Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Nethergrim. Kostuny
 
Katalog - dodano
 Immersja
- Erick Pol
 Jadowity miecz
- Rafał Dębski
 Zabójcze maszyny
- Philip Reeve
 Ostatnie konklawe
- Marcin Wolski
 Strażnik rzeczy zagubionych
- Ruth Hogan
 
- skomentowano
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 

''CRYSIS: Eskalacja'' - Gavin Smith



Szansa


Lotnisko, placówka pomocnicza kopalni kobaltu CELL, górny bieg rzeki Podkamienna Tunguzka, Kraj Krasnojarski, Syberia, Federacja Rosyjska, rok 2025

Walker zamrugał, żeby pozbyć się łez. Wielu innych „specjalistów ochrony” CELL nie chciało dzwonić do swoich bliskich przed dużą operacją. Uważali, że to przynosi pecha. Przed CELL Walker służył w 2. Spadochronowym, jeździł na patrole do LCZ podczas najgorszych rozruchów w Londynie. Widział przecież wielu takich, którzy dzwonili do domu, a potem nie ginęli. Chciał mieć klarowną, wyraźną świadomość, dlaczego musi przeżyć każdą akcję.
– Wiem, że nie powinnam, wiem, że powinieneś usłyszeć, że cię kochamy i za tobą tęsknimy. Wiem, że teraz tylko mieszam ci w głowie, ale musisz wracać.
Carlotta szlochała; wyczuwając zdenerwowanie mamy, Elsa, ledwie sześciomiesięczna, wybuchnęła płaczem.
Walker mocno zacisnął powieki, po policzku spłynęła mu łza. Przed budką łączności ciągnęła się długa kolejka twardych mężczyzn i kobiet czekających, aby skorzystać z portalu Macronetu, mimo gównianego odbioru i bezustannie skaczącego obrazu. Nie liczyli się, teraz on miał swoje dwie minuty, nikt nie będzie go poganiał. Tak samo jak nikt nie skomentuje łez. Taka była niezwerbalizowana zasada. Wszyscy będą płakać tak samo.
Walker otworzył oczy; jego dziewczyna i dziecko rozmyli się na chwilę, a potem znów wyostrzyli.
– Niedługo mam dostać przepustkę i wrócę… – Mimo lat spędzonych z dala od brytyjskiego West Midlands wciąż miał mocny akcent z Birmingham.
– Wiesz, kiedy kończy ci się etat? – spytała Carlotta. Walker został powołany do CELL za niezapłacenie rachunku za energię. Kiedy zaproponowali mu „odpracowanie zadłużenia” tyrał jak wół, ale oni mieli lepsze pomysły na wykorzystanie jego umiejętności, wyniesionych ze służby w brytyjskiej armii. Najbardziej obawiał się, że wyślą go przeciwko Cepidom do Nowego Jorku czy do jakiegoś innego rejonu skażenia, ale taka ewentualność chyba nie wchodziła już w grę; tam zdążyli już posprzątać.
– Nie wiem – odparł zgodnie z prawdą. Kiedy pytał o to przełożonych, zawsze zachowywali się bardzo wymijająco. Zastanawiał się, jak duży nabili dług, on i Carlotta. Zawsze wydawało mu się, że prowadzili dość oszczędny tryb życia.
Ktoś dyskretnie zastukał do drzwi. Czerwony licznik nad budką doliczył do zera, ale nikt nie miał zamiaru robić scen, o ile Walker naprawdę by nie przesadził.
– Skarbie, muszę iść… – zaczął.
– Boisz się…
– Zawsze się boję, tęsknię za tobą, za wami obiema, ale dają nam prochy na strach…
– Nie chcę tego słuchać. Tym razem jest inaczej, co?
Połączenie zerwało się. W miejscu kiepskiej jakości obrazu żony i dziecka Walkera pojawiły się czerwone litery: Ryzyko Naruszenia Tajemnicy Operacyjnej.
– To rutynowa akcja, skarbie – skłamał Walker do liter na ekranie. Dlaczego to jest w wysokiej rozdzielczości, a moja kobieta i dziecko nie?, zdziwił się tępo, niezdolny myśleć o niczym innym. Znów rozległo się pukanie do plastikowych drzwi budki, tym razem bardziej natarczywe. Walker otarł łzy, a potem z zaczerwienionymi oczami wyszedł na zewnątrz.
– Przepraszam, stary – wymamrotał i zaczął się przeciskać przez kolejkę do wyjścia.
Odchylił klapkę na rękawie bluzy między paskami pancerza. Wziął pierwszą strzykawkę, pozwolił inteligentnej igle naprowadzić się na żyłę i wstrzyknął sobie dobry stuff. Traktował to jak przygotowanie do gry. GABA, trójpierścieniowe stymulanty klasy bojowej, które rzucił, kiedy odszedł ze spadochroniarzy. Poczuł sztuczną moc krążącą w żyłach. Wiedział, że jest sztuczna, bo znał kontrast między hajem bojowych narkotyków a twardym lądowaniem chwilę później. Kiedy człowiek nagle widzi, że zamiast ubrania ma na sobie narządy wewnętrzne kumpla z oddziału. Mimo to skupił się na haju. Zdusił w myślach ostatni migoczący obraz Carlotty i Elsy. On był mu potrzebny później, kiedy będzie musiał walczyć z całych sił o samo przeżycie.
Zębami ściągnął rękawicę. Przycisnął kciuk do igły. Stojak z bronią rozpoznał jego DNA i wydał mu karabin szturmowy Scarab. Walker sprawdził broń, zabrał tyle zapasowej amunicji, ile tylko mógł, i ruszył na pas startowy do swojej drużyny.
Na zewnątrz, w ostrym świetle lamp sodowych, drugi samolot wyładowywał transportery opancerzone piechoty. Z jego rampy schodzili gęsiego w mroźną, syberyjską noc mocniej opancerzeni i lepiej uzbrojeni żołnierze CELL. O cokolwiek tym razem chodziło, CELL się nie *****a. Może to jednak jest kolejny najazd Cepidów, przemknęło mu przez myśl. Jego strach przed obcymi zniknął, zmieciony narkotyczną odwagą.
– Gotowy? – spytała nowa dowódczyni drużyny, sprawdzając swoją strzelbę Jackal. Była Afroamerykanką i mówiła z mocnym, nowojorskim akcentem. Miała hełm, a pod nim wełnianą czapkę, ale Walker wiedział, że jest ogolona do gołej skóry. Zauważył w jej uszach i nosie dziurki po kolczykach.
– Zwarty i gotowy, pani porucznik – odparł z pewnością siebie, którą dzięki narkotykom prawie czuł.
– Doskonale.



Schizma

Stan Nowy Jork, 2023



– Nazywają mnie Prorokiem. Zapamiętaj mnie.
Czuł chłód przystawionej do głowy lufy automatycznego M12. Dawno już nie miał powodu strzelać z niego do kogoś z CELL czy Cepidów. Nacisk na spust. Gorąco. Zbyt gorąco, by czuć ból. Przez chwilę miał bardzo dziwne wrażenie, że coś rusza się w jego głowie, za oczami – ale tylko przelotnie. Pamiętał, jak osuwa się na kolana. Był już martwy, ale jego mózg wciąż odbierał informacje. Nikt nigdy o tym nie mówił, bo nikt nigdy stamtąd nie wrócił. Ziemia nachyliła się ku niemu, ale zanim upadł na twarz, wszystko spowiła czerń.
Pamiętał rozmowę z Hargreavem. Pamiętał, że nieco później przesłuchiwali go. Nie, to nie był on. On nie żył. Pamiętał, jak wpakował sobie kulkę w głowę. Miał do wyboru – albo to, albo powolną transformację w Cepida, nieuchronne zrakowacenia i obce DNA pożerające jego ciało, zmieniające go w nieludzką maszynę do zabijania.
Skoro był martwy, to czemu biegł przez pustkowie, za plecami mając czarny Nowy Jork, wyciągający ku niebu ruiny wieżowców niczym połamane palce? Krew na rękach nie była dla niego niczym nowym. Kiedy zabił pierwszy raz, był ledwie chłopcem, młodym oficerem. To wydarzyło się w Iraku. Wszystko stało się bardzo szybko, z odległości dwudziestu metrów. Jego pierwszy raz z bliska, z ciepłą krwią na dłoniach, to już Kolumbia. Teraz znów ręce miał zakrwawione, ale przez nanoskafander nie czuł ciepła. Krew lekko parowała w chłodnym powietrzu. Po HUD-zie kombinezonu powoli przewijały się w dół informacje o jej składzie chemicznym. Wiedział wszystko, co można było o niej wiedzieć, za wyjątkiem tego, do kogo należała i jak ten ktoś umarł. Miał jednak świadomość, że tę śmierć zadały jego ręce.
Spękany beton i karłowatą roślinność omiótł snop intensywnego światła. Na widoku pojawił się śmigłowiec szturmowy, za nim kolejny. HUD skafandra wyświetlił informacje o modelu helikoptera, jego uzbrojeniu i możliwościach. Prorok słyszał rozmowy pilotów z kontrolą naziemną. Najemnicy CELL, bawiący się w żołnierzy za pieniądze większe niż te, które szły na prawdziwe wojsko. Szukali zbiegłego nanoskafandra. Osobnika o imieniu Alcatraz. Kim jest, kurwa, Alcatraz?, zdziwił się Prorok. Potem przypomniał sobie chłopaka, którego wyciągnął z rzeki. Wrak USS „Nautilus”. Zimny dotyk lufy M12 na głowie.
– Cholera. Nie żyję – powiedział do siebie Laurence Barnes, zwany Prorokiem, ale nie przestał biec. Aktywował tryb maskujący i pole soczewkujące zakrzywiło wokół niego promienie światła. Zniknął, zanim ostry, błękitny snop reflektora omiótł miejsce, w którym był jeszcze przed chwilą.
Zmienił się w ducha.


* * *



– Dobra, wychodzę.
– Chyba obaj wiemy, że tak się nie stanie.
– Mam swoje życie… Rodzinę.
Przesłuchujący zerknął w papiery.
– Doprawdy? Z tego, co mówiłeś…
– Zdaje ci się, że mnie znasz, Roger?
Prorok zatrzymał film, który odtwarzał na HUD-zie nanokombinezon. Wiedział już, jak się potoczy ta historia. Leżał w kanale, starając się ukryć swoją sygnaturę cieplną przed czujnikami termograficznymi, których na pewno używali piloci śmigłowców CELL.
Wiedział już, kogo zabił. Rogera. Gościa, którego CELL, czy cholera wie kto przysłał, żeby przesłuchał go po katastrofie, jaką zakończyła się ostatnia operacja w Nowym Jorku.
Pamiętał zarazę, kwarantannę. Pamiętał, jak poproszono CELL, by w roli wojskowego podwykonawcy korporacja zaprowadziła w mieście stan wyjątkowy. Pamiętał, jak na niego polowali. Pamiętał też Cepidów. Tych samych obcych, z którymi po raz pierwszy zetknął się na Pacyfiku, na wyspie Lingshan. Przypominających mątwy kosmitów, obleczonych w machiny wojenne, które stopniem technologicznego zaawansowania biły na głowę najlepszy ówczesny ziemski sprzęt wojskowy. Pamiętał, jak jego skafander scalił się z ich technologią. To nie był ostatni raz.
Części spośród tych zdarzeń był świadom, jeśli nie on sam, to przynajmniej był ich świadom kompozyt jego i Alcatraza, teraz jednak wspomnienia się poszatkowały. Wydarzenia rozgrywały się jak dwa nagrania tej samej sytuacji, nałożone jedno na drugie i nie do końca zsynchronizowane.
To nie koniec. Im dalej cofał się w przeszłość, tym było gorzej. Pamiętał Lingshan, ale jakimś cudem odbywał równocześnie szkolenie SERE w Brunswick w Maine. Pamiętał Kolumbię, ale w tym samym czasie uciekał ze szkoły i włóczył się z kumplami. Pamiętał Irak i jednocześnie czytanie komiksów, jazdę na rowerze, włamanie do jakiegoś oceanarium. Pamiętał obóz dla rekrutów i mamę wpajającą mu bojaźń bożą. Problem w tym, że matka ze wspomnień, nałożona teraz na piekło szkolenia rekrutów, była biała. A pani Barnes z całą pewnością biała nie była.
Dochodziły do niego również i inne sygnały. Strach przed położeniem się w ciemnej wodzie kanału – skąd się to wzięło? Głowa Proroka zdawała się pękać. Ból atakował jak palące, białe światło za oczami. Był pewny, że z uszu pod hełmem cieknie mu krew, ale przecież trupy nie krwawią. Może to kombinezon wrasta mi w głowę, żeby mnie naprawić, pomyślał. Skafander powinien być w stanie zakomunikować mu, co się dzieje, co jest przyczyną bólu, ale jego medyczne odczyty wydawały się sprzeczne.
Prorok wiedział, że to wszystko nie ma znaczenia. Jedynym, co się teraz liczyło, była misja. To, co wiedział. Co widział tam, na Lingshan, w lodzie. Wiedział, że to jeszcze nie koniec. Kiedy przystawił sobie karabin do głowy, zrobił to z powodu choroby; powtarzał sobie, że nie ma wyboru. Odsuwał od siebie myśl o tym, jak bardzo dotyk chłodnego metalu kusił go obietnicą upragnionego odpoczynku.
Wrzasnął z bólu. Zalała go czerń.



------------------------------------------------------------------------------------------
Gavin Smith
CRYSIS: Eskalacja
Przekład: Przemysław Bieliński
© 2013 Insignis Media. Wszelkie prawa zastrzeżone









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2013-02-12 (830 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej