Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Silmarillion
 
Katalog - dodano
 Cisza przed burzą
- Christie Golden
 Unicestwienie
- B.V. Larson
 Piękna krew
- Lucius Shepard
 Immersja
- Erick Pol
 Jadowity miecz
- Rafał Dębski
 
- skomentowano
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 

''Podzieleni'' - Neal Shusterman



Risa chodzi w kółko za sceną, czekając na swoją kolej na występ.
Wie, że mogłaby zagrać sonatę przez sen – w rzeczywistości, często tak robi. Tak wiele razy budziła się w nocy, czując jak jej palce grają na prześcieradle. Słyszała muzykę, która wciąż rozbrzmiewała w jej głowie przez kilka chwil po przebudzeniu, jednak wkrótce rozpływała się w nocnej gęstwinie, pozostawiając jedynie palce uderzające o pościel.Musi znać tę sonatę. Musi jej ona przyjść tak łatwo, jak oddychanie.
– To nie są zawody – powtarza jej zawsze pan Durkin. – Na recitalu nie ma zwycięzców ani przegranych.
Ale Risa wie lepiej.
– Risa Ward – wywołuje ją inspicjent. – Twoja kolej.
Kręci ramionami, poprawia klamerkę w swoich długich brązowych włosach a następnie wychodzi na scenę. Oklaski publiczności są uprzejme, nic więcej. Niektóre szczere, ponieważ wśród zgromadzonej publiczności ma przyjaciół oraz nauczycieli, którzy pragną, aby jej się powiodło. Jednak w większości są to obowiązkowe brawa od publiczności, która czeka, aż ktoś im zaimponuje.
Pan Durkin też tam siedzi. Od pięciu lat uczy ją gry na fortepianie. Jest dla Risy niemal jak rodzic. Szczęściara z niej. Nie każdy dzieciak z 23 Domu Stanowego w Ohio może pochwalić się nauczycielem, o którym można tak powiedzieć. Większość dzieciaków StaDo nienawidzi swoich nauczycieli, ponieważ widzą w nich strażników więziennych.
Lekceważąc sztywną formalność jej recitalowego ubioru, zasiada do fortepianu; to koncertowy Steinway, czarny jak noc i równie długi.
Skupienie.
Skupia wzrok na fortepianie, zmuszając publiczność, aby ukryła się w ciemności. Publiczność się nie liczy. Jedne co ma dla niej znaczenie, to fortepian i wspaniałe dźwięki, które z niego wydobędzie.
Trzyma przez chwilę palce nad klawiszami, następnie rozpoczyna z idealną pasją. Wkrótce jej palce tańczą po klawiszach, sprawiając, że bezbłędne granie przychodzi jej z łatwością. Wprawia instrument w śpiew… i wtedy jej palec serdeczny u lewej dłoni uderza w B, po czym niezdarnie wraca na H.
Błąd.
To dzieje się tak szybko, że może nikt tego nie zauważył – za wyjątkiem Risy. Rozpamiętuje błędną nutę, która odbija się echem w jej głowie rozbrzmiewając coraz głośniej, kradnąc jej skupienie, aż w końcu potyka się ponownie, uderzając w drugą złą nutę, a dwie minuty później grając błędnie cały akord. Łzy zaczynają napływać jej do oczu i obraz zaczyna się rozmazywać.
Nie potrzebne ci oczy – uspokaja samą siebie. – Wystarczy, że poczujesz muzykę. Wciąż przecież może się podnieść po tym upadku, czyż nie? Jej błędy, które w jej uszach rozbrzmiewają tak okropnie, są ledwo dostrzegalne.
– Spokojnie – powiedziałby jej pan Durkin. – Nikt cię nie ocenia.
Być może naprawdę w to wierzy – jednak z drugiej strony, on może sobie na to pozwolić. On nie ma piętnastu lat i nigdy nie był wychowankiem domu dziecka.

Pięć błędów.
Każdy z nich niewielki, trudny do wychwycenia, jednak mimo wszystko błąd. Wszystko byłoby dobrze, gdyby występy pozostałych uczestników nie były idealne, jednak oni błyszczeli.
Pomimo to, pan Durkin uśmiecha się, kiedy ją wita w recepcji. – Byłaś wspaniała! – oznajmia. – Jestem z ciebie dumny.
– Dałam ciała.
– Nonsens. Wybrałaś jeden z najtrudniejszych utworów Chopina. Nawet profesjonaliści się na nim potykają. Dałaś sobie radę.
– Mogłam dać z siebie więcej.
Pan Durkin wzdycha, jednak nie zaprzecza. – Poczyniłaś znaczne postępy. Już nie mogę się doczekać, kiedy pewnego dnia zobaczę, jak te dłonie grają w Carnegie Hall. – Jego uśmiech jest serdeczny i szczery, tak jak gratulacje od innych dziewczyn w jej dormitorium. To wystarczająco wiele, aby tej nocy mogła spokojnie zasnąć i napełnić się nadzieją, że być może, tylko może, wyolbrzymia całą sprawę i niepotrzebnie jest dla siebie taka surowa. Zasypia rozmyślając o następnym utworze, który być może zagra.

Tydzień później zostaje wezwana do biura dyrektora.
Są tam trzy osoby. – Sąd – myśli Risa. Troje dorosłych siedzi osądzając ją, niczym trzy małpki: nie widzą nic złego, nie słyszą nic złego, nie mówią nic złego.
– Usiądź, Riso – wita ją dyrektor.
Próbuje usiąść z wdziękiem, jednak jej chwiejne kolana nie pozwalają jej na to. Opada niezgrabnie na fotel, zbyt wygodny, jak na inkwizycję.
Risa nie zna pozostałych dwóch osób, które siedzą obok dyrektora, jednak oboje wyglądają bardzo oficjalnie. Są odprężeni, zupełnie jakby była to dla nich zwyczajna sprawa, którą zajmują się na co dzień.
Kobieta siedząca po lewej stronie dyrektora przedstawia się jako pracownik opieki społecznej przydzielony do jej „sprawy”. Do tego momentu, Risa nie wiedziała, że miała swoją sprawę. Podaje swoje nazwisko. Pani Jakaśtam. Jej nazwisko nawet nie zapada Risie w pamięć. Przerzuca strony obrazujące piętnaście lat z życia Risy tak pobieżnie, jak gdyby czytała gazetę.
– Co my tu mamy… mieszkasz w domu dziecka od urodzenia. Wygląda na to, że twoje zachowanie jest wzorowe. Twoje stopnie są dobre, ale nie doskonałe. – Następnie urzędniczka podnosi wzrok i uśmiecha się. – Widziałam twój występ. Byłaś bardzo dobra.
Dobra – myśli Risa – ale nie doskonała.
Pani Jakaśtam przekartkowuje zawartość teczki przez kolejnych kilka sekund, jednak Risa wie, że tak naprawdę nie czyta jej zwartości. O cokolwiek się tu rozchodzi, to decyzję podjęto na długo przed tym, nim Risa przekroczyła próg tych drzwi.
– O co właściwie chodzi?
Pani Jakaśtam zamyka teczkę i spogląda na dyrektora i mężczyznę w drogim garniturze, który siedzi obok niego. Garniak kiwa głową, a urzędniczka odwraca się do Risy z serdecznym uśmiechem. – Uważamy, że osiągnęłaś już pełnię swoich możliwości – oznajmia. – Dyrektor Thomas i Pan Paulson są tego samego zdania.
Risa spogląda na mężczyznę w garniturze. – Kim jest pan Paulson?
Garniak odchrząkuje i odzywa się, niemal przepraszającym tonem – Jestem radcą prawnym szkoły.
– Prawnik? Co tu robi prawnik?
– To tylko procedura – odpowiada dyrektor Thomas. Wkłada palec za kołnierzyk, usiłując go poluzować, zupełnie jakby nagle zaczął go dusić. – Zgodnie z polityką szkoły obecność prawnika w tego rodzaju postępowaniu jest konieczna.
– A o jakim postępowaniu mowa?
Cała trójka patrzy na siebie wzajemnie, żadne z nich nie chce odpowiedzieć na pytanie. W końcu, pani Jakaśtam mówi. – Musisz wiedzieć, że brakuje obecnie miejsc w domach stanowych a biorąc pod uwagę cięcia budżetowe, które dotyczą każdego StaDo, nasze nie stanowi tutaj wyjątku.
Risa nie spuszcza z niej wzroku. – Dzieci pod opieką państwa mają zapewnione miejsce w domach stanowych.
– To prawda – jednak miejsce zapewniane jest jedynie do trzynastego roku życia.
Nagle każdy ma coś do powiedzenia.
– Pieniędzy wystarcza jedynie do tego okresu – wyjaśnia dyrektor.
– Standardy edukacyjne mogłyby zostać zagrożone – stwierdza prawnik.
– Chcemy jedynie twojego dobra i dobra pozostałych dzieci – zapewnia urzędniczka.
I tak na zmianę, jak w meczu ping-ponga rozgrywanym między trzema osobami naraz. Risa nie odzywa się słowem, jedynie słucha.
– Masz talent muzyczny, ale…
– Jak wspominałam, osiągnęłaś już pełnię swoich możliwości.
– Więcej nie możemy ci zaoferować.
– Być może, gdybyś wybrała mniej konkurencyjny kierunek nauki.
– Tak czy inaczej, tego już nie zmienimy.
– Mamy związane ręce.
– Codziennie na świat przychodzą niechciane dzieci – a nie każde z nich jest obejmowane bocianią inicjatywą.
– Jesteśmy zobowiązani przyjąć te, które nie są.
– Musimy zapewnić miejsce dla każdego nowego wychowanka.
– Co oznacza, że musimy obniżyć populację nastolatków o pięć procent.
– Rozumiesz to, prawda?
Risa nie może dłużej tego słuchać, więc ucisza ich wszystkich mówiąc to, na co im brakuje odwagi.
– Mam zostać podzielona?
Cisza. Jest bardziej wymowna, niż gdyby odpowiedzieli „tak”.
Urzędniczka wyciąga do niej rękę, aby ująć jej dłoń, jednak Risa cofa ją w porę. – To zrozumiałe, że się boisz. Zmiana zawsze budzi strach.
– Zmiana? – wykrzykuje Risa – Co rozumiecie przez „zmianę”? Śmierć, to coś więcej niż tylko „zmiana”.
Krawat dyrektora z powrotem zamienia się w pętlę, uniemożliwiając mu dopływ krwi do twarzy. Prawnik otwiera swoją aktówkę. – Proszę, panno Ward. To nie jest śmierć i jestem przekonany, że wszyscy tu obecni byliby wdzięczni, gdyby nie sugerowała pani niczego tak jawnie podburzającego. Fakty są takie, że sto procent pani ciała pozostanie przy życiu, z tym że w podzielonym stanie. – Następnie sięga do aktówki i wręcza jej kolorową broszurę. – To broszura z Ośrodka Donacyjnego Twin Lakes.
– To dobre miejsce – włącza się dyrektor. – Wybieramy ten ośrodek dla wszystkich naszych podzielonych. Prawdę powiedziawszy, również mój siostrzeniec został tam podzielony.
– Gratulacje.
– Zmiana – powtarza urzędniczka – to wszystko. W ten sam sposób lód zmienia się w wodę, woda zamienia się w chmury. Będziesz żyła, Riso. Tylko, że w innej formie.
Jednak Risa już jej nie słucha. Panika zaczęła już siać spustoszenie w jej głowie. – Nie muszę zostać muzykiem. Mogę robić coś innego.
Dyrektor Thomas potrząsa ze smutkiem głową. – Obawiam się, że na to już jest zbyt późno.
– Wcale, że nie. Mogę zacząć ćwiczyć. Mogę zostać armiakiem. Wojsko zawsze potrzebuje nowych armiaków!
Prawnik wzdycha zirytowany i spogląda na zegarek. Urzędniczka pochyla się do przodu. – Riso, proszę cię – mówi. – Żeby dziewczyna mogła zostać armiakiem, musi wykazać się odpowiednią budową ciała oraz wieloletnim treningiem fizycznym.
– Nie mam więc wyboru? – Jednak, kiedy spogląda za siebie, odpowiedź staje się oczywista. Dwóch strażników czeka na nią, aby dopilnować, żeby nie pozostał jej żaden wybór. I gdy ją odprowadzają, myśli o panu Durkinie. Z gorzkim uśmiechem, Risa uświadamia sobie, że mimo wszystko jego życzenie może się spełnić. Któregoś dnia może zobaczyć, jak jej dłonie grają w Carnegie Hall. Niestety pozostałych części jej ciała tam nie będzie.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2012-12-03 (840 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej