stronę salonu oświetlonego jasnymi elektrycznymi lampami – najnowszy cud pana Edisona – i beztrosko dołącza do ostatniego przyjęcia tego lata.
Na zewnątrz wiatr przez chwilę unosi się przy tych jasnych oknach, po czym z gwałtownym podmuchem odchodzi i pędzi chodnikiem. Przez chwilę wiruje wokół modnych kapelusików dwóch młodych dam wyprowadzających pudla wzdłuż East River i plotkujących o śmierci Rudolpha Valentino. Rusza dalej, zalanymi neonowym blaskiem kanionami, ponad pociągiem kolejki nadziemnej, grzechocącym nad Drugą Aleją. Potrząsa oknami biedaków próbujących zasnąć przed nadejściem ranka – ranka z klaksonami taksówek, tramwajami i pociągami, pucybutami polerującymi czubki butów biznesmenów na UnionSquare, gazeciarzami wykrzykującymi najnowsze wiadomości na Times Square, telefonistkami patrzącymi z tęsknotą na najnowsze suknie z wykładanymi kołnierzami, kuszące na sklepowych wystawach, majestatycznymi drapaczami chmur wznoszącymi się nad wszystkim jak rozświetleni bogowie ze stali, cegły i szkła.
Wiatr zatrzymuje się na chwilę przed klubem jazzowym, wsłuchując się w tę nową muzykę wznoszącą się w noc. Drży w rytm trąbek, pasaży na pianinie zrodzonych z bluesa i ragtime’a, synkopowanych rytmów, w których odbija się ekscytacja miasta.
Przy Bowery, w bogato zdobionym szkielecie niegdyś popularnego teatru wodewilowego trwa maraton taneczny. Biorące udział w konkursie młode dziewczęta i ich chłopcy wspierają się nawzajem, zdecydowani zostawić ślad, pochwycić sny sprzedawane w prasowych reklamach i w radio. Mają odciski na stopach, lecz gwiazdy w oczach. Kawałek dalej, Great White Way, Wielką Białą Drogę, nazwaną tak od oślepiającego blasku teatralnych świateł, opuszczają goście. Niektórzy wielbiciele czekają w bocznych uliczkach, mając nadzieję ujrzeć śliczne tancerki lub dostać autograf jednej z wielu gwiazd Broadwayu. To czas gwiazdek, sławy, bogactwa i wyciągniętych rąk, a młodzi płoną ukrytą ambicją.
Wiatr traktuje to z obojętnością. Jest tylko wiatrem. Nie zostanie gwiazdą radia ani wielkim przemysłowcem. Nie będzie się ubiegać o stanowisko, nie zakocha się w Douglasie Fairbanksie ani nie będzie śpiewał piosenek z Tin Pan Alley, piosenek o tęsknocie, żalu i dobrych czasach („czyż się nie bawimy?”). I dlatego rusza dalej, mijając rzeźnie przy Czternastej Ulicy i nieszczęśnice sprzedające się w ciemnych uliczkach. Statua Wolności wznosi w zatoce swoją pochodnię, światło przewodnie dla wszystkich, którzy przybili do tego brzegu, by uciec przed prześladowaniami, głodem lub beznadzieją. To bowiem jest ziemia obiecana.
Wiatr opada na czynszówki przy Orchard Street, gdzie niektórzy z tych marzycieli z gwiazdami w oczach umarli, a inne marzenia rodzą się w nędzy i ubóstwie. Szarpie praniem rozwieszonym na sznurkach między kamienicami, ponad brudnymi, zaniedbanymi ulicami, gdzie nawet o tej porze dzieci przeszukują śmietniki w poszukiwaniu jedzenia. Wiatr istniał od zawsze. Wiele widział w tym kraju marzeń i reklam mydła, starej grozy i rozlewu krwi. Był niemym świadkiem palenia wiedźm i szedł Drogą Łez, widział, jak statki wiozące niewolników wypuszczają w portach swój ludzki ładunek, mrużący oczy i przerażony, pozbawiony wszelkiego dobytku poza smutkiem. Wiatr był przy tym, jak prezydent Lincoln zginął od kuli. Czuł zapach prochu nad Antietam. Biegał z bizonami i ostrożnie dotykał wysokich czarnych kapeluszy purytanów. Niósł krzyki miłości i osuszał łzy na tylu twarzach, że wszystkich ich nie spamiętał.
Wiatr pędzi Bowery i nurkuje nad West Side, domem irlandzkich gangów w rodzaju Dummy Boys, którzy jeżdżą konno po Dziewiątej Alei, by ostrzec przemytników alkoholu. Pędzi wzdłuż potężnej rzeki Hudson, obok ożywionego nocnego życia Harlemu, pełnego wielkich myślicieli, pisarzy i muzyków, aż znajduje odpoczynek przy ruinach starej rezydencji. Zbutwiałe deski zasłaniają wybite okna. Śmieci zablokowały rynsztok. Dawno, dawno temu ten dom był siedzibą wielkiego zła. Teraz jest reliktem minionej epoki, zapomnianym w cieniu rozwoju i dobrobytu miasta.
Drzwi skrzypią na zawiasach. Wiatr ostrożnie zagląda do środka. Skrada się wąskimi korytarzami, które wiją się i zakręcają. Po obu stronach znajdują się chore pokoje, rozkładające się i zaniedbane. Drzwi otwierają się, ukazując ceglane ściany. Klapa zakrywa szyb, który prowadzi do ogromnej podziemnej sali grozy i jeszcze bardziej przerażającego pomieszczenia. Wciąż śmierdzi – krwią, moczem, złem i strachem tak mrocznym, że stał się częścią tego domu na równi z drewnem, gwoździami i zgnilizną.
Coś porusza się w głębokich cieniach, coś straszliwego, i wiatr, który dobrze zna zło, cofa się. Ucieka w stronę tych wspaniałych wysokich budowli, pełnych obietnicy błękitnego nieba, przyszłości, przemysłu i dobrobytu. Przyszłości, która nie wierzy w zło przeszłości. Gdyby wiatr był strażnikiem, podniósłby alarm. Wykrzyknąłby ostrzeżenie przed nadchodzącą grozą. Ale jest tylko wiatrem i dobrze wie, że nikt nie słucha jego krzyków.
Głęboko w piwnicy podupadłego domu ożywa palenisko, z grzechotem przypominającym ostatnie gorzkie kaszlnięcie umierającego, który śmieje się pogardliwie ze swojego losu. Ciemny i smrodliwy ziemny grób zaczyna emanować słabym blaskiem. Tak, w cieniach znów się coś porusza. Zwiastun o wiele większego zła. Paskudny John wrócił do domu. I ma coś do zrobienia.


EVIE O’NEILL

ZENITH, OHIO



Evie O’Neill przycisnęła obwisły woreczek z lodem do pulsującego bólem czoła i przeklęła godzinę. Było południe, ale głowa bolała ją tak bardzo, że czuła się jak o szóstej rano. Przez ostatnie dwadzieścia minut ojciec suszył jej głowę z powodu przyjęcia, jakie poprzedniego wieczoru odbywało się w hotelu Zenith. Kilkanaście razy wspomniał o jej piciu, jak również niefortunnych igraszkach w miejskiej fontannie. Oraz całym zamieszaniu pomiędzy. Zapowiadał się naprawdę paskudny dzień. Jej głowa pulsowała żądaniami: „Woda. Aspiryna. Proszę, przestań gadać”.
– Zarówno ja, jak i twoja matka nie akceptujemy pijaństwa. Nie słyszałaś o osiemnastej poprawce?
– Prohibicja? Piję za zdrowie, kiedy tylko mogę.
– Evangelino Mary O’Neill! – warknęła matka.
– Twoja matka jest sekretarzem kobiecego Towarzystwa Krzewienia Wstrzemięźliwości w Zenith. Czy pomyślałaś o tym? Czy pomyślałaś, jak to będzie wyglądać, jeśli ludzie zobaczą jej córkę pijaną na ulicy?
Evie popatrzyła zaczerwienionymi oczami w stronę matki, która siedziała sztywno i z zaciśniętymi wargami, z długimi włosami upiętymi na karku w kok. Na końcu nosa miała okulary – „bryle”, jak mówiły dziewczyny w jej wieku. Wszystkie kobiety z rodziny Fitzgeraldów były drobne, jasnowłose i koszmarnie krótkowzroczne.
– I co? – zagrzmiał jej ojciec. – Czy masz coś do powiedzenia?
– Rany, mam nadzieję, że pewnego dnia nie będę potrzebować bryli – mruknęła Evie.
Jej matka westchnęła głęboko. Od czasu śmierci Jamesa zrobiła się jeszcze drobniejsza i bardziej zmęczona, jakby tamten telegram z Ministerstwa Wojny odebrał jej duszę w chwili, kiedy go otworzyła.
– Wy, młodzi ludzie, traktujecie wszystko jak żart, prawda?
Ojciec zaczynał się rozpędzać – „odpowiedzialność”, „obywatelski obowiązek”, „dojrzałe zachowanie”, „myślenie o przyszłości”. Dobrze znała tę śpiewkę. Evie tak naprawdę potrzebowała klina, ale rodzice skonfiskowali jej piersiówkę. A piersiówka była naprawdę pierwsza klasa – srebrna, z wygrawerowanymi inicjałami Charlesa Warrena. Kochany Charlie. Obiecała, że zostanie jego dziewczyną. Wytrzymała tydzień. Charlie był uroczy, ale też koszmarnie nudny. Na jego wizję pieszczot składało się sztywne położenie ręki na piersi dziewczyny, jak starannie wykrochmalonej serwetki na stoliku na przyjęciu u ciotki, oraz cmokanie jej w usta jak ptak dziobiący ziarno. Quelle tragedie.
– Evie, słuchasz mnie? – Ojciec miał ponurą twarz.
Zmusiła się do uśmiechu.
– Jak zawsze, tato.
– Dlaczego mówiłaś te okropne rzeczy o Haroldzie Brodie?
Evie po raz pierwszy zmarszczyła czoło.
– Zasłużył na to.
– Oskarżyłaś go o... o... – Ojciec poczerwieniał na twarzy.
– O zrobienie bachora tej biedaczce?
– Evangelino! – Matka aż sapnęła.
– Przepraszam. „O uwiedzenie i porzucenie w trudnej sytuacji rodzinnej”.
– Dlaczego nie możesz być bardziej jak... – Matka umilkła, ale Evie umiała dokończyć zdanie za nią: „Dlaczego nie możesz być bardziej jak James?”.
– To znaczy martwa? – odparowała.
Matka skrzywiła się i w tej chwili Evie nienawidziła samej siebie.
– Dosyć, Evangelino – ostrzegł ją ojciec.
Evie pochyliła zbolałą głowę.
– Przepraszam.
– Chyba powinnaś wiedzieć, że o ile nie przeprosisz publicznie, państwo Brodie zagrozili pozwem o zniesławienie.
– Co takiego? Nie przeproszę! – Wstała tak szybko, że głowa zaczęła ją boleć dwa razy mocniej, i musiała znów usiąść. – Mówiłam prawdę.
– Graliście w grę...
– To nie była gra.
– Grę, przez którą wpakowałaś się w kłopoty...
– Harold Brodie to menda i uwodziciel, oszukuje w kartach i co tydzień ma inną dziewczynę na tylnym siedzeniu samochodu. To jego coupe to ab-so-lut-nie pałac pieszczot. I do tego kiepsko całuje.
Rodzice Evie wpatrywali się w nią w oszołomionym milczeniu.
– Tak w każdym razie słyszałam.
– Czy możesz udowodnić swoje oskarżenia? – naciskał ojciec.
Nie mogła. Musiałaby im wtedy zdradzić swoją tajemnicę, a tego nie mogła zaryzykować.
– Nie przeproszę.
Matka odchrząknęła.
– Jest jeszcze jedno rozwiązanie.
Evie popatrzyła po rodzicach.
– Do szkoły wojskowej też nie ucieknę.
– Żadna szkoła wojskowa by cię nie przyjęła – mruknął ojciec. – Może chciałabyś pojechać na trochę do Nowego Jorku. Zatrzymałabyś się u wuja Willa.
– Ja... ach... to znaczy na Manhattanie?
– Spodziewaliśmy się, że odmówisz przeprosin – stwierdziła matka zjadliwie. – Rano rozmawiałam z bratem. Przyjmie cię.
„Przyjmie cię”. Kamień z serca. Akt miłosierdzia. Matka musiała wpędzić wuja Willa w spore poczucie winy.
– Na kilka miesięcy – mówił dalej ojciec. – Aż cała sytuacja się wyjaśni.
Nowy Jork. Knajpy sprzedające nielegalnie alkohol i zakupy. Sztuki na Broadwayu i eleganckie kina. Wieczorami chodziłaby na tańce do Cotton Clubu. Dnie spędzałaby z Mabel Rose, kochaną Mabesie, która mieszkała w tym samym domu, co wuj Will. Poznały się, kiedy miały dziewięć lat i Evie na kilka dni przyjechała z matką do Nowego Jorku. Od tego czasu korespondowały. W ostatnim roku korespondencja ze strony Evie ograniczała się do krótkich liścików od czasu do czasu, lecz Mabel pisała systematycznie, głównie o Jericho, przystojnym asystencie wuja Willa, który był na przemian „malowany pociągnięciami pędzla anioła” i „odległym brzegiem, do którego mam nadzieję przybić”. Tak, Mabel jej potrzebowała. A Evie potrzebowała Nowego Jorku. W Nowym Jorku mogła stworzyć się na nowo. Mogła być kimś.
Kusiło ją, by pośpiesznie wykrztusić swoją zgodę, ale dobrze znała matkę. Gdyby nie zrobiła wrażenia, że to dla niej kara, którą musi znieść, i „dobra lekcja”, utknęłaby w Zenith i musiała jednak przeprosić Harolda Brodie.
Westchnęła i wypłakała stosowną ilość łez – nie za dużo, żeby przypadkiem nie ustąpili.
– Pewnie tak by było najrozsądniej. Choć naprawdę nie wiem, co będę robić na Manhattanie ze starym kawalerem jako przyzwoitką, podczas gdy wszyscy moi drodzy przyjaciele pozostaną w Zenith.
– Powinnaś pomyśleć o tym wcześniej – powiedziała matka, a na jej twarzy pojawił się dumny uśmiech moralnego triumfu.
Evie stłumiła uśmiech. Bułka z masłem, pomyślała.
Ojciec spojrzał na zegarek.
– Pociąg odjeżdża o piątej. Chyba powinnaś zacząć się pakować.


* * *



Evie jechała w milczeniu z ojcem na stację. Zazwyczaj rozpierała ją duma, kiedy jechała lincolnem Boattail Roadster. To był jedyny kabriolet w całym Zenith, najlepszy model w należącym do ojca salonie samochodowym. Dziś jednak nie chciała, by ktoś ją widział. Żałowała, że nie jest równie nieistotna, jak duchy w jej snach. Czasem po popijawie tak się właśnie czuła – wstyd z powodu najnowszego wyczynu zmieszany ze stłumionym gniewem na tych małostkowych drobnomieszczan. „Och, Evie, ty się po prostu tu nie mieścisz”, mówili z uprzejmym uśmiechem. To nie był komplement.
Nie mieściła się – w Zenith w stanie Ohio. Czasami próbowała się skurczyć, żeby dopasować się do starannie nakreślonych oczekiwań. Ale jakimś sposobem zawsze udało jej się powiedzieć czy zrobić coś oburzającego – przyjmowała wyzwanie i wspinała się na maszt flagowy, opowiadała nieco bardziej pikantny żart albo wybierała się na przejażdżkę z chłopakami – i nagle znów stawała się „tą straszną O’Neillówną”.
Instynktownie uniosła palce do monety na szyi. To była półdolarówka, którą brat przysłał jej „stamtąd” podczas wojny, prezent na jej dziewiąte urodziny – w tym dniu zginął. Pamiętała telegram z Ministerstwa Wojny, dostarczony przez biednego pana Smitha z poczty, który, podając go, wymamrotał przeprosiny. Pamiętała, jak matka krzyknęła bardzo cicho i osunęła się na podłogę, wciąż ściskając pożółkłą kartkę zapisaną bezdusznym czarnym pismem maszynowym. Pamiętała ojca siedzącego w gabinecie na długo po tym, jak powinien się położyć, z otwartą butelką zakazanej whisky na biurku. Evie później przeczytała telegram: Z PRZYKROŚCIĄ INFORMUJEMY... SZEREGOWIEC JAMES XAVIER O’NEILL... POLEGŁ NA POLU CHWAŁY... NAGŁY ATAK O ŚWICIE... ODDAŁ ŻYCIE W SŁUŻBIE OJCZYŹNIE... SEKRETARZ WOJNY PROSIŁ O PRZEKAZANIE NAJSERDECZNIEJSZYCH WYRAZÓW WSPÓŁCZUCIA Z POWODU ŚMIERCI SYNA...
Minęli wóz konny kierujący się w stronę jednej z podmiejskich farm. Wydawał się staroświecki i nie na miejscu. A może to ona była tutaj nie na miejscu?
– Evie – odezwał się cicho ojciec. – Co się wydarzyło na przyjęciu, kochanie?
Przyjęcie. Z początku było klawo. Ona, Louise i Dottie ubrały się odświętnie. Dottie pożyczyła Evie opaskę wysadzaną kryształem górskim, która doskonale wyglądała na jej miękkich lokach. Z przyjemnością wzięły udział w pełnej werwy, choć pozbawionej znaczenia dyskusji na temat procesu pana Scopesa w Tennessee w poprzednim roku i samego pomysłu, że ludzkość pochodzi od małp.
– Nie mam najmniejszego problemu, żeby w to uwierzyć – powiedziała Evie, zalotnie trzepocąc rzęsami w stronę grupy studentów, którzy właśnie w porywający sposób zaśpiewali po raz dwunasty The Sweetheart of Sigma Chi.
Wszyscy byli pijani i zadowoleni. I wtedy właśnie przyszedł Harold ze swoimi pochlebstwami.
– Witaj, kochanie, witaj moja miła, witaj moja Evie – zanucił i ukłonił się do jej stóp.
Harry był przystojny, uroczy i wbrew temu, co mówiła, świetnie się całował. Jeśli Harry’emu podobała się dziewczyna, na tę dziewczynę zwracano uwagę. Evie lubiła, kiedy zwracano na to uwagę, szczególnie kiedy piła. Harry miał się zaręczyć z Normą Wallingdford. Nie kochał się w niej – Evie dobrze to wiedziała – lecz w jej rachunku bankowym i wszyscy wiedzieli, że wezmą ślub, kiedy skończy studia. Ale jeszcze się nie ożenił.
– Czy mówiłam ci, że mam niezwykłe moce? – spytała Evie po trzecim drinku.
Harry uśmiechnął się.
– Nie wątpię.
– Mówię całkiem poważnie – powiedziała niewyraźnie, zbyt podpita, by odrzucić jego wyzwanie. – Wystarczy, że wezmę drogi ci przedmiot i się na nim skupię, a poznam twoje tajemnice. – Obecni na przyjęciu zaśmiali się uprzejmie. Evie popatrzyła na nich wyzywająco, jej niebieskie oczy błyszczały pod rzęsami pokrytymi grubą warstwą tuszu. – Jestem ab-so-lut-nie poważna.
– Jesteś ab-so-lut-nie ululana, Evie O’Neill! – wykrzyknęła Dottie.
– Udowodnię to. Normo, daj mi coś, szalik, szpilkę, rękawiczkę.
– Nic ci nie dam. Mogę tego nie odzyskać. – Norma się roześmiała.
Evie zmrużyła oczy.
– Jakaś ty bystra, Normo. Właśnie tworzę kolekcję rękawiczek na prawą dłoń. Posiadanie kompletu jest takie burżuazyjne.
– Cóż, ty z pewnością nie chciałabyś robić nic zwyczajnego, prawda, Evie? – Norma uśmiechnęła się, ukazując zęby.
Wszyscy zaczęli się śmiać, a Evie poczerwieniała.
– Nie, to pozostawiam tobie, Normo. – Evie odsunęła włosy z czoła, ale natychmiast znów wpadły jej do oczu. – Skoro już o tym mowa, twoje tajemnice pewnie by nas uśpiły.
– Świetnie – powiedział Harold, zanim zrobiło się gorąco. – To mój sygnet uniwersytecki. Zdradź moje mroczne tajemnice, madame O’Neill.
– Dzielny z ciebie facet, skoro dajesz swój pierścień dziewczynie takiej jak Evie! – krzyknął ktoś.
– Cisza, s’il vous plâit! – rozkazała Evie dramatycznym tonem.
Skupiła się, czekając, aż przedmiot rozgrzeje się w jej dłoniach. Czasami jej się udawało, a czasami nie, i, na duszę Rudolpha Valentino, miała nadzieję, że to będzie jeden z tych razów, kiedy się udawało. Wiedziała, że później czeka ją ból głowy – taka była wada jej daru – ale od czego miała dżin? I tak już zdążyła się znieczulić. Evie odrobinę uniosła powiekę. Wszyscy ją obserwowali. Obserwowali i nic się nie działo.
Harry sięgnął ze śmiechem po sygnet.
– Dosyć, dziewczyno. Zabawiłaś się. Czas trochę otrzeźwieć.
Gwałtownie cofnęła ręce.
– Odkryję twoje tajemnice, musisz tylko zaczekać!
Zdaniem Evie niewiele rzeczy było gorszych od bycia zwyczajnym. Zwyczajność była dla bałwanów. Evie chciała być niezwykła. Jak jasna gwiazda. Nie przejmowała się, że czeka ją najgorszy ból głowy w historii. Zamknęła oczy i przycisnęła sygnet do dłoni. Rozgrzał się, wyjawiając jej swoje tajemnice. Uśmiechnęła się szerzej. Popatrzyła na Harry’ego.
– Harry, ty niegrzeczny chłopcze...
Wszyscy zbliżyli się, zainteresowani.
Harold zaśmiał się z zażenowaniem.
– Co chcesz przez to powiedzieć?
– Pokój numer dwadzieścia dwa w hotelu. Ta ładna pokojówka. L... El... Ella! Ella! Dałeś jej duży plik banknotów i powiedziałeś, żeby się tym zajęła.
Norma podeszła bliżej.
– O co chodzi, Harry?
Harry zacisnął wargi.
– Nie mam pojęcia, o czym mówisz, Evangelino. Przedstawienie się skończyło. Chcę odzyskać swój sygnet.
Gdyby Evie była trzeźwiejsza, być może by przestała. Ale dżin dodawał jej głupiej odwagi. Cmoknęła z dezaprobatą.
– Zrobiłeś jej dzieciaka, ty niegrzeczny chłopcze.
– Haroldzie, czy to prawda?
Harold Brodie zaczerwienił się.
– Dosyć, Evie! To już nie jest śmieszne.
– Haroldzie? – To Norma Wallingford.
– Ona kłamie, kochanie – powiedział Harold, uspokajająco.
Evie wstała i zatańczyła charlestona na stole.
– Twój sygnet twierdzi inaczej, kolego.
Harold próbował złapać Evie, lecz ona z piskiem cofnęła się i wyrwała komuś szklankę.
– A niech to! To napad! Napad na Harolda Brodie! Ratuj się, kto może!
Dottie chwyciła sygnet i oddała go Harry’emu. Później wraz z Louise niemal siłą wyciągnęły Evie na zewnątrz.
– Siostro, urżnęłaś się. Idziemy.
– Pozostaję niezru... niewru... spokojna w obliczu kłopotów. O, ruszamy się. Rany! Gdzie idziemy?
– Otrzeźwić cię – powiedziała Dottie, wpychając Evie do lodowatej fontanny.


* * *



Później, po kilku filiżankach kawy, Evie kuliła się w swojej przemoczonej sukience pod kocem w ciemnym kącie damskiej toalety. Dottie i Louise poszły poszukać aspiryny, a ona, samotna i ukryta, podsłuchała rozmowę dwóch dziewcząt, które, stojąc przed lustrem w złoconych ramach, plotkowały o kłótni Harolda i Normy.
– To wszystko wina tej koszmarnej Evie O’Neill. Wiesz, jaka ona jest.
– Nie umie odpuścić.
– Tym razem naprawdę przesadziła. W tym mieście jest skończona. Norma już o to zadba.
Evie zaczekała, aż wyjdą, po czym podeszła do lustra. Jej tusz do rzęs spłynął, pozostawiając ciemne plamy pod oczami, a mokre loki lepiły się do twarzy. Zaczynał się koszmarny ból głowy. Wyglądała równie żałośnie, jak się czuła. Miała ochotę się rozpłakać, ale płacz nic by nie zmienił.
Harold wpadł do środka, zamknął za sobą drzwi i przytrzymał je.
– Skąd się dowiedziałaś? – warknął, chwytając ją za ramię.
– M-mówiłam ci. Z t-twojego...
Mocniej zacisnął rękę na jej ramieniu.
– Przestań gadać głupoty i powiedz mi, skąd wiesz! Przez tą twoją sztuczkę Norma grozi mi, że mnie zostawi. Żądam publicznych przeprosin, by oczyścić moje imię.
Miała zawroty głowy i było jej niedobrze, co było typowym następstwem czytania przedmiotów. Zupełnie, jakby kompletnie się zalała, a później dostała najgorszego kaca w życiu. Uświadomiła sobie, że Harold Brodie nie był czarującym playboyem, który lubił się zabawić. Był draniem i tchórzem. Kogoś takiego nie miała zamiaru przepraszać.
– S-spadaj, Harry.
Dottie i Louise waliły w drzwi z drugiej strony.
– Evie? Evie! Otwieraj.
Harold puścił jej rękę. Evie czuła, że po tym uścisku zostanie jej siniec.
– To jeszcze nie koniec, Evangelino. Twój ojciec zawdzięcza swój interes mojemu ojcu. Być może jednak ponownie rozważysz te przeprosiny.
Evie zwymiotowała na Harolda Brodie.


* * *



– Evie? – odezwał się teraz ojciec.
Wróciła do rzeczywistości i pomasowała się po bolącej głowie.
– Nic takiego, tato. Żałuję, że miałeś z tego powodu piekło.
Nie robił jej wymówek za użycie słowa „piekło”.
Na dworcu ojciec pozostawił samochód na jałowym biegu na tyle długo, by odprowadzić ją na peron. Zapłacił bagażowemu za wzięcie jej kufrów i upewnił się, że zostaną dostarczone do nowojorskiego mieszkania jej wuja. Evie niosła jedynie małą kraciastą walizeczkę i torebkę zdobioną koralikami.
– Cóż – powiedział ojciec, spoglądając na kabriolet. Podał jej dziesiątaka, który Evie wcisnęła za wstążeczkę kapelusika z szarego filcu. – To na drobne wydatki.
– Dzięki, tato.
– Nie umiem się żegnać. Sama dobrze wiesz.
Evie zmusiła się do uśmiechu.
– Jasne. Jest pierwsza klasa, tato. Mam siedemnaście lat, nie siedem. Poradzę sobie.
– No tak.
Stali na drewnianym peronie.
– Lepiej, żeby autko nie odjechało bez ciebie – powiedziała, wskazując na kabriolet.
Ojciec ucałował ją lekko w czoło, po raz ostatni napomniał bagażowego i odjechał. Kiedy lincoln zniknął z jej pola widzenia, Evie poczuła ukłucie smutku i czegoś jeszcze. Lęku. To było właściwe słowo. Nieznanego, nieopisanego strachu. Czuła go od miesięcy, od kiedy zaczęły się sny.
– Rany, ale mam stracha – powiedziała cicho i zadrżała.
Dwie świętoszkowate damy siedzące na pobliskiej ławce spojrzały z dezaprobatą na sięgającą zaledwie kolan sukienkę Evie. Dziewczyna postanowiła pokazać im coś więcej. Uniosła spódnicę i nucąc radośnie pod nosem zsunęła pończochy, ukazując nogi. Wywarło to spodziewany efekt na świętoszkach, które przeniosły się na drugi koniec peronu, mamrocząc coś o „tej dzisiejszej młodzieży”. Uznała, że nie będzie tęsknić za tym miejscem.
Kremowe coupe skręciło niebezpiecznie z drogi i zatrzymało się, o włos mijając peron. Wyszły z niego dwie modnie ubrane dziewczyny. Evie uśmiechnęła się i zaczęła machać.
– Dottie! Louise!
– Słyszałyśmy, że wyjeżdżasz, i chciałyśmy cię pożegnać – powiedziała Louise, wspinając się na barierkę.
– Dobre wieści szybko się rozchodzą.
– W tym mieście? Jak błyskawica.
– To świetnie. I tak nie mieszczę się w Zenith w stanie Ohio. W Nowym Jorku mnie zrozumieją. Będą o mnie pisać w gazetach i zapraszać do apartamentu Fitzgeraldów na koktajle. W końcu moja matka jest z domu Fitzgerald. Musimy być jakoś spokrewnieni.
– A skoro mowa o koktajlach...
Dottie z szerokim uśmiechem wyciągnęła z torebki coś, co wyglądało jak niewinna buteleczka aspiryny, na wpół wypełniona przezroczystym płynem.
– Masz. Odrobina rozweselacza, żebyś przeżyła podróż. Przepraszam, że nie ma więcej, ale ojciec zaczął robić znaczki na butelkach.
– I jeszcze egzemplarz „Photoplay” z salonu piękności. Ciotka Mildred nie zauważy braku – dodała Louise.
Evie poczuła, że ma łzy w oczach.
– Nie przeszkadza wam, że zobaczą was z wyrzutkiem miasta?
Louise i Dottie uśmiechnęły się słabo – potwierdzenie, że rzeczywiście była wyrzutkiem – ale i tak przyszły.
– Jesteście prawdziwymi aniołami. Gdybym była papieżem, beatyfikowałabym was.
– Jestem skłonna sądzić, że papież miałby inne zdanie na twój temat.
– Nowy Jork! – Louise bawiła się koralami. – Norma Wallingford zadręczy się z zazdrości. Jest diabelnie wściekła na ten twój numer.
Dottie zachichotała.
– Przyznaj się, jak się dowiedziałaś o Haroldzie i pokojówce?
Uśmiech Evie na chwilę zblakł.
– Po prostu zgadłam.
– Ale...
– Patrzcie! Pociąg jedzie – powiedziała Evie, uciszając dalsze pytania. Uścisnęła je mocno, wdzięczna za ten ostatni życzliwy gest z ich strony. – Kiedy spotkamy się następnym razem, będę sławna! I obwiozę was po całym Zenith moim sedanem z szoferem.
– Kiedy zobaczymy cię następnym razem, będziesz sądzona za jakąś pomysłową zbrodnię! – odparowała Dottie ze śmiechem.
Evie wyszczerzyła się.
– Byle tylko znali moje nazwisko.
Bagażowy w niebieskim mundurze poganiał wsiadających. Evie zajęła miejsce w swoim przedziale. Było duszno, a żeby otworzyć okno, musiała stanąć na siedzeniu w swoich pantoflach z zielonej satyny.
– Pomóc panience? – zaproponował inny, młodszy bagażowy.
Evie spojrzała na niego przez rzęsy, które rano umalowała tuszem w kamieniu, i posłała mu uśmiech warg pokrytych czerwoną pomadką Coty.
– Mógłbyś, mój drogi? Byłoby świetnie.
– Jedzie panienka do Nowego Jorku?
– Owszem. Wygrałam konkurs miss kostiumu kąpielowego i teraz jadę do Nowego Jorku na zdjęcia do „Vainity Fair”.
– To coś, co nie?
– Owszem. – Evie zatrzepotała rzęsami. – Okno?
Młody mężczyzna odsunął zasuwy i opuścił okno.
– Proszę bardzo!
– Dziękuję – wymruczała Evie.
Była w drodze. W Nowym Jorku mogła zostać kimkolwiek zechce. To było wielkie miasto – właściwe miejsce dla wielkich marzycieli, którzy musieli zabłysnąć.
Evie wysunęła głowę przez okno pociągu i pomachała Louise i Dottie. Wiatr szarpał jej loki, kiedy senne miasteczko powoli znikało za jej plecami. Przez chwilę żałowała, że nie może pobiec do bezpiecznego domu rodziców. Ale to przypominało mgłę jej snów. To był martwy dom – od lat. Nie. Nie będzie przygnębiona. Będzie wspaniała i błyszcząca. Prawdziwa gwiazda. Jasne światło Nowego Jorku.
– Do zobaczenia wkrótce! – krzyknęła.
– Pewnie!
Jej przyjaciółki stały się jedynie plamkami barw na zamglonym horyzoncie. Evie posłała im całusy i próbowała się nie rozpłakać. Powoli machała mijającym ją dachom Zenith w stanie Ohio, gdzie ludzie lubili czuć się bezpiecznie, przytulnie i komfortowo, gdzie w najzwyklejszy sposób posługiwali się najzwyklejszymi przedmiotami i nigdy nie widzieli tajemnic innych ludzi, które nie powinny wyjść na jaw ani nie mieli przerażających koszmarów o martwych braciach. Odrobinę im zazdrościła.
– Będzie tak panienka stała przez całą drogę? – spytał bagażowy.
– Chcę się tylko odpowiednio pożegnać – odpowiedziała Evie. Uniosła dłonie w ostatnim błogosławieństwie, machając domom jak królowa. – Na razie, frajerzy! Wszyscy jesteście mięczakami!









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2012-11-24 (924 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej