Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Punkt Einsteina
 
Katalog - dodano
 Dotąd dobrze
- Ursula K. Le Guin
 Coś
- John W. Campbell
 Zmierzch Bogów
- Michał Gołkowski
 Czara Cieni
- Frances Hardinge
 Śpiew kukułki
- Frances Hardinge
 
- skomentowano
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Rozdziobią nas Loki, wrony
- Kevin Hearne
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Szczeliny - Anna Starobiniec



Osiem

Dopiero kilka lat później Marina zrozumiała, że ten dzień, ta przejrzyście upalna sierpniowa niedziela była ostatnim dobrym dniem w ich życiu. Nie żeby szczęśliwym - po prostu dobrym.

Tego dnia spacerowali we trójkę po lesie (Marina nawet się cieszyła, że kupiła mieszkanie właśnie w Jasieniewie; no bo gdzie indziej w Moskwie można mieć las dziesięć minut od domu?) i obserwowali ptaki.

Ptaków było wyjątkowo dużo, zachłystywały się kłótliwymi ochrypłymi krzykami, żarłocznie rozdziawiając swoje pradawne dzioby. Latały między drzewami bardzo nisko, tuż nad ziemią.

- Mamo, co one robią? Łapią puch z topoli? - spytał Maksym.

- Nie sądzę - odpowiedziała wtedy. - Pewnie czują, że wkrótce spadnie deszcz. Ptaki zazwyczaj tak się zachowują przed deszczem.

- Właśnie - przytaknęła Wika.

Maksym spojrzał nieufnie na bezchmurne niebo, a potem na ptaki. Sposępniał. Chciał podejść bliżej, ale ptaki, poćwierkując z oburzeniem, odleciały.

- Mamo, a jak one się nazywają? - zapytał.

- Hm... chyba jerzyki? - zasugerowała z roztargnieniem Marina.

- Pewnie że jerzyki - powiedziała twardo Wika. - No coś ty, mały, nie wiesz, jak wyglądają jerzyki?

- A ty co, wiesz? - odciął się Maksym.


Wracali w milczeniu. Już pod domem Maksym powiedział nagle:

- Nie podoba mi się tutaj.

- Dlaczego? - zdumiała się. Przeprowadzili się rok temu, bo po rozwodzie udało się zamienić duże mieszkanie na Tagańskiej na dwa mniejsze (mąż dostał jednopokojowe w dzielnicy Marino, a oni dwupokojowe w Jasieniewie) i przez cały ten czas sądziła, że dzieci są raczej zadowolone.

- Wszystkie domy są jednakowe. I nieładne.

Popatrzyła na monotonne szeregi piekących się w słońcu wieżowców, sterczących z zakurzonych trawników niczym gigantyczne biało-błękitne kolby kukurydzy. Między blokami, pokonując opór wilgotnego, drżącego jak galareta powietrza, sennie snuli się spoceni ludzie, jeździły rozpalone samochody.

- Za to jest świeże powietrze - westchnęła ze zmęczeniem.

- E-ko-lo-gia, mały - powiedziała Wika przez nos.


Następnego dnia Maksym zachorował - dostał wysokiej gorączki. Lekarz postawił diagnozę: ostre zapalenie ucha środkowego. Trzy tygodnie później mały nadal był w łóżku - ani gorące kompresy, ani krople, ani nacieranie maścią tygrysią nie pomagały. Przyjęcie urodzinowe (Maksym i Wika byli bliźniętami i w tę niedzielę kończyli osiem lat) trzeba było odwołać.

Dzień był okropny. Maksym przez cały czas obracał w ręku prezent - pistolet na wodę, bez entuzjazmu oglądał kreskówki o przybyszach z kosmosu, marudził i żądał, żeby z okazji urodzin nie zakraplać mu ucha. Wika na wieść, że koleżanki nie przyjdą, przepłakała kilka godzin, a wieczorem przygotowała w małym aluminiowym rondelku (prezent od cioci) sałatkę z kiełbasy, papierków, strzępków waty, tabletek Maksyma i plastikowych marchewek, i próbowała nakarmić tym kota Fiedię. Została za to ukarana, znowu ryczała, a przed pójściem spać oznajmiła, że przeprowadzi się do taty.

Gdy dzieci usnęły, Marina poszła do kuchni. Posiedziała chwilę nad herbatą, upiła kilka łyków, resztę wylała. Potem zmyła, wykąpała się i wklepała w twarz krem na noc. W końcu podeszła do telefonu i wybrała numer.

- Tak? - powiedział z powątpiewaniem męski głos na drugim końcu miasta.

- Dlaczego nie przyjechałeś? Dzieci czekały.

W słuchawce zazgrzytała, huknęła z rozdrażnieniem zapalniczka.

- Jakieś zakłócenia... Słyszysz mnie?

- Tak.

- Czemu nie przyjechałeś?

- Nie miałem czasu.

- Nie miałeś czasu przez cały dzień?

- Tak.

- A co takiego ważnego robiłeś?

Milczenie. Ściskając słuchawkę zimną spoconą dłonią, Marina w napięciu słuchała, jak w środku zgrzytają małe ostre pazurki, jak drapią delikatny plastik telefonu, dłubią w kablu, przepiłowują przewody.

- Co takiego ważnego robiłeś?

- Przestań.

Pazurki.

- Dobrze. Przestałam.

- Co u was słychać?

Nacisnęła na widełki. Postała chwilę przy telefonie, czekając, czy on oddzwoni. Potem wróciła do kuchni, zobaczyła, że kot zwymiotował pod stołem. Posprzątała.

* * *

Tydzień później kot uciekł.

Ostatnio Fiedia zachowywał się bardzo dziwnie. Przechadzał się nerwowo po parapecie tam i z powrotem - sierść zjeżona, grzbiet boleśnie wygięty jak garb wielbłąda, a potem nagle skakał na szafę z książkami i siedział tam nieruchomo, żółtymi oczami wpatrując się w przestrzeń. I wydawał dziwne mruczące dźwięki, nie otwierając pyszczka. Przeciągłe, ponure, niesamowite dźwięki... Marina myślała, że coś podobnego można usłyszeć w horrorach na chwilę przed jakąś straszną sceną - gdy ożywa trup albo w oknie pojawia się oszalała zakrwawiona twarz.

W dniu ucieczki kot stanowczo odmówił jedzenia i picia, kilka godzin przesiedział na szafie, machając naprężonym ogonem. Potem nagle zasyczał głośno niczym fajerwerk przed wybuchem i skoczył w dół, prosto na Maksyma, który siedział sobie spokojnie w fotelu przed telewizorem i oglądał kreskówki. Wszystko wydarzyło się w ciągu kilku sekund. Sycząc i prychając, Fiedia - ich gruby, łagodny, leniwy, wykastrowany Fiedia - mocno chlasnął łapą chłopca po twarzy, zostawiając na jego czole cztery głębokie, krwawiące bruzdy. A potem, przelatując przez prawie pół pokoju, jednym długim susem znalazł się na futrynie okna. Omal nie spadł, ale wczepił się w nią przednimi łapami i zręcznie podciągnął ciężkie ciało, a potem sprężył się, miauknął histerycznie i wyskoczył przez otwarty lufcik.

Marina wybiegła na balkon, wychyliła się przez barierkę i spojrzała w dół, spodziewając się, że zobaczy na ziemi nieruchome pręgowane ciało, ale kot już spokojnie truchtał po chodniku w głąb podwórka, zupełnie jakby lot z siódmego piętra był jego codzienną gimnastyką.

Nie zobaczyła go już nigdy więcej. Tego wieczoru pokręciła się trochę wokół domu (bez efektu) i wróciła z pewną ulgą. Nie miała pojęcia, co należałoby zrobić z tak agresywnym kotem, gdyby jednak się znalazł. Leczyć? Uśpić?

Pewnie zachorował i poszedł gdzieś umrzeć, pomyślała. A następnego dnia Maksym dostał zastrzyk przeciwko wściekliźnie.


Trzy tygodnie później kot, przestraszony i wychudzony, dotarł szczęśliwie do ich starego domu na Tagańskiej. Przez miesiąc mieszkał na śmietniku. Jakaś litościwa kobiecina codziennie przynosiła mu mleko w metalowej pokrywce i pokrojone parówki, a gdy nastały chłody, wzięła Fiedię do siebie i nazwała go Marusia.

Kot umarł dziesięć lat później - spokojnie, ze starości.

Dwanaście

- Jesteście nieszczęśliwą rodziną? - zapytała Jelena Giennadjewna, grzecznie zasłaniając ziewnięcie pulchną dłonią.

- W jakim sensie?

- W sensie - niepełną? - uściśliła poufnym tonem Jelena Giennadjewna, a jej błękitne krowie oczy, przesłonięte dwuogniskowymi szkłami, przybrały pytający wyraz.

- A co to ma do rzeczy? - zapytała ponuro Marina.

- Dostrzegam pewien związek. - Jelena Giennadjewna założyła na piersi ręce ozdobione bransoletami i plamami pigmentowymi; wyraźnie szykowała się do długiej, szczerej rozmowy. - Pani syn ma problemy, i to dość poważne.

Jelena Giennadjewna była szkolnym psychologiem.

- Jakie problemy?

- Nie potrafi się skoncentrować, ma problemy z pamięcią, jest ospały i senny ... - Jelena Giennadjewna zdjęła okulary, zaczęła z zapałem i głośnymi ciamkającymi dźwiękami trzeć oczy. - Nie uważa na lekcjach...

Marina milczała.

- Syn ma problemy z nauką, syn... - Jelena Giennadjewna zawahała się, szukając bardziej odpowiedniego synonimu. - Nie przejawia zainteresowania zajęciami...

- Rozumiem - stwierdziła Marina.

- Rozumie pani? - zdumiała się Jelena Giennadjewna i przestała wydrapywać z oczodołów ich śliską zawartość. - I to wszystko, co chce pani powiedzieć?

- A co jeszcze miałabym powiedzieć?

- I zupełnie pani nie dziwi, że dwunastoletni chłopiec nie ma przyjaciół? - Jelena Giennadjewna umieściła okulary w czerwonym, lśniącym wgłębieniu na nosie.

- Maksym jest bardzo związany z siostrą. Jej towarzystwo zupełnie mu wystarcza.

- Przepraszam, ale nie zauważyłam między nimi specjalnej bliskości.

- Chodzą do równoległych klas, dlatego pani nie zauważyła. Na mnie już pora... - powiedziała Marina zmęczonym głosem.

- I naprawdę nic pani nie dziwiło w zachowaniu syna w ciągu ostatnich... eee... dwóch lat? - nie ustępowała Jelena Giennadjewna.

Nie dziwiło? - pomyślała Marina. On ma mnóstwo dziwactw. Ale przecież nie będę z tobą o tym rozmawiać, ty bezmózga żabo.

- Nie. - Wstała.

- I ten jego wygląd... - Szkolny psycholog poderwała się z krzesła i zrobiła w stronę wychodzącej matki dziwny ruch, jakby chciała złapać ją za połę palta, ale w ostatniej chwili się rozmyśliła. - Chodzi nie tylko o przemianę materii... W człowieku wszystko jest ze sobą powiązane! I psychika, tak, i dusza...

Marina delikatnie zamknęła za sobą drzwi.

I ciało - tak - i ciało - tak - i ciało... - dudniło w jej głowie w takt kroków.


-


Kiedy właściwie się to wszystko zaczęło? Rzeczywiście dwa lata temu? A może trzy?

Im dłużej o tym myślała, tym bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że nie dwa i nawet nie trzy, ale cztery lata temu, zaraz po tej ciężkiej, ciągnącej się cały miesiąc chorobie. Że już wtedy coś się zmieniło w duszy i ciele jej syna.

Na początku to nie było nic takiego... Na początku pojawiło się jakieś takie zamyślenie, jakby obojętność. Maksym praktycznie przestał wychodzić na dwór. Wracał ze szkoły i cały czas siedział w domu, coś rysował, pisał w zeszycie. Czasami - z biegiem czasu coraz rzadziej - przychodzili do niego koledzy z sąsiednich bloków. Rozradowani, zasapani, niecierpliwie naciskali brudnymi palcami przycisk dzwonka. Przynosili ze sobą nową piłkę trzeszczącą beżową skórą i mówili:

- Dzień dobry! Czy Maks może wyjść na dwór?

- Oczywiście, jeśli będzie chciał.

Ale on nie chciał. Dorośle - uprzejmie, z przekonaniem - odmawiał, uśmiechając się fałszywie. I w napięciu czekał, aż zamkną się za nimi drzwi.

Na ich dziewiąte urodziny goście przyszli tylko do Wiki. Maksym nie chciał siedzieć razem z nimi przy stole, zabrał do dziecinnego pokoju swoją porcję słodyczy i cały wieczór siedział tam sam...

A potem... co było potem? Kiedy to wszystko stało się naprawdę bardzo poważne? Gdy miał dziesięć lat?

Dziesięć

Gdy Maksym miał dziesięć lat (chodził wtedy do czwartej klasy), wychowawczyni wezwała Marinę do szkoły. Oznajmiła, że Maksym regularnie zabiera śniadanie swojemu koledze, Loszy Gwozdiewowi (Marina widziała kiedyś Loszę - szczupłego chłopca z delikatnymi błękitnymi żyłkami przeświecającymi przez skórę twarzy), serki topione i bułeczki z masłem, które Losza przynosił z domu. Ten proceder wyszedł na jaw dopiero wczoraj, jakaś dziewczynka zobaczyła to i poskarżyła. Sam Gwozdiew nie odważył się opowiedzieć o tym ani nauczycielom, ani rodzicom, bo Maksym powiedział, że jeśli sprawa się wyda, to go udusi i zakopie w lesie.

- Zakopie... w lesie? - spytała cicho Marina.

- Właśnie. W lesie - powtórzyła wychowawczyni z nieprzeniknionym wyrazem twarzy. - Chce pani wiedzieć, co stało się potem?

Marina próbowała sobie wyobrazić, jak Maksym obiema rękami ściska cienką szyję Loszy Gwozdiewa. Wychodzące z orbit, wypełniające się krwią oczy Loszy, przerażenie na posiniałej twarzy...

- Potem poprosiłam pani syna, żeby został po lekcjach, i zapytałam go, jak może robić coś takiego. Wie pani, co on powiedział?

Marina pokręciła głową.

- Powiedział: "Mnie wszystko wolno". "A to dlaczego?" - spytałam. A on powiedział... czy pani wie, co on powiedział?

- Co?

- Powiedział: "Mnie wszystko wolno, ponieważ jestem królową".

- Królową? - zdumiała się Marina. - A nie królem?

- Nie. Królową. - Wychowawczyni popatrzyła na Marinę jak na chorą psychicznie. - A co, gdyby powiedział "królem", wszystko stałoby się jasne?


Potem, gdy Marina, nerwowo chodząc po pokoju i od czasu do czasu podnosząc głos, pytała syna, co to wszystko ma znaczyć (Czy ja cię głodzę? A może Losza cię skrzywdził? Naprawdę groziłeś, że go udusisz? I co to za królowa? Słyszysz? Pytam cię, co to za królowa?!), Maksym milczał. Stał ze wzrokiem utkwionym w podłogę i milczał - tak jak milczą dzieci, gdy są przestraszone i nie wiedzą, jak się wytłumaczyć. Może wydaje im się, że gdy milczą, stają się niewidzialne, nie ma ich...

W końcu Marina zapowiedziała, że przez najbliższy tydzień Maksym nie dostanie słodyczy (może to niezbyt surowa kara, ale słodycze były jedynym, co jej syn, już wtedy zbyt gruby jak na swój wiek, lubił i cenił).

- Nie trzeba - powiedział cicho Maksym i po raz pierwszy w ciągu tej rozmowy podniósł na nią oczy. Złe, zimne oczy.

Marina tak bardzo chciała złagodzić to obce, wrogie spojrzenie, że powiedziała:

- No dobrze, tylko obiecaj mi, że nigdy nic podobnego nie zrobisz.

- Nigdy nic podobnego nie zrobię - powtórzył jak echo.


I rzeczywiście, nigdy więcej nie skarżyli się na niego ani koledzy z klasy, ani nauczyciele (ach tak, była jeszcze ta historia z książką... Szkolna bibliotekarka zadzwoniła i powiedziała, że Maksym bardzo długo nie oddaje książki. Maksym powiedział, że zgubił, a wtedy Marina powiedziała: "To nic takiego" i zapłaciła w bibliotece karę. Kilka dni później znalazła okładki i podarte kartki książki w koszu na śmieci, lecz udała, że nic nie zauważyła... No, ale to przecież głupstwo).

Tak, chyba właśnie wtedy wszystko zaczęło się na poważnie, pomyślała Marina, otwierając drzwi od mieszkania i wciągając stęchły zapach. Te wszystkie dziwactwa.

Dwanaście

W przedpokoju czekała Wika. Szczuplutka i zwinna, stanowiła niesamowity kontrast ze swoim bratem bliźniakiem. Córka w milczeniu pocałowała ją w policzek, poczekała, aż powiesi palto i włoży kapcie, i podreptała za nią do kuchni.

- Mamo, nie chcę dłużej mieszkać z Maksem w jednym pokoju - powiedziała.

- Dlaczego?

- On się nie myje. W naszym pokoju cuchnie. A po jego łóżku coś łazi. Jakieś robaki.

- Nie wymyślaj.

- Naprawdę! Naprawdę łazi! Kilka razy widziałam. Kiedyś widziałam, łaziły po nim, jak spał. Proszę, mogę mieszkać w twoim pokoju?

- Ale... Wika, no przecież wiesz. W moim pokoju nocuje czasem wujek Witia.

- Proszę, proszę! Przecież wujek Witia przychodzi teraz bardzo rzadko!


...A niedługo w ogóle przestanie przychodzić, pomyślała Marina, beznamiętnie przywołując w pamięci zmęczoną pochmurną twarz, która nie zdążyła stać się naprawdę bliska. Dwa lata temu, gdy z pozoru jeszcze wszystko było w porządku, prawie się do nich przeprowadził. Ale potem sytuacja się zmieniła.

Teraz rzeczywiście przychodzi bardzo rzadko (prócz niego nikt u nich nie bywa). Przychodzi późno, gdy dzieci już śpią, i stara się wyjść jak najwcześniej. Marina wie dlaczego. On się boi, że w wąskim przedpokoju prowadzącym do łazienki, że w malutkiej schludnej kuchni zetknie się z jej synem, tłustym, spoconym, pokrytym pryszczami stworzeniem. Nie chce dotykać tych samych klamek, których dotykały te lepkie ręce, ani siedzieć na krześle wygrzanym tłustym tyłkiem. Nie chce pamiętać, jak bliski był kiedyś temu potworowi, gdy chciał mu zastąpić ojca.

Czasem jeszcze przychodzi - może z obowiązku, może z litości, a może z przyzwyczajenia. Późnym wieczorem kładzie się do jej łóżka, opiera na łokciu, żeby zgasić światło, i wtedy ona czuje czasem jego spojrzenie. Badawcze, wzgardliwe, zdumione spojrzenie obcego człowieka, który w napięciu próbuje zrozumieć, jak leżąca obok niego kobieta mogła urodzić to ohydne monstrum.

Ją również to czasami dziwi. Czasem ma ochotę stąd wyjść i nigdy nie wrócić. Ale jest matką. Matką. To jak wyrok.


- Proszę, dobrze? - mówi znowu Wika.

- Dobrze. Zwolnię ci półki w szafie.

Okres dojrzewania, to tylko okres dojrzewania, przekonywała Marina samą siebie, przekładając swoje rzeczy, z roztargnieniem oglądając i wsuwając do toreb stare swetry i sukienki. Wtedy często zmienia się przemiana materii. Stąd ta nadwaga i pryszcze... Nagle przypomniała sobie czułego, gadatliwego wiercipiętę, jakim Maksym był niegdyś, z wrażenia zastygła i upuściła torbę, tak ostre i wyraźne było to wspomnienie... Wiek dojrzewania - to wiele wyjaśnia.

Ale jak wyjaśnić ten maniakalny lęk przed świeżym powietrzem (zimą w ogóle nie pozwalał wietrzyć mieszkania), tę potrzebę ciągłego zaduchu? I jak wyjaśnić to, co on robi...

zjada

z muchami? Najpierw opowiedziała jej o tym Wika, potem sama zobaczyła, jak on szuka na parapecie i za kaloryferem zdechłych much, składa je na kartkę i

zjada

zanosi do dziecinnego pokoju.

Czy to wszystko można wyjaśnić okresem dojrzewania?


-


Odprowadziła dzieci do szkoły i jak zwykle zaczęła wietrzyć mieszkanie. Weszła do pokoju syna (Maksym był teraz jedynym gospodarzem dziecięcego pokoju, Wika już tam nie wchodziła), otworzyła okno na oścież i już miała wyjść, ale przechodząc obok niepościelonego łóżka, przypomniała sobie nagle słowa córki: Po jego łóżku coś łazi, jakieś robaki. Podeszła bliżej, ostrożnie podniosła kołdrę w poszarzałej, brudnej poszwie. Chyba nic nie ma. Wika coś sobie wymyśliła.

A jednak coś było nie tak. Albo mocny zapach stęchlizny, który jeszcze się nasilił obok łóżka, albo poduszka wyglądająca zbyt nienaturalnie: gładka i sprężysta, dziwnie wznosząca się nad pogniecioną nieświeżą pościelą. A może... Marina ostrożnie wzięła poduszkę za róg i uniosła - ale nic. Tylko że poduszka okazała się nadspodziewanie ciężka...

Marina wsunęła rękę pod powłoczkę... Też pusto. Już wyciągając rękę, wymacała palcami coś jakby... Szew? Suwak? Szybko ściągnęła powłoczkę - w powietrze buchnęła fala zgnilizny. Na gładkiej, pokrytej starymi plamami i zaciekami wsypie widniało długie rozcięcie. Z jednej strony grubymi niebieskimi nićmi przyszyto do niego guziki, z drugiej, z tej samej nitki zrobiono pętelki. Rozpięła guziki, wsunęła rękę do środka, w miękisz piór, i głośno krzyknęła. Palce zanurzyły się w coś mokrego, śliskiego, ohydnego.

Gwałtownie wyszarpnęła rękę, dwoma ostrymi ruchami rozerwała starą wsypę i popatrzyła na oblepione piórami wnętrzności. To były... prawdopodobnie kiedyś, dawno temu, to były ciastka, wafelki i batoniki, teraz przemieniły się w lepki śmierdzący kłąb, w którym wiły się, przyjaźnie machając czarnymi ślepymi główkami, małe białe robaki (kiedyś już takie widziała, w dzieciństwie, na obozie pionierskim; zagnieździły się w szafce jej sąsiadki, w jedzeniu, które przywiezione z domu, leżało tam cały miesiąc).

Co to ma być? Zapasy? - pomyślała ze zgrozą Marina. Obżera się słodyczami do urzygu, a to, czego już nie może zjeść, chowa do poduszki? A może nie tylko do poduszki?

Przyklękła i zajrzała pod łóżko. Cukier. Pod łóżkiem w równych rzędach stały napoczęte torebki cukru - to dlatego cukier tak szybko się kończy - w niektórych na dnie było tylko kilka ziarenek, w innych - ponad połowa. O Boże. O Boże, Boże. Co się z nim dzieje? Co się z nim dzieje?

Wyrzuciła wszystko - zapasy cukru, poduszkę, prześcieradło, nawet kołdrę. Kilka razy umyła podłogę.


Wieczorem podszedł do niej, ciężko przestawiając tłuste, obrzmiałe nogi i powiedział cicho:

- Ty. Grzebałaś. W moich rzeczach.

- Maksym, musisz mi wyjaśnić... - zaczęła Marina.

- Ty. Odpowiadaj.

- Jak ty mówisz do matki?!

- Ty. Grzebałaś.

- Tak, grzebałam i dobrze zrobiłam. Maksym, zrozum, że nie robię ci na złość, robię to dlatego, że jesteś moim dzieckiem i chcę dla ciebie jedynie...

- Nie jestem dzieckiem.

Marina z przestrachem spojrzała na jego twarz - bezmyślną, bladą, podobną do wielkiej woskowej świecy. Nienaturalnie miłym głosem powiedziała:

- Maksymku, wiesz co, może pójdziemy jutro do lekarza?

- Nie. - Pokręcił powoli głową. Sięgnął do miseczki z cukierkami czekoladowymi, wziął jednego, szybko rozwinął papierek i włożył do ust.

Zauważyła, że po jego nosie, grzęznąc szybkimi łapkami w tłustych porach skóry, sunie mrówka. Wyciągnęła rękę, żeby ją strząsnąć.

kiedyś widziałam, jak one po nim łażą

ale Maksym cofnął się i powiedział ochryple:

- Nie waż się. Ty. Nie waż się mnie dotykać.

"Ty". Marina pomyślała nagle, że już nie pamięta, kiedy ostatni raz powiedział do niej "mamo". Pomyślała też, że chyba nawet nie chce słyszeć tego słowa z jego ciamkających, śliniących się ust.

Mrówka dotarła do nozdrzy, gwałtownie wyhamowała, zamachała czułkami i przednimi łapkami nad ciemną, sapiącą otchłanią i zdecydowanie wkroczyła do środka.

- I nie waż się wchodzić do mojego pokoju - powiedział jeszcze Maksym. - Zrozumiałaś?

Poczuła w nim jakąś siłę,

nie jestem dzieckiem

nieznaną, lecz nieugiętą i spokojną, wobec której ona sama była mała, bezradna i głupia. I ta siła - bez względu na to, czym była - podporządkowała sobie jej wolę i zmusiła ją do powiedzenia:

- Tak. Zrozumiałam.


-


Usiłowała o tym nie myśleć, ale mimo wszystko czasem zadawała sobie pytanie: czy ten chłopiec w ogóle kogoś kocha? Jej raczej nie, od dawna nie przejawiał najmniejszych oznak synowskiego przywiązania; chyba po prostu ją toleruje. Siostry również nie kocha, ale siostra drażni go mniej. Najwyraźniej dla Maksyma ich wspólne życie było swego rodzaju symbiozą; on dostaje tu jedzenie i picie, a one... co otrzymują one? Nie, symbioza nie była dobrym określeniem. Pasożytnictwo. Ojciec? Ojciec jest mu doskonale obojętny, zresztą z wzajemnością. Przyjaciół Maksym nie ma, zwierząt się boi, chyba ich nawet nienawidzi - wystarczy przypomnieć tamtego kotka... chociaż lepiej sobie nie przypominać.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2007-08-26 (1548 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej