Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Złudne marzenia
 
Katalog - dodano
 Wyczarowanie światła
- V.E. Schwab
 Fandom
- Anna Day
 Przebudzenie Lewiatana
- James S. A. Corey
 Przepaść
- Michelle Paver
 Spętani przeznaczeniem
- Veronica Roth
 
- skomentowano
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 Idiota skończony
- Antologia
 Plus/minus
- Olga Gromyko
 Plus/minus
- Olga Gromyko
 

''Brainman'' - Dominik Rettinger



Od zakończenia meczu minęły trzy godziny. Boisko i stadion były puste. Na środku zielonej murawy w światłach kilku reflektorów tkwiła samotna sylwetka Nicka. Posuwał się powoli, prowadząc mały wózek na dwóch kołkach, uzupełniał zniszczenia i zbierał wyrwane kępy trawy. W ten sposób dorabiał do stypendium, które zdobył jako jeden z dziesięciu wyróżnionych studentów pierwszego roku wydziału bioinżynierii. Doszedł do końca boiska i zatrzymał się w miejscu triumfalnego przełożenia Johna. Tam, gdzie John odbił się do ostatniego skoku, trawa była wyrwana. Nick starannie wyciął kwadrat, wziął z wózka kawałek świeżej murawy i załatał dziurę. Zrobił to z zaciętą i nieruchomą twarzą. Sceny, które ujrzał pod koniec meczu, wystarczyły, aby zrozumieć, jak żałosne były starania ostatnich tygodni, które podjął od chwili, gdy ujrzał Susan.

Przez cały tydzień Nick użył wszystkich zasobów inteligencji oraz swoich i Rosy znajomości i przyjaźni. Użył i mocno nadwerężył.
Po czterech dniach przekonywania i błagań udało mu się zdobyć kartę elitarnego klubu „Kosmicznych Zdobywców”. Jego członkowie jeździli ryczącymi potworami na dwóch kołach, nosili czarne skórzane stroje i mieli prawo wstępu do klubu „Na Orbicie”. Klub ten był miejscem spotkań najlepszych, najbardziej cool i trendy studentów uniwersytetu. Rządziły tam szaleństwo, szybkość, hip hop i break dance oraz John Clondike, który poza mercedesem cabrio był oczywiście właścicielem najbardziej trendy i cool potwora marki Bugatti. Od tygodnia u boku Johna królowała Susan, jej wyczyny w hip hopie i break dance dorównywały jej urodzie, sławie czirliderki i dziewczyny Johna.
Po dniach upokarzających targów, pożyczek i negocjacji Nick stał się właścicielem motocykla i czarnej skórzanej kurtki. Zadłużył się do końca studiów. Poza tym za wstęp do klubu zobowiązał się przeciągnąć przez egzaminy grupę klubowiczów, którym szybkość i break dance uniemożliwiały naukę. Nie liczył się z niczym. Nie słuchał Rosy, która próbowała go przekonać, że to droga do zawalenia egzaminów i pogrzebania życiowych planów. Trzy długie wieczory i noce przesiedział samotnie w najciemniejszym kącie klubu, pocąc się w za dużej kurtce i sącząc obrzydliwą lemoniadę z piwem. Przez trzy wieczory i noce był świadkiem triumfu Johna i Susan, po czym nad ranem musiał przyglądać się bezradnie, jak oboje odjeżdżają z rykiem silnika motocykla Bugatti. Czwartego dnia wreszcie nadeszła chwila, na którą czekał. Ze swojego ukrycia zobaczył, jak John i Susan przerywają taniec i kłócą się zawzięcie. Potem John ruszył do wyjścia, ze wściekłą miną roztrącając tłum.
Nie było chwili do stracenia, Nick odetchnął głębiej, przedarł się przez tańczących i stanął przed Susan. Spocony, w przekrzywionej kurtce i z zamglonym wzrokiem, wyszeptał z wysiłkiem coś, czego sam nie słyszał w ogłuszającym hałasie. Susan też nie mogła usłyszeć. I całe szczęście, inaczej do końca studiów wyznanie Nicka byłoby przedmiotem kpin i żartów.
– Jestem Nick, zatańcz ze mną, a ja chętnie ożenię się z tobą – wymamrotał, z lękiem patrząc w zielone oczy. – Nawet dziś – dodał szeptem.
– Dobrze, chodź – odpowiedziała Susan, nie zrozumiawszy ani słowa.
Nick nie wiedział, która część jego oferty zadziałała, taniec czy ślub. Zanim zdążył o to zapytać, Susan ruszyła w stronę wyjścia. Nie chodzi o taniec, przemknęło przez oszołomioną głowę Nicka. Ślub! Podążył za Susan jak lunatyk, na nogach jak z waty. Wiedział, że jako mąż będzie musiał zapewnić jej nieustające rozrywki oraz luksus. W przeciwnym razie jego szczęście nie potrwa długo. Chwilowo nie miał pojęcia, jak to zrobi, ale najważniejsza była nagła zgoda Susan.
Resztę wieczoru Nick słabo pamiętał. Blisko półgodzinna jazda motocyklem we dwójkę, z przytuloną do jego pleców boginią, na trasie pomiędzy klubem a domem rodziców Susan, w Upper East Side, na Manhattanie, obok Central Parku. Nick modlił się, żeby nie spotkać policji, nie miał przecież prawa jazdy. Kiedy zahamował przed domem, Susan zeskoczyła z siodełka. Tak szybko, że Nick o mało nie wywalił się razem z ciężkim motorem. Zamienili parę słów, które z trudem później odtworzył. Susan musnęła policzek Nicka ustami i znikła za bramą domu. Długo stał w miejscu, w którym go zostawiła i rozpamiętywał scenę pożegnania. Analizował zarejestrowany w mózgu niewyraźny film niczym detektyw wynajęty przez zakochanego.
W końcu ustalił następującą wersję:
Susan:
– Dzięki. Miło, że mnie odwiozłeś. Jak masz na imię?
Nick:
– Ja? Nick. Pamiętasz mnie?
Susan:
– Jasne, byłeś w klubie i nie pozwoliłeś mi wrócić samej. Jesteś prawdziwym gentlemanem.
Nick:
– Dzięki Susan. O której mam jutro przyjechać?
Susan:
– Czy ja wiem? Jak otworzą klub?
Nick:
– Super, będę na pewno.
Susan:
– No to cześć, Dick, do zobaczenia.
Potem na ekranie pojawiał się oszałamiający obraz twarzy Susan. Zbliżała się w zwolnieniu, które wytwarzał mozg Nicka pod wpływem wstrząsu adrenalinowego, jak podczas katastrofy. Film nagle przyśpieszał, aktorka-Susan całowała aktora-Nicka w policzek. Potem biegła do drzwi, machała i znikała, zanim aktor-Nick zdążył zapytać, czy ma przyjechać pod jej dom, czy spotkają się w klubie lub o numer jej telefonu. Tu film się urywał jak w smutnym scenariuszu ze świetnych czasów Hollywood.
Nick nie był pewien, czy Susan zapamiętała jego twarz. Dlaczego nie zdjął hełmu? Czemu nie powiedział czegoś interesującego? Dlaczego nie rozbawił jej do łez dowcipem, nie zapisał się błyskotliwą inteligencją w jej zachwyconej pamięci? Przecież stać go na to! Myśląc o wszystkim, czego nie zrobił, Nick o mało nie wpakował się motorem pod ciężarówkę. Ratując życie, skręcił w bok i przejechał z rozpędu przez krzewy parku.
Uderzył z hukiem o pień drzewa, wyleciał w powietrze i wylądował w stawie. Chłodna woda szybko przywróciła mu przytomność. Nic jednak nie mogło przywrócić formy kupionemu za pożyczone pieniądze motocyklowi, który owinął się dookoła pnia drzewa. Tylko błyskawiczna ucieczka przez ciemny park uchroniła Nicka przed spędzeniem nocy w komisariacie policji, która zjawiła się niebawem.
Przez następne dni Nick setki razy analizował znaczenie każdego słowa i gestu Susan. Tam i z powrotem przewijał w udręczonym mózgu taśmę filmu pod tytułem „Susan i Nick”. Nie potrafił zdecydować, czy odniósł sukces. Dlaczego nazwała go Dickiem? Zapytana o zdanie, Rosa wysłuchała relacji i oświadczyła, że to początek długiego uczucia Nicka-Dicka i Susan Linsday, które zwieńczy ślub, a potem czwórka dzieci i namiętne szczęście po grób.
– Zakochane kobiety mylą imiona wybranków i uciekają w popłochu. To emocjonalna panika, typowa dla dziewic. Idealnie pasuje do Susan. – Rosa zakończyła swój wywód z powagą.
Nick był wdzięczny, podzielał zdanie Rosy i czuł się rewelacyjnie. Przez kilka dni chodził w uniesieniu i planował następną randkę, która miała ośmielić „jego kochaną Su”. Nie będę obcesowy, jak ostatnio, obiecywał sobie. Opowiem jej parę lekkich dowcipów, zabiorę do ogrodu zoologicznego, pokażę zakochane zwierzęta. Nie małpy oczywiście, jakieś ptaszki. To musi zadziałać, przez analogię. I tak dalej. Aż do dzisiejszego meczu, podczas którego Nick zobaczył Susan w objęciach Johna, a także namiętny pocałunek na telebimie. Marzenia zderzyły się z rzeczywistością. Ze ściany drwiąco szczerzyła się do Nicka jego własna głupota. Przywrócony rozsądek piekł wstydem. Co na jego temat musiała myśleć Rosa!
– Nick! – rozległo się na ciemnym stadionie. Przez chwilę był przekonany, że to echo jego myśli. – Nick! – usłyszał znów i oprzytomniał.
Głos nie miał modulacji i pięknej barwy głosu Susan ani wesołego tonu Rosy. Był męski, chropawy i dobiegał ze wszystkich megafonów stadionu.
– Ty, na dole, głuchy jesteś? – odbiło się znów echem od pustych trybun.
Zaskoczony Nick podniósł głowę. Wysoko, w oświetlonych oknach na koronie stadionu, zobaczył dwie sylwetki, białą i błękitną. Z tej odległości nie mógł dojrzeć, że stał tam John Clondike w białym, miękkim swetrze zarzuconym na ramiona. Ani że błękit obok to była sukienka Susan.
John trzymał w dłoni mikrofon i patrzył przez szybę w doł.
– Nick – powiedział znów do mikrofonu. – Znalazłeś ślady mojego zwycięstwa?
Dłoń Johna opadła na przyciski pulpitu i stadion zalało jaskrawe światło jupiterów. Stojący w drzwiach dyspozytorni strażnik poruszył się niespokojnie.
– Panie Clondike, mogą mnie wyrzucić z pracy.
– Nie martw się, Bob – rzucił przez ramię John. – Ja tu rządzę. – Pokazał ruchem głowy na Susan. – Trzy dni temu moja królowa miała kaprys poprosić tego grzebacza traw, żeby zabrał ją na przejażdżkę. – Wskazujący palec Johna skierowany był w dół, w stronę zalanej światłem murawy i małej sylwetki Nicka.
– Przestań, John – poprosiła Susan z lekkim grymasem, który miał wyrażać nudę, ale maskował niepokój. Jakaś zazdrosna plotkara doniosła Johnowi, że Nick odwiózł Susan motorem do domu. John natychmiast oświadczył, że wyjaśni to z Nickiem. Pochlebiało to Susan, ale także budziło obawę. Poza tym maniery Johna zaczynały ją męczyć. – Nie jestem twoją własnością – powiedziała. – Wracam do domu.
– Zaczekaj, kochanie! – John chwycił Susan za ramię. – Dopiero zaczęliśmy. Obiecuję, że będzie wesoło. – Obrzucił twarz Susan najlepszym ze swoich aksamitnych spojrzeń. – Bardzo proszę!
– No dobrze – zgodziła się z westchnieniem Susan. – Obiecaj, że nie zrobisz mu krzywdy.
– Żartujesz, Su! Krzywdy? Za to, że cię dotknął? Zamierzam go tylko trochę zabić.
Strażnik za ich plecami zachichotał, John spojrzał na niego wesoło.
– Przyjrzyj się, Bob, rozegram najlepszy z moich meczów.
Tymczasem Nick oderwał wzrok od okien. Nie miał pojęcia, kto to był ani czego chciał. Zebrał narzędzia pracy, włożył je do wózka i ruszył w stronę bramy.
– Poczekaj, gdzie idziesz! – rozległo się znów z megafonów. – Chcesz zawalczyć o najwyższe trofeum? Dziś stoisz przed wielką szansą, dostaniesz lekcję gry od mistrza! Jeśli wygrasz, Susan jest twoja!
– Przesadzasz – skrzywiła się Susan.
Nick zatrzymał się jak wryty. Na wielkim ekranie wyświetliła się nagle jego twarz, na której malowało się zaskoczenie. Ktoś uruchomił i skierował na niego kamerę. Nad stadionem przetoczył się śmiech Johna.
– Popatrz na ten cielęcy wzrok! – zadudniły megafony. – On cię naprawdę kocha!
– John – wyszeptał do siebie Nick. – Dowiedział się o mnie i Susan. – Inteligencja Nicka obudziła się wreszcie, ale ustąpiła miejsca urażonej ambicji. – Dobrze! – warknął i zacisnął pięści. – Niech się zdecyduje raz na zawsze. – Nick uniósł głowę i wrzasnął: – Czekam na ciebie, Johnie Clondike! Ty albo ja, zostanie tylko jeden!
– Widzisz! – Roześmiany John już zakładał hełm i naramienniki zawodnika. Pokazał dłonią na Nicka. – Dopięłaś swego, zginie za miłość, cytując stare filmy. – John wciągnął rękawice, chwycił plecak i wybiegł z dyspozytorni.
– Co on tam ma, chyba nie broń? Czy mam zadzwonić po policję, proszę pani? – zapytał zaniepokojony strażnik.
– Nie. Bob, oni tak żartują. To tylko duzi chłopcy – odparła Susan, patrząc jednak z niepokojem na boisko.
Minęła niecała minuta i z tunelu wybiegł John. Z góry jego sylwetka wydała się niewielka. Sprężysty bieg i pochylona jak u byka głowa, w zawodniczym hełmie z kratą na twarzy, świadczyły o determinacji. Nick czekał na środku murawy. W oknach dyspozytora nadal widział szczupłą sylwetkę w błękitnym kolorze. Susan chciała pojedynku, rycerskiego turnieju o jej rękę.
– Niech tak będzie! Zostanie tylko jeden! – powtórzył po cichu i spojrzał groźnie w stronę tunelu dla zawodników.
John zbliżał się do Nicka w rytmie zawodowca. Przyśpieszył ostatnie kilka kroków, zamachnął się i z potężną siłą wyrzucił do przodu prawe ramię. Ciemny przedmiot pofrunął, koziołkując w powietrzu. Zaskoczony Nick otrzymał silny cios w pierś. Jego stopy oderwały się od murawy, przeleciał metr, upadł na plecy i cały obolały znieruchomiał, rozpaczliwie łapiąc powietrze w płuca. John zatrzymał się, odwrócił do budynku dyspozytora i uniósł w zwycięskim geście ręce. Susan pomachała dłonią i powiedziała do mikrofonu:
– Widziałam, wygrałeś. Wracajmy, okej?
Głos Susan przywrócił Nickowi oddech i trzeźwość umysłu. Poczuł, że prawą dłonią przyciska do piersi podłużną piłkę, która go powaliła. Susan czekała na jego odpowiedź. Adrenalina napłynęła Nickowi do mózgu z siłą wodospadu. Wyprężył się, podskoczył jak sprężyna i stanął na nogi. W następnej sekundzie runął w stronę Johna, który już szedł w kierunku bramy. Biegnąc, Nick odprowadził dłoń z piłką do tyłu, po czym cisnął nią jak zawodowiec. Poszybowała nad murawą.
Susan zamknęła oczy, strażnik obok niej pochylił się zaniepokojony. John wyczuł albo usłyszał coś i odwrócił się. Nadlatująca piłka trafiła go w środek twarzy. Gdyby nie przyłbica hełmu, skutki byłyby fatalne dla jego męskiej urody. Cios był tak mocny, że John usiadł na trawie, wybałuszając oczy o nieprzytomnym spojrzeniu.
– O, cholera – mruknął strażnik. – Może jednak zadzwonię po gliniarzy.
– Dzwoń, Bob – zgodziła się Susan.
Strażnik szybko ruszył w stronę powieszonego na ścianie telefonu. Tymczasem John potrząsnął głową i spojrzał z niedowierzaniem na piłkę, która zatrzymała się w pobliżu, po czym przeniósł wzrok na Nicka.
– Faul – powiedział spokojnie, przytłumionym od bólu i złości głosem. – Nie wolno tak rzucać. Teraz będzie karny i wykluczenie z gry. – John jednym skokiem stanął na nogi.
– John, proszę cię! – odezwały się megafony ostrzegawczym głosem Susan.
Mogła użyć wszystkich zaklęć świata, John Clondike już ruszył, nabierając szybkości. Nick zdążył tylko się pochylić. Zderzyli się. Cios barkiem Johna rozniósłby blok obronny całej drużyny Byków, był jak zderzenie z nosorożcem. Nick z jękiem bólu wbił się w powietrze, przefrunął kilka metrów i zwalił się na murawę. Miał wrażenie, że urwało mu ramię, bark, poł klatki piersiowej i głowę. Leżał jak sparaliżowany, zastanawiają się, czy da sobie radę w życiu bez górnej połowy ciała. Nad nim wyrosła ciemna sylwetka nosorożca Johna.
– Wstawaj zdechlaku, to początek meczu.
– John, jeśli dotkniesz go jeszcze raz, więcej mnie nie zobaczysz! – powiedziały megafony głosem Susan.
Magiczna moc jej głosu znów podziałała na mozg Nicka. Górna część ciała była pozbawiona czucia, ale nogi nagle ożyły i wykonały pchnięcie z chwytem, zapamiętane z lekcji dżudo, na które chodził do szkolnego klubu. John zwalił się z okrzykiem zaskoczenia. Nogi Nicka złapały go w pasie i ścisnęły z taką siłą, że napastnik Rangersów stracił głos.
Leżeli obaj, z wytrzeszczonymi oczami, nie słysząc megafonów, które wymyślały im od idiotów głosem Susan. Nie wiadomo, jak skończyłby się ten turniej ambicji, adrenaliny i męskiej głupoty, gdyby nagle stadionu nie zalało silne fosforyzujące światło, o wiele potężniejsze od jupiterów.
– Jasna cholera! – powiedział strażnik, ruszając w stronę okna. – Czego ci gliniarze teraz używają?









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2012-12-10 (783 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej