Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Dziewczyny, które miał na myśli
 
Katalog - dodano
 Ostatni
- Charlie Fletcher
 84 000
- Claire North
 Noc bez gwiazd
- Peter F. Hamilton
 Cynobrowe pola
- Aleksandra Radlak
 Księga czarownic
- Deborah Harkness
 
- skomentowano
 Wiedźmie opowieści
- Olga Gromyko
 Pierwsze słowo
- Marta Kisiel
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Utracona magia'' - Karen Miller



ROZDZIAŁ 1



Spór był błahy… ale nie w tym rzecz. Zmęczyło go już powtarzanie: rzecz w tym, że zawleczenie Doranina do Pałacu Sprawiedliwości i zmuszenie go do obrony, bo posłużył się magią, było poniżające. To obelga. Postawienie jakiegoś olkińskiego wściubiającego nos natręta na równi z dorańskim magiem było obelgą. Do tego maczał w tym palce osławiony Asher z Restharven. Jego szemrane zdolności były największą obelgą ze wszystkich.
– Ojcze…
Rodyn Garrick spojrzał w dół na swego syna.
– Co?
Zabrany z klasy, by być tutaj, na najważniejszej lekcji, jaką mógł otrzymać młody Doranin, Arlin wiercił się obok niego na ławie. I to była jeszcze jedna obelga. Za czasów Borne’a dorański członek rady miał zapewnione szacowne miejsce w Pałacu Sprawiedliwości na jednej z galerii… lecz te czasy minęły. Obecnie miejsca na galerii pozostawały puste i nawet najważniejsi Doranie w Lur byli zmuszeni odgniatać sobie siedzenia na twardych drewnianych ławach, rzuceni w środek ogółu mieszkańców.
– Arlinie, co? – powtórzył. – Rozprawa zaraz się zacznie. A ja ci mówiłem, że nie będę tolerował przerywania.
– Nieważne – wyszeptał Arlin. – Spytam później.
Rodyn stłumił gniew. Chłopak był nie do zniesienia. To wina jego matki. Jedyny syn, a ona rozpieszczała go ponad wszelką miarę. Naprawdę dobrze się stało, że umarła. Wystarczająco ciężko było naprawić szkody wyrządzone przez nią w ciągu dziesięciu lat.
W Pałacu Sprawiedliwości brzęczało od stłumionych rozmów, a w chłodnym powietrzu ciężko zawisł już nie tak skutecznie tłumiony nastrój wyczekiwania. Rodyn mu się nie poddawał. Odczuwał jedynie wściekłość i zgrozę. Postanowił usiąść wraz z synem na końcu sali, gdzie było najmniejsze ryzyko, że ktoś ich zauważy. Poza Ain Freidin, przeciwko której wysunięto te urągliwe i rzekome zarzuty, oraz jej rodziną, on i Arlin byli jedynymi obecnymi Doranami. Cóż, oczywiście nie licząc jego znajomej z Rady, Sarnii Marnagh; główna administratorka Pałacu Sprawiedliwości i jej olkiński asystent cicho naradzali się nad pergaminami i papierzyskami, ani razu nie podnosząc wzroku.
Wszyscy czekali na Ashera.
Kiedy w końcu tak zwany zbawca Lur raczył się pojawić, wszedł przez jedne z drzwi w głębi sali, zamiast powoli i z doniosłą godnością opuścić się do niej z wysokości, co było zwyczajem za czasów Borne’a. Tyle zostało z majestatu prawa. Nawet ubiorowi Ashera brakowało należytego przepychu… zwyczajna bawełna z wełną, do tego niegustowna rudawobrązowa brokatowa kamizelka. Toż to Pałac Sprawiedliwości. Może spotkania Rady nie wymagały aksamitów i klejnotów, ale to czcigodne miejsce z pewnością tak.
Był to kolejny przykład olkińskiej pogardy.
Jeszcze bardziej zdenerwował go pełen szacunku ukłon złożony przez Sarnię Marnagh Olkowi, tak jakby był znamienitszy od niej. Jak ta kobieta mogła nadal tu pracować? Nadal podkopywać pozycję własnych rodaków? Znamienitszy? Asher i jego olkińscy pobratymcy nie byli nawet równi Doranom.
Arlin wstrzymał oddech.
– Ojcze?
Ze świadomym wysiłkiem Rodyn rozluźnił zaciśnięte pięści. To urządzone na nowo Lur dławiło go niczym ość w gardle, kłuło i drażniło, całkiem rujnując mu apetyt… ale nie przysłuży się nikomu, niczego nie ocali, jeżeli nie utrzyma nerwów na wodzy. Przybył tu dzisiaj, żeby obserwować, nic więcej. Nic więcej nie mógł zrobić. Pora jeszcze nie dojrzała. Lecz kiedy dojrzeje… och, kiedy dojrzeje…
„Ujrzę z dawna zaległe żniwa”.
W odległym krańcu sali, zasiadłszy na imponującym podwyższeniu przy sędziowskim stole, Asher trzy razy uderzył małym młoteczkiem w prastary dzwonek. W przestronnej sali zapadła cisza.
– No dobrze – powiedział, niedbale rozparty na swoim rzeźbionym i wyściełanym krześle. – O co w tym wszystkim chodzi? To ty się skarżysz, mistrzu Tarne, więc najlepiej gadaj pierwszy.
A więc tak brzmiało nazwisko Olka? Wcześniej nie zadał sobie trudu, by je poznać. Nie miało znaczenia, kim był ten człowiek. Liczyło się tylko, że ośmielił się mieszać w sprawy dorańskiej magii. Nawet teraz Rodynowi trudno było w coś takiego uwierzyć. To był policzek dla natury, dla właściwego porządku rzeczy, żeby jakiś Olk podważał prawa Doranina.
Olk podniósł się, a następnie przeszedł na miejsce dla świadka przed podwyższeniem. Pękając z nadmiaru jedzenia i pychy, rzucił triumfujące spojrzenie Ain Freidin, po czym zatknął kciuki za napięte szelki i kołysał się na piętach.
– Mistrz Tarne, zgadza się, panie. I jestem tutaj po to, żebyś rozstrzygnął tę sprawę z moją sąsiadką. Nie należę do takich, co to szukają przykrości. Wolę spokojnie żyć i dać żyć innym. Ale nie dam sobą pomiatać, panie, i nikt mi nie będzie mówił, żebym znał swoje miejsce. Te czasy już minęły. Ja znam swoje miejsce. Znam swoje prawa.
Asher podrapał się po nosie.
– Może i znasz, ale nie o to cię spytałem.
– Proszę o wybaczenie – odpowiedział Olk, zesztywniały z oburzenia.
– Ja tylko nakreślam obraz, panie. Żeby zapewnić ci pojęcie o…
– Jedyne, co mi zapewniasz, mistrzu Tarne, to wrzody na tyłku – przerwał Asher. – Tak się składa, że nie jestem w nastroju, żeby tu siedzieć przez cały dzień na obolałym zadku, więc po prostu poczekaj chwilę, a ja zobaczę, czy potrafi sz swoją skargę napisać lepiej, niż o niej opowiedzieć.
Gdy urażony olkiński wół z sykiem wciągnął powietrze przez zęby, Asher wziął dokument podany mu przez olkińskiego asystenta Sarnii Marnagh. Zaczął go czytać, ignorując Tarne’a i rozproszone szepty Olków, którzy zaczęli się gapić i drwić z lepszych od siebie. Zignorował także Ain Freidin. Sarnia Marnagh siedziała biernie; jedynym jej wkładem w rozprawę był magiczny zapis tej parodii sprawiedliwości. Co za zdradziecka kobieta. Co za smutne rozczarowanie.
Skazany na bezczynność Rodyn zaplótł ręce. Wyglądało na to, że Asher miał jeden ze swoich humorzastych nastrojów. A co to wróżyło? Od kiedy Mur Barl został zniszczony, to był dwunasty… nie, trzynasty raz, gdy został wezwany do Pałacu Sprawiedliwości, gdzie rozstrzygał w sprawach dotyczących magii. Pięć decyzji zapadło po myśli Doran. Reszta została rozsądzona na korzyść Olków. Czy to dowodziło uprzedzeń? Być może. Ale… ku swemu wielkiemu zawstydzeniu… Rodyn nie potrafi ł tego stwierdzić z całą pewnością. Nie uczestniczył w żadnej z poprzednich rozpraw. Dopiero w zeszłym roku w końcu, w końcu obudził się ze swojego odrętwienia, by stawić czoło prawdzie, której próbował zaprzeczać tak usilnie… i tak długo.
Lur nie spełniało już oczekiwań Doranina.
– No więc – powiedział Asher, oddając pismo ze skargą. – Mistrzu Tarne. Na twój rozum twoja sąsiadka… ta oto lady Freidin… niszczy twoje zbiory ziemniaków swoim magicznym działaniem. A może źle odczytałem twoją skargę?
– Nie – odpowiedział Olk. – To właśnie robi. I poprosiłem ją, żeby przestała, ale ona nie chce. – Łypnął gniewnie na Ain Freidin. – No to przybyłem tutaj, żebyś jej powiedział, że już nie jest jak za dawnych czasów. Przybyłem, żebyś jej nakazał przestać mącić. Olkińska magia jest tak samo dobra jak jej, tak mówi prawo. I prawo mówi też, że ona nie może wchodzić w drogę mnie i mojej magii.
Arlin, aż do tej chwili posłusznie milczący, wydał cichy kpiący odgłos.
Nie do końca niezadowolony Rodyn ostrzegawczo uszczypnął chłopca w kolano.
– Jak właściwie lady Freidin niszczy twoje kartofle, mistrzu Tarne? – spytał Asher, znów nonszalancko rozpierając się na krześle. – I czy masz na to jakiś dowód?
Kolejny oburzony syk.
– Czy moje słowo nie wystarczy? – zapytał ostro hodowca ziemniaków.
– Ja jestem Olkiem. Ty jesteś Olkiem. Na pewno…
Wzdychając, Asher pokręcił głową.
– Nie tu, nie w Pałacu Sprawiedliwości. W Pałacu Sprawiedliwości jestem parą oczu i uszu i nie opowiadam się po żadnej ze stron, mistrzu Tarne.
– Są zaprzysiężone oświadczenia – burknął zbesztany Olk. – Masz je przed sobą.
– Ano tak, czytałem je – odparł Asher. – Twoja żona i synowie śpiewają na tę samą nutę, mistrzu Tarne. Ale to nie dowód.
– Panie, skąd twoja nieprzychylność? – powiedział Olk. – Nie szukam kłopotów! To spory wydatek przyjechać tutaj. Wydatek, na jaki nie mogę sobie łatwo pozwolić, jednak go ponoszę, ponieważ to ja mam rację w tym sporze. Straciłem dwa zbiory przez samolubność i złośliwość lady Freidin. A skoro ona nie chce przyznać, że to jej wina, i się poprawić, muszę wnieść sprawę tutaj. Czy mam jakiś wybór?
Asher zmarszczył czoło, słysząc ton mężczyzny.
– Tego nie powiedziałem, mistrzu Tarne. Prawo jest jasne w tej kwestii. Masz rację.
– Wiem doskonale, że nie zaliczam się do najlepszych w magii ziemi – ciągnął Olk, nadal buntowniczym tonem. – Sam pierwszy to przyznam. Ale radzę sobie wystarczająco dobrze. A teraz dwukrotnie dobre ziemniaki zgniły mi w glebie na maź i przepadła rynkowa cena, jaką mogłem za nie dostać. To jest mój dowód. A jak wykarmię i odzieję swoją rodzinę, kiedy przez nią moja kiesa jest w połowie pusta?
Obserwujący rozprawę Olkowie poruszyli się i zamruczeli na znak poparcia. Niezadowolony Asher podniósł rękę.
– Ludziska, trzymajcie gęby na kłódkę albo idźcie do domu. Jedno albo drugie, mnie wszystko jedno. Ale jeśli nie zamkniecie się, to odbiorę wam wybór, jasne?
Rodyn uśmiechnął się. Gdyby miał przy sobie sztylet, mógłby nim dźgnąć w samo serce oburzonego milczenia.
– Mistrzu Tarne – powiedział Asher, wciąż spoglądając surowo. – Nie jestem rolnikiem, ale nawet ja słyszałem o zgniliźnie ziemniaków.
– Cóż, panie, ja jestem rolnikiem i mówię ci wprost, że nie straciłem zbiorów przez zgniliznę ani przez żadną inną naturalną zarazę – odpowiedział Olk. – To dorańska magia tu zawiniła.
– Ty tak twierdzisz – odparł Asher. – Jednak nie wygląda mi na to, żebyś miał choćby cień dowodu.
– Panie, nie ma innego wytłumaczenia! Moja farma znajduje się obok posiadłości lady Freidin. Ona ma zabudowania w pobliżu ogrodzenia oddzielającego moje ziemniaki od jej pól. Spędza sporo czasu w tych budynkach, panie. Co ona tam robi, tego nie potrafi ę ci powiedzieć, nie widziałem na własne oczy. Ale moje zniszczone plony ziemniaków mówią same za siebie. Dzieje się tam coś szkodliwego i taka jest szczera prawda.
– Szkodliwego? – powtórzył Asher, unosząc brwi, gdy olkińscy widzowie zaryzykowali wypędzenie i rozległy się szepty. – No, to mocne słowo.
Rodyn przeniósł wzrok z niego na Ain Freidin, lecz w dalszym ciągu mógł zobaczyć jedynie tył jej głowy. Siedziała milcząca i wyprostowana, w najmniejszym stopniu nie zdradzając, co sądzi o tych oskarżeniach. Ani czy w ogóle były zasadne. On sam… nie miał pewności. Ain Freidin była znajomą, nic więcej. Nie miał wglądu w jej opinie co do zmian tak surowo narzuconych ich ludowi ani w to, jaką magię uprawia za zamkniętymi drzwiami.
– Ta ziemia obok mojej, zanim stała się dorańską posiadłością, należała do Eby Nye. I dopóki to była farma, moje ziemniaki były najlepsze w okręgu – powiedział Olk i wsparł pięści na szerokich biodrach. – Ani plamki zgnilizny na zbiorach, rok po roku. Dwa lata temu Eby sprzedała ziemię i przeniosła się, i od tamtej pory w obu latach straciłem plony. Nikt mi nie wmówi, że tych faktów nic nie wiąże. – Wskazał na Ain Freidin. – Ta kobieta coś kombinuje. Ona…
Ta kobieta? – odezwała się Ain, zrywając się na równe nogi przystrojone w kosztowne obuwie. – Masz czelność mówić o mnie w taki sposób? Dla ciebie i dla każdego Olka jestem lady Freidin.
– Możesz usiąść, lady Freidin – odpowiedział Asher. – Nie przypominam sobie, żebym już cię poprosił o podanie twojej wersji.
Młoda i zawzięta Ain Freidin, której cierpliwość najwyraźniej była na wyczerpaniu, musiała dopiero poznać wartość wyczucia czasu.
Nie usiadła ani nie pohamowała się.
– Oczekujesz, że zignoruję brak szacunku ze strony tego ciołka?
– Kiedy ostatnio sprawdzałem, w księgach nie było przepisu, który by głosił, że mistrz Tarne nie może cię nazywać tą kobietą – odparł Asher. – O ile wiem, to nie ma nawet przepisu mówiącego, iż nie może cię nazwać upierdliwą zołzą, jeżeli przyjdzie mu na to ochota. Jestem natomiast pewien, że kiedy w tej sali mówię ludziom, żeby usiedli i się zamknęli, to oni to robią.
Masz czelność tak się odzywać? – powiedziała Ain Freidin; jej złote włosy zalśniły jasno w promieniach słońca przesączających się przez okno Pałacu i odbiły blask magicznego ognia. – Do mnie?
– A tak, lady Freidin, do ciebie – odparował Asher, jaskrawo okazując całą swoją olkińską arogancję. – Do ciebie i do każdego głupca, który wchodzi tutaj i myśli, że dzięki swojej pozycji jest ważniejszy ode mnie. Tam na zewnątrz? – Wskazał kciukiem najbliższe okno i plac za nim z widocznymi gdzieniegdzie ciepło odzianymi mieszkańcami miasta. – Tam na zewnątrz ty i ja będziemy dokładnie tacy sami. Ale w Pałacu Sprawiedliwości ja przemawiam w imieniu prawa… i w tym królestwie nie ma takiego, co by stał ponad nim. Barl sama stwierdziła to jasno jak słońce. Co więcej, postępujemy w ustalony sposób, jeśli idzie o przepisy i ich przestrzeganie, i nie ty będziesz mówić: „nie, zrobimy to po mojemu”.
Urzeczeni olkińscy obserwatorzy z zapartym tchem czekali na odpowiedź Ain Freidin. Arlin też czekał w napięciu. Zerkając na zaabsorbowanego syna, Rodyn ujrzał na jego twarzy bezwzględną pogardę, która go ucieszyła. A zatem przynajmniej skorzystał z tej lekcji. Dobrze.
Asher podniósł młoteczek od sędziowskiego dzwonka.
– Jeżeli tego użyję, lady Freidin – powiedział, teraz łagodny jak wiosenny dzień i równie zmienny – rozprawa się zakończy, a ty nie wypowiesz ani jednego słowa na swoją obronę. Chcesz tego? Czy przyjechałaś taki kawał drogi z Doliny Marling tylko po to, żeby wrócić do domu ze sporo lżejszą sakiewką i nie przedstawić mi własnej wersji, jak mistrz Tarne stracił swoje kartofle?
– Nie można odebrać mi prawa do obrony – oświadczyła Ain Freidin głosem piskliwym z wściekłości. – Ty nie stanowisz tutaj prawa, Asherze z Restharven. Jeden przypadkowy magiczny wyczyn nie daje ci prawa mnie uciszać.
– Nie chcę cię uciszać, lady Freidin – odpowiedział Asher. – Chcę, żebyś odpowiedziała na skargę mistrza Tarne’a. Co majstrujesz w tych swoich zabudowaniach?
– Nie twoja sprawa – warknęła Ain Freidin.
– A wyobraź sobie, że moja, jeżeli przez to, co tam wyrabiasz, mistrz Tarne stale traci plony – oznajmił Asher. Nadal łagodnie, lecz z błyskiem w oku. – Ludzie są przywiązani do swoich ziemniaków, lady Freidin. Gotowane, tłuczone czy smażone; ludziska nie lubią obywać się bez nich. Ostatnie, czego nam potrzeba w Lur, to niedobór ziemniaków.
– A więc to mnie się obwinia za niekompetencję tego człowieka? Czy tak sobie wyobrażasz sprawiedliwość Barl?
Asher bawił się młoteczkiem od dzwonka.
– Odpowiedz na pytanie, lady Freidin.
– To pytanie jest impertynenckie! Nie odpowiadam przed tobą, Asherze z Restharven!
Gdy wśród olkińskiej publiczności rozległy się wstrząśnięte pomruki, a rodzina Ain Freidin szarpała ją za rękaw, szepcząc naglące błagania, Arlin wiercił się na ławie.
– Czy to prawda, ojcze? – zapytał. – Czy ona nie musi nic mówić?
Rodyn zawahał się. Wcześniej nakazał chłopcu milczenie, więc to było nieposłuszeństwo. Jednak pytanie było zasadne.
– Wedle praw ustanowionych po upadku Muru lady Freidin się myli. My, Doranie, musimy rozliczać się z używanej przez nas magii.
– Przed Olkiem?
Ojciec skinął głową.
– Na razie tak.
– Ale…
Rodyn uszczypnął syna, żeby zamilkł.
Krewni Ain Freidin nadal ją upominali; ich głosy były przyciszone, lecz zaniepokojenie rzucało się w oczy. Zdawali się myśleć, że da się ją przywieść do opamiętania. Jednak Asher, wyraźnie poirytowany i nieskłonny nadal jej pobłażać, palnął rozłożoną płasko dłonią w stół przed sobą.
– Wystawiasz moją cierpliwość na próbę, lady Freidin – oświadczył.
– Impertynenckie czy nie, to pytanie wymaga twojej odpowiedzi.
– Jestem magiem – odparła Ain Freidin, nadal piskliwym głosem. – Moje magiczne działania są skomplikowane i ważne.
– No proszę! – odezwał się olkiński rolnik. – Przyznajesz to! Coś kombinujesz!
Ain Freidin zmierzyła go wzrokiem pełnym zimnej pogardy.
– Przyznaję, że nie ma nadziei, abyś pojął, co robię. I sugeruję, żebyś trzymał swoje brudne paluchy w ziemi, człowieku, z dala od moich spraw.
– Słyszysz to, panie? – powiedział rolnik, zwracając się do Ashera. – Sama to mówi. Uprawia magię w tych zabudowaniach.
– To nie jest łamanie prawa, mistrzu Tarne – odpowiedział Asher. – Nie jest, jeżeli magia jest pod kontrolą.
– A jak może być pod kontrolą, skoro moje ziemniaki giną?! – wykrzyknął Olk. – Panie Asherze…
Podnosząc rękę, by uciszyć rolnika, Asher ponownie spojrzał na Ain Freidin.
– No właśnie, to jest sedno tego sporu, czyż nie? Lady Freidin, Barl wyłożyła jasno wam, Doranom, jaka magia jest właściwa, a jaka nie jest. A więc… co tam kombinujesz, hę?
Ty nie jesteś w stanie pojąć złożoności mojej pracy ani trochę lepiej niż ten… ten… kmiotek obok mnie – warknęła Ain Freidin. – Olkińska magia, jeżeli w ogóle można ją nazwać magią, nie jest…
– Powiem ci, czym ona nie jest – przerwał Asher. – Nie jest powodem, dla którego tutaj jesteśmy. I na mój rozum usłyszałem już nadto. – Trzykrotnie uderzył młoteczkiem w dzwonek. – Rozstrzygam sprawę na korzyść mistrza Tarne’a. Lady Ain Freidin zostaje obłożona grzywną równą dwakroć tyle, ile kosztowały jego utracone plony ziemniaków, na pokrycie kosztów sądowych, pięć razy tyle za zniszczenia plus jeszcze jeden raz za brak poszanowania dla przepisów prawa Lur, płatne bezpośrednio jemu. Ponadto wpłaci sto tronnów na rzecz miejskiej kaplicy, jako że Barl nigdy nie darzyła względami dumnych i wyniosłych, kimkolwiek by byli. Stanie także przed Radą Magów z powodu postawionego tutaj pytania o szkodliwą magię. Chyba że… – wychyliwszy się do przodu, Asher zaszczycił Ain Freidin uśmiechem odsłaniającym zęby – wybierze przyjacielską pogawędkę na osobności, kiedy już się załatwi sprawę grzywny i datków na dobroczynność?
Przez moment Rodyn sądził, że głupia kobieta zrobi przykrą scenę.
Zorientował się, że wstrzymuje oddech, pragnąc, by zachowała zarówno godność, jak i panowanie nad sobą. Ain Freidin intrygowała go. Miała coś w sobie, wyczuwał to. Posiadała moc. Potencjał. Była kimś, na kogo lepiej mieć baczenie. Lecz jeżeli sprowokuje Ashera…
Jak gdyby zdolna usłyszeć jego myśli, Ain zwiesiła ramiona.
– Rozmowa na osobności jest do przyjęcia – powiedziała głucho.
– No to skończyliśmy – oznajmił Asher z niesmakiem. – Lady Marnagh dopilnuje szczegółów i przyprowadzi cię do mnie, kiedy już umówicie zapłacenie twoich grzywien.
Rodyn podniósł się.
– Chodź, Arlinie.
Pozostawiając Ain Freidin jej losowi oraz olkińską ciżbę, żeby hasała, jak jej się podoba, wyprowadził syna z Pałacu Sprawiedliwości. Stanął na szerokich stopniach, wziął głęboki wdech i usiłował odpędzić gniew. Dorański mag odpowiada przed Asherem z Restharven? Sama myśl była odrażająca. Wstrętna. To ujma dla każdego Doranina w Lur. Jednak w obecnej sytuacji nie był w stanie nic zrobić w tej sprawie.
W obecnej sytuacji.
Minęło południe, lecz pozostało jeszcze dość późnozimowego dnia, żeby wysłać posłańców do dyskretnych przyjaciół, zwołać spotkanie i pomówić o tym, co tu zaszło.
„Trzeba o tym pomówić. Sytuacja z każdym dniem staje się coraz bardziej nie do zniesienia. Wiem, jak chciałbym się nią zająć. Pytanie tylko, czy jestem sam?”
Tego nie wiedział. Ale nadeszła pora, żeby się dowiedzieć.
– Chodź, Arlinie – powtórzył i ruszył po schodach na dół.
– Wracamy do domu w mieście? – spytał Arlin, nie ruszając się z miejsca. – Ale…
Rodyn obejrzał się na niego.
Sprzeciwiasz mi się, Arlinie?
– Nie, ojcze – wyszeptał Arlin z szeroko otwartymi oczami. – Oczywiście, że nie, ojcze.
– Dobrze – odpowiedział Rodyn, odwracając się. – To mądre z twojej strony, chłopcze.
– Tak, ojcze – powtórzył Arlin i posłusznie ruszył za nim.

Siedząc przy biurku w kącie biblioteki miejskiej rezydencji i wykonując ćwiczenie, które uważał za tak proste, że z nudów miał ochotę się rozpłakać, Arlin słuchał, jak jego ojciec spiera się ze swoimi gośćmi o lady Ain Freidin i jej rozprawę w Pałacu Sprawiedliwości.
– Nie ma sensu protestować przeciw temu, by zeznawała przed Olkiem, Rodynie – powiedział lord Baden, jeden z najbliższych przyjaciół ojca. – Czas na protesty mamy od dziesięciu lat za sobą. Kiedy Lur z hukiem zawaliło się nam na głowy, wtedy mieliśmy szansę ukształtować królestwo bardziej po naszej myśli. Nie zrobiliśmy tego. I teraz musimy ponosić konsekwencje.
– Wiecznie? – odpowiedział ojciec. – Czyżbyś był takiego właśnie zdania, Sarle’u? Że mamy potulnie akceptować nasze miejsce, nie kwestionując go, póki nie wypali się ostatnia gwiazda na fi rmamencie?
Arlin drgnął, strącając ćwiczebne klocki na dywan.
– Co ty wyprawiasz, chłopcze? – spytał ostro ojciec. – Czy muszę przerywać swoje sprawy, żeby cię szkolić?
Na czworakach, po omacku szukając pod biurkiem rozsypanych klocków, Arlin usiłował powstrzymać drżenie w głosie.
– Nie, ojcze.
– A więc wstań z podłogi. Wykonuj ćwiczenia. I nie przerywaj więcej, bo pożałujesz.
– Tak, ojcze.
Niezgrabnie tuląc klocki do piersi, chłopiec dostrzegł przelotny błysk współczucia na bladej, wąskiej twarzy Sarle’a Badena. Drugi z gości ojca, lord Vail, zmierzył go wzrokiem z niejasną, zniecierpliwioną niechęcią. Zarumieniony ze wstydu Arlin pozbierał się i wstał z podłogi. Płomienie w kominku biblioteki podskoczyły z trzaskiem.
Lord Baden odchrząknął.
– Rodynie, przyjacielu, myślę, że powinieneś wyrażać się nieco jaśniej.
Czy sugerujesz, żebyśmy siali ferment w społeczeństwie? Muszę być z tobą szczery… Wątpię, żeby taki pomysł spotkał się z inną reakcją niż niesmak.
– Zgadzam się – przytaknął lord Vail. – Żyje się wygodnie, Rodynie. To, co Morg zepsuł, dawno już zostało naprawione. Za rodziną królewską nikt nie tęskni. Nie ucierpieliśmy po upadku Muru Barl. Bardzo wątpię, żebyś nakłonił kogoś do wszczynania problemów.
Arlin wstrzymał oddech. Ojciec nienawidził, gdy mu się sprzeciwiano. Klocki, które trzymał w ręku, brzęczały od mocy, stawiały opór, nie chcąc się do siebie zbliżać. Odruchowo je opanował i czekał, co zrobi ojciec.
Ojciec pokiwał głową.
– To prawda, Ennecie – powiedział, zaskakująco spokojny. – Nic się nie zmieniło w Lur. Oczywiście jeśli nie liczysz Olków i ich magii.
– Skądże – odparł lord Vail z pogardliwym uśmieszkiem. – Ty chyba też nie? Nie można nawet powiedzieć, że to magia, Rodynie. Nazywanie magią tego, co robią Olkowie, jest jak nazywanie płomienia świecy pożogą.
Kolejny sprzeciw, a ojciec wciąż jeszcze nie krzyknął, nie warknął. Oszołomiony Arlin odstawił klocki na biurko i znów usiadł na krześle o prostym oparciu. Klocki rozpychały się przed nim, ich energie żywiołowo zmagały się ze sobą nawzajem. Uspokoił je myślą, załagodził ich konfl ikt. Następnie, podnosząc klocek tworzący podstawę, pozwolił spojrzeniu spod na wpół opuszczonych rzęs powędrować w bok, by zobaczyć, co się dalej wydarzy.
Zamiast stanąć do konfrontacji z lordem Vailem, ojciec spojrzał na lorda Badena.
– Sarle’u, co wiesz o Ain Freidin? Czy nie zalecałeś się do jej kuzynki?
Lord Baden zaśmiał się.
– Wieki temu, bez powodzenia. A Ain była wtedy dzieckiem.
– Jakie miałeś o niej zdanie?
– Zdanie o niej? – Lord Baden popatrzył na ojca zaskoczony. – Ona była dzieckiem, Rodynie. Jakie można mieć zdanie o dziecku?
– Takie, jakie potrzeba – mruknął ojciec, uśmiechając się blado. Potem zmarszczył czoło. – Czy była zdolna jak na swój wiek, kiedy ją poznałeś?
Miała skłonność do podejmowania ryzyka?
– Ryzyka? – Lord Baden w zamyśleniu przytknął palec do ust. – Nie wiem, ale skoro o tym wspomniałeś, Rodynie… z pewnością była śmiała.
– Podczas rozprawy została oskarżona o niszczycielską magię.
Lord Vail skrzywił się.
– Wierzysz słowu Olka?
– Nigdy – powiedział ojciec. – Jednak nie mogę zaprzeczyć, że została przyłapana prawdopodobnie na czymś niecnym. Bez sprzeciwu zgodziła się na niekorzystny wyrok oraz grzywny i skwapliwie uniknęła tłumaczenia się przed Radą Magów. To mi mówi, że miała coś do ukrycia.
– Jesteś zdania, że… eksperymentowała? – odezwał się po chwili lord Baden. – Jeżeli tak, to wyrosła na osobę więcej niż śmiałą. – Obejrzał się. – Ale może to nie jest odpowiedni temat do rozmowy. Młody Arlin…
– Nie musisz się martwić o Arlina – powiedział ojciec. – Mój syn potrafi trzymać język za zębami.
– To nie o jego dyskrecję się troszczę, Rodynie. To jeszcze chłopiec. Nie chcę…
– A ja nie chcę wysłuchiwać pouczeń, Sarle’u – warknął ojciec. – Arlin powinien się jak najprędzej dowiedzieć, co to znaczy być Doraninem w tym naszym nowym Lur.
– Na moje życie, Rodynie, nie rozumiem, do czego zmierzasz – pożalił się lord Vail. – Lur się nie zmieniło. My się nie zmieniliśmy. Wszystko jest tak, jak było, pomijając Olków i ich dziecinadę, a jak wciąż ci powtarzam, oni się nie liczą. Nie byli ważni wcześniej i nie są ważni teraz.
Ojciec wychylił się do przodu na swoim wygodnym skórzanym fotelu, opierając łokcie na kolanach, z wyraźnie zachłannym wyrazem twarzy.
– O to mi chodzi, Ennecie. Jak Sarle trafnie to ujął, zniszczenie Muru Barl i upadek rodu Torviga… koniec zaklinania pogody… to był moment, kiedy nasze życie mogło się zmienić. Powinno było się zmienić. Ale my pozwoliliśmy sobie na to, by przewrót nas przytłoczył. Daliśmy przyzwolenie, żeby sparaliżowało nas poczucie winy z powodu Morga, Conroyda Jarralta i Durma. Zamiast pochwycić naszą szansę, by stać się kimś więcej, my się cofnęliśmy. Poniżyliśmy się przed Olkami. Zamiast wysłać tego kundla Ashera w olkiński niebyt, usunęliśmy się i poparliśmy jego wyniesienie na bohatera Lur. I jeszcze gorzej… niektórzy z nas nawet orędowali za tym prostakiem.
Lord Vail i lord Baden wymienili zakłopotane spojrzenia.
– Cóż, mówiąc uczciwie, Rodynie – odezwał się lord Baden – on ocalił nas przed Morgiem.
– A jeśli nawet? – odpowiedział ojciec. – Myślę, że dostrzeżecie, iż on po prostu uratował samego siebie. To traf, że przy okazji ocalił resztę z nas. Ale nawet jeśli tak, to czy powinniśmy teraz, dziesięć lat później, w dalszym ciągu oddawać mu władzę nad naszym życiem?
– Czy masz zamiar podważyć ten ostatni werdykt w Pałacu Sprawiedliwości?
– spytał lord Vail. – Nie wiem, jak mógłbyś to zrobić. Jeżeli Ain Freidin rzeczywiście eksperymentowała, złamała prawo magii Barl. To nie ma nic wspólnego z Asherem… ani żadnym Olkiem. Każdy z nas, zasiadając na miejscu sędziego, wydałby wyrok przeciwko niej.
– Prawda – powiedział ojciec i usiadł wygodniej. – Ennecie, to jak najbardziej prawda.
– Tu nie idzie o Ashera czy o Olków, czyż nie? – odezwał się cicho lord Baden. – Tu chodzi o magiczne ograniczenia Barl. O to, co możemy, a czego nie możemy robić jako Doranie. Czy mam rację?
Zamiast odpowiedzieć, ojciec podniósł się z krzesła i podszedł do szafki, w której trzymał trunki oraz kosztowne kryształowe kielichy. Arlin zajął się klockami, udając, że nie słucha. Udawał, że go to nie obchodzi albo że nie rozumie. Zawsze lepiej było, gdy ojciec zapominał o jego obecności.
– Prawo magii Barl – odezwał się ojciec, nalewając brandy sobie i swoim przyjaciołom. – W pełni przyznaję, że służyło swemu celowi… kiedyś. Służyło celowi, kiedy rządziło nami zaklinanie pogody. Magiczne ograniczenia były w tamtych czasach kluczowe. Nie można było dopuścić, by cokolwiek naruszyło równowagę, bo inaczej Mur zostałby zniszczony.
– A teraz nie ma Muru – stwierdził lord Vail. – Zatem nie ma potrzeby takich ograniczeń? Czy tak właśnie uważasz, Rodynie?
Z uśmiechem ojciec podał przyjaciołom kielichy.
– Czy to taka szokująca myśl?
– Chcesz eksperymentować, czy w tym rzecz? – spytał lord Baden. – Jak Ain Freidin? Jeżeli rzeczywiście eksperymentowała. Nie przyznała tego.
– Nie publicznie – powiedział ojciec, wracając na fotel z własnym kielichem. – Dowiem się, do czego przyznała się Asherowi na osobności, gdy tylko znów zbierze się Rada Magów.
– Rodynie, przyjacielu, doskonale rozumiem twoją frustrację – odrzekł lord Baden. – W rzeczy samej. Ale w pomyśle porzucenia ograniczeń Barl wobec eksperymentalnej magii widzę same niebezpieczeństwa. To właśnie nieroztropne poczynania Morgana i Barl pchnęły nasz lud na drogę ku zgubie. Czy skierowałbyś nas ku kolejnej wojnie magów? Skoro to maleńkie królestwo to jedyne nieskażone miejsce, jakie znamy, czy zaryzykowałbyś je tylko dlatego, że jesteś znudzony?
Ojciec pochłonął brandy jednym gniewnym haustem.
– Znudzony? Zapraszam was do mego domu, żebyśmy mogli podyskutować o przyszłości naszego ludu, a ty mówisz, że się nudzę? Sarle’u, czuję się znieważony.
Krzywiąc się, Arlin porzucił ćwiczebne klocki. Lord Baden nie powinien był tak mówić. Był przyjacielem ojca. Czyżby nie znał go lepiej? Może sądził, że ojciec nie będzie krzyczał, ponieważ obaj są mężczyznami.
– Przykro mi, że tak się czujesz, Rodynie – odpowiedział lord Baden. – Obrażanie cię nie było moim zamiarem. I nie mogę cię winić za to, że czujesz się sfrustrowany albo upokorzony, lecz…
Ojciec grzmotnął opróżnionym kryształowym kielichem o szeroki dębowy podłokietnik fotela.
– Upokorzony?
– Zaraz, zaraz, Rodynie, nie ma sensu unosić się gniewem – odparł lord Vail. Miał niespokojny głos. – I nie ma potrzeby żywić urazy, kiedy Sarle mówi, że czujesz się upokorzony. Barl wie, że ja czuję upokorzenie. I ręczę ci, że Sarle czuje się tak samo. To, co mówisz, to prawda. Popełniliśmy błąd w pierwszych tygodniach po Morgu. Pozwoliliśmy Asherowi i jego kobiecie oraz reszcie Olków nami poniewierać. Ale to już się stało i nie da się odwrócić.
– Nie – odpowiedział ojciec. – To, co się stało, można odwrócić, jeżeli mamy wolę i odwagę, żeby tego dokonać. Czy myślicie, że poza Ain Freidin nikogo spośród Doran nie kusi badanie zakazanej magii?
Przyjaciele ojca wpatrywali się w niego.
– Rodynie – odezwał się chrapliwym głosem lord Baden. – Z pewnością nie przyznajesz się do…
– Nie złamałem żadnego prawa – oznajmił ojciec. – Nie jestem takim głupcem. Nie naraziłbym swojego udziału w Radzie Magów. Ktoś musi mieć oko na Ashera. Ale to nie oznacza, że nie myślę… nie marzę… o innej przyszłości. To nie oznacza, że nie wyobrażam sobie czasów, gdy nasz lud zostanie uwolniony z klatki, którą zbudowała dla nas Barl.
Lord Vail upił łyk brandy.
– Uważasz, że jesteś człowiekiem, który przekręci klucz w tym zamku?
– Uważam, że jestem człowiekiem, który dostrzegł, że istnieje zamek – odpowiedział ojciec. – A także klatka.
– Dlaczego więc nas potrzebujesz? – spytał lord Baden. – Po co nas tu wezwałeś?
Ojciec uśmiechnął się.
– Jak powiedziałem, Sarle’u, nie jestem głupcem. Nie mogę dokonać tego sam. Potrzebuję dobrych ludzi, takich jak wy, którzy pomogą mi urzeczywistnić to marzenie.
Przyjaciele ojca znowu wymienili spojrzenia, tym razem ostrożne.
– A co to za marzenie? – zapytał lord Vail. – Te mgliste aluzje nie są ciebie godne, Rodynie. Mów otwarcie, skoro jesteśmy twoimi przyjaciółmi. Co chcesz urzeczywistnić z naszą pomocą?
Ojciec odwrócił głowę.
– Arlinie.
Chłopiec nieznacznie podskoczył na krześle, po czym wstał.
– Ojcze.
– Chodź tutaj – polecił ojciec, dając mu znak ręką.
Czy chodziło o klocki? Czy zrobił coś nie tak z klockami? Przecież nie, wiedział, że nie. Były teraz doskonale spiętrzone, ich rywalizujące energie prawidłowo zrównoważone. Nic by ich nie roztrąciło. Dopóki ich nie uwolni, stos będzie stał wysoki i mocny.
Arlinie – powtórzył ojciec i pstryknął palcami, a jego oczy się zwęziły.
Z wysiłkiem skrywając drżenie, Arlin przeszedł przez pokój, by stanąć przed ojcem.
– Panie.
Ojciec podał mu opróżniony kielich po brandy.
– Transmutuj to.
– Co takiego? – odezwał się zaskoczony lord Baden. – Rodynie, chłopiec ma dziesięć lat. Jest za młody, żeby…
– Pokaż mu, Arlinie – powiedział ojciec. Jego oczy lśniły. – Zadaj kłam słowom mego drogiego przyjaciela.
– Tak, panie – odpowiedział Arlin.
Spojrzawszy przepraszająco na lorda Badena, ustawił pusty kryształowy kielich ojca na ostrożnie wyciągniętej dłoni. Zapach brandy wciąż był obecny, unosił się z bursztynowych śladów. Łaskotał go w nos. Drażnił go tak, że chciało mu się kichać. Arlin nie lubił jego ostrego posmaku w gardle. Jednak to się nie liczyło. Liczyło się, by zadowolić ojca.
Pozwolił powiekom na wpół opaść i przywołał uśpione moce do życia. Odpowiedziały mu ochoczo, podatne i uległe, a on zrozumiał, dlaczego wcześniej miał ćwiczyć z klockami. To była rozgrzewka. Konia puszcza się kłusem, zanim się pogalopuje. To nie było nic innego.
Transmutować kielich. W co? Ojciec nie powiedział, więc wybór należał do niego. Może ptak. Lubił ptaki. Zazdrościł im ich skrzydeł i nieba.
Zaklęcie Transmutacji popłynęło równie gładko jak brandy ojca. Symbole tkwiły w jego palcach, czekając na uwolnienie. Poczuł, jak powietrze zapala się przelotnym ogniem. Odczuwał, jak kryształ się ogrzewa, topi i przekształca zgodnie z jego wolą.
– Zdumiewające – powiedział lord Vail i zaśmiał się. – Rodynie, to zdumiewające.
Arlin siłą woli uśpił swoją moc, po czym otworzył oczy.
Na jego dłoni stał stygnący i doskonały kryształowy sokół. Otwarty wygięty dziób, zadziornie ułożone skrzydła – ptak skrzył się w świetle magicznego ognia z żyrandola w bibliotece.
– Ma dopiero dziesięć lat – odezwał się lord Baden. Wpatrywał się w ojca z przedziwnym wyrazem twarzy. – Potrafi to w wieku dziesięciu lat? O ile sobie przypominam, ty borykałeś się z tym zaklęciem, kiedy miałeś… – Urwał i odchrząknął. – Co jeszcze chłopiec umie?
– To i owo – odpowiedział ojciec; jego oczy nadal były przerażające. – Nie jest pozbawiony potencjału. Ale na cóż się zda potencjał, pytam was, skoro jest skuty łańcuchami przeszłości? Jeżeli ograniczają go przestarzałe zakazy? Duszą lęki gorszych od niego? Przyjaciele, spłodziłem maga, który mógłby konkurować z samą Barl, i kto się o tym kiedykolwiek dowie?
– To jest twoje marzenie? – spytał lord Vail. – Uwolnienie Arlina?
Ojciec wstał.
– Uwolnienie nas wszystkich, Ennecie. Przez sześćset lat kuliliśmy się jak polne myszy w pszenicy, przerażeni każdym cieniem, jaki przeleciał nad głową. Ale Morg nie żyje i całe niebezpieczeństwo umarło wraz z nim. Powiadam wam, nadeszła pora, by przestać się kulić. Powiadam, stańmy wyprostowani i dumni w słońcu i odzyskajmy nasze dziedzictwo. Jesteśmy Doranami, przyjaciele. Koniec ze wstydem. Żadnego więcej kajania się. Żadnego więcej strachu.
Lord Baden zmarszczył czoło.
– Poruszające słowa, Rodynie. Ale co one oznaczają?
– Sarle’u – odpowiedział ojciec – oznaczają wszystko, cokolwiek chcemy, by oznaczały. Decyzja należy do nas. Ukształtowanie przyszłości naszego ludu spoczywa w naszych rękach, nie Olków. Ani nie Barl, martwej od sześciuset lat. A więc… czy jesteście ze mną? Czy pomożecie mi otworzyć klatkę, żeby nasi ludzie mogli odzyskać wolność?
– Nie przeczę, że jestem zmęczony odpowiadaniem przed Olkami – rzekł lord Vail. – I nie będę udawał, że sam nie mam marzeń o nieskrępowanej magii. Dobrze zatem. Jestem z tobą, Rodynie… pod warunkiem że nie będziemy przekraczać granic prawa ani prowokować żadnej przemocy.
– Żadnej przemocy – odparł ojciec. – Tylko stanowcza determinacja. Sarle’u?
Lord Baden wpatrywał się w kryształowego sokoła.
– Mam wątpliwości, Rodynie. Myślę, że to nie będzie tak proste, jak sobie wyobrażasz.
– Ja sobie nie wyobrażam, że to będzie proste – odrzekł ojciec – ale wierzę, że to słuszne.
– Racja – mruknął lord Baden. – Cóż. Czas pokaże, jak mniemam. – Skinął głową. – Jestem z tobą. Już dość długo zdawaliśmy się na Olków. – Doskonale – powiedział ojciec. – Arlinie, możesz odejść. I wrzuć tę rzecz do ognia. Kryształowe *****a są dla dziewczynek.
Nie było sensu protestować.
– Tak, ojcze.
Mijając kominek w drodze do wyjścia z biblioteki, cisnął stworzonego przez siebie sokoła w łapczywe płomienie. Może pewnego dnia zrobi nowego. Kiedy dorośnie, sam będzie sobie panem, a ojciec nie będzie mógł dłużej mu dyktować, co ma robić.
Bardzo, bardzo się starał cicho zamknąć za sobą drzwi.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2013-01-05 (810 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej