Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Dziewczyny z Hex Hall
 
Katalog - dodano
 Wyczarowanie światła
- V.E. Schwab
 Fandom
- Anna Day
 Przebudzenie Lewiatana
- James S. A. Corey
 Przepaść
- Michelle Paver
 Spętani przeznaczeniem
- Veronica Roth
 
- skomentowano
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 Idiota skończony
- Antologia
 Plus/minus
- Olga Gromyko
 Plus/minus
- Olga Gromyko
 

''Składany nóż'' - K.J. Parker



Czterdzieści lat później



Mężczyzna siedzi na dachu karety toczącej się powoli przez piaszczystą równinę. Jest odziany w drogi płaszcz, brudny i pełen plam, a na nogach ma porządne, lecz zniszczone buty. Obok niego, unikając konwersacji, spoczywają tragarz w liberii, uzbrojony człowiek oraz ponure indywiduum w nieco komicznym stroju lokaja. Przed sobą mają imponujący stos bagaży – skrzynie, kufry i pudła przywiązane mocnym sznurem do poręczy. Kareta podskakuje na kamieniu i czterej mężczyźni kołyszą się niebezpiecznie.
Ten w brudnym płaszczu spogląda na swe palce, zauważa skórkę przy paznokciu, sięga do kieszeni i wyjmuje z niej piękny składany nóż o złotej rękojeści. Trudno mu go otworzyć, coś jest nie w porządku z jego lewą ręką, palce są sztywne i dłoń nie funkcjonuje jak należy. Mężczyzna przycina paznokieć, ale w tej samej chwili kareta wpada na kolejny kamień i podskakuje gwałtownie. Składany nóż wysuwa mu się z palców. Mężczyzna próbuje jeszcze go pochwycić, dotyka noża dwoma palcami, ale nie jest w stanie go złapać. Nóż wysuwa mu się z dłoni, odbija się od poręczy i spada na ziemię.
Mężczyzna gapi się przez chwilę na pustą dłoń.
– Zatrzymajcie karetę! – krzyczy wreszcie.
Nikt nie reaguje.
– Zatrzymajcie tę cholerną karetę – powtarza mężczyzna.
Nikt nie reaguje.
Mężczyzna wstaje, kołysze się w rytm ruchu karety, traci równowagę i opada haniebnie na tyłek. Uzbrojony człowiek będący kimś w rodzaju strażnika, uśmiecha się do niego.
Mężczyzna ogląda się za siebie. Kareta pokonała już jakieś trzydzieści, może czterdzieści jardów; nawet gdyby zdołał zeskoczyć na ziemię, nie łamiąc sobie nogi albo karku, szanse znalezienia noża są niewielkie. Utracił go i tyle. Uświadamia też sobie i przyznaje w myślach, że nie jest już tym, kim był kiedyś. Jeszcze bardzo niedawno każdy wydany przezeń rozkaz wykonano by bez pytania. Teraz nikt go nawet nie słyszy. Składany nóż zniknął z jego życia szybko, nagle i nieodwołalnie, jak ktoś, kto umarł.
Mężczyzna – gdyby ktoś z trzech towarzyszy podróży zapytał go o imię, skłamałby – zamyka oczy. Kiedy to robi, jego umysł wypełnia chwila z przeszłości. Zawsze tak się dzieje, ten sam obraz, ten sam moment, gdy tylko opadną mu powieki. Od dwudziestu lat.
Widzi łoże i pięknie umeblowany pokój. Na podłodze twarzą do dołu leży mężczyzna z ozdobnym teatralnym sztyletem w dłoni. Poderżnięto mu gardło. Na łożu spoczywa ciało kobiety. Ona ma również poderżnięte gardło, ale leży zwrócona twarzą ku górze. Jej usta jeszcze się poruszają, ale oczy nabierają już tego zimnego twardego wyrazu. Gdyby opadła na nie drobina pyłu albo wylądowała na nich mucha, kobieta by nie mrugnęła. Widzi ją przez czerwoną plamę, ponieważ krew z jej tętnicy szyjnej trysnęła mu w twarz. W prawej dłoni czuje rękojeść składanego noża.
(Zawsze ta sama chwila, wiecznie mu towarzyszy. Z pewnością powinien już się do niej przyzwyczaić, przestać ją dostrzegać. Kiedyś, gdy był niewiarygodnie bogaty, kupił sobie obraz namalowany przez jednego z wielkich mistrzów i powiesił go na ścianie, naprzeciwko łoża, by był pierwszym, co będzie widział po przebudzeniu. Mówiono mu, że patrzeniem na to dzieło nie można się było znudzić. Jego doskonałe, obejmujące całość linie, idealna sublimacja symetrii i asymetrii, zawierały w sobie wszelkie możliwości świata. Po tygodniu przestał zauważać obraz. Po miesiącu sprzedał go z zyskiem i powiesił na jego miejscu zwierciadło, w charakterze kary).
Kobieta przestaje poruszać ustami w połowie niewypowiedzianego słowa, a potem po prostu osuwa się na bok, jak przewrócony nieostrożnie mebel. Uderza głową o nogę łoża z drewnianym stukiem, jak kij trafiający w piłkę.
Słyszy swe imię; nie, nie imię, lecz inne słowo, równie znajome i oznaczające to samo. Och, myśli i odwraca się. W drzwiach stoją bliźniacy, mają po jakieś siedem lat. Patrzą na niego.
– Tato?
Z jakiegoś powodu składa nóż i chowa go do kieszeni.
– Wracajcie do pokoju. Natychmiast.
Żaden z nich nie rusza się z miejsca. Gapią się na niego. Przychodzi mu na myśl, że ich miny z pewnością bardzo przypominają jego minę w chwili, gdy wszedł do sypialni.
(Wciąż mi towarzyszy, mówi, i nadal wygląda tak samo. To ciekawe. Z pewnością w tej chwili to powinien być najmniej ważny z moich problemów).
Otwiera oczy.


Jeden



Rankiem w dniu, gdy Basso (Bassianus Sewer, przyszły pierwszy obywatel) przyszedł na świat, jego matka po przebudzeniu zobaczyła nieznajomą kobietę siedzącą w nogach łoża.
Mąż wyjechał gdzieś w interesach, a służba spała na dole. Kobieta była brudna i obdarta. W ręce trzymała mały nóż.
– Cześć – odezwała się matka Bassa. – Czego chcesz?
Spojrzała za plecy nieznajomej i zauważyła, że wyłamano świetlik. Była wstrząśnięta. Nie przyszło jej do głowy, że kobieta mogła się tu wdrapać po rynnie.
– Pieniędzy – odpowiedziała nieznajoma.
Matka Bassa przyjrzała się jej z uwagą. Kobieta była mniej więcej w jej wieku, choć wyglądała znacznie starzej. Była cudzoziemką, najpewniej Mawortynką (blond włosy, perkaty nos, niebieskie oczy). O tej porze roku w mieście zawsze roiło się od sezonowych robotników z Mawortyny. Miała na sobie strzępy męskiego płaszcza, o kilka rozmiarów za dużego na nią.
– Okropnie mi przykro, ale nie mam pieniędzy – odpowiedziała matka Bassa. – Mąż nigdy mi ich nie daje. Sam załatwia wszystkie...
Kobieta chrząknęła dziwnie. Ów dźwięk wyrażał frustrację połączoną z irytacją. Tyle roboty na nic.
– Przykro mi – powtórzyła matka Bassa. – Nie mam pieniędzy. Dałabym ci, gdybym je miała. – Przerwała na chwilę. – Mam wrażenie, że bardzo by ci się przydały.
Nieznajoma łypnęła na nią ze złością.
– A na dole?
Matka Bassa pokręciła ze smutkiem głową.
– Wszystkie pieniądze w domu są w żelaznym kuferku mojego męża – wyjaśniła. – Zamknięto go na siedem kłódek i mąż zawsze nosi klucze ze sobą. Służący mogą mieć trochę miedziaków, ale zbliża się koniec miesiąca, więc raczej w to wątpię.
Kobieta trzymała nóż w ręce, zamiast go unosić. Matka Bassa doszła do wniosku, że z pewnością otworzyła nim haczyk świetlika. To był drogi składany nóż o wąskim ostrzu i złotej rękojeści. Bogaty urzędnik mógłby używać takiego do ostrzenia piór.
– Jeśli jest ci tak ciężko, mogłabyś sprzedać nóż – poradziła matka Bassa. – Na pewno jest sporo wart.
Kobieta zerknęła na nóż, a potem znowu przeniosła wzrok na nią.
– To niemożliwe – wyjaśniła. – Gdybym poszła z nim do sklepu, domyśliliby się, że go ukradłam. Aresztowaliby mnie.
Wciągnęła nagle powietrze, a potem dopadł ją głośny atak kaszlu, który trwał kilka chwil.
Matka Bassa pokiwała głową.
– To znaczy, że biżuteria również raczej ci się nie przyda – stwierdziła. – Poczuła mdłości, ale zdołała tego nie okazać. – Mogę ci tylko poradzić, żebyś wzięła sobie jakieś porządne ubranie. Garderoba jest obok, znajdź coś dla siebie.
Kobieta patrzyła na nią, rozważając taktyczne implikacje tej propozycji.
– Buty – odezwała się.
Matka Bassa nie widziała jej stóp.
– Och, mam ich mnóstwo – zapewniła. – Chyba najlepsza byłaby para solidnych butów podróżnych, dobra?
Kobieta chciała odpowiedzieć, ale znowu się rozkasłała. Matka Bassa zaczekała, aż atak minie.
– Przykro mi z powodu pieniędzy, ale może przynajmniej dam ci coś na ten kaszel? Jak długo już ci dokucza?
Nieznajoma nie odpowiedziała, ale w jej oczach rozbłysło zainteresowanie. W jej życiu medycyna najwyraźniej nie odgrywała żadnej roli. Matka Bassa odsunęła narzutę i ostrożnie wstała z łóżka, nie zawracając sobie głowy wkładaniem pantofelków.
– Najlepszy będzie syrop z owoców dzikiej róży – stwierdziła, człapiąc do stołu, na którym stała jej apteczka. Wyjęła kluczyk z małej lakierowanej szkatułki i otworzyła skrzynkę. – Na stoliku przy łożu stoi dzbanek wody. Mogłabyś mi go podać?
Kobieta zawahała się, a potem przyniosła jej dzbanek. Bose stopy miała czerwone, prawie fioletowe. Wyglądały odrażająco.
– Kiedy będę przyrządzała syrop, zajrzyj do szafki z butami. Jest tu, po lewej.
Nieznajoma z pewnością nie potrafiła przeczytać etykiet na buteleczkach. Matka Bassa nalała do szklanki odrobinę ciemnobrązowego syropu, a potem dodała wody.
– Proszę. Wypij to.
Kobieta wyjęła już z szafki dwie pary butów i trzymała je w lewej ręce. W prawej nadal ściskała nóż. Zawahała się, a potem rzuciła buty na łoże i wzięła w rękę szklankę.
– Jak już wypijesz syrop – ciągnęła matka Bassa – zadzwonię po służbę i każę przynieść posiłek. Kiedy ostatnio coś jadłaś?
Kobieta gapiła się na nią z głupią miną. Matka Bassa zaczęła liczyć pod nosem. Gdy doszła do pięciu, kobieta zachwiała się na nogach, a przy siedmiu runęła na podłogę. Z reguły trzeba było czekać do dziesięciu, nim skutki dadzą się odczuć.
Później matka Bassa zdecydowała, że podała jej za dużą dawkę (co w tej sytuacji było zrozumiałe). Co więcej, zmarła z pewnością miała słabe serce albo inną podobną dolegliwość. To było smutne, oczywiście, ale tak to już jest. Matka Bassa zapłaciła za trumnę i miejsce na cmentarzu. Uważała, że może zrobić przynajmniej tyle.
Lekarze nie potrafili określić, czy to szok doprowadził do przedwczesnego porodu. Obeszło się bez komplikacji i dziecko przyszło na świat zdrowe, choć ważyło nieco za mało. Ojciec Bassa kazał wprawić kraty w świetlik. Lepszy haczyk w zupełności by wystarczył, ale to był tego rodzaju człowiek. Matka Bassa starała się nie zauważać krat, ale zawsze odtąd towarzyszyły jej w myślach.
Padając na podłogę, kobieta najwyraźniej wypuściła z ręki nóż, który wpadł pod łóżko. Służąca znalazła go i włożyła do szuflady. Matka Bassa odkryła go tam po pewnym czasie i postanowiła zachować. Trudno go było uznać za wartościowe trofeum, lecz również nie był czymś, co można po prostu wyrzucić. Co więcej, znakomicie go wykonano. Kiedy Basso skończył dziesięć lat, matka podarowała mu nóż. Oczywiście, znał jego historię.


* * *



W domu posługiwał się siedmiosylabowym nazwiskiem, ale tutaj, w armii Republiki Wesańskiej, był Aeliuszem z Siedemnastego Legionu Pomocniczego, najmłodszym kapitanem w armii, i obijał się w koszarach w Mieście, podczas gdy ludziom o połowę mniej zdolnym od niego powierzano bataliony i wysyłano ich na wojnę. Pewnego dnia, gdy sprawdzał zamówienia w swym gabinecie, spokój zakłócił mu wyraźnie podenerwowany sierżant.
– Aresztowaliśmy chłopaka, kapitanie – poinformował go.
Aeliusz uniósł wzrok.
– I? – zapytał.
– Pobił wartownika.
Zwyczaje panujące w armii wymagały, by niżsi stopniem żołnierze rozmawiali z oficerami tak rzadko i krótko, jak to tylko możliwe. Aeliusz uważał, że to głupia zasada, lecz mimo to, przestrzegał jej rygorystycznie.
– Lepiej go przyprowadź – rozkazał.
To faktycznie chłopak, pomyślał Aeliusz. Raczej czternaście niż piętnaście lat, sądząc po twarzy, ale wysoki, jak na swój wiek. Niemniej, to tylko młokos.
– To dziecko zaatakowało wartownika?
Sierżant skinął głową.
– Złamana ręka i żuchwa, dwa pęknięte żebra i parę wybitych zębów, kapitanie. Rzucił się na niego bez powodu. Jest dwóch świadków.
Na ciele chłopaka nie było żadnych śladów. Wróć: zdarł sobie skórę z kostek lewej dłoni.
– Ten dzieciak zaatakował dorosłego mężczyznę bez widocznych powodów i złamał mu szczękę – skonkludował Aeliusz.
Chłopak nie patrzył na niego, lecz gapił się na ścianę za jego plecami.
– Słucham? – warknął kapitan.
Aresztowany milczał.
– Mówię do ciebie.
Chłopak wzruszył ramionami.
– Uderzyłem go, jeśli o to pytasz.
Aeliusz skinął z namysłem głową.
– Dlaczego?
– Odezwał się do mojej siostry.
– I?
Młodzieniec zmarszczył brwi.
– Zrobił jej nieprzystojną propozycję.
– I dlatego go pobiłeś?
– Tak.
Aeliusz zerknął w bok, opuszczając wzrok ku podłodze. Wniesienie oskarżenia nie wchodziło w grę. Żołnierz Siedemnastego Legionu zbity na kwaśne jabłko przez dziecko? Nigdy by się od tego nie uwolnili. Znał skądś twarz chłopaka. Nie wyglądała zbyt ładnie: krótki perkaty nos i mięsista dolna warga zasłaniająca górną.
– Jak się nazywasz?
– Arkadiusz Sewer.
Aeliusz zmarszczył brwi. Chłopak nie był ubrany jak syn szlachcica, ale nosił oficjalne nazwisko. Jego głos nie wyróżniał się niczym szczególnym, a Aeliusz spędził w Republice zbyt mało czasu, by był w stanie wyczuwać w czyimś akcencie klasowe subtelności. Zadanie utrudniał mu jeszcze fakt, że zatrzymany miał tendencję do mamrotania.
– To poważne nazwisko dla takiego chłopaka – stwierdził. – Kto jest twoim ojcem?
Chłopak wydobył z kieszeni miedziaka i położył go na otwartej dłoni, awersem ku górze.
– On.
Nic dziwnego, że kapitan znał jego twarz.
– Sierżancie, zostaw nas – rozkazał.
Gdy tylko drzwi się zamknęły, pochylił się i oparł o blat. Chłopak przyglądał mu się z uwagą, czekając, co wydarzy się później. Nie bał się, ale nie okazywał też zadufania. To wystarczało, by potwierdzić, że rzeczywiście jest tym, za kogo się podaje.
– A co to była za propozycja? – zapytał Aeliusz.
– Nie twój interes.
Kapitan wzruszył ramionami.
– Jak sobie życzysz – odparł. – W porządku, możesz odejść.
Chłopak zwrócił się ku drzwiom. Aeliusz wstał z krzesła, złapał leżącą na biurku laseczkę oficerską i zdzielił go nią w skroń, tuż nad lewym uchem. Młodzieniec padł na podłogę, spróbował się podnieść, zachwiał się, po czym odzyskał równowagę i wstał na nogi.
– Czy teraz mogę już iść? – zapytał.
Aeliusz skinął głową.
– Uważam, że jesteśmy kwita – odparł. – Zgadzasz się?
– Tak – potwierdził chłopak. – Tak, to sprawiedliwe.
Sprawiedliwe, pomyślał Aeliusz. Sam nie użyłby tego słowa, ale wydawało się zaskakująco odpowiednie.
– Wracaj do domu – polecił. – I może zastanów się nad wzajemnymi relacjami między władzą cywilną a wojskową. Zapytaj tatę, on ci to wyjaśni.
Siostra chłopaka czekała na niego na dworze. Po obu jej bokach stali wartownicy. Nie przytrzymali jej, ale była unieruchomiona jak figura szachowa, która nie może wykonać ruchu i uniknąć zbicia.
– Wszystko w porządku – oznajmił jej chłopak. – Wypuścili mnie.
Powiedziała mu coś, kiedy się oddalali. Chłopak nie zrozumiał słów – w uszach nadal mu dzwoniło po uderzeniu w głowę – ale właściwie nie musiał. Jego siostra nie była zadowolona.
– Nie mów nic ojcu – zażądał.
Skrzywiła się i pokręciła głową.
– Powinnam mu powiedzieć.
– Załatwiłem sprawę z kapitanem – zapewnił. – Tylko byś narobiła kłopotów.
Dziewczyna cmoknęła, jak matka karcąca małe dziecko.
– Kiedy zobaczą cię w takim stanie, domyślą się, że coś się stało.
– Spadłem z drzewa.
Obrzuciła go wzgardliwym spojrzeniem.
– Nigdy się nie wdrapujesz na drzewa.
– Właśnie dlatego spadłem – odparł z uśmiechem. – Z braku doświadczenia.
– Mam już po dziurki w nosie ukrywania twoich wyskoków – burknęła, przyśpieszając kroku. Kosztowało ją to nieproporcjonalnie wiele wysiłku, bo oczywiście włożyła te śmieszne buty. – Ciągle muszę dla ciebie kłamać. Mam już tego dość. Następnym razem...
– Och, cudownie – przerwał jej chłopak. – To wszystko była twoja wina. Gdybyś tak nie zerkała na tego żołnierza.
(Wiedział, że to kłamstwo, ale mógł udawać, że w nie wierzy, i w ten sposób zepchnąć siostrę do defensywy).
– Bzdury – odgryzła się. – Jesteś głupi. Uważam, że powinnam opowiedzieć o wszystkim ojcu. To by ci dało nauczkę.
Nie zrobiła tego, rzecz jasna. Zresztą, okazało się, że nikt nie musiał nic mówić. Wieczorem pierwszy obywatel udał się z żoną na przyjęcie, a wczesnym rankiem następnego dnia pojechał na uroczyste otwarcie Zgromadzenia. Służący z pewnością zauważyli strupy na dłoni chłopaka, a gdy dzwonienie w uszach nie ustępowało, szybko nauczyli się mówić do jego prawego ucha albo nieco podnosić głos. Ze zrozumieniem ojca nie miał kłopotów, jako że pierwszy obywatel nawet w domu przemawiał bardzo donośnie, a matka właściwie nigdy nie miała nic do powiedzenia od siebie.


* * *



Po sześciu miesiącach ojciec chłopaka przegrał wybory i utracił pozycję pierwszego obywatela na rzecz Didiusza Vetranio, którego ojciec był producentem kiełbas. Ściślej mówiąc, Didiusz Maesus miał dwadzieścia procent udziałów w rzeźni produkującej najlepsze suszone kiełbasy przeznaczone na eksport. Zainwestował też w wiele innych dobrze prosperujących interesów, ale ten jeden fakt wystarczył, by ojciec chłopaka uważał go za producenta kiełbas. Gryzł się porażką przez miesiąc, a potem kupił statek – śmiesznie tanio, zapewniał wszystkich, którzy chcieli go słuchać, to była niewiarygodna okazja – i to go pocieszyło. Dobry humor utrzymał się pięć tygodni, do chwili, gdy statek zatonął w Cieśninie Essedyńskiej, z pełnym ładunkiem pieprzu i szafranu.
– Kurwa, to katastrofa – usłyszał chłopak, podsłuchując ojca rozmawiającego z jednym ze wspólników (niskim, zasuszonym człowieczkiem o zapadniętych policzkach i bardzo ostrym nosie). – Osiemset tysięcy, nie licząc sumy, którą ten skurwysyn wyciągnął ze mnie za statek.
Niski mężczyzna zmarszczył brwi.
– Pożyczone?
– Sześćset tysięcy. – Ojciec chłopaka westchnął. – Niezabezpieczone. Pewnie powinienem to uznać za błogosławieństwo, ale teraz mam wodę w butach. Skurwysyn nie miał prawa sprzedawać mi statku, który nie mógł się utrzymać na powierzchni.
Mały człowieczek pogrążył się w zamyśleniu. Wyglądał jak studium posągu o nazwie Medytujący mężczyzna.
– Potrzebny ci kapitał – stwierdził.
– Tak, dziękuję bardzo, ta myśl już mi się nasunęła. – Ojciec chłopaka wziął sobie brzoskwinię z tacy z owocami, odgryzł jedną trzecią owocu i wyrzucił resztę. – Czy przypadkiem nie masz...
– Nie.
Ojciec chłopaka wzruszył lekko ramionami. Nie zaszkodziło spróbować.
– A więc pozostaje małżeństwo – skwitował. – Albo zaciągnięcie kredytu hipotecznego na winnicę, a tego nie chciałbym robić.
Mały człowieczek pokiwał głową.
– Które z dzieci?
– Och, chłopak. Dla dziewczyny zawarłem już umowę, ale to długoterminowa sprawa i nie chciałbym wszystkiego zepsuć przez pośpiech. Dzieci mają tę zaletę, że kiedy ci ich zabraknie, zawsze możesz zrobić nowe – ciągnął. – Jeden mój przyjaciel mawiał, że mężczyzna z dobrej rodziny nosi zabezpieczenie na starość między nogami. Nie dalej niż w zeszłym miesiącu złożono mi propozycję w sprawie chłopaka, ale byłem wtedy nadziany i kazałem im się wypchać.
– To była dobra propozycja?
Ojciec chłopaka oparł się wygodnie na krześle i opuścił głowę.
– Wystarczy, żebym zdołał się wydostać z tej kabały i nawet trochę mi zostanie, ale to wszystko. Z drugiej strony, gotówkę dostanę w chwili zaręczyn, a kwestię nieruchomości rozstrzygnie się dopiero, gdy chłopak osiągnie pełnoletność. Mógłbym wziąć pożyczkę pod jej zastaw, zainwestować celnie gotówkę, spłacić długi z zyskiem i zerwać zaręczyny. To tylko taka myśl – dodał na wszelki wypadek, mimo że mały człowieczek nie odezwał się ani słowem. – Nie, chyba lepiej nie. Mam wrażenie, że moje szczęście nie świeci w tej chwili najjaśniejszym blaskiem.
Niski mężczyzna splótł dłonie na kolanach.
– Nic z tego by się nie wydarzyło, gdybyś ubezpieczył statek – zauważył.
– No cóż. Masz rację.
Mężczyzna był jednak jak mały piesek, który zacisnął na czymś zęby i nie chce teraz zwolnić uścisku.
– Dużo ci zostało, Palo?
Rozległo się przeciągłe westchnienie i chłopak ujrzał na twarzy ojca wyraz oznaczający, że odpowiedź będzie cicha.
– Za mało – przyznał. – Och, mam to i owo, ziemię i trochę dobrych papierów wartościowych, ale wszystko to jest zablokowane albo długoterminowe. Na przykład, cegielnia – dodał, pocierając nos po bokach dwoma palcami wskazującymi, jak człowiek, który przed chwilą się obudził. – Włożyłem w nią mnóstwo pieniędzy. Za piętnaście lat będzie kopalnią złota, ale gdybym ją sprzedał teraz, byłbym do tyłu. Prawdziwa, żywa gotówka... – Potrząsnął głową. – Stąd właśnie się wzięły krótkoterminowe, niezabezpieczone kredyty, które oczywiście zjadają mnie żywcem. Rzecz jasna, wydałem też mnóstwo na wybory. Niezły żart. Pokonany przez producenta kiełbas, bardzo zabawne, ha, ha. Człowiek się zastanawia, po co w ogóle zadawał sobie trud.
Niski mężczyzna kaszlnął. Zabrzmiało to dziwnie, jak odgłos łamanej kości.
– Nigdy nie widziałem sensu kandydowania w wyborach – stwierdził. – Zawsze potrafiłem sobie znaleźć ciekawsze zajęcia. Ludzie mówią o kontaktach i wpływach, ale ja tego nie widzę. Osobiście wolę skupiać wysiłki na interesach.
– Dzięki zdobytym doświadczeniom jestem skłonny się z tobą zgodzić – przyznał z uśmiechem ojciec chłopaka. – Ale twoja sytuacja jest nieco inna. Zawsze mogłeś sobie pozwolić na kupienie senatorów najwyższej jakości.
Niski mężczyzna wzruszył ramionami, jakby potwierdzał jakiś drobny fakt, pozbawiony większego znaczenia.
– Ta propozycja dla twojego syna.
– Tak jest. – (Chłopak poruszył się lekko, by złagodzić kurcz w nodze, i uderzył stopą o nogę stołową. Na szczęście, żaden z rozmówców go nie usłyszał). – To córka Malona Sinvestriego. Mogłoby być gorzej.
– Licyniusze bardzo się wzbogacili na handlu zbożem – stwierdził niski mężczyzna. – A te twoje magazyny przy tamie stoją puste. Zapewne tak to zaplanowałeś...
– Szczerze mówiąc, nie przyszło mi to na myśl. – W głosie jego ojca pojawił się nagle wesoły zaśpiew. – Dziękuję, Galbo, to uczyni umowę bardziej zyskowną. Oczywiście, będę musiał się posłużyć pełnomocnikami.
– Licyniusz o niczym nie wie?
– Czemu miałby wiedzieć? – Rozległ się krótki śmiech, przypominający dźwięk dzwonu albo młota uderzającego w kowadło. No wiesz, nie są zapisane na moje nazwisko, więc nie figurują w rejestrze. Nie mogę się doczekać, aż zobaczę minę Malona.


* * *



W dzień uroczystych zaręczyn chłopak nie czuł się dobrze. Dokuczał mu żołądek, czuł gwałtowne przeszywające bóle między pępkiem a kroczem, od których wyginał ciało niczym tancerz.
Matka nie chciała mu uwierzyć.
– Nie bądź głupi – mówiła. – To ważne wydarzenie. Nie możesz się wykpić, udając chorego.
Nie był w stanie odpowiedzieć jej natychmiast.
– Coś ci powiem – odezwał się, gdy wreszcie odzyskał władzę w ustach. – Możesz sprawdzić zawartość mojego nocnika. Czy to cię przekona?
– Nie bądź...
– To dowód – stwierdził chłopak. – Namacalny dowód. No, może lepiej go nie macaj. Mamo, zlituj się. Źle się czuję. Ledwie się trzymam na nogach.
Mina matki wyrażała niepowtarzalne połączenie litości i pogardy, które zawsze rezerwowała dla niego.
– No cóż, sam jesteś sobie winien – oznajmiła, wsuwając rękę do płóciennej kieszeni u pasa i wyjmując z niej dziewięć pestek śliwek. – A przecież nawet nie lubisz śliwek – dodała.
Pokiwał głową. To był jego błąd. Wyrzucił pestki przez okno, zamiast zakopać w śmietnisku. Trzeba zwracać uwagę na szczegóły.
– Lubię – zapewnił. – Tylko one mnie nie lubią. – Szczególnie gwałtowny spazm wyłączył go na chwilę z akcji. – Ale to nie zmienia faktu, że nie czuję się na tyle dobrze, by utrzymać się na nogach podczas długiej ceremonii – dodał później. – Chyba że chcesz, bym zrobił z siebie widowisko na oczach tych wszystkich ludzi.
Jego matka pokręciła głową.
– Nie wspominałam o nich ojcu – wyznała, podsuwając mu pestki pod nos. – Nie musisz uczestniczyć w ceremonii. Wyślę pismo z zawiadomieniem, że jesteś chory, ale ojcu powiem prawdę. Wybór należy do ciebie.
Zaczerpnął głęboko tchu.
– W porządku – rzekł. – Co sugerujesz?
Skinęła krótko głową.
– Przyślę ci jakieś lekarstwo.
Jej słowa zbiegły się z kolejnym spazmem i niezadowolona mina chłopaka rozpłynęła się w silniejszej reakcji. Jego matka kolekcjonowała lekarstwa, jak chłopcy, którzy zbierają monety, pieczęcie albo groty strzał – jeden czy dwa autentyczne eksponaty pośród sterty śmiecia.
– Dziękuję, ale chyba będę...
– Zostań tutaj – poleciła. Po kilku minutach wróciła z małym kieliszkiem z niebieskiego szkła. – Wypij. To pomoże ci przetrwać ceremonię.
Po ostatnim ataku ledwie mógł zaczerpnąć tchu.
– Czy to działa?
– Nie wiem – przyznała jego matka. – Nigdy tego nie próbowałam. Sprzedawca zapewniał, że to cudowny lek, ale nic przedtem od niego nie kupowałam. Nie musisz tego pić, jeśli nie chcesz.
Wziął kieliszek i wpatrzył się w jego zawartość. Biaława maź przypominała kożuch na świeżej śmietanie.
– Co to jest?
– Sprzedawca mówił, że to specjalna sproszkowana glinka – odparła matka chłopaka pozbawionym wyrazu głosem. – Najwyraźniej w Sigaei jest magiczna góra, jedyne miejsce na świecie, gdzie można znaleźć tę glinkę. Wydobywa ją starożytny zakon mnichów i jest przeznaczona wyłącznie dla cesarskiego dworu, ale on zdołał jakoś zdobyć słoiczek. – Wzruszyła ramionami. – Nigdy nic nie wiadomo. Wypij to, jeśli chcesz. Może ci pomóc.
O dziwo, rzeczywiście pomogło. A przynajmniej zakorkowało jego kiszki na trzy dni. Bólu nie złagodziło, ale z tym chłopak potrafił sobie poradzić, a jeśli nawet któryś z gości obecnych na zaręczynach coś zauważył, nie odezwał się ani słowem. W pewnym sensie chłopak niemal się cieszył z tej sytuacji. To pozwoliło mu myśleć o czymś innym niż narzeczona i jej rodzina. Ta ostatnia przeraziłaby go śmiertelnie, gdyby był w stanie się nią zainteresować: kilku ogromnych mężczyzn, wysokich, szerokich w barach i grubych, o krótko przystrzyżonych brodach sięgających aż po szczyty kości policzkowych, oraz wysokie chude kobiety, spoglądające na niego z niesmakiem. Jego ojciec zachowywał się niezwykle cicho, co było niepokojące, był też trzeźwy, co było bezprecedensowe. Przez większą część ceremonii chłopak nie widział matki, która musiała usiąść na drugim końcu świątyni razem z jego siostrą oraz innymi kobietami. Czuł jednak na sobie jej spojrzenie, krępujące go niczym uzda. Jeśli chodzi o narzeczoną, welony spowijały ją niby pszczelarza (o co tu chodzi, pomyślał, boi się, że użądlę ją śmiertelnie albo coś?), zapamiętał więc tylko opatuloną w gazę postać oraz cichy posępny głos, niewyraźnie powtarzający wypowiadane przez kapłana słowa. Gdy jednak go zauważyła, stanęła jak wryta niczym koń, kiedy zobaczy coś, co mu się nie podoba, i nie można go zmusić do ruszenia naprzód trąceniem nogą ani ostrogami. Ojciec i stryj wyszeptali do niej „Co ty wyprawiasz?” albo coś w tym rodzaju, odpowiedziała im również szeptem, a potem ojciec położył dłoń między jej łopatkami i popchnął ją tak mocno, że o mało się nie przewróciła. Chłopak nie mógł powstrzymać myśli, że to fortunny początek. Nie mógł jednak mieć pretensji do dziewczyny. Posiadał zwierciadło. Myśl, że jest ktoś, kto czuje się na uroczystości jeszcze gorzej od niego, pocieszyła go nieco, ale i tak całą jego uwagę pochłaniał ból żołądka.
Kapłan wymienił jego imiona w niewłaściwej kolejności: Bassianus Sewer Arkadiusz. Po drodze do domu chłopak zapytał, czy w związku z tym ceremonia miała moc prawną. Ojciec zapewnił go, że tak.


* * *



Ze wsi przyjechał jego kuzyn Renno. Zważywszy wszystko razem, chłopak go lubił. Łatwo było z nim rozmawiać, na ogół miał pieniądze i potrafił się bić. Renno wyrósł, odkąd ostatnio się widzieli, co podkreślał ciemny meszek na jego górnej wardze.
– Słyszałem, że się ożeniłeś – przywitał go Renno.
– Nie do końca – odparł z westchnieniem chłopak. – To się wydarzy dopiero za cztery lata.
– A więc masz na co czekać. – Renno wskoczył na bramę i usiadł na niej, machając nogami. Prawie sięgał już nimi ziemi. – Masz szczęście – dodał.
– Czyżby?
– Żartujesz?
– Nawet nie miałem okazji zobaczyć, jak wygląda – poskarżył się chłopak ze skrzywioną miną.
– Naprawdę? – zapytał ze śmiechem Renno. – No więc, najpierw zauważa się wąsy.
Nie rozejrzał się wkoło.
– Znasz ją? – zapytał.
– Spotkałem ją parę razy.
– I?
Renno ziewnął, przeciągnął się, zachwiał się lekko, a potem usiadł prosto.
– No dobra – zaczął. – Niezła dupa, porządne cycki, chyba trochę za duże, ale może jeszcze z tego wyrosnąć. Całkiem możliwe, że za cztery lata będzie w porządku.
Chłopak wzruszył ramionami.
– Jaka ona jest?
– Przecież ci powiedziałem.
– Ale poza tym.
– Chodźmy do miasta po jakieś owoce. Nie chcę obrazić twojej rodziny, ale nie karmią tu za dobrze.
Chłopak pokiwał głową.
– Masz pieniądze?
– Jasne.
W tylnym murze kuchennego ogrodu była furtka, mająca umożliwiać ogrodnikom przynoszenie nawozu ze stajni bez konieczności przechodzenia przez główny dziedziniec. Przez stajnię można było wejść na dach siodlarni i zeskoczyć na przejście prowadzące do zaułka wychodzącego na drogę publiczną. Nikt nic nie zauważy.
– Nic o niej nie wiem – poskarżył się chłopak. – Ani o jej rodzinie, jeśli już o tym mowa.
– Nie masz czego żałować – zapewnił Renno. – Są nadziani, ale to nowe pieniądze. Chyba zajmują się handlem zbożem.
– Wiem – odparł chłopak. Renno coś powiedział, ale był po jego niewłaściwej stronie i sens mu umknął. – Słucham?
Renno zmarszczył brwi.
– Powiedziałem tylko, że najstarszy syn służy we flocie. Czy masz kłopoty ze słuchem? To już czwarty raz.
– Tylko po lewej stronie – wyjaśnił chłopak. – Jakiś czas temu oberwałem w głowę i od tej pory słabo słyszę na lewe ucho.
– Powinieneś komuś to pokazać.
– Zagoi się – zapewnił chłopak. – W tym domu lepiej nikomu nie mówić, że nie czujesz się dobrze.
– Twoja mama nadal bawi się czarami? – zapytał z uśmiechem Renno.
– To uciążliwe – odparł ze smutkiem chłopak. – Oczywiście, sama nigdy nie bierze tych lekarstw. Wypróbowuje je na innych. Jedna ze służących o mało co nie umarła. Teraz rozumiesz, dlaczego nie wspominam o swoim uchu?
– Lepiej być głuchym niż martwym – zgodził się z powagą Renno. – Jak to się stało?
Chłopak odwrócił od niego wzrok.
– Ktoś mnie zaskoczył, kiedy nie patrzyłem. Nic wielkiego.
– Skurwysyn – pocieszył go Renno. – Najpewniej się zagoi. Znajomy taty ogłuchł na rok po upadku z konia, ale potem wszystko wróciło do normy.
Wyszli z bramy zaułka na ulicę. Wozy ze zbożem wykonały już wczesnoporanne dostawy i opuszczały teraz miasto w długim szeregu przypominającym pogrzebowy kondukt.
– Nie odpowiedziałeś na moje pytanie – odezwał się chłopak.
– Nie wiem? – odparł Renno z lekką irytacją w głosie. – Już ci mówiłem, że spotkałem ją tylko dwa razy, raz na weselu, a drugi raz na jakiejś religijnej uroczystości. Nie poświęciłem jej zbyt wiele uwagi, pomijając to, co oczywiste.
– Ale wasze rodziny się znają.
– Słabo. Jesteśmy też poniekąd sąsiadami. Mają dom niedaleko naszego domu w Sesunto, tuż za wzgórzem. Mówią, że to domek myśliwski, ale, szczerze mówiąc, to tylko szopa. Rzadko się tam zatrzymują.
– I?
Renno wzruszył ramionami, jakby chciał już porzucić ten irytujący temat.
– I nic – odparł. – Powiedziałem ci wszystko, co wiem.
– Nieprawda – zaprzeczył chłopak.
– No dobra. – Renno westchnął. – Podobno trudno nad nią zapanować.
– A co to znaczy? – zapytał chłopak, kiwając głową.
– Była jakaś afera z młodym lokajem – wyjaśnił Renno. – I z chłopakiem z wioski. Wszystko rzecz jasna wyciszono i nic złego się nie stało. Zadowolony?
– Cudownie – stwierdził chłopak, myśląc o statku kupionym przez ojca. Jak na człowieka, który był kiedyś pierwszym obywatelem, jego ojciec miał raczej niewiele rozsądku. – Bardzo mnie pocieszyłeś, wiesz?
– Sam pytałeś – wskazał Renno. – Wyrośnie z tego. Na ogół tak się dzieje. Jak z Truscą.
Chłopak się uśmiechnął. Siostra Renna w swoim czasie dała rodzinie wiele powodów do niepokoju, ale w końcu bezpiecznie wydano ją za mąż i nie musieli się już nią przejmować.
– Swoją drogą, co u niej słychać? – zapytał.
– Znowu jest w ciąży – odparł Renno. – Najwyraźniej mąż stara się, żeby była zajęta. W takich przypadkach to zwykle najlepsze rozwiązanie. Nie upłynie wiele czasu, a będą mogli wystawić drużynę hokeja.
Chłopak pokiwał głową.
– Mogliby zagrać z Sulpicjuszami. Albo z Marcjanami.
– Powinni założyć ligę – dodał Renno. – To byłoby naprawdę niezłe. Każdego roku zwycięzca mógłby rozegrać mecz z drużyną armii.
Renno kupił cztery jabłka. Niepotrzebnie zmarnował pieniądze, ponieważ właśnie był sezon i lepsze owoce wisiały na gałęziach w sadzie. Usiedli w cieniu bankowego portyku.
– Masz – odezwał się Renno.
– Nie, dziękuję – odparł chłopak. Bardzo lubił jabłka, a od śniadania minęły już trzy godziny.
– Co? – Renno spojrzał na niego. – W takim razie, czemu pozwoliłeś mi kupić aż tyle?
– Resztę zjesz później.
– Jak sobie życzysz. – Renno odgryzł duży kęs owocu. Nozdrza chłopaka wypełnił kuszący zapach soku. – Na pewno nie chcesz jabłka? – zapytał kuzyn z pełnymi ustami.
Chłopak zignorował te słowa.
– Co się stało z lokajem? – zapytał.
– Wywalili go. Pewnie wrócił do wioski. Nie sądzę, by spotkało go coś złego. Dlaczego pytasz?
– Bez powodu.
– Zdecydowanie powinieneś pójść do lekarza z tym uchem – przekonywał go Renno. – Wyglądasz dziwacznie, kiedy się tak wyginasz, żeby mnie usłyszeć.
– Mnie to nie przeszkadza. A poza tym lekarzom trzeba
płacić.
– Twój tata...
– Chciałby się dowiedzieć, co się stało. – Chłopak potrząsnął głową. – Nie sądzę, by to zauważył, i wolałbym, żeby tak zostało.
Renno najwyraźniej nie wiedział, co o tym sądzić.
– Twoja sprawa – rzekł wreszcie. – Ja bardzo bym nie chciał być głuchy.
– To nie jest przyjemne – przyznał chłopak. – Ale zdarzają się gorsze rzeczy. – Doszedł do wniosku, że pora zmienić temat. – Słyszałeś, że Gal wyleciał z seminarium?
– Myślałem, że stamtąd nie można wylecieć. Nie, jeśli ktoś jest tak nadziany, jak Waleriusze.
– To z pewnością nie było łatwe – zgodził się chłopak. – Ale wiesz, że Gal jest bardzo pomysłowy. Podpalił dzienną kaplicę.
Jego kuzyn pokiwał głową.
– To naprawdę niezłe.
– Podczas porannych spowiedzi.
Gdy Renna naprawdę coś rozbawiło, potrafił się śmiać bezgłośnie. Otwierał usta straszliwie szeroko, ale nie wydobywał się z nich żaden dźwięk.
– No tak. To zapewne załatwiłoby sprawę – przyznał.
Chłopak popatrzył na swe dłonie.
– Najlepsze jest to, że poprzedniego dnia jego stryja Nasona mianowano patriarchą.
Renno zaczerpnął głęboko tchu, co świadczyło, że jest bardzo szczęśliwy.
– Są chwile, gdy wydaje mi się, że dla naszej rodziny jest jeszcze nadzieja.
– Nie wierzę w to – sprzeciwił się chłopak ostrym tonem i wstał. – Ale kogo to obchodzi? Chodźmy do szkoły szermierki. Zobaczymy, czy damy radę ukraść komuś płaszcz.
Udało im się. W kieszeni znaleźli sakiewkę zawierającą dwanaście złotych orłów oraz pokaźną sumę w prowincjonalnych srebrnikach. Oddali sakiewkę miejskiemu strażnikowi, mówiąc, że znaleźli ją na ulicy.


* * *



– Kupiłem bank – oznajmił ojciec.
Chłopak wpatrywał się w owsiankę. Wiedział, dlaczego jego ojciec postanowił ogłosić ten fakt podczas rodzinnego śniadania. Przy dzieciach nie zagrozi mu piekielna burza niepohamowanego sprzeciwu, która spadłaby mu na głowę, gdyby wyznał swój występek w cztery oczy. W obecności syna i córki jego żona mogła tylko powiedzieć: „Och”. Tak też zrobiła.
– To najlepszy interes w moim życiu – zapewnił ojciec, nieco za głośno i odrobinę zbyt szybko. Przerwał, spodziewając się prośby o dodatkowe informacje, ale nie doczekał się jej.
Matka milczała, a to był bardzo złowieszczy znak.
Ojciec przeżuł kawałek chleba, a potem znowu zaczął mówić:
– Bracia Macer. Bardzo dobry bank, ale potknął się na pożyczce dla rządu. No wiesz, nazywali to pożyczką, ale w rzeczywistości to była państwowa kradzież. Nie mieli wyboru. Pożyczycie nam pieniądze albo pożałujecie. Oczywiście, nie było żadnego zabezpieczenia.
Nawet cierpliwość matki miała swoje granice.
– Doprawdy? – zapytała. – A zatem kupiłeś bank, który upadł?
– Jeszcze nie upadł – sprzeciwił się ojciec z lekką nerwowością. – I nie upadnie. Potrzebuje tylko kapitału.
– Aha. – Matka odłożyła łyżkę. – To tak, jakbyś powiedział, że martwy koń potrzebuje tylko przywrócenia do życia. Ale jestem pewna, że wiesz, co robisz.
Ojciec zmarszczył brwi. Naprawdę wygrywał. Zdołał sprowokować matkę do przerwania milczenia przy dzieciach. To znaczyło, że będzie musiała stanąć do walki, mając ręce związane za plecami.
– Rząd spłaci wszystkie należności – zapewnił. – Po prostu nie śpieszy się z tym. Tymczasem Macerowie mają kłopoty z płynnością środków, a ja złożyłem im ofertę. Ich pech, nasza szansa.
– Ile wynosi ta pożyczka? – zapytała z westchnieniem matka.
Chłopak i jego siostra wymienili pośpieszne spojrzenia. Jeśli matka była gotowa pozwolić, by przy stole padały liczby, sytuacja była naprawdę niedobra.
– Sześć milionów – odpowiedział ojciec. – Dałem Macerom za bank milion, więc w sumie...
Matka spojrzała na dzieci.
– Skończcie śniadanie i idźcie na górę – rozkazała.
Ten raz – ten jeden jedyny raz – matka się myliła. Ojciec obciążył hipotekę wszystkich swych nieruchomości i zebrał pieniądze, a wkrótce potem Skarb spłacił bankowi przymusową pożyczkę, z całymi odsetkami, dzięki zyskom ze zwycięstwa w bitwie morskiej pod Eupontis. Po osiemnastu miesiącach Bank Dobroczynności i Sprawiedliwości Społecznej był w lepszym stanie niż kiedykolwiek, a Sewer Maurus, oficjalnie uznany za piątego z najbogatszych ludzi w republice, poważnie rozważał możliwość powrotu do polityki.
– Wiesz, co to znaczy – stwierdziła siostra Bassa, gdy zrywali figi z rosnącego za domem drzewka.
Wzruszył ramionami.
– Oświeć mnie.
– Twoje małżeństwo – odparła.
– Co z nim?
Wspięła się na palce i sięgnęła po wysoko wiszącą gałąź, ale nie zdołała jej złapać. Zachwiała się lekko na nogach.
– Już po nim. Zobaczysz.
Nie był pewien, czy rozumie, co próbowała mu powiedzieć.
– Po nim?
– Odwoła je.
To nadal nie miało sensu.
– Niemożliwe – sprzeciwił się. – To prawna umowa.
Roześmiała się.
– Jasne. A jeśli ojciec zechce ją zerwać, jego adwokaci załatwią to w pięć minut.
– Naprawdę? – zapytał z zainteresowaniem. – Mogliby to zrobić?
– Oczywiście, głuptasie. Kwestie formalne. Stopień pokrewieństwa.
– Słucham?
– To znaczy, że nie można wstępować w związki z kuzynami – wyjaśniła z westchnieniem.
– Wiem, co to znaczy. Ale my nie jesteśmy...
– Och, jesteśmy – zapewniła stanowczo jego siostra. – Zapewne związek wydarzył się przed wieloma pokoleniami, ale możesz się założyć, że jesteśmy spokrewnieni z Licyniuszami i adwokaci wykorzystają ten fakt, by zerwać umowę. Są też inne możliwości. Uchybienia proceduralne. Niedotrzymanie terminu rejestracji zaręczyn. Nie ma wątpliwości, że zostawili w umowie jakąś maleńką furtkę. Zawsze tak robią, na wypadek, gdyby któraś ze stron chciała się później wycofać.
– Aha – mruknął chłopak. Wkoło głowy latała mu osa. Zamarł w bezruchu. – Ale dlaczego miałby to robić?
– Z pewnością żartujesz – odparła jego siostra. – Jeśli ojciec jest zdecydowany wrócić do polityki, nie będzie marnował jedynego syna dla jakiejś pozbawionej znaczenia zgrai. Będzie chciał, żebyśmy oboje byli wolni, by móc przypieczętować ważne sojusze polityczne. Ja się z pewnością nie skarżę – dodała z radością. – Jako polityczny pionek z pewnością mam lepsze szanse niż jako zwykła dziedziczka.
– Jasne.
Najwyraźniej nie wiedziała o własnych zaręczynach (ojciec wspominał, że to długoterminowa sprawa). Chłopak pomyślał, że w pewnej chwili będzie jej musiał o tym powiedzieć. Tymczasem osa unosiła się i opadała w powietrzu, dwie stopy od jego głowy. Uniósł nagle lewą rękę, złapał owada między kciukiem a palcem wskazującym, pozwolił mu na próbę ucieczki, a potem zacisnął palce. Wyczucie go nie zawiodło. Zmiażdżył głowę i tułów osy, unikając użądlenia.
– Wolałabym, żebyś tego nie robił – poskarżyła się jego
siostra.
– Uważam, że to niezła sztuczka.
– To obrzydliwe.
– Jak sobie życzysz – zgodził się ze spokojem. – Następnego robala wypuszczę. Niech cię użądli.
– Nie mam nic przeciwko temu, jeśli to pająki – wyjaśniła jego siostra. – Ale pszczoły...
– To była osa. – Wytarł palce o rękaw. – No, nie wiem. To pewnie nie ma większego znaczenia. Po prostu, no wiesz, już się przyzwyczaiłem do tej myśli.
Roześmiała się.
– Nigdy jej nie widziałeś. Nie naprawdę.
– To nie ma znaczenia. – Podskoczył, złapał za konar, usiadł na nim okrakiem i zaczął zrywać owoce z wyżej położonych gałęzi. – W twoim przypadku to wygląda inaczej – stwierdził. – To dla ciebie jedyna szansa. Dla mnie to po prostu coś, z czym trzeba się uporać i mieć to z głowy.
Siostra cmoknęła z niesmakiem.
– Nie wiem, jaka ona jest, ale naprawdę mi jej żal – oznajmiła. – Twoje podejście jest do dupy, wiesz?
– Nie słyszę cię – odparł. Siedział tylko sześć stóp nad ziemią, ale z tej perspektywy wszystko wyglądało inaczej. Widział ulicę biegnącą za murem sadu. Ona również wydawała się inna. – Łap! – zawołał i zaczął rzucać siostrze figi.
Postanowiła potem się obrazić i nie chciała już więcej rozmawiać o tej sprawie, ale on nie potrafił o niej zapomnieć przez cały dzień. Nocą spał źle. Rankiem poszedł porozmawiać z matką. Znalazł ją we wschodnim pokoju dziennym, gdzie spisywała rachunki.
– Skąd ci to przyszło do głowy? – zapytała matka. – Ślub z pewnością się odbędzie. Nie dalej jak przedwczoraj twój ojciec pojechał do Licyniusza Stratona omówić sprawę funduszy powierniczych.
Wiedział o tym. Podsłuchał rozmowę ojca z jednym ze wspólników – tak się szczęśliwie składało, że powszechnie uważano, że jest głuchy jak pień, choć w rzeczywistości na prawe ucho

słyszał równie dobrze jak wszyscy, a może nawet lepiej. Zastanawiał się wtedy, dlaczego ojciec upiera się, żeby Licyniusze wnieśli większy wkład w gotówce. Dla prezesa Banku Dobroczynności i Sprawiedliwości Społecznej suma, o którą chodziło, była pozbawiona znaczenia. Najlepszy interes w jego życiu, pomyślał z uśmiechem chłopak.
– Co cię tak bawi? – zapytała matka.
– Nic. Z kim jest zaręczona Placydia?
Choć raz udało mu się ją zaskoczyć.
– Z nikim. Co ty wygadujesz?
– Och. – Wzruszył ramionami. – No wiesz, tak mi się zdawało, że ojciec załatwił coś dawno temu. Mówił, że to długoterminowa sprawa, wymagająca starannego zaplanowania.
Wypowiadając te słowa, uświadomił sobie, że matka o niczym nie wiedziała. Ojciec jej nie powiedział. Maksymalnym wysiłkiem zdołała zamaskować reakcję. Później dojdzie do interesującej rozmowy. Zastanawiał się, czy będzie miał szansę ją podsłuchać.
– Nonsens – odpowiedziała matka, ale wyraźnie zapomniała już o synu. Zastanawiała się, co powiedzieć mężowi.
Chłopak usprawiedliwił się i wyszedł. Schodząc na dół, zastanawiał się, dlaczego ojciec chciał zachować coś takiego w tajemnicy. Zawsze bezzwłocznie informował matkę o wszystkich wydarzeniach, choć od czasu do czasu wybierał taktycznie korzystną okazję, by to zrobić. Ale ślub Placydii? To nie miało sensu. Przede wszystkim, chciałby się jej poradzić.
Nieważne. Chłopak przeszedł przez wewnętrzny dziedziniec, zatrzymał się przy fontannie i zajrzał do wody. Czasami goście wrzucali do niej drobne monety, na szczęście, a dziś rano ojciec miał gości. Faktycznie wypatrzył na dnie jedną monetę, do połowy pogrążoną w ile. Podwinął rękaw i wyciągnął ją, ale to był tylko grosik – o ironio, z podobizną jego ojca – a do tego mocno wytarty. Większość szczegółów na portrecie zniknęła: oko, ucho i większa część włosów. Skąpiradła, pomyślał ze smutkiem chłopak, chowając pieniążek do kieszeni.


* * *



Wszyscy się potem zgadzali, że to był bardzo sprawnie przeprowadzony ślub. Rodzina panny młodej zjawiła się na czas, kapłan okazał się kompetentny, nikt nie był zbyt mocno pijany ani nie pomylił tekstu. Ceremonia odbywała się około południa – została zaplanowana na wieczór, ale trzeba ją było przenieść z uwagi na ważne spotkanie w interesach – i w związku z tym nie było orszaku z pochodniami idącego ulicami. Wszystko odbyło się w świątyni.
W jednej chwili stał sam, niespokojny i dręczony bólem w narządach trawiennych (tym razem nie potrzebował śliwek), a w następnej obok niego pojawiło się dziwne stworzenie spowite w biel. Uświadomił sobie, z obiektywizmem godnym historyka, że nic już nigdy nie będzie takie samo. Zerknął w bok, ale nie było tam na co patrzeć.
A jednak popełnili mały błąd. Ustawili go po lewej stronie i nie słyszał, co mówi ten stary dureń. Na szczęście, zadał sobie trud, by nauczyć się słów na pamięć. Zresztą, tekst nie był trudny. Chłopak obserwował usta kapłana. Pannę młodą miał po prawej i słyszał ją świetnie. Mówiła niewyraźnie i błędnie wypowiedziała jego imię.
Podczas przemowy kapłana przeniósł swą uwagę na otoczenie. Stał na wprost przed ołtarzem, nad którym znajdowało się zwyczajowe okienko, ulokowane tak, by pierwsze promienie świtu padały na masywne żelazne koło, ponoć wypełnione bożą obecnością. Pająk utkał w okienku niemal idealnie symetryczną sieć, świadectwo wielkiego talentu i pracowitości. Twórca sieci wisiał w samym jej środku. Pajęczyna kołysała się lekko na łagodnym wietrzyku, jak pierś oddychającego miarowo mężczyzny. Chłopak nie był nawet w najmniejszym stopniu przesądny, ale nasunęło mu się pytanie, czy tak uderzający obraz mógł ktoś celowo przygotować dla jego oczu, czy też był to po prostu marnotrawny przypadek. Nieskazitelna sieć i pająk ulokowany dokładnie w jej środku przypominały raczej dzieło sztuki niż natury. Oczywiście, w każdej innej sytuacji natychmiast rozgniótłby stworzenie. To stało się dla chłopaka drugą naturą. Ponieważ jego matka i siostra panicznie bały się pająków, nauczył się podejmować środki prewencyjne natychmiast po wejściu do pokoju. Sam również obawiał się kiedyś tych stworzeń, ale odkąd opanował wszelkie tajniki sztuki ich zabijania, przekonał się, że strach zniknął. Gładko przeszedł od ofiary do agresora, nawet sobie nie uświadamiając, że zaszła w nim jakaś zmiana, i w związku z tym doszedł do wniosku, że między tymi dwiema rolami nie ma żadnej różnicy poza jedną kwestią: kto jest silniejszy, a kto słabszy.
Sam ślub był rzecz jasna jedynie drobnym elementem całości, podobnie jak fizyczna walka stanowi niewielką część wojny. Po ceremonii zaprowadzono ich do formalnego ogrodu. Pannę młodą zabrano gdzieś, on zaś musiał stać spokojnie, gdy przedstawiano go ludziom: dalekim krewnym, wspólnikom w interesach i rozmaitym ważniakom. Mniej więcej połowa z nich mówiła do niego z głuchej strony, i to nie było złe. Nauczono go radzić sobie w podobnych sytuacjach. Potrafił nudzić się śmiertelnie, nikogo przy tym nie obrażając.
Gdy jakaś głupia kobieta trajkotała mu coś prosto w twarz, po raz pierwszy od bardzo dawna pomyślał o dziadku, który umarł, gdy chłopak miał dziesięć lat. To nie było nic ważnego, po prostu przypomniał sobie coś, co staruszek kiedyś powiedział. Nic wówczas z tego nie zrozumiał, ale słowa zachowały się w jego pamięci, jak melodia, przed której nuceniem nie potrafimy się powstrzymać. Dziadek oznajmił, że aranżowane małżeństwa, amortyzowane pożyczki i Flota Republikańska są wszystkim, co chroni miasto przed upadkiem. Chłopak uświadomił sobie w chwili olśnienia, że dziadek i ojciec nigdy się zbytnio nie lubili. Przyjrzał się z uwagą swym wspomnieniom chwil, gdy byli razem, temu, co mówili, tonowi ich głosów, niuansom słów, językowi ciała. Nigdy dotąd nie przyszło mu na myśl, że związek między dziadkiem i ojcem mógł nie być całkowicie ortodoksyjny, złożony z miłości i szacunku w odpowiednich proporcjach. Zawsze uważał, że miłość to sprawa, w której nie mamy nic do powiedzenia, podobnie jak obowiązujące zasady, prawo oraz pory podawania posiłków. Rodzice kochali dzieci, a dzieci rodziców, podobnie jak rodzeństwo. Wiedział, że w przypadku małżonków sprawy tak nie wyglądają, ale to było co innego, małżeństwo opierało się na ludzkim wyborze, nie na nieuniknionej naturze. Mimo to, powiedziano mu, że mężowie i żony z czasem uczą się siebie kochać, dzięki połączeniu wspólnych doświadczeń z siłą przyzwyczajenia. Jedynym, co nie miało nic wspólnego z miłością, był wybór. Ale najwyraźniej ojciec i dziadek nawet się nie lubili. Chłopak zastanawiał się nad tym i czuł, że założenia podtrzymujące jego wizję świata, jak liny podtrzymują most wiszący, tracą nagle moc. Zapewne pokocham żonę, pomyślał, gdy minie odpowiednio długi czas. Albo i nie. Ciekawie będzie się przekonać, zdecydował.
Spotkali się znowu wkrótce po głównym przyjęciu, a przed uroczystą kolacją, raczej przypadkiem niż planowo. Uciekając przed wypełniającym ogród tłumem, chłopak zakradł się do małego krużganka, a potem przeszedł przez furtkę na dziedziniec. Ktoś już tam był, stał przy fontannie. Dziewczyna w obszernej białej sukni wyglądała znajomo. U stóp miała kłębek białej gazy, być może welon. Spojrzała na niego.
– Przepraszam – odezwał się. – Czy jesteś...
Skinęła głową.
– Przepraszam – ciągnął. – Nie poznałem cię bez... – Poruszył palcami po obu stronach głowy w geście symbolizującym welon. Patrzyła prosto na niego. Nie miał pojęcia, co może oznaczać jej spojrzenie. – To śmieszne – dodał pośpiesznie. – Widzę twoją twarz i dlatego nie wiem, kim jesteś. Jak masz na imię?
Żadnej reakcji.
– Otacilia Licynia Secunda – odpowiedziała po chwili.
– Nie o to mi chodziło.
Miał wrażenie, że dziewczyna nie może się zdecydować.
– Cilia – odpowiedziała wreszcie. – Tak przynajmniej mówią na mnie rodzice.
Skinął głową.
– Ja jestem Basso. Miło cię poznać.
Roześmiała się, raczej ostrożnie, pomyślał, i dlatego, że uważała, że tego by chciał.
– A więc uciekłaś – dodał.
Skinęła głową.
– Nie mogłam znieść uwięzienia w tym czymś ani chwili dłużej.
W tym czymś? Jego wyobraźnia pracowała jak szalona.
– Och. Chodzi ci o welon.
Kopnęła zrzucony element stroju.
– Za chwilę będę musiała znowu go włożyć – dodała. – Nie powinnam go zdejmować aż do kolacji. Jest okropny. Nienawidzę go. To tak, jakbym szła przez pajęczynę i cały czas miała ją na skórze i we włosach. Przechodzą mnie od tego ciarki.
Dziwne, że tak to ujęła.
– Brzmi okropnie – przyznał.
– Tak, ale to nie ty musisz go nosić – odparła. – Przestań narzekać, to tylko jeden dzień. – Trąciła welon czubkiem buta. Rozległ się cichy trzask rozdzieranej tkaniny. – Cholera – mruknęła.
– Nie warto się nim przejmować – rzekł z uśmiechem.
– Nie wierz w to – sprzeciwiła się. – Matka się wścieknie. Chyba zamierzała przerobić go na zasłony w dziennym pokoju.
Zbliżył się o krok.
– Do licha z tym – stwierdził. – To dzień twojego ślubu, najważniejsza chwila w życiu młodej dziewczyny. Jeśli chcesz zrobić butem dziury we własnym welonie, to proszę bardzo. Jeśli ktoś będzie miał z tym problemy, odpowie przede mną.
Uśmiechnęła się. Wcale nie była brzydka, a do tego uśmiechała się, zamiast się śmiać. Z jakiegoś powodu to mu się spodobało.
– Gdyby to zależało ode mnie, podarłabym go na drobne kawałeczki. Lepiej już wracajmy, bo będziemy mieli kłopoty.
Powiedziała „my”. Ach, pomyślał, teraz rozumiem.

– Chyba masz rację – zgodził się.
– Z pewnością. – Zaczęła się schylać po welon, ale się zatrzymała. – Ta suknia jest okropna. Wszyto w nią połowę paszczy wieloryba.
Chłopak schylił się z lekkim zażenowaniem, wziął w rękę welon i wyprostował się. Była w nim wielka dziura.
– Daj mi go – zażądała dziewczyna. Spróbowała owinąć sobie tkaninę wokół głowy, ale nawet on widział, że coś jest nie tak.
– Niech to szlag – poskarżyła się. – Nie pamiętam, jak to się robiło.
– Daj mi spróbować – poprosił. – Chyba widzę...
Wykazał się nadmiernym optymizmem. O mało jej nie udusił, nim wreszcie znalazł rozwiązanie.
– To będzie musiało wystarczyć – stwierdziła dziewczyna. – Gdzie jest dziura?
– Z tyłu – odparł.– Nikt jej nie zauważy.
– W porządku. – Wyprostowała się i pociągnęła za spódnicę sukni. – Idź pierwszy. Nie możemy przyjść razem.
Och, pomyślał.
– Dobra. No to do zobaczenia.
– Jesteś pewien, że wszystko w porządku? Nie widzisz dziury?
– Tak – zapewnił i odszedł.


* * *



– Wiesz, jak to się robi? – zapytał znacznie później.
Przeszyła go złowrogim spojrzeniem.
– Co to miało znaczyć?
– Tylko to, że ja nie wiem – wyjaśnił pośpiesznie. – Miałem nadzieję, że ty...
Znowu popatrzyła na niego z pozbawioną wyrazu twarzą, a potem westchnęła głęboko.
– Niech to najjaśniejszy szlag – powiedziała i wyjaśniła mu wszystko ze szczegółami.


* * *



– Przepraszam, że jestem brzydki – odezwał się po pewnym czasie.
– Nie szkodzi – odparła sennym głosem. – To nie twoja wina.
Leżał nieruchomo, starając się nie myśleć o ciemności. Całe życie spał przy zapalonej lampie, ale w tym pokoju nie było lampy, a on po nią nie posłał.
– Czy było...?
– Tak – mruknęła. – Z czasem się wprawisz. Chcę już spać.
W pierwszych dwóch przypadkach nie był pewien, czy jej wierzy. Trzeci oczywiście nie był negocjowalny. Położył się, starając się nie ruszać, żeby jej nie przeszkadzać. Nie był przyzwyczajony kłaść się do łóżka tak wcześnie i nie czuł się nawet w najmniejszym stopniu zmęczony. Później, kiedy zaczęła chrapać, wstał ostrożnie, opuścił pokój, i zszedł na dół, do biblioteki, gdzie znalazł lampę i książkę, którą właśnie czytał. Rzecz jasna, w obecnej sytuacji nie chciał, żeby ktoś go tu znalazł, wrócił więc na górę, trzymając lampę blisko siebie, żeby zasłonić światło, i przekradł się przez sypialnię do garderoby. Zamknął za sobą drzwi, usiadł i pogrążył się w lekturze.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2013-01-12 (837 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej