Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Magiczne drzewo. Cień smoka
 
Katalog - dodano
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 Ale z naszymi umarłymi
- Jacek Dehnel
 Jednookie walety
- antologia
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Czarna msza Arkanaru - Jelena Pierwuszyna

Antologia ''Czarna msza''


Dama, zrzuciwszy płaszcz, weszła na ołtarz. I w tym momencie kopista rozpoznał ją. Donna Okana! Szlachcianka, którą widział wcześniej na ulicach stolicy w lektyce dona Reby albo w jej osobistym porte-chaise woniejącym imbirem i piżmem. Widziała mu się wtedy czymś nna podobieństwo jeszcze jednej książkowej miniatury: „Grzesznica dosiadająca Grzechu”. Grzechem był, rzecz jasna, don Reba.
Ale teraz błyski ognia przylgnęły do jej obnażonego pięknego ciała, wyciągnęły z mroku dziecięco kruche szyję i ramiona, płynne krzywizny pleców, wspaniałe pośladki i Kuin - jakkolwiek zabrzmiałoby to śmiesznie - zrozumiał, że oto jest człowiek.
Kapłan czule, niemal po ojcowsku delikatnie przejechał palcami po jej policzku aż do piersi, ułożył kobietę na ołtarzu, opadł na kolana i wszedł w nią. Donna Okana zwarła na nim swe biodra, rozrzuciła ręce jak wzlatujący ptak, oparła się dłońmi o nierówne kamienie ołtarza.
Studencik rzucił w ogień wiązkę chrustu, języki płomieni wzbiły się w górę, drżące purpurowe światło zaczęło skakać po ścianach świątyni, wreszcie osiadło na obnażonych ciałach i kopista poczuł, że dzieje się z nim coś dziwnego.
Nie to, żeby widok go nie podniecał, nie. Ale poza normalnym napięciem w podbrzuszu poczuł nagle niezrozumiały zachwyt, czułość dla tej kobiety, miłość do jej hojnej i bezbronnej urody. Wydawało mu się, że ciało donny Okany bezgłośnie mówi: „Owszem, jestem tylko workiem z mięsa i kości obciągniętych skórą. Brudzę siebie potem, tłuszczem i odchodami, zbliżam się do śmierci co mgnienie oka. Ale też śmiem być piękną, śmiem rozkoszować się i darować rozkosz, i nie myśleć o robakach, które niecierpliwie mnie oczekują”. I Kuin kochał ją z takim samym drżeniem i rozpaczą, jak kochał swoje porzucone z zemsty księgi. Pomyślał wtedy: „Bóg kocha ludzi, dlatego że sam ich stworzył. Szatan - po prostu dlatego, że oni istnieją”.
Dwaj czeladnicy z przeciągłym wyciem złamali jeszcze jedno z przykazań Pana. Studencik, rechocąc i czkając, udzielał rad im i złączonej parce. Mnich albo z przyzwyczajenia mamrotał modlitwy, albo łamiącym się głosem wykrzykiwał straszliwe bluźnierstwa.
W końcu donna Okana głucho jęknęła i wygięła się jak cienki żywy most nad otchłanią śmierci. Duchowny na krótko przylgnął znowu do jej piersi i brzucha, potem, zeskoczywszy na podłogę, narzucił na siebie sutannę.
Kobieta wyjęła spod ołtarza miedzianą tacę z małymi czarnymi piramidkami i zaczęła roznosić ten poczęstunek między zebranymi, którzy nagle przycichli. Mężczyźni, kłaniając się bezgłośnie, przyjmowali diabelską komunię i na znak wdzięczności całowali donnę w tyłek. Dla tych czarnych opłatków przyszli tu, przełamując strach przed Szarym Bractwem, dla nich przetrzymali torturę pożądania. Jeśli taki opłatek człowiek zanurzy w krwi czarnego koguta, a później podczas pełni zakopie na rozstajach, spełni się każde jego życzenie. Każdy obdarowany, podziękowawszy Gospodarzowi oraz jego sługom, w milczeniu podnosił z podłogi swe odzienie i znikał.
Na końcu donna Okana podeszła do Kuina. Ten już chciał powiedzieć, że czarny opłatek to dla niego za mało, że jest gotów zapłacić za bardziej niebezpieczny, ale szybko działający czar, lecz nagle zobaczył, co mu podaje.
To był zmatowiały ołowiany krążek wielkości dłoni. Na jego powierzchni można jeszcze było zobaczyć stary wzór: dziwnie wygiętą literę A. Kopista widział takie w inkunabułach i... chyba jeszcze gdzieś. „W dotyku krążek będzie ciepły” - Kuin wiedział to, zanim jeszcze wyciągnął rękę. Ostrożnie wziął go z tacy. Drugą stronę tarczy pokrywały drobne włoski, które natychmiast zadrżały i zaczęły czepiać się palców jak stęsknione szczenięta. Nie wiadomo dlaczego kopista zadrżał.
- A to tu - powiedziała czule donna Okana i przyłożyła krążek do prawego łokcia Kuina.
Jego oczy wywróciły się, ciało wygięło w łuk. Chwilę potem mężczyzna upadł na podłogę i zadygotał w konwulsjach.
Podskoczył kapłan, natychmiast ułożył głowę kopisty sobie na kolanach, sztyletem rozwarł mu zęby i paskiem sutanny docisnął język. Donna Okana podłożyła pod ramiona Kuina swój płaszcz i zniknęła w konfesjonale.
Wkrótce atak skończył się, struga moczu trysnęła na podłogę, zaś kopista nagle zmiękł niczym pusty worek. Otworzył oczy, usiadł, potrząsnął głową.
- Gdzie to mnie zaniosło? - zapytał, zlizując krew z pokąsanych warg.
- Królestwo Arkanaru, Czkający Las - odpowiedział kapłan.
- Do diabła ze szczegółami - przerwał mu Kuin. -Zaklinam was na zbawienie waszej duszy, powiedzcie: czy to nie Ziemia?
- Co za młodzież teraz mamy! - mruknął staruch w sutannie. - Ani kroku nie zrobi bez dowcipu z taaaką brodą.
  O świcie były kopista i piękna dama szli ku drodze, co i rusz przeklinając i potykając się w mokrej trawie.Kuin ledwo powłóczył nogami pogrążony w niewesołych rozmyślaniach, jak należałoby się wycwanić i wykonać zadanie fałszywego kapłana: zgromadzić możliwie dużo próbek dla genetycznego banku globu. Piękna dama ma dobrze, może zbierać spermę bez trudu i nie bez przyjemności, a jak ma sobie poradzić facet? Zająć się sutenerstwem czy jak? Czy zgodzić się do cechu cyrulików na czeladnika? Ale nie wezmą! Chyba żeby córkę mistrza posiąść... A ma on córkę tak w ogóle?
- Czym się tak zatroskałeś, przyjacielu mój? - łagodnie zapytała donna. - Arkana przestała być ci miła?
- Nie, dlaczego? - zaprotestował jej towarzysz. - Miasto jak miasto, przyzwyczaiłem się do niego, szkoda by było je opuścić. A najgorsze jest to, że mógłbym już ciebie nie zobaczyć.
- Czy to może flirt?
- To szczery, bezczelny i niczym niemaskowany zachwyt.
I w tym momencie ich kurtuazyjną rozmowę przerwał ryk obudzonego za lasem olbrzyma. Wzbiły się w powietrze i zawirowały nad ziemią martwe liście, a w plecy idących uderzył zimny wiatr.
Były kopista pociągnął kobietę z pustego pola pod korony drzew, zasłonił przed rozszalałym z nagła żywiołem. Ryk zbliżał się, wkrótce usłyszeli też metaliczny łoskot, jakby olbrzym wyciągał i wkładał z powrotem do pochwy zardzewiały miecz.
Ale tym razem Kuin dzięki swojej nowej pamięci rozpoznał dźwięki i spokojnie odprowadził wzrokiem przelatującego nad lasem stalowego potwora.
- Ziemianie? - zapytała donna Okana drżącym głosem.
- Nie bój się, nie widzieli nas - odpowiedział były kopista.
Przypomniał sobie, jak poprzedniej nocy uznał śmigłowiec za Pana Boga, przypomniał sobie swoje przerażenie i rozpacz... Teraz cicho roześmiał się i pogłaskał kobietę po wilgotnych włosach, dotknął palcem dołeczka na karku.
- Czemu ci tak wesoło? - zapytała.
- Ot tak, bez powodu. Po prostu zrozumiałem, co powinienem teraz robić.
- Tak? - Donna Okana stanęła na palcach i leciutko ukąsiła go w płatek ucha. - W takim razie jesteś cholernie domyślnym facetem!

- Wkrótce umrę - powiedział medyk Budach. Jego wygląd przeczył jednak słowom: oblicze zaróżowiło się z powodu ciepła i wypitego wina, oczy błyszczały. I tylko obrzmiałe dolne powieki zdradzały śmiertelnie chorego człowieka.
Przechwycił spojrzenie Kuina i skinął głową.
- W dzień opuchlizna się zmniejsza, ale rano mam takie świńskie ryło, że aż się patrzeć nie chce. Jakbym pił od jesieni na umór. A piguły już mi nie pomagają. Na jeden dzień, na dwa woda spływa, a potem wszystko od nowa. Twój dziadek, alchemik, nie zostawił przypadkiem jakiegoś przepisu na tę dolegliwość?
- Niestety nie.
„Znam przepis - myślał były kopista. - Przy niewydolności nerek czy to dwa wieki temu, czy teraz, czy nawet za dwa wieki będzie jeden sposób leczenia: dializa. Ale jeśli pan Budach zostanie wysłany na dializę na Ziemię, to cała komisja do spraw kontaktów zacznie podskakiwać jak diabli na gorącej patelni. A ja bez trudu wyobrażę sobie, kto będzie pod tą patelnią rozpalał ogień”.
- Wstrętne zajęcie: umieranie - rzekł chory medyk w zamyśleniu. - Niby już nie mam czego żałować i ucieknę w końcu od ciągłego szpiegowania, a jednak smutno. Przepraszam, że tak jęczę jak nienasmarowane koło. Sam się tym brzydzę.
- Nie szkodzi. Z tego powodu tu przyszedłem. A dziadek? Dziadek pewnie powiedziałby: „Całe nasze życie przypomina tę karczmę. Wpadamy tu na krótko, żeby jakoś spędzić wieczór. Siedzimy, sączymy wino i piwo, rozglądamy się. Jakiś pijak usiłował sprowokować nas do bójki, potem się odczepił. Milutka służka strzela ku nam oczkami. Można dać pijakowi w pysk, można przespać się ze służką, ale to wszystko drobiazgi, piana w kuflu. Przed wyjściem trzeba będzie zapłacić, bo przecież jesteśmy przyzwoitymi ludźmi. A jeśli to zajęcie jeszcze nam nie zbrzydło, można się przenieść do innej karczmy”.
- Dobrze by było, gdyby tak było, Kuinie. Jak mawiał pewien mój znajomek: „Dlatego tak mocno wczepiamy się w życie, ponieważ nie wiemy, dokąd trafmy po śmierci”.
- W mieście jest dużo karczem - powiedział z niezachwianą pewnością w głosie były kopista.
„No i kontakt nawiązany - pomyślał. - Wątły, ale wystarczający. Można ssać krew”.
Karczma „Złota Kurka" miała się znakomicie. Dlatego karczmarz nie oszczędzał na drwach i palił jak na zimę przystało, ostro. A za oknem szalała kapryśna i uparta wiosna metropolii. Niebo przemierzały cienkie szare obłoczki, pomrugiwało blade słoneczko, mlaskała pod kopytami i butami młoda ziemia. Na progu stała Lison -tutejsza służka, która właśnie wróciła z jajkami i przyprawami dla jakiegoś upierdliwego smakosza, co to sobie zażyczył kurę w soańskim sosie. W jasnych włosach dziewczyny skrzyły się krople wody - widocznie gdzieś wpadła pod topniejące sople.
Kuin, zerknąwszy na Lison, uśmiechnął się. Nie dalej jak wczorajszej nocy przygotował dla niej ziele kochania na krwi i ślinie, za które dziewoja hojnie zapłaciła mu „drobiażdżkiem, jaki podarowała jej matuś”. Teraz kropelka krwi ze szczupłego paluszka służki wędrowała po żyłach Kuina. Czujki detonatora już zabrały się za rozszyfrowywanie kodu genetycznego i molekuł pamięci i były kopista, a teraz czarny mag, znał wszystkie myśli dziewczyny. Myśli mu się podobały.
Lison zauważyła, że Kuin patrzy na nią, podeszła więc do stołu, przy którym siedział razem z Budachem.
- Rano, panie, zostawiono tu coś dla ciebie - powiedziała, dygając.
Były kopista wziął z jej rąk koszyk, pogłaskał dziewczynę po policzku i odwrócił się do kompana.
- Rodzina nie zostawia mnie bez wsparcia - wyjaśnił. - Ale nie dosłuchałem pana, przepraszam.
- Bo ja nawet nie wiem, z jakiej strony mam podejść ze swoją prośbą. - Medyk zamilkł, nabrawszy pełną pierś powietrza. - Nienawidzę ich - zaczął. - Całą swą skórą nienawidzę, wszystkimi trzewiami, żyłami... I boję się. Po nocach śni mi się, że znowu jestem tam, w tej piwnicy. I kiedy się budzę, najpierw nie potrafię zrozumieć: skończyło się to wszystko czy jeszcze nie. On mówi: „Piszcie! Wasza wiedza potrzebna jest tym ludziom!”. A ja wiem, że ma rację, ale i tak nie mogę. Nie zostało mi w głowie nic poza nienawiścią. I przez cały czas żyję w lęku, że pewnego razu znowu ocknę się w piwnicy.
Tymczasem Kuin zajrzał do koszyka. Naprawdę była w nim żywność: krajanka sera, małe pęto krwawych kiszek i drewniane puzderko z proszkiem z kory brązowego drzewa. Były kopista wrzucił szczyptę proszku do swojego wina, zaproponował również Budachowi, ale ten odmówił.
- Dobrze - powiedział Kuin. - Oni pomrą. Szybko i łatwo, ale przed wami. I nie będą już nikogo torturować.
- Jak to zrobicie? - zapytał opuchnięty mężczyzna. Były kopista wzruszył ramionami.
- Jak zwykle. Woskowe figurki. Ale będę potrzebował waszej krwi, włosów i paznokci.
- Moich? Czyż...
- Przecież przed chwilą było powiedziane, że nienawidzicie ich całą skórą, wszystkimi żyłami. To mi wystarczy. A gdzie miałbym zdobyć krew stołecznych katów? Proszę mi powiedzieć.
- Dobrze - rzekł Budach. - Przyniosę wszystko. Jutro?
- Tak. Tutaj o tej samej porze.
-
Dobrze.
Chory wstał, wziął z ławy płaszcz i ruszył do drzwi. Kuinowi wystarczyło, że zobaczył, jak tamten się podnosi: nie prostując pleców, szczędząc nerki, wystarczyło, że usłyszał jego szuranie stóp, a już potrafł określić, ile pożyje jeszcze medyk. Pół roku, góra rok. I co najbardziej niesprawiedliwe, Budach nawet się nie dowie, że posiadł nieśmiertelność w genetycznym banku Wędrowców.
Czujki tymczasem rozszyfrowały molekuły pamięci domieszane do brązowego proszku. I czarny mag przeczytał posłanie z Arkanaru: „Donna Okana zabita z rozkazu dona Reby. Powód - miłosne spotkanie donny Okany z donem Rumatą Estorsyjkim”.
Teraz przyszła kolej Kuina, by zgrzytał zębami z bezsilnej złości. Głupia śmierć. Niesprawiedliwa. Bez-sen--sow-na. Ona żyła w takim lęku przed Ziemianami, że wdała się w konszachty z nimi na złość sobie i wszystkim dokoła. Chciała zdobyć ich spermę, ich kod genetyczny. Głupia, odważna dziewczyna. Uparta. Don Rumatą i don Reba jak dwa niezgrabne słonie rozdeptali ją. A pamięć tych wszystkich żywotów, które zdołała zebrać na tej planecie, zginęła wraz z nią i nie ma gdzie szukać winnych. Wszyscy jakoś mają rację, wszyscy ślepi, wszyscy durnie!
Kuin nagle zrozumiał, że spełni obietnicę złożoną Budachowi. Jeszcze nie wie jak, ale spełni. To nie ziele kochania Lison, zwłaszcza że dziewczyna nie potrzebuje żadnego miłosnego naparu - przekonał się o tym zeszłej nocy. O nie, kaci z Szarego Bractwa rzeczywiście umrą! Nie bardzo wiedział dlaczego, ale wiedział, że wymagają tego moralne zasady. A on, stając się z zahukanego kopisty synem potężnej międzygwiezdnej cywilizacji, szybko przywykł do przyklaskiwania swoim zasadom moralnym.


Fragment udostępniło Wydawnictwo Fabryka Słów








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2007-08-22 (1682 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej