Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Wiosna buntowników
 
Katalog - dodano
 Wyczarowanie światła
- V.E. Schwab
 Fandom
- Anna Day
 Przebudzenie Lewiatana
- James S. A. Corey
 Przepaść
- Michelle Paver
 Spętani przeznaczeniem
- Veronica Roth
 
- skomentowano
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 Idiota skończony
- Antologia
 Plus/minus
- Olga Gromyko
 Plus/minus
- Olga Gromyko
 

''Korzenie niebios'' - Tullio Avoledo



Przez teren targu przechodzimy przy ogólnej obojętności i pod wrogimi spojrzeniami kilku osób. Wchodzimy teraz do niemal pustych korytarzy. Jest w nich zapach ziemi i pleśni. Myślę, że w tych lochach nosimy go na sobie wszyscy. Tyle że po pewnym czasie przywykamy do tego. Ale tu woń jest zdecydowanie silniejsza. I jest gorsze oświetlenie. Generatory nie dostarczają wystarczająco dużo prądu, aby wszędzie zachować pozory cyklu dzień – noc. Są strefy mniej ważne, jak właśnie ta, w których światła elektrycznego po prostu nie ma. Albani szpera w kieszeni kombinezonu i wyciąga latarkę. To cenny przedmiot. Nie wiedziałem nawet, że takie przetrwały. To latarka diodowa, którą ładuje się poprzez kręcenie korbką. Kiedy była nowa, zaledwie minuta obracania korbką zapewniała wiele minut światła. Teraz kardynał musi ładować ją bez przerwy, żeby świeciła. Ale i tak jest nadzwyczajną rzeczą, a wiązka światła, jaką emituje, jest czymś nad wyraz pożądanym, bo miejscami oświetla przerażające przedmioty: grymas bezzębnej czaszki albo stos kości udowych i piszczeli w innej ściennej wnęce. Pajęczyny zwisające z góry jak całuny. Prawdziwy tunel grozy. Chwilami moja dłoń muska w ciemności coś, co się rusza. Szczur albo coś innego. Mówią, że są w ciemności rzeczy o wiele gorsze od szczurów.
– Okolica do wykorzystania. Pewnego dnia stanie się przedmiotem spekulacji budowlanej. Jak mówią specjaliści od nieruchomości, „ma duży potencjał”.
Nie wiem, czy kardynał żartuje, czy mówi serio. Tak jak nie umiem powiedzieć, ile uszliśmy – może ze dwie mile – od jednego do drugiego poziomu krypt, zanim dotarliśmy do czegoś, co wydaje się wyspą światła: do pomieszczenia oświetlonego lampami naftowymi.
Kardynał przestaje ładować latarkę.
– Proszę wybaczyć, jeśli będą się zachowywać nieco… gburowato. To żołnierze. Dobre maniery nie są ich mocną stroną. Co ojciec wie o świecie zewnętrznym?
– Bardzo niewiele. Tyle, ile można usłyszeć od zwiadowców.
– Ludzie, których zaraz spotkamy wiedzą o tym wszystko. A przynajmniej tyle, ile trzeba, żeby przetrwać. Są najlepszą eskortą, jaką mogłem ojcu znaleźć. Zapraszam.
Żaden z mężczyzn w pokoju nie zdradza oznak zainteresowania, kiedy wchodzimy.
Pokój jest mały i zatłoczony. Oświetlają go tylko dwie lampy i jakiś tuzin mdłych świec. Mężczyźni w półmroku wyglądają jak woskowe posągi.

Albani uśmiecha się, unosząc wyniośle swoje otyłe ciało wśród tych chudych jak szakale, jak bezpańskie psy mężczyzn. Idę za nim, lustrując dyskretnie twarze żołnierzy, ich sposób poruszania się, niezwykle powolny, jakby każdy gest, każdy najmniejszy ruch musiał być starannie wyważony.
Jest ich sześciu. Różnego wzrostu, ubranych w mundury polowe o rozmaitych kombinacjach barw. Bez trudu rozpoznaję ich dowódcę. Tylko on stoi, a od pozostałych jakby biegły ku niemu proste linie – uwagi i szacunku.
– Kapitan Marc Durand – szepcze Albani, przestawiając nas sobie. – Ojciec John Daniels, z Kongregacji Nauki Wiary.
W oczach Duranda widać rozbawienie. Ale usta pozostają zaciśnięte w cienką aseptyczną fałdę. Jest smukły niczym chart, ma koło pięćdziesiątki. Przypomina mi kogoś, jakąś postać z przeszłości, ale nie mogę sobie przypomnieć nazwiska. Robi krok w przód, wyciąga do mnie rękę i chwyta moją dłoń w mocnym, suchym uścisku.
– Jak pan sobie radzi z bronią? – pyta bez zbędnych wstępów.
– Używałem jej, kiedy byłem chłopcem.
– To musiał upłynąć szmat czasu, tak na oko.
– Koło trzydziestu lat.
Mężczyzna siedzący u boku Duranda uśmiecha się kpiąco, kiwając głową.
To niski, krępy typ, z blizną na ogolonej głowie i dystynkcjami sierżanta na kurtce.
Durand klepie go w ramię.
– Pauli, pożycz swój pistolet ojcu Johnowi.
Sierżant wyciąga pistolet z kabury i podaje mi go, ciągle tak samo uśmiechnięty.
– Z czego pan strzelał, kiedy był pan chłopcem?
– O, z wielu rzeczy. Karabiny, pistolety. Karabiny maszynowe, karabiny snajperskie, miotacze ognia, dezintegratory, taktyczne bomby atomowe…
Kapitan patrzy na mnie jakbym bredził.
– Paralizatory plazmowe, katapulty, łuk walijski, gladius, działo cząsteczkowe…
– Ejże, ejże. Chwila. O czym ojciec mówi?
– O moim jedynym doświadczeniu z bronią. W grach komputerowych i Playstation.
Kapitan Durand kręci głową.
Sierżant drapie się w podbródek.
– Coś mi się zdaje, że to się nie liczy. Naprawdę nigdy pan nie strzelał? Mam na myśli prawdziwy pistolet.
– Nie. Ani razu.
Sierżant odwraca się do swojego przełożonego i mówi do niego po francusku tak szybko, że z trudem udaje mi się wychwycić słowa problem i amunicja.
Durand wyciąga mi pistolet z dłoni.
– Wie ojciec, co znaczy wyjść stąd na zewnątrz, gdy nie umie się strzelać? To znaczy mieć takie szanse na przeżycie, jak płatek śniegu w piekle.
– Sądziłem, że strzelaniem zajmiecie się wy.
Durand przygląda mi się surowo.
– W tej misji każdy musi być w stanie radzić sobie sam. Nie ma miejsca na bezwładne ciężary. Więc każdy musi umieć się obronić. W przeciwnym razie wystawia na niebezpieczeństwo nie tylko siebie samego, ale całą ekspedycję. Jasne?
Potakuję.
Durand przyjmuje to skinieniem głowy.
Bon. Szkolenie teoretyczne możemy sobie darować. Amunicji nie ma w nadmiarze. Szkolenie praktyczne natomiast odbędzie się na miejscu. O ile będzie konieczne. Ale obawiam się, że będzie. A w zasadzie szkolenie teoretyczne zrobię natychmiast. Pierwsza i ostatnia lekcja… W mojej drużynie zasady są dwie: jeden strzał, jeden trup.
Patrzę na niego.
– To jedna zasada – mówię. – A druga?
– Druga zawiera się w pierwszej: nie tolerujemy marnotrawstwa amunicji.
Kardynał Albani odchrząkuje.
– Byłby pan uprzejmy przedstawić ojcu Johnowi pozostałych członków drużyny, kapitanie?
Durand wskazuje na krępego typa u swego boku.
– Sierżant Paul Wenzel, zwany „Pauli”. Specjalista od technik destrukcji. Oczywiście, w tej dziedzinie pozostanie zawsze numerem dwa. Nikt nie jest lepszy niż generał Fubard.
– Fubard?
Durand uśmiecha się.
– Gra słów. FUBAR Day. Czy pan wie, co to jest sytuacja FUBAR, ojcze Daniels?
– Przyznaję się do niewiedzy.
– W amerykańskim żargonie wojskowym trudne sytuacje są… były… określane skrótami SNAFU, TARFU i FUBAR, w zależności od wagi ich znaczenia. SNAFU tworzą inicjały słów Situation Normal, All Fucked Up, czyli „sytuacja normalna, wszystko spieprzone”, TARFU bierze się od Things Are Really Fucked Up, czyli „wszystko naprawdę spieprzone”. Akronim FUBAR oznacza sytuację najgorszą: Fucked Up Beyond All Recognition, co znaczy „spieprzone ponad wszelkie pojęcie”. A oznacza to sytuację tak fatalną, że lepiej zrównać wszystko z ziemią i zacząć od początku. FUBAR Day…
– To, co my nazywamy Wielką Zagładą.
– Właśnie, wy.
Durand daje znak głową dwu ludziom siedzącym po jego prawej stronie. Chudszy czyści sobie paznokcie nożem do rzucania. Drugi obserwuje mnie niezwykle białymi oczami osadzonymi w twarzy czarnej jak heban.
– Ten biały to Yegor Bitka, nasz spec od komunikacji, między innymi. W rzeczywistości fachman od komunikacji tam, na górze, jest potrzebny jak szklanka w piekle. Radio to zbędny ciężar. Ale tradycji musi stać się zadość, więc nosimy ze sobą radio, które nie zdaje się na nic. Ten Murzyn to kapral Marcel Diop. Ekspert od wszystkiego. Do tego wielki upierdliwiec.
Słowo „Murzyn” w jego ustach nie brzmi napastliwie.
Obaj żołnierze wykonują coś na kształt lekkiego ukłonu. Ukłon Diopa wygląda na szczery, Bitki zaś – na ironiczny.
– Bitka to serbskie nazwisko? – pytam.
Nie odpowiada. Jest bladym blondynem, a mięśnie jego szyi są napięte jak lina cumownicza.
Bitka w serbsko-chorwackim znaczy „bójka” – mówię.
– Ach tak? A Diop? Diop też coś znaczy? – rzuca sarkastycznie. – I tego się dowiem?
Nie odpowiadam.
– Ci dwaj dżentelmeni – ciągnie kapitan Durand – to żołnierz Guido Greppi i kapral Marco Rossi.
Obaj są młodzi. Z pewnością urodzili się po wojnie.
– Myślałem, że Gwardia Szwajcarska jest, no… szwajcarska – mówię.
– Kiedyś tak. Teraz poszukiwanie kadr na tę odległość jest, jakby to powiedzieć, dość złożone. A i tak jesteśmy międzynarodowi. Jak sam Kościół, zresztą. Daniels to nie jest zapewne włoskie nazwisko.
– Urodziłem się w Ameryce. W Bostonie.
W pomieszczeniu, w którym kazano mi czekać, unosi się wyraźny zapach kurzu…
Kurzu i gęstego dymu świec: oświetlające tysiącsiedmiusetletnie freski świece kiedyś zrobiono by z czystego pszczelego wosku. Teraz robimy je z czego się da, z tego, co jest pod ręką. Parafina, stearyna. Tłuszcz, zwierzęcy ale nie tylko. W naszym nowym świecie nie wyrzuca się niczego. Ani ciał, ani pomysłów.
Odkrywamy na nowo przeszłość. Techniki sprzed lat. Jak odlać świeczkę, zbudować kuszę, zedrzeć skórę ze szczura i ją wyprawić.
Jakbyśmy podróżowali w czasie, wstecz. A z drugiej strony, świat sprzed Wielkiej Zagłady też odkrywał jedynie na nowo wynalazki z przeszłości. Już wtedy byliśmy karłami na ramionach gigantów. Pasożytami na przeszłości.
Echa gregoriańskiego śpiewu dochodzą chwilami aż tutaj, dźwięczne i czyste, pomimo wielu krętych korytarzy.
Ławka jest niewygodna. Dwaj gwardziści stojący przy drzwiach wyglądają na zmęczonych. Udaje im się zachować postawę, ale spojrzenia zdradzają oczywistą nudę. Nazywa się ich nadal Gwardią Szwajcarską, chociaż nie przypominają już w niczym żołnierzy w operetkowych mundurach sprzed lat. Żadnych halabard, tylko praktyczny pistolet w odpiętej kaburze. Skończyły się czasy jaskrawych mundurów, które, wedle fałszywej zapewne legendy, miał projektować sam Michał Anioł. Jedyną pozostałością są kolory Medyceuszy – niebieski, czerwony i żółty – na trzech wstążeczkach kieszonki polowego munduru. Nad wstążkami naszyty jest herb z szarej tkaniny, przedstawiający skrzyżowane klucze świętego Piotra pod baldachimem: symbol sediswakancji. Rzym bez papieża.
Mijają prawie dwie godziny, nim w końcu otwierają się drzwi do biura kardynała kamerlinga i strażnik pozwala mi wejść.
Kardynał Ferdinando Albani jest niskim, pucołowatym mężczyzną, o miękkich palcach, pulchnych jak serdelki. W tych czasach gruby mężczyzna to rzadkość.
Ściskam jego dłoń chyba zbyt długo, bo cofa ją dość gwałtownie.
Odchrząkuje.

– Zapraszam, ojcze Daniels. Proszę wybaczyć, że nie mogłem przyjąć ojca wcześniej, ale musiałem się zająć pewną nieprzewidzianą sprawą.
Biurko, za którym kardynał zaraz zasiądzie, to ciężki stary mebel. Zastanawiam się, ile wysiłku trzeba było, żeby je tu znieść. Ile straconych istnień. Wielka biblioteka za biurkiem wygląda na równie starą. Stoją w niej cenne dzieła oprawne w skórę. Za grawerowanymi szybami będzie tego przynajmniej z dwieście tomów. Przypuszczalnie największy księgozbiór ocalały z Wielkiej Zagłady.
Wcześniej nigdy tu nie byłem. Kardynał uśmiecha się widząc, jak przyglądam się wysokiemu sklepieniu i zdobiącym je freskom.
Interesuje ojca sztuka?
Odchrząkuję.
– Nie zwracam już na nią za bardzo uwagi.
Albani patrzy na jakiś wizerunek w małej niszy na ścianie. Jezus trzymający Ewangelię:
– Chrystus Pantokrator – objaśnia z przesadną dumą, bo freskowi daleko do arcydzieła.
wskazuje na obraz wiszący obok.
– Święty Urban, papież i męczennik.
Wstaje z fotela, który wydaje z siebie skrzypnięcie.
Podchodzi do ściany po lewej stronie biurka.
Zanim powstało moje biuro, była tu krypta Świętej Cecylii. Z jej sarkofagiem. Proszę spojrzeć, pokażę ojcu.
Odsuwa powoli zasłonę z czerwonego atłasu, za którą widnieje nisza w murze. W migoczącym świetle kandelabrów ukazuje się marmurowy posąg leżącej młodej kobiety z głową zwróconą ku ścianie.
Głos Albaniego przybiera śpiewny ton.
– Święta Cecylia – szepcze. – Wielki rzeźbiarz Maderno przedstawił ją w pozycji, w jakiej została znaleziona, i jak wyglądała podczas identyfikacji w 1599 roku. Widzi ojciec palce? Trzy wyprostowane palce ręki prawej i jeden lewej. Wedle tradycji, w chwili śmierci święta chciała zamanifestować swoją wiarę w Boga w Trójcy Jedynego. W tej niszy stał jej sarkofag do 821 roku.
Kardynał zaciąga zasłonę z głębokim westchnieniem.
– To jest, niestety, tylko kopia. Oryginał…
Gestem ręki wskazuje górę, jego ciałem wstrząsa dreszcz.
Stracony na zawsze, takie jest znaczenie tego gestu.
Jak wszystko, tam na górze.
Wraca za biurko i siada.
– Napije się ojciec czegoś?
Potrząsam głową.
– Nie, dziękuję.
– Sądzę, że mamy jeszcze parę saszetek herbaty. Naprawdę nie zechce ojciec filiżanki?
– Lepiej nie. Dużo czasu zabrało mi zapominanie smaku herbaty i kawy. Lepiej nie budzić tęsknot.
– A więc woda – konkluduje prałat z uśmiechem.
Uderza dwa razy w dłonie. Zza kotary w głębi pomieszczenia wychodzi stary sługa ubrany w żakiet tak zużyty, że wygląda jakby go wydobyto z wraku Titanica.
– Anselmo, byłbyś łaskaw podać zimną wodę ojcu Danielsowi? I herbatę dla mnie, dziękuję.
Starzec kłania się i wychodzi.
– Anselmo był w służbie u papieża – mówi półgłosem kardynał. – To jemu zawdzięczamy relację z ostatnich godzin życia naszego nieodżałowanego biskupa Rzymu. To cud, prawdziwy cud, że sam przeżył.
Tu w podziemiach wszyscy znamy szczegóły śmierci papieża Benedykta z tego, co nam opowiedziano. Ostatnia homilia wygłoszona z balkonu Bazyliki przed placem Świętego Piotra, na którym zgromadziło się ponad dwieście tysięcy ludzi, podczas gdy poza kolumnadą tłoczyło się ich pięć razy więcej, modlących się na kolanach, zdezorientowanych. Papież zawierzył Rzym i cały świat opiece boskiej, błagając o przebaczenie. Jego ostatnie słowa zostały zagłuszone przez syreny alarmowe, których w Rzymie nie słyszano od końca drugiej wojny światowej.
Bomba spadła kilka minut później, pięć kilometrów na północny wschód od placu, a fala uderzeniowa natarła z siłą tsunami, zmiatając kopułę Bazyliki z kolumnadą Berniniego i obracając w popiół tłum zgromadzony na modlitwie.
Tak przynajmniej mówią.
Tak to nam opowiedzieli.
Nie było tam nikogo z nas. Dowiedzieliśmy się od innych, którzy z kolei dowiedzieli się od kogoś, kto może, może, był tam sam tego dnia.
– Anselmo mówi, że poczuł się jak zdrajca, odwracając się plecami, żeby dobiec do najbliższej stacji metra. Ale jego świadectwo jest tak cenne, że to zapewne sam Bóg natchnął go tamtego dnia.
Kardynał milknie, kiedy stary powraca z filiżanką i szklanką na plastikowej tacy. Dopiero kiedy podchodzi bliżej, w świetle świecy stojącej na biurku dostrzegam długie blizny na twarzy, plamy od oparzeń na szyi.
– Dziękuję ci, Anselmo. Posłodzona? Dwie kostki? Dziękuję.
Patrzy na dymiącą filiżankę. Z zamkniętymi oczami wdycha aromat herbaty, uśmiechając się z rozkoszą. Po chwili otwiera oczy i potrząsa głową z miną winnego.
– Wiem, nie powinienem. To ostatnie saszetki, a później już nie będzie żadnej herbaty. To i tak niewiarygodne, że przetrwały tak długo. Jak to się nam udało, Anselmo?
– Trzymamy je w zamrażarce, Eminencjo.
– A, właśnie, w zamrażarce. Dziękuję ci, mój drogi. Możesz już iść.
Po wyjściu służącego kardynał wraca do swojej opowieści.
– Od tamtego dnia jesteśmy sierotami, bez ojca. Benedykt był ostatnim papieżem. Konstytucja apostolska Universi Dominici Gregis reguluje w szczegółach wszystkie procedury, według których należy postępować po śmierci papieża. Ale z pewnością nie można było przewidzieć takiej sytuacji. Według procedur powinienem był stwierdzić śmierć najwyższego kapłana, uderzając srebrnym młoteczkiem w jego czoło i przyzywając trzykrotnie jego imienia, w obecności Mistrza Papieskich Ceremonii Liturgicznych, Sekretarza i Kanclerza Kamery Apostolskiej. Ale papież Benedykt jest już tylko prochem na wietrze. Czy miałem stąd wyjść i uderzyć srebrnym młotkiem w niebo nad Rzymem? Musiałbym go jeszcze mieć…
Albani potrząsa głową.
– Sam celebrowałem dziewięciodniowe uroczystości żałobne po śmierci papieża. Pogrzebałem w tych katakumbach garść popiołu zebranego na przedmieściach.
Schyliłem głowę. Ja też uczyniłem ten gest przed schronieniem się tutaj. Nikt z nas nie wie, co się stało z jego rodziną, przyjaciółmi. Moi rodzice i siostra byli w Bostonie, brat w Seattle. Podejrzewam, że oba te miasta znalazły się wśród najważniejszych celów. Zanim zszedłem tu na dół, zebrałem garść popiołu i wsypałem do skórzanego woreczka. Noszę go ciągle przy sobie. Nie wiem, czyje lub czego są to popioły: mężczyzny, kobiety czy psa. A może drzewa. W każdym razie czegoś, co kiedyś było żywe, a teraz już nie jest. Kiedy rzeczywistość skrywa się przed nami, kiedy rzeczywistości nie można się przyjrzeć, pozostaje nam zadowolić się symbolami.
Kardynał pije swoją herbatę.
Ja podnoszę do ust szklankę. Delektuję się wodą. Kiedyś wychyliłbym ją niedbale jednym haustem. Ale teraz stała się cenna, taki dar, który należy sączyć kropelka po kropelce.
Albani odstawia powoli filiżankę na podstawek, bez najmniejszego odgłosu.
Wszyscy, tu na dole, poznaliśmy wartość ciszy. Jest często jedynym sposobem na przeżycie.
– Jak ojciec dobrze wie, z końcem żałoby, jako kardynał kamerling, powinienem był wezwać kardynałów elektorów i zwołać konklawe, żeby wybrać nowego papieża… Jednak był pewien problem, i nadal jest. Jestem jedynym kardynałem. Nie ma innych. To znaczy, ktoś teoretycznie mógł przeżyć, gdzieś w innej części świata. Tyle że praktycznie jest tak, jakby go nie było. Sam nie mogę otworzyć konklawe. I tak od ponad dwudziestu lat pontyfikalny tron pozostaje pusty. Nie mamy papieża. Ale dwa miesiące temu…
Kardynał robi długą przerwę. Potem łączy palce obu rąk tak, że tworzą trójkąt.
Zdaje się ważyć każde słowo, zanim je wypowie.
– Dwa miesiące temu oddział rozpoznania przeszukujący okolice Ankony, gdzie mamy stały przyczółek, uratował pewnego handlarza. Jedyną osobę ocaloną z konwoju, który wyruszył z Ravenny. Konwój złożony z pięciu wozów wpadł w pułapkę na kilka kilometrów przed posterunkiem i został doszczętnie rozbity. Handlarz zdołał się uratować, chroniąc się w jakimś budynku, starym nabrzeżnym bunkrze, którego stalowe drzwi pozostały miłosiernie otwarte. Mówię miłosiernie, bo widzę rękę bożą w ocaleniu tego człowieka.
Tu, na dole, nie wzywamy często imienia Boga, chyba że podczas obrzędów i modlitw. Tak jakbyśmy podzielili naszą wiarę na strefy: nie zaprzestaliśmy go wzywać, ale w życiu codziennym wolimy o nim nie myśleć.
Kardynał wypija herbatę do końca. Ja trzymam w dłoniach szklankę, rozkoszując się chłodem wody poprzez szkło.
– Kiedy odnaleźli go gwardziści, biedak był bliski śmierci ze strachu i z głodu. Przez trzy noce musiał słuchać hałasów i zwierzęcych głosów stworzeń krążących wokół bunkra. Pierwszej nocy bestie, których handlarz nie potrafił opisać, urządziły sobie bankiet z resztek konwoju. Drugiej nocy próbowały sforsować drzwi bunkra. Trzeciej wydawało się, że dały spokój, ale kiedy próbował wyjść, przyczajona bestia zdołała niemal go schwytać. Kiedy gwardziści go odnaleźli, był odwodniony i oszalały z przerażenia.
Wyobrażam sobie. Każdy z nas nasłuchał się opowieści o stworzeniach grasujących po nocy. Jakbyśmy je widzieli na własne oczy. Są w naszych koszmarach sennych od lat.
– Zanim umarł, opowiedział strażnikom niewiarygodną historię. Mówił, że na północ od Ravenny znajduje się miasto zamieszkałe przez duchy.
– To bardzo rozpowszechnione legendy. Mówią, że również w Rzymie…
– Bardzo proszę, ojcze Johnie, proszę mi nie przerywać.
– Przepraszam. Nie miałem zamiaru…
– Nie o duchy tu chodzi. Handlarz powiedział jeszcze coś, na co strażnicy w pierwszej chwili nie zwrócili uwagi. Powiedział, że choć nigdy tam nie był, mieszkańcy pewnej wsi pod Ravenną, ci sami, którzy opowiedzieli mu o duchach, twierdzili, że te zjawy więżą w podziemiach wysokiego dygnitarza kościelnego.
Albani robi długą, obliczoną na efekt przerwę. I kończy:
– Chodzi o kardynała patriarchę. A tym miastem jest Wenecja.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2012-12-14 (796 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej