Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Labirynty
 
Katalog - dodano
 Immersja
- Erick Pol
 Jadowity miecz
- Rafał Dębski
 Zabójcze maszyny
- Philip Reeve
 Ostatnie konklawe
- Marcin Wolski
 Strażnik rzeczy zagubionych
- Ruth Hogan
 
- skomentowano
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 

''Dziewięć żyć Chloe King'' - Liz Braswell



CZĘŚĆ 1

UPADŁA



Prolog



Był niezmordowany i bezbłędnie podążał jej tropem.
Zwróciła na niego uwagę godzinę temu w barze, kiedy osunął mu się rękaw i dostrzegła ozdobne czarne znamię. Zawijasy atramentu i blizn układały się w dobrze jej znane słowa: Sodalitas Gladii Decimi.
Musiała uciekać.
Wzięła głęboki oddech i spojrzała przed siebie. Zaczęła przeskakiwać stosy śmieci i kałuże z precyzją akrobatki. Napędzał ją strach. Z którą ulicą łączy się ta alejka? Czy gdzieś niedaleko jest jakieś miejsce – nawet całodobowa stacja benzynowa – w którym mogłaby się schronić? Nagle poczuła zapach świeżego, wilgotnego powietrza i zrozumiała, że ma przed sobą drogę ucieczki: koniec alei zagradzała brama zwieńczona drutem kolczastym.
Kiedy składała się do skoku, jej głowę wypełniało poczucie triumfu i wolności.
Coś wryło się w jej lewą nogę, rozpruwając mięsień.
Chwyciła się kurczowo bramy. Zraniona noga zawisła bezwładnie. Kiedy wyciągnęła rękę, żeby się podciągnąć, ledwo słyszalny furkot oznajmił nadejście kolejnego ataku. Sekundę później leżała na ziemi.
– Obawiam się, że jesteś w potrzasku – powiedział denerwująco spokojny głos.
Rozpaczliwym wysiłkiem próbowała się odczołgać, byle znaleźć się jak najdalej od napastnika, ale nie miała dokąd uciekać.
– Proszę… nie… – pisnęła, wspierając się plecami o mur. – Nie jestem tym, za kogo mnie masz. Nie jestem zła
– To zrozumiałe, że tak sądzisz.
Usłyszała delikatny dźwięk cienkiego, niedużego ostrza wyciąganego z pochwy.
– Nigdy nikogo… Nigdy bym nikogo nie skrzywdziła! Błagam!
Podciął jej gardło.
– Id tibi facio, Deus – wyszeptał, przykładając do serca krawędź lewej dłoni, tak że kciuk na środku klatki piersiowej był skierowany ku górze. Z ust umierającej dziewczyny wydobyło się delikatne westchnienie. Jej szyję znaczyła cienka strużka krwi – dowód doskonałego wyszkolenia zabójcy. Mężczyzna schylił głowę. – Jako wierny sługa Bractwa Dziesiątego Ostrza. Pater Noster, Rex Gentius.
Przechylił jej głowę, by wyglądała bardziej naturalnie, i zamknął jej oczy. Następnie wytarł malutkie srebrne ostrze w chusteczkę, przykucnął koło swojej ofiary i czekał.
Kiedy się ocknie, zabije ją ponownie.


Rozdział 1



Chloe obudziła się i natychmiast postanowiła, że zamiast do liceum im. Parkera S. Shannona, które zazwyczaj odwiedzała we wtorki, uda się do wieży Coit Tower.
Za niecałe dwadzieścia cztery godziny miała skończyć szesnaście lat i nie zapowiadało się, że będzie jej dane świętować tę okazję w jakikolwiek sensowny sposób – Paul spędzał środy w domu swojego ojca w Oakland, na domiar złego jej mama wspomniała coś o „ewentualnym wyjściu do jakiejś dobrej restauracji”. Co to właściwie jest „dobra” restauracja? Knajpa, w której serwują rybę fugu i foie gras, a karta win ma więcej stron niż podręcznik historii cywilizacji amerykańskiej? Nie, dziękuję.
Gdyby mama Chloe dowiedziała się o planowanej wyprawie do Coit Tower, zabroniłaby córce wychodzić z domu, skutecznie uniemożliwiając zjedzenie obiadu na mieście. Wówczas, uziemiona i samotna, miałaby pełne prawo czuć się nieszczęśliwa w swoje szesnaste urodziny. Nie wiedzieć dlaczego, ta możliwość wydała się Chloe całkiem pociągająca.
Zadzwoniła do Amy.
– Hej, nie chcesz się przejść do wieży zamiast na fizykę?
– Jasne – odpowiedziała natychmiast Amy. Jej głos ani trochę nie przypominał głosu osoby, która właśnie wstała z łóżka. Nie było w tym nic dziwnego. Mimo uporczywego pozowania na postpunkową rebeliantkę, przyjaciółka Chloe należała do rannych ptaszków. Pozostawało zagadką, jak sobie radziła ze spotkaniami poetyckimi odbywającymi się o drugiej nad ranem. – Dobra, będę tam o dziesiątej. Jak załatwisz paliwo, to przyniosę bajgle.
Przez paliwo Amy rozumiała charakterystyczną półlitrową kawę z Café Eland, którą zaparzano wodą z dodatkiem kofeiny.
– Okej.
– Chcesz, żebym zadzwoniła po Paula?
Dziwne. Amy nie miała w zwyczaju oferować pomocy, a już na pewno nie w organizowaniu wspólnych zajęć.
– Nie, zamierzam wzbudzić w nim wyrzuty sumienia.
– Odważna jesteś. Do zobaczenia.
Chloe zwlokła się z łóżka i zawinęła w kołdrę, która – podobnie jak niemal całe wyposażenie pokoju – pochodziła z salonu IKEA. Mama Chloe gustowała w kolorze pomarańczowym i turkusowym, w abstrakcyjnych figurkach plemiennych oraz blokach piaskowca, z czego nic nie pasowało do ich aktualnego mieszkania w badziewnym szeregowcu pośrodku średnio zamożnej dzielnicy San Francisco. Budżet designerski samej Chloe również był ograniczony. Jako że butik Pateena Vintage Clothing odmawiał płacenia więcej niż pięć i pół dolara za godzinę, różnokolorowe bryły pochodzenia skandynawskiego oraz meble o niemożliwych do wymówienia nazwach musiały na razie wystarczyć. Wszystko było lepsze niż styl Południowego Zachodu.
Chloe stanęła naprzeciwko szafy w bokserkach i podkoszulku. Nareszcie doczekała się talii. Sprawiało to wrażenie, jakby ktoś ścisnął jej brzuch, którego zawartość rozeszła się na piersi i tyłek. I co z tego, że wyglądała seksowniej, skoro na samą wzmiankę o chłopakach innych niż Paul matka zabraniała jej wychodzić z domu.
Ziewając, siadła przed komputerem i potrząsnęła myszką. Jeśli Paul żył i nie spał, to niemal na pewno robił coś na swoim komputerze. Tak jak się spodziewała, jego imię na liście kontaktów było wyświetlone pogrubioną czcionką.
Chloe: Idziemy dzisiaj z Amy do Coit Tower. Chcesz się przejść?
Paul: [długo nic]
Chloe: ?
Paul: Rozumiem, że mam się zgodzić, bo inaczej będzie mi głupio, że wyjeżdżam w twoje urodziny?
Chloe: :)
Paul: Bosz! Dobra, powiem Wigginsowi, że National Honor Society zafundowało nam wycieczkę czy coś.
Chloe: Paul, JESTEŚ ZAJEBISTY!!!
Paul: Ta, jasne. DZ.

Na twarzy Chloe pojawił się uśmiech. Może jej urodziny da się jeszcze uratować.
Wyjrzała przez okno – jak zwykle mgła. Inner Sunset, czyli dzielnica, w której mieszkały z mamą, było najbardziej zamgloną okolicą w San Francisco – mieście słynącym z mgły. Amy ją uwielbiała, ponieważ sprawiała wrażenie nawiedzonej i pełnej tajemnic, a na dodatek przywodziła na myśl Anglię (Amy nigdy nie była w Anglii). Chloe natomiast nie znosiła wilgotnych, napawających smutkiem poranków, wieczorów i popołudni, przed którymi uciekała, kiedy tylko mogła, w słoneczniejsze, wyżej położone miejsca – jak park Coit Tower.
Chloe postanowiła nie ryzykować i ubrała się jak do szkoły – w dżinsy, T-shirt i dżinsową kurtkę z Pateeny w autentycznym stylu lat osiemdziesiątych. Kurtka na jednym rękawie miała nawet tekst piosenki zespołu Styx, który wyglądał, jakby go ktoś starannie napisał długopisem. Kiedy skończyła z garderobą, opróżniła torbę na ramię i schowała podręczniki pod łóżkiem. Następnie zeszła niedbałym krokiem na parter, starając się naśladować swoje normalne marudne poranne nastawienie.
– Szybko się dzisiaj pojawiłaś – zauważyła podejrzliwie matka.
Chloe nie chciała zaczynać tego dnia od kłótni, więc powstrzymała westchnięcie. Od kiedy skończyła dwanaście lat, każde zachowanie, które odbiegało od normy, spotykało się z podejrzliwością ze strony mamy. Kiedy po raz pierwszy ścięła włosy na krótko – na dodatek za własne pieniądze – mama chciała koniecznie wiedzieć, czy Chloe nie jest lesbijką.
– Umówiłam się z Amy na kawę przed szkołą – odpowiedziała Chloe tak grzecznie, jak tylko potrafiła, przy okazji sięgając do lodówki po pomarańczę.
– Nie chcę, żeby to zabrzmiało staroświecko, ale…
– Tak? Przez kawę zatrzymam się w rozwoju?
– Zaczniesz brać narkotyki. – Pani King oparła dłonie na biodrach. W czarnych rybaczkach od Donny Karan, jedwabno-wełnianym sweterku z dużym okrągłym dekoltem i fryzurą na chłopczycę wyglądała bardziej na modelkę z reklamy wina Chardonnay niż na mamę.
– Jasne – wyrwało się Chloe.
– W „The Week” jest artykuł. – Mama Chloe przymrużyła szare oczy i wydęła idealnie podkreślone usta. – Picie kawy prowadzi do palenia papierosów, potem przychodzi kolej na marihuanę, a w końcu sięga się po amfetaminę.
– Amfę, mamo. Amfę. – Chloe pocałowała mamę w policzek, kierując się do drzwi.
– Rozmawiam z tobą o szkodliwości palenia, jak radzą w tych telewizyjnych spotach!
– Przyjęłam do wiadomości! – odkrzyknęła Chloe i, nie odwracając się, pomachała jej ręką.

Chloe minęła Irving Street i skierowała się dalej na północ, aż dotarła do południowej granicy parku Golden Gate. Po drodze zatrzymała się w Café Eland, gdzie kupiła obiecane kawy oraz colę light dla Paula, który nie brał udziału w kofeinowych ekscesach. Amy czekała na nią na przystanku, zaopatrzona w torbę bajgli, plecak kostkę i komórkę.
– Wiesz, prawdziwe punkówy nie… – Chloe przyłożyła rękę do ucha i potrząsnęła nią, udając, że rozmawia przez telefon. – Spadaj! – Amy zdjęła plecak i wrzuciła do niego telefon, udając, że jej na nim nie zależy.
Tego dnia była ubrana w krótką, wystylizowaną na kilt spódnicę w szkocką kratę, czarny golf, kabaretki i okulary z oprawkami w kształcie kocich oczu. W sumie osiągnęła coś pomiędzy zbuntowaną bibliotekarką a punkowym geekiem.
Dziewczyny jechały autobusem w przyjaznym milczeniu, popijając kawę i ciesząc się, że mają gdzie usiąść. Amy może i lubiła wcześnie wstawać, ale Chloe potrzebowała jeszcze co najmniej godziny, aby w pełni odzyskać zdolność komunikowania się z innymi ludźmi. Jej przyjaciółka zrozumiała to lata temu i od tego czasu uprzejmie się dostosowywała.
Widok przez okno autobusu nie był zachęcający – ot, kolejny zwyczajny czarno-biało-szary wczesny poranek w San Francisco, pełen zmierzających do pracy ludzi o smutnych twarzach i bezdomnych zajmujących swoje miejsca na narożnikach ulic. Odbicie twarzy Chloe w zabrudzonej szybie było prawie monochromatyczne, z wyjątkiem jasnobrązowych oczu. Kiedy autobus dotarł do Kearny Street i wyszło słońce, świeciły niemal na pomarańczowo.
Chloe poczuła, że wraca jej humor – widok, który miała przed sobą, wreszcie przypominał San Francisco z kartek pocztowych i marzeń. Miasto oceanu, nieba i słońca. Było naprawdę piękne.
Kiedy dotarły do wieży, Paul już na nie czekał. Siedział na schodach i czytał komiks.
– Wszystkiego najlepszego z okazji przedurodzin, Chlo – rzucił, podnosząc się i lekko całując ją w policzek, co jak na niego było zaskakująco dojrzałym i delikatnym zachowaniem. Wyciągnął przed siebie brązową torebkę.
Chloe, zaintrygowana, uśmiechnęła się i odpakowała podarunek. W środku znajdowała się plastikowa butelka wódki Popov.
– Stwierdziłem, że skoro już idziemy na wagary, to trzeba się zabrać do tego jak należy. – Uśmiechnął się szeroko, mrużąc oczy tak mocno, że zmieniły się w wąziutkie szparki zasznurowane rzęsami. W miejscu, gdzie na jego krótkich czarnych włosach pokrytych nadmierną ilością żelu spoczywały słuchawki, pozostało delikatne wgłębienie.
– Dzięki, Paul! – Chloe wskazała palcem szczyt wieży: – To co, idziemy?


* * *



– Gdybyście musieli wybrać jeden z tych widoków na całe życie, na który byście się zdecydowali? – zapytała Chloe.
Amy i Paul uznali to pytanie za na tyle interesujące, by oderwać od siebie wzrok. Cała trójka siedziała na wieży od godziny, nie robiąc nic szczególnego, a para najlepszych przyjaciół Chloe od czasu do czasu wymieniała się spojrzeniami, po których następował nerwowy śmiech. Bardzo szybko zrobiło się to nudne.
Przez połowę okien Coit Tower widać było zapierającą dech w piersiach panoramę skąpanego w słońcu San Francisco, a przez dziewięć pozostałych bezkształtną, szarawą otchłań.
– Gdybym musiała wybierać, to poczekałabym, aż wyjdzie słońce – stwierdziła Amy, pragmatyczna jak zawsze. Aby podkreślić swój punkt widzenia, zakręciła trzymanym w ręce kubkiem z kawą, mieszając jego zawartość. Chloe westchnęła – powinna była przewidzieć tę odpowiedź.
Paul spacerował od okna do okna, okazując dużo większe zainteresowanie zabawą.
– Hmm, most wygląda pięknie jak jest mgła albo chmury, albo zachód słońca, albo o poranku…
– Nuuuda! – przerwała mu Amy.
– Transamerica Pyramid ma zbyt ostre kształty i jest jakiś dziwny…
– I falliczny.
– Chyba najbardziej podoba mi się port – zdecydował Paul. Wyglądając nad jego ramieniem, Chloe zwróciła uwagę na malutkie kolorowe jachty popychane w różne strony przez wiatr oraz senne, rozmyte wyspy widoczne w oddali. Uśmiechnęła się. Dokładnie czegoś takiego spodziewała się po Paulu.
– Na pewno nie Russian Hill – dodała Amy, starając się odzyskać kontrolę nad rozmową. – To osiedle jest obleśne przez duże o.
– Dobrze, że nie zwlekałeś z decyzją, Paul…
Na ich oczach nisko wiszące chmury stoczyły się ze wzgórz i zasłoniły wszystkie dziewięć okien od strony miasta, zastępując dotychczasowe widoki nieprzejrzystą bielą. Za sprawą durnej jak zwykle pogody słoneczny dzień pod niebieskim niebem pokrytym puchatymi chmurkami, który miał być nagrodą za ucieczkę z Inner Sunset, skończył się tak szybko, jak się zaczął.
Chloe trochę inaczej wyobrażała sobie te urodzinowe wagary.
Szczerze mówiąc, miała w zwyczaju oczekiwać więcej niż należałoby – w tym wypadku zakładała, że przeżyje z przyjaciółmi najlepszą przygodę życia w tylu Stań przy mnie czy też Dnia wolnego pana Ferrisa Buellera.
Słuchaj – Amy zmieniła nagle temat – o co chodzi z tobą i towarzyszem Ilychovichem?
Chloe westchnęła i osunęła się plecami po ścianie, wypijając ostatni łyk z kubka. Jego zawartość, podobnie jak kubka Amy, była zaprawiona prezentem urodzinowym. Paul zdążył w międzyczasie wypić swoją colę light i teraz popijał wódkę prosto z niewiarygodnie obciachowej plastikowej butelki. Chloe rozmarzonym wzrokiem przyglądała się czarno-czerwonym, cebulastym kopułom na obwolucie.
– On… jest… po prostu… boski.
– I nie masz u niego żadnych szans – zwróciła uwagę Amy.
– Alyec jest młodym Rosjaninem o stalowych oczach i twarzy wyciosanej z kamienia – wyjaśnił Paul głosem z silnym rosyjskim akcentem. – Prawdopodobnie pracuje jako model. Źrodła podają, że agentka Keira Hendelson niedługo rozpracuje jego… przykrywkę.
– Kij jej w oko! – Chloe cisnęła pustym kubkiem w ścianę, wyobrażając sobie, że trafia w twarz blondyneczki przewodzącej komitetowi uczniowskiemu.
– Niewykluczone, że jesteście spokrewnieni – stwierdziła Amy. – Co, jeśli jest twoim kuzynem albo siostrzeńcem, albo jest w jakiś sposób spokrewniony z twoimi rodzicami?
– Związek Radziecki zajmował olbrzymi obszar. Myślę, że z genetyką nie ma problemu. Natomiast nie bardzo wiem, jak mielibyśmy się znaleźć na tej samej randce.
– A nie możesz do niego po prostu podejść i zagadać, czy coś? – zaproponował Paul.
– Ciągle kręci się koło niego Pani Blondynka i jej cztery ochroniarki – przypomniała Chloe.
– Kto nie ryzykuje, ten przegrywa dwa razy.
Jasne. Tak jakby sam zaprosił kogoś na randkę.
Amy dopiła resztkę kawy, beknęła i stwierdziła:
– Kurde, muszę iść siku.
Paul oblał się rumieńcem. Zawsze się krępował, kiedy dziewczyny omawiały w jego obecności tematy związane z fizjologią, więc Chloe starała się tego nie robić.
Dzisiaj jednak czuła się… cóż, dziwnie. Niespokojna i zniecierpliwiona. Nie wspominając już o tym, że Paul i Amy trochę ją zdenerwowali. To miały być jej urodziny. A na razie były do bani.
– Szkoda, że nie możesz tego robić na stojąco jak Paul – powiedziała, kątem oka obserwując, jak jej przyjaciel się rumieni. – Mogłabyś stanąć na krawędzi.
Skąd jej to przyszło do głowy?
Chloe wstała. Opierając się o kamienną ścianę, spojrzała w dół. Widać było jedynie wirującą biel i, na lewo, jeden zmoczony przez wodę filar mostu Golden Gate.
Co by się stało, gdybym upuściła stąd monetę? – zastanowiła się. Zrobiłaby tunel we mgle? To by było fajne. Tunel długi na siedemdziesiąt metrów i szeroki na półtora centymetra.
Chloe stanęła w jednym z okien i zaczęła grzebać w kieszeni dżinsów w poszukiwaniu drobniaków, nie przejmując się tym, że właściwie wisi w powietrzu.
Wieża nagle przechyliła się do przodu.
– Co się… – zaczęła.
Próbowała odzyskać równowagę, odchylając się w kierunku wnęki okiennej i szukając dłonią muru, który okazał się wilgotny i śliski. W rezultacie zakołysała się gwałtownie i straciła oparcie pod lewą stopą.
– Chloe!
Rozpaczliwie szukając sposobu, żeby się uratować, zarzuciła rękoma do tyłu. Przez krótką chwilę czuła dotyk ciepłych palców Paula. Spojrzała mu w oczy, a jego twarz rozświetlił uśmiech ulgi, który pokrył różowym rumieńcem czubki wysokich kości policzkowych. Amy wrzeszczała. Ułamki sekundy później Chloe wyślizgnęła się Paulowi, wypadła z okna i zaczęła spadać – spadać – z wieży.
To się nie dzieje naprawdę – pomyślała. Nie mogę tak umrzeć!
Stłumione krzyki przyjaciół docierały do niej z coraz większej oddali. Coś ją uratuje, prawda?
W końcu jej głowa uderzyła o ziemię.
Ból miażdżonych kości był nie do zniesienia – miała wrażenie, że jej ciało przeszywają tysiące igieł.
Wszystko pociemniało. Czekała na śmierć.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2013-02-14 (819 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej