Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Egzamin dojrzałości
 
Katalog - dodano
 Immersja
- Erick Pol
 Jadowity miecz
- Rafał Dębski
 Zabójcze maszyny
- Philip Reeve
 Ostatnie konklawe
- Marcin Wolski
 Strażnik rzeczy zagubionych
- Ruth Hogan
 
- skomentowano
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 

''Behemot'' - Peter Watts




PRELUDIUM

PRAWOŁAMACZ



Achilles Desjardins słyszał, że ludzie, którzy utracili wzrok, odzyskiwali go w snach.
Zresztą nie działo się tak tylko w przypadku oślepnięć. Każdy rozdarty na jawie śnił sny istot w pełni sprawnych. Osoby po amputacji wszystkich kończyn biegały i rzucały piłką. Głusi słyszeli symfonie. Ci, którzy utracili kogoś bliskiego, znów kochali. Umysł cechuje jego własna inercja – jeśli przez wiele lat przyzwyczaił się do pewnej roli, niechętnie porzuca stary paradygmat.
Koniec końców oczywiście do tego dochodziło. Jaskrawe wizje blakły, muzyka milkła, a wyimaginowane dane wejściowe zamieniały się w coś bardziej stosownego do pustych oczodołów czy uszkodzonych ślimaków. Jednak zajmowało to całe lata, a nawet dekady – a przez cały ten czas umysł co noc zadręczał się wspomnieniami tego, do czego kiedyś miał dostęp.
Tak samo było też z Achillesem Desjardinsem. W swoich snach mężczyzna znów posiadał sumienie.
Sny zabierały go w przeszłość, do czasów kiedy był bogiem w okowach – w jego rękach spoczywał los milionów istnień i mógł nimi sięgnąć aż poza orbitę geosynchroniczną czy na dno Rowu Mariańskiego. Znów walczył niestrudzenie o większe dobro, w jednej chwili otrzymując tysiące różnych informacji, posługując się odruchami i umiejętnościami dopasowywania wzorców, podkręconymi dzięki ulepszonym genom i specjalnie dostosowanym neurotropom. Tam, gdzie wybuchał chaos, przynosił opanowanie. Gdzie zabicie dziesięciu uratowałoby życie setce, dokonywał koniecznych wyborów. Odizolowywał ogniska epidemii, likwidował zatory, rozpraszał ataki terrorystyczne i katastrofy ekologiczne, mające miejsce w przeróżnych zakątkach świata. Unosił się na falach radiowych i prześlizgiwał przez najcieńsze światłowody – w jednej chwili nawiedzał młyny morskie w Peru, w następnej koreańskie satelity komunikacyjne. Znów był najlepszym prawołamaczem KRASZ-u – zdolnym nagiąć drugie prawo termodynamiki niemalże do punktu złamania, a może nawet odrobinę bardziej.
Był samym duchem w maszynie, a maszyna sięgała wtedy absolutnie wszędzie.
Mimo to w snach, które mamiły go każdej nocy, nie marzył o władzy, a o niewolnictwie. Tylko we śnie mężczyzna mógł znów poczuć to paradoksalne zniewolenie, zmywające rzeki krwi z jego dłoni. Ochrzczono je mianem Moralniaka. Pakiet sztucznych neuroprzekaźników, których nazwami Desjardins nigdy nie zawracał sobie głowy. Ostatecznie mógł zabić kilka milionów ludzi jednym poleceniem; nikt nie dałby mu takiej władzy, nie wprowadzając uprzednio kilku zabezpieczeń. Z Moralniakiem w mózgu, bunt przeciwko większemu dobru był wręcz fizjologicznie niemożliwy. Moralniak zrywał połączenie między władzą absolutną a absolutną korupcją. Jakakolwiek próba niewłaściwego użycia posiadanej władzy zakończyłaby się potężnym atakiem padaczki. Desjardins nie spędził nigdy bezsennej nocy, wątpiąc w słuszność swych działań i czystość swych intencji. Jedno i drugie wstrzyknęli mu ludzie, mający jeszcze mniej skrupułów.
Bycie zupełnie bez winy dawało mu niesamowity komfort. Dlatego śnił o niewolnictwie. Śnił też o Alice, która go oswobodziła, zerwała jego okowy.
W snach chciał z powrotem je odzyskać.
Wreszcie sny ustąpiły, tak jak to zawsze bywało. Przeszłość zatarła się, a jej miejsce zajęła niewybaczalna teraźniejszość. Świat rozpadł się na kawałki pod wpływem kolejnych, następujących po sobie zmian: z dna oceanu wyłonił się apokaliptyczny mikrob, pokonując drogę na powierzchnię w słonawym środowisku organizmu pewnej kobiety-nurka głębokomorskiego z N’AmPac. Błąkające się jego śladem Grupy Jednak Nie Trzymające Władzy nazwały go βehemotem, paląc ludzi i ich mienie w gorączkowych, choć daremnych próbach oddalenia w czasie nadchodzącej zmiany reżimu. Ameryka Północna upadła. Cały kraj przemierzały biliony mikroskopijnych żołnierzy piechoty, masowo obracając w perzynę zarówno ziemię, jak i wszelkie życie. Wojny wybuchały i cichły jakby w przyspieszonym tempie: Kampania N’AmPacijska, Kolumbijska Pożoga, Powstanie EurAfrykańskie. No i oczywiście Rio: trzydziestominutowa wojna. Wojna, której wybuch powinien uniemożliwić Moralniak.
Desjardins brał udział w nich wszystkich, w taki czy inny sposób. A podczas gdy wielokomórkowce sprzeczały się nieustannie między sobą, prawdziwy wróg pełzał nieustępliwie przez cały kraj niczym duszący koc. I nawet Achilles Desjardins, chluba Pogromców Entropii, nie był w stanie go powstrzymać.
Nawet teraz, niemal zupełnie wróciwszy do teraźniejszości, czuł cień żalu, myśląc o wszystkich tych rzeczach, których nie zrobił. Był to jednak tylko ból fantomowy, pozostałości sumienia wyciętego wiele lat temu. Ledwo udało mu się dotrzeć do niego tu, na tej niewyraźnej granicy między jawą a snem. W jednej krótkiej chwili mężczyzna przypomniał sobie, że jest wolny i zapragnął, aby tak nie było.
Potem otworzył oczy i nagle nie było już niczego, co dłużej by się tym przejmowało.

Mandelbrot leżał na jego piersi, mrucząc. Desjardins podrapał go z roztargnieniem, przeglądając poranne statystyki. Była to względnie spokojna noc: jedynym wartym odnotowania przypadkiem była grupka wyjątkowo szalonych uchodźców, próbujących przedostać się przez granicę północnoamerykańską. Pod osłoną nocy, o 01:10 czasu atlantyckiego, wypłynęli z Long Island na barce zbudowanej z przeróżnych śmieci. Po upływie godziny i dwudziestu minut kilka zainteresowanych stron z EurAfryki zaczęło rywalizować ze sobą o prawo do ich eliminacji. Biedacy dotarli tylko do Cape Cod, po czym zostali sprzątnięci przez Algierczyków (Algierczyków?).
System uznał, że nie było potrzeby wyciągania Desjardinsa z łóżka.
Mandelbrot wstał, przeciągnął się i ruszył na poranny obchód. Oswobodzony, Desjardins podniósł się z łóżka i ruszył w stronę windy. Wokół niego sześćdziesiąt pięć pięter opuszczonej nieruchomości popłynęło gładko w dół. Ledwie kilka lat temu wrzała tu praca związana z kontrolą zniszczeń. Tysiące Umoralnionych operatorów, nawiedzających cały świat balansujący bezustannie na krawędzi upadku, decydowało o życiu i śmierci z chłodną beznamiętnością. Teraz jednak został w zasadzie już tylko on sam. Mnóstwo rzeczy uległo zmianie po Rio.
Winda wypluła go na dach KRASZ-u. Otaczające go inne budynki tworzyły kształt przypominający z grubsza podkowę, napierając na granice oczyszczonej strefy. Pole statyczne Sudbury, ocierające się brzuchem o szczyty najwyższych konstrukcji, natychmiast wywołało gęsią skórkę na przedramionach Desjardinsa.
Wschodzące na horyzoncie słońce skąpało w ognistej poświacie spoczywające w gruzach królestwo.
Dzieło zniszczenia nie zostało jednak w pełni dokonane. Jeszcze nie. Miastom położonym na wschodzie, ogrodzonym murami, obwarowanym i zachowującym bezustanną czujność wobec najeźdźców zajmujących tereny położone pomiędzy nimi, udało się zachować pozory integralności. Na frontach wciąż wrzało. Jeden czy dwa utrzymywały się nawet w tym samym miejscu. Skupiska cywilizacji wciąż trwały rozrzucone po całym kontynencie – może i nie było ich wiele, ale wojna nie miała się jeszcze ku końcowi.
A wszystko dlatego, że pięć lat temu kobieta nazywająca się Lenie Clarke wyłoniła się z dna oceanu, niosąc w sobie żądzę zemsty i βehemota.
Desjardins przeszedł przez lądowisko i stanął na skraju dachu. Gdy zaczął sikać w przestrzeń, znad krawędzi przepaści wyłoniło się wschodzące słońce. Tak wiele zmian, pomyślał. Tyle katastrof naokoło, w pogoni za nowymi punktami równowagi. Jego domena przestała obejmować całą planetę, a skurczyła się do rozmiarów kontynentu, do tego przypalonego na brzegach. Wzrok skupiony kiedyś na nieskończoności, teraz sięgał jedynie wybrzeża. Ramiona otaczające cały świat amputowano na wysokości łokci. Nawet n’amerykańska część sieci została wycięta z elektronicznego ogółu niczym guz. Achilles Desjardins musiał radzić sobie z martwiczym bałaganem, pozostałym po tej operacji.
Jednak mimo to pod wieloma względami dysponował teraz większą władzą niż kiedykolwiek wcześniej. Miał mniejsze terytorium, to fakt, ale za to z mało kim musiał je dzielić. Ostatnimi czasy stał się raczej cesarzem niż graczem zespołowym. Nie żeby był to powszechnie znany fakt...
Za to pewne rzeczy się nie zmieniły. Formalnie rzecz biorąc, wciąż pracował dla Komórki Reagowania na Awarie Systemów Złożonych, czy tam szczątków tej organizacji, które jeszcze ostały się na całej ziemi. Świat już dawno wywrócił się do góry nogami – a w każdym razie ta jego część – ale Desjardins wciąż czuł się w obowiązku minimalizować straty. Wczorajsze pożary stawały się dzisiejszymi pożogami, których zdaniem mężczyzny nikt nie potrafiłby już w tym momencie ugasić, on jednak wciąż pozostawał jedną z niewielu osób, które mogły powstrzymywać je przez jakiś czas. Wciąż był prawołamaczem, czy też latarnikiem, jak sam siebie nazwał w dniu, kiedy wreszcie ustąpili i pozwolili mu zostać, i dzisiejszy dzień nie będzie różnił się niczym od pozostałych. Trzeba będzie odeprzeć ataki i monitorować ruchy wroga. Trzeba będzie zakończyć życie pewnych istnień, by ocalić inne, liczniejsze lub cenniejsze. Trzeba będzie zniszczyć złośliwe wirusy i zachować pozory.
Desjardins odwrócił się plecami do wschodzącego słońca i przestąpił ponad nagim, wypatroszonym ciałem kobiety, leżącym u jego stóp. Ona też miała na imię Alice.
Zamyślił się, próbując przypomnieć sobie, czy to jedynie zbieg okoliczności.


KONTRATAK



Z początku pojawia się jedynie dźwięk pośród mroku. Unosząc się w wodzie na zboczu podmorskiej góry, Lenie Clarke musi pogodzić się z nieuniknioną utratą samotności.
Odpłynęła dość daleko, by całkowicie oślepnąć. Atlantyda, z tymi swoimi portalami, radiolatarniami i iluminatorami, z których sączy się w otchłań wyblakłe światło, znalazła się setki metrów za nią. Tu ciemności nie rozpraszają żadne błyskające wskaźniki, przewody czy składy części. Nakładki na jej oczach potrafiłyby wycisnąć dość światła nawet z najdrobniejszej iskierki, by umożliwić kobiecie widzenie, ale nie mogły wytworzyć go tam, gdzie go zwyczajnie nie było. Tak jak tutaj. Trzy tysiące metrów, trzysta atmosfer, trzy miliony kilogramów na metr kwadratowy dusiły każdy foton w zarodku. Lenie Clarke jest tu tak samo ślepa jak dowolny lądowiec.
Po pięciu latach spędzonych na Grzbiecie Śródatlantyckim wciąż jej to odpowiada.
Teraz jednak wzbiera wokół niej ciche buczenie hydrauliki i przepływającego prądu. O jej implanty zaczynają łagodnie postukiwać fale sonaru. Buczenie zmienia nieco swą tonację, po czym cichnie. Woda porusza się delikatnie, gdy coś zatrzymuje się ponad głową kobiety.
– Kurwa. – Maszyneria w jej gardle zmienia przekleństwo w ledwie słyszalne bzyczenie. – To już?
– I tak dałem ci dodatkowe pół godziny. – To głos Lubina. Na jego słowa wpływa ta sama technologia. Nie ma to jednak większego znaczenia, bo zniekształcenia brzmią już dla nich dużo bardziej znajomo niż normalna mowa.
Clarke westchnęłaby, gdyby tylko mogła tu oddychać.
Włącza latarkę czołową i chwyta Lubina w stożek światła; jego czarną sylwetkę znaczą łagodne modyfikacje. Wlot wody w jego klatce piersiowej to perforowany dysk, lśniący chromem na tle czerni. Nakładki rogówkowe zamieniają jego oczy w pozbawione wyrazu, półprzejrzyste owale. Mężczyzna sprawia wrażenie istoty zbudowanej wyłącznie z cieni i metalu. Clarke wie, że za tą fasadą kryje się człowieczeństwo, ale nie rozgłasza tego wszem i wobec.
Obok Lubina unoszą się w wodzie dwa kalmary. Do jednej z metrowych maszyn przymocowana jest nylonowa torba wypchana elektroniką. Clarke podpływa do drugiej i zmienia pozycję przełącznika z trybu automatycznego na sterowanie ręczne. Pojazd drga lekko i wysuwa uchwyt holowniczy.
Pod wpływem impulsu kobieta wyłącza latarkę. Wszystko znów ogarnia mrok. Nic się nie porusza. Nic nie migocze. Nic nie atakuje.
To nie to samo.
– Coś nie tak? – bzyczy Lubin.
Clarke wciąż ma w pamięci zupełnie inny ocean, po drugiej stronie świata. Po wyłączeniu świateł w Kominie Channer wschodziły gwiazdy, tysiące bioluminescencyjnych konstelacji: ryby jarzące się blaskiem niczym pasy startowe nocą, świecące stawonogi, maleńkie żebropławy wielkości winogrona, opalizujące skomplikowanymi wzorami. Komin Channer śpiewał niczym syrena, wabiąc wszystkie te ekstrawaganckie, egzotyczne stworzenia, zamieszkujące zwykle środkowe warstwy wody, dużo głębiej niż gdziekolwiek indziej, karmiąc je dziwnymi związkami chemicznymi i nadając im straszliwe piękno. Na Stacji Beebe ciemno stawało się jedynie wtedy, gdy zapaliło się światła.
Lecz Atlantyda to nie Stacja Beebe, a to miejsce nie jest Kominem Channer. Tutaj jedynym źródłem światła jest grubiańska, niezdarna maszyneria. Latarki czołowe ryją suche tunele w mroku, surowe i brzydkie niczym płonący sód. Wyłącz je i... nic.
Rzecz jasna, tak właśnie powinno to działać.
– Tam było tak pięknie – odzywa się Clarke.
Lubin nie musi pytać.
– Było. Nie zapominaj tylko, dlaczego.
Kobieta łapie za uchwyt holowniczy.
– Tylko... to nie to samo, wiesz? Czasami prawie chciałabym, żeby jedno z tych wielkich, uzębionych cholerstw wypłynęło gdzieś z ciemności i spróbowało mnie użreć...
Do jej uszu dociera odgłos przyspieszającego kalmara Lubina – niewidocznego, ale znajdującego się gdzieś blisko. Sama też dodaje gazu, by ruszyć jego śladem.
Sygnał dociera w tym samym momencie do jej modemu akustycznego, co do jej szkieletu. Kości reagują na niego wibracją gdzieś w głębi żuchwy: modem zaczyna jedynie popiskiwać.
Kobieta włącza odbiornik.
– Clarke.
– Ken cię znalazł? – Głos rozchodzi się w powietrzu, niezniekształcony przez żadne z urządzeń pozwalających na pogawędki pod wodą.
– Tak. – W porównaniu z nim mowa Clarke wydaje się brzydka i mechaniczna. – Jesteśmy w drodze na powierzchnię.
–W porządku. Chciałam się tylko upewnić. – Głos milknie na chwilę. – Lenie?
– Wciąż tu jestem.
– Tylko... bądź ostrożna, dobrze? – prosi Patricia Rowan. – Przecież wiesz, jak bardzo się martwię.

W miarę, jak stopniowo się wynurzają, woda niezauważalnie staje się coraz jaśniejsza. W jakiś tajemniczy sposób świat zmienił kolor z czarnego na niebieski, gdy Clarke akurat nie patrzyła. Nigdy nie udaje jej się zidentyfikować chwili, w której to się dzieje.
Od momentu, kiedy Rowan rozłączyła się, Lubin nie odezwał się ani słowem. Teraz, gdy granat zaczyna przechodzić w błękit, kobieta postanawia powiedzieć to na głos:
– Wciąż jej nie lubisz.
– Lubię – odpowiada Lubin. – Ale jej nie ufam.
– Bo jest korpem. – Już od lat nikt nie nazywał ich kierownictwem korporacyjnym.
Była korpem. – Maszynerii siedzącej w jego gardle nie udało się zamaskować ponurej satysfakcji, z jaką mężczyzna zaakcentował to słowo.
Była korpem – powtarza Clarke.
– Nie.
– Więc dlaczego?
– Przecież znasz całą listę.
To prawda. Lubin nie ufa Rowan, bo dawno, dawno temu to ona dyktowała warunki. To na jej rozkaz zrekrutowano ich przed laty – uszkodzone towary, które uszkodzono później jeszcze bardziej: przerobiono wspomnienia, zmieniono motywacje, odremontowano sumienie, a wszystko to w służbie jakiegoś nieokreślonego, nieuzasadnionego większego dobra.
– Bo była korpem – kwituje Clarke.
Vocoder Lubina wydaje odgłos przypominający chrząknięcie.
Kobieta wie, skąd mu się to wzięło. Sama do tej pory nie jest pewna, które wspomnienia z własnego dzieciństwa są prawdziwe, a które zostały wstawione po fakcie. A i tak, jako jedna z nielicznych, miała sporo szczęścia – przynajmniej udało jej się przeżyć wybuch, który zamienił Komin Channer w trzydzieści kilometrów kwadratowych radioaktywnego szkła. Przynajmniej nie została zgnieciona na miazgę przez powstałe w wyniku eksplozji tsunami ani nie spłonęła wraz z milionami uchodźców na Pasie u wybrzeży N’AmPac.
Inna sprawa, że tak właśnie być powinno. Technicznie rzecz biorąc, wszystkie te miliony to tylko przypadkowe ofiary. Nie ich wina – ani w zasadzie nawet nie Rowan – że Lenie Clarke nie zamierzała stać spokojnie i być łatwym celem.
Mimo wszystko. Można być winnym i winnym. Może i Patricia Rowan ma na rękach krew milionów, ale przecież zagrożone strefy nie odizolują się same: każdy kolejny krok wymaga determinacji i dostępu do odpowiednich zasobów. Otoczyć zainfekowany obszar, sprowadzić podnośniki, puścić wszystko z dymem. Namydlić, spłukać, powtórzyć proces. Zabić milion ludzi, by ocalić miliard, zabić dziesięcioro, by ocalić setkę. Może nawet zabić dziesięcioro, by ocalić jedenaścioro – zasada pozostaje taka sama, choćby zysk był mniejszy. Jednak cały ten mechanizm nie działa automatycznie, ani na chwilę nie można zdjąć palca ze spustu. Rowan nigdy nie urządzała masakry, nie robiąc wcześniej rachunku strat i ich na siebie nie biorąc.
Lenie Clarke było o wiele łatwiej. Rozsiała po prostu infekcję po całym świecie, podążając swoim małym szlakiem, a potem zapadła się pod ziemię, ani razu nie oglądając się za siebie. Nawet teraz jej ofiary wciąż dołączają do niekończącej się procesji, stanowiącej rosnące wykładniczo dziedzictwo, które zapewne przewyższyło już straty spowodowane przez Rowan dziesiątki razy. A ona nawet nie kiwnęła palcem.
Ktoś, kto nazywa siebie przyjacielem Lenie Clarke, nie może jednocześnie mieć żadnych racjonalnych podstaw, by osądzać Patricię Rowan. Clarke boi się dnia, w którym Ken Lubin pojmie tę prostą prawdę.
Kalmary holują ich coraz wyżej. Teraz widać już wyraźny gradient, światło na górze przechodzące w mrok na dole. Dla Clarke jest to najstraszliwsza część oceanu – na wpół oświetlone głębiny środkowych warstw wody, gdzie pływają prawdziwe kałamarnice: pozbawione kości, mackowate potwory długie na trzydzieści metrów, o mózgach zimnych i szybkich jak nadprzewodniki. Słyszała, że są dwukrotnie większe niż kiedyś. I pięć razy liczniejsze. Najwyraźniej wszystko sprowadza się do lepszych warunków bytowych. Larwy Architeuthis rosną szybciej w cieplejszych morzach, a ich liczebności nie ogranicza żaden spośród drapieżników, które już dawno całkowicie odłowiono.
Rzecz jasna, nigdy nie widziała kalmara na własne oczy. I ma nadzieję, że tak pozostanie. Zgodnie z symulacjami liczebność ich populacji gwałtownie spada z powodu braku pożywienia, a poza tym ocean jest na tyle wielki, że szanse na przypadkowe spotkanie wyglądają dość mizernie. Niemniej jednak od czasu do czasu drony rejestrują upiorne echa pochodzące od przepływających ponad nimi ogromnych kształtów: wyraźne krzyki chityny i chrząstek, mgliste krajobrazy otaczających je ciał, niemal niedostrzegalnych dla sonaru. Na szczęście Archie rzadko kiedy schodzi tam, gdzie panuje prawdziwy mrok.
W miarę jak wynurzają się coraz bardziej, odcień otaczającej ich wody staje się coraz intensywniejszy – kolory nie są w stanie przetrwać procesu fotoamplifikacji przy stłumionym świetle, ale tak blisko powierzchni różnica między widzeniem przez nakładki a odsłoniętymi oczami powinna być minimalna. Czasami Clarke ma ochotę sama się o tym przekonać, zdjąć nakładki i zobaczyć na własne oczy, ale to niemożliwe. Okalająca jej głowę skóra głębinowa łączy się bezpośrednio z fotokolagenem. Kobieta nie może nawet zamrugać.
Woda zaczyna wzbierać. Nad ich głowami ocean kotłuje się niczym pociemniała rtęć. Kołysze się, opada i przewala w niemającej końca procesji następujących po sobie grzbietów i dolin fal, rozmazując obraz świecącej zimnym światłem kuli po drugiej stronie i rozbijając ją na swawolne, tańczące węzełki. Kilka chwil później Clarke i Lubin wynurzają się na powierzchnię i mogą spojrzeć na świat składający się głównie z morza oraz nieba rozświetlonego blaskiem księżyca.
Oboje wciąż żyją. Pokonali trzy tysiące metrów w czterdzieści minut i nie przypłacili tego choćby pękniętym naczynkiem włosowatym. Clarke przełyka ślinę, czując w gardle i zatokach sól fizjologiczną, a w piersi iskrzącą maszynerię i znów fascynuje ją cud egzystencji bez konieczności oddychania.
Lubin, rzecz jasna, zdążył już przejść do rzeczy. Zwiększył wyporność swojego kalmara do wartości maksymalnej i zrobił z niego pływającą platformę dla odbiornika. Clarke zmienia ustawienia własnej maszyny na utrzymywanie pozycji i bierze się do pomocy.
Huśtają się w górę i w dół na srebrzystych falach; księżyc świeci na tyle jasno, że nakładki na oczy są im właściwie niepotrzebne. Rozpakowywane skupisko anten kołysze się na wodzie, szarpiąc za linkę mocującą. Ich oczy i uszy strzelają na wszystkie strony, namierzając satelity i próbując zrównoważyć pływy oceanu. Jedno czy dwa bardziej tradycyjne urządzenia poszukują naziemnych stacji.
Sygnały gromadzą się, ale zbyt wolno.
Zupa rzednie wraz z każdym kolejnym skanem. Och, eter wciąż roi się od informacji – maleńkie histogramy przekradają się do centymetrowego pasma, a gwar słychać na całej długości spektrum – jednak gęstość znacząco spadła.
Rzecz jasna, nawet utrata sygnału jest jakąś informacją, choć niewróżącą zbyt dobrze.
– Nie za wiele tego – stwierdza Clarke, wskazując głową na odczyty.
– Mhm. – Lubin założył maskę na maskę, ukrywając kaptur skóry głębinowej pod zestawem VR. – Halifax wciąż jest online. – Korzystając z faktu, że pobieranie zajmie im trochę czasu, mężczyzna podłącza się do sygnałów to tu, to tam, sondując niektóre kanały. Clarke bierze drugi zestaw i zaczyna przesiewać dane z zachodu.
– Nic ze strony Sudbury – melduje po kilku chwilach.
Lubin nie przypomina jej, że od czasu Rio z Sudbury nie docierają żadne informacje. Nie wspomina, że szanse na to, by Achillesowi Desjardinsowi udało się przeżyć, są wręcz mikroskopijne. Nawet nie pyta, kiedy kobieta wreszcie da za wygraną i pogodzi się z tym, co oczywiste. Mówi jedynie:
– Londynu też nie mogę namierzyć. Dziwne.
Kobieta posuwa się w górę pasma.
Wkładając palce do strumienia nie otrzymują zrozumiałego obrazu. Analiza musi poczekać na powrót do Atlantydy. Clarke nie rozumie większości badanych języków, ale ruchome obrazki pomagają w wypełnieniu niektórych luk. Rozruchy w Europie spowodowane strachem, że βehemot wybrał się na przejażdżkę Południowym Prądem Wstecznym. Luksusowa enklawa tych, którzy mogli pozwolić sobie na kontrmodyfikacje została zniszczona przez tych, którzy nie mogli. Nic ze strony Chin i ich systemów zabezpieczeń – już od dwóch lat – ale jest to raczej mechanizm obronny przed apokalipsą niż oznaka poddania się jej. Każdy obiekt latający, który znajdzie się w promieniu pięciuset kilometrów od ich wybrzeża zostaje zestrzelony bez ostrzeżenia, więc przynajmniej infrastruktura militarna wciąż funkcjonuje bez zarzutu.
Kolejny przewrót MM, tym razem w Mozambiku. To już ósmy, a nie zapowiada się, by na tym miało się zakończyć. Osiem krajów pragnie przyspieszyć koniec świata w imię Lenie Clarke. Osiem państw dało się omamić tej podłej, nikczemnej rzeczy, którą ona spłodziła.
Lubin dyplomatycznie nie wspomina o takim rozwoju sytuacji.
Niewiele danych z Ameryk. Kryzysowe transmisje oraz ruch taktyczny z KRASZ-u. Co jakiś czas taki czy inny apokaliptyczny kult zaczyna głosić doktrynę o Proaktywnym Wymieraniu albo Prawdopodobieństwie Bayesowskim Drugiego Przyjścia. W większości przypadków są to zwykłe śmieci – istotne rzeczy przesyła się natychmiast z miejsca na miejsce skupionymi falami danych, które nigdy nie zawędrowałyby w pustą przestrzeń na środku Atlantyku.
Oczywiście Lubin wie, jak zmienić niektóre z tych zasad, ale nawet jemu sprawia to ostatnimi czasy sporo trudności.
– Ridley padł – informuje mężczyzna. To naprawdę zła wiadomość. Przekaźnik Ridley’a to silnie zabezpieczona sieć satelitarna; tak silnie, że nawet upoważnienia Lubina ledwo pozwalają mu na dostęp. Jest to też jedno z ostatnich źródeł wiarygodnych danych, z którego może korzystać Atlantyda. Kiedy jeszcze korpy myślały, że jedynie salwują się ucieczką, a nie skazują na więzienie, pozostawiły za sobą całe mnóstwo niewykrywalnych kanałów, za pośrednictwem których mogły być na bieżąco z życiem na powierzchni. Nikt nie jest pewien, dlaczego tak wiele z nich padło w ciągu ostatnich pięciu lat.
Ale też nikt nie ma jaj potrzymać głowę nad wodą dłużej niż przez kilka chwil, by się tego dowiedzieć.
– Może powinniśmy zaryzykować – zastanawia się Clarke. – No wiesz, po prostu pozwolić jej podryfować tutaj przez kilka dni? Dać szansę na zebranie jakichś prawdziwych danych. To tylko metr kwadratowy sprzętu względem całej powierzchni oceanu – serio, co to za ryzyko?
Dostatecznie duże i kobieta świetnie zdaje sobie z tego sprawę. Wciąż żyje tam całe mnóstwo ludzi. Wielu z nich musiało stawić czoło faktom i zdobyć się na egzystencję z ciągłą świadomością bliskiej śmierci. Kilkoro mogło wygospodarować sobie parę chwil na myśli o zemście. Niektórzy mogą nawet posiadać niezbędne ku temu środki. Choć nie udało im się kupić za nie zbawienia, może ich wystarczyć na wymierzenie komuś kary. Co stanie się, jeśli wyjdzie na jaw, że ci, którzy wypuścili βehemota na wolność, ukrywają się cali i zdrowi pod trzystoma atmosferami?
Atlantydzie wciąż udaje się zachować anonimowość, nikt więc nie zamierza ryzykować, by sytuacja, przypadkiem, nie uległa zmianie. Wkrótce i tak opuszczą to miejsce, nie zostawiając nowego adresu. Tymczasem żyją z tygodnia na tydzień, co jakiś czas wystawiając nad wodę oczy i uszy, sięgając w eter i wyciskając z niego, ile tylko się da.
Kiedyś to wystarczało. Teraz jednak βehemot poczynił takie spustoszenia, że nawet widmo elektromagnetyczne zaczyna słabnąć.
Ale przecież nic nie zaatakuje nas w ciągu pięciu minut, przekonuje samą siebie Clarke...
...po czym w chwilę później orientuje się, że coś jednak to zrobiło.
Maleńkie wskaźniki błyskają ostrzegawczą czerwienią na skraju pola widzenia: przeciążenie na kanale Lubina. Kobieta identyfikuje jego częstotliwość i już ma przyjść mu z pomocą, ale zanim udaje jej się zareagować, intruz włamuje się na jej własne łącze. Jej oczy zalewa fala zakłóceń, jej uszy zalewa jad.
Nawet kurwa nie próbuj mnie rozłączyć, ty żałosny skurwysynu! Rozwalę każdy kanał, który spróbujesz otworzyć. Rozjebię całą tę twoją śliczniutką organizację, ty wszawa pizdo!
– I znowu to samo. – Głos Lubina wydaje się dobiegać gdzieś z daleka, jakiegoś równoległego świata, gdzie długie, łagodne fale rozbijają się zupełnie nieszkodliwie o ciało i maszynerię. Jednak Clarke została zaatakowana w tym świecie, wciągnięta w kłębowisko, będące mieszaniną zakłóceń, ruchu wirowego i – o boże, proszę, tylko nie to – zaczątków twarzy, jakiejś straszliwej podobizny, zniekształconej do tego stopnia, że niemal nierozpoznawalnej.
Kobieta odpala pół tuzina różnych zabezpieczeń. Pod jej dotykiem wyparowują całe gigabajty danych. W słuchawkach słyszy ryk potwora.
– Dobrze – dobiega ją z innego wymiaru brzęczący głos Lubina. – A teraz, gdyby tylko udało nam się zapisać...
– Niczego nie zapiszecie! – wrzeszczy zjawa. – Ani jednej pieprzonej rzeczy! Żałośni płodojebcy, nie macie pojęcia, kim jestem?
Owszem, myśli Clarke, ale nie mówi tego na głos.
Jestem Lenie Clar
Jej zestaw milknie.
Przez chwilę wydaje jej się, że wciąż tkwi w tym kłębowisku, ale tym razem, to tylko fale. Kobieta ściąga sprzęt z czaszki. Niebo z zawieszonym na nim księżycem wiruje jej spokojnie nad głową.
Lubin wyłącza odbiornik.
– To by było na tyle – mówi. – Straciliśmy osiemdziesiąt procent sieci.
– Może spróbujemy jeszcze raz? – pyta Clarke, ale wie, że tego nie zrobią. W czasie pobytu na powierzchni obowiązuje protokół, którego się nie łamie. Ostatnimi czasy paranoja stała się oznaką zdrowego rozsądku. Poza tym, to coś, co ściągnęło się na odbiornik, wciąż gdzieś tam jest i krąży na falach eteru. Ostatnią rzeczą, jaką oboje chcieliby zrobić, byłoby jeszcze raz otworzyć przed tym drzwi.
Kobieta wyciąga rękę, by złożyć anteny. Jej dłoń wyraźnie drży w świetle księżyca.
Lubin udaje, że tego nie widzi.
– Zabawne – zauważa. – Wcale nie wyglądała jak ty.
Po tych wszystkich latach, wciąż w ogóle jej nie zna.

Nie powinny istnieć, te demony nazywające się jej imieniem. Drapieżniki, które wytępiają swoje ofiary, nie żyją zbyt długo. Pasożyty, które zabijają swoich żywicieli, wymierają. Nie ma znaczenia, czy zwierzyna zbudowana jest z ciała, czy z elektronów, jak powiedziano kiedyś Clarke; zasady pozostają te same. W ciągu ostatnich miesięcy natrafili na kilka takich potworów. Wszystkie były zdecydowanie zbyt zajadłe, by miała dotyczyć ich teoria ewolucji.
Może po prostu idą za moim przykładem, zastanawia się kobieta. Może napędza je czysta nienawiść.
Zostawiają księżyc za sobą. Lubin daje nura głową w dół, kierując swojego kalmara w samo serce ciemności. Clarke zostaje w tyle, z zadowoleniem pogrążając się powoli w odmętach, podczas gdy Luna kołysze się nad nią, wije i blednie. Po chwili blask księżyca traci spójność i rozmazuje się po całej strefie eufotycznej, tworząc rozmytą mgiełkę. Jego światło już nie tyle rozjaśnia niebo, ile się nim staje. Clarke dodaje gazu i powraca w głębiny.
Kiedy wreszcie dogania Lubina, jasność staje się jedynie wspomnieniem. Kobieta podąża za zielonkawym punkcikiem światła, który z wolna zamienia się w deskę rozdzielczą kalmara jej towarzysza. Oboje zanurzają się w milczeniu. Ciśnienie narasta wokół nich. Wreszcie mijają punkt graniczny, umowny wyznacznik przyjaznej strefy. Clarke włącza swój modem akustyczny i zgłasza się.
Nikt jej nie odpowiada.
Nie dlatego, że nikt nie jest online. Kanał jest pełen przeróżnych głosów, przekazywanych za pomocą vocoderów i przenoszonych przez powietrze, które nakładają się na siebie i wchodzą sobie w słowo. Coś się stało. Jakiś wypadek. Atlantyda chce znać szczegóły. Mechaniczne głosy ryfterów wzywają lekarzy do wschodniej śluzy.
Lubin skanuje otchłań sonarem i otrzymuje odczyt. Włącza światło kalmara i ostro schodzi w dół, kierując się nieco na lewo. Clarke rusza jego śladem.
Przed nimi majaczy w ciemności ledwie widoczna, blednąca konstelacja. Kobieta dodaje gazu, by za nią nadążyć; silniejszy ciąg niemal odrywa ją od maszyny. Wraz z Lubinem zbliżają się z góry i od tyłu.
Dwa kalmary, podążające w trybie automatycznym za trzecim, będącym z przodu, mkną tuż nad dnem. Jeden z nich płynie bez jeźdźca, drugi holuje przez wodę dwa splecione ze sobą ciała. Clarke rozpoznaje Hannuka Yeagera. Mężczyzna trzyma się uchwytu holowniczego jedną ręką, naprężoną tak, że lada chwila może wyskoczyć mu ze stawu, drugą zaś opasa na wysokości piersi czarną, szmacianą lalkę naturalnych rozmiarów, za którą ciągnie się cienka smuga atramentu.
Lubin odbija w prawo. W snopie światła z jego kalmara smuga połyskuje szkarłatem.
Erickson, uświadamia sobie Clarke. Na dnie oceanu jedną osobę od drugiej odróżniają dziesiątki znajomych sygnałów zawartych w postawie i ruchach. Tylko martwi ryfterzy stają się identyczni. Fakt, że kobieta musiała spojrzeć na plakietkę identyfikacyjną na ramieniu Ericksona, nie wróży zbyt dobrze.
Coś rozszarpało jego skórę głębinową od krocza po pachę. Coś rozszarpało też i jego. Nie wygląda to najlepiej. Ciała ssaków obkurczają się w lodowatej wodzie, a obwodowe naczynia krwionośne zamykają się, by utrzymać ciepło. Powierzchowne skaleczenie nie krwawiłoby już przy pięciu stopniach Celsjusza. Cokolwiek dorwało Ericksona, musiało zadać mu głębokie rany.
Prowadzącym kalmarem kieruje Grace Nolan. Lubin zajmuje pozycję nieco z tyłu i z boku, stając się żywym falochronem, osłaniającym Ericksona i Yeagera. Clarke podąża jego śladem. Vocoder rannego mężczyzny wydaje ciche tyk-tyk-tykanie, będące wyrazem bólu albo zwykłymi zakłóceniami.
– Co się stało? – bzyczy Lubin.
– Nie jestem pewna. – Nolan nie odwraca głowy, skupiona na utrzymaniu kursu. – Sprawdzaliśmy podrzędny wyciek przy jeziorze. Gene odpłynął za wychodnię i znaleźliśmy go w takim stanie kilka minut później. Może był nieostrożny i coś na niego spadło.
Clarke odwraca głowę, by lepiej się przyjrzeć. Mięśnie jej szyi naprężają się, zmuszone stawiać opór ciągowi maszyny i wodzie. Skóra Ericksona, widoczna przez rozdarcie w skórze głębinowej, jest biała niczym brzuch ryby. Przypomina rozcięty, krwawiący plastik. Zasłonięte nakładkami oczy mężczyzny sprawiają wrażenie jeszcze bardziej martwych niż jego ciało. Erickson coś bełkocze. Jego vocoder robi co może, by poskładać jakoś bezsensowne sylaby.
Na kanale rozlega się jakiś głos przenoszony przez powietrze.
– W porządku, czekamy na was przy Czwórce.
Otchłań przed nimi nabiera jaśniejszych tonów: z ciemności wyłaniają się smugi niebieskawo-szarego światła. Ich wierzchołki sugerują, że za szarawą mgiełką znajduje się jakaś rozległa konstrukcja. Kalmary przepływają nad przewodem zasilającym, który wije się po bazaltowym dnie, jego migające wskaźniki po chwili nikną znów w mroku. Światła stają się coraz wyraźniejsze i z wolna zamieniają się w rozmyte poświaty, otaczające plątaninę euklidesowych kształtów.
Przed nimi wyrasta Atlantyda.
Kilku ryfterów czeka przy śluzie numer cztery w towarzystwie dwóch korpów w ciężkich, niewygodnych zbrojach z siateczki, które zakładają na siebie lądowcy, gdy muszą wyjść na zewnątrz. Nolan wyłącza kalmary. Erickson bełkocze coś w nagłej ciszy, podczas gdy cały konwój podpływa z wolna do stacji. Korpy przejmują rannego mężczyznę i kierują się z nim w stronę otwartego włazu. Nolan rusza ich śladem.
Jeden z korpów zatrzymuje ją, wyciągając dłoń ukrytą w pancernej rękawicy.
– Tylko Erickson.
– Co takiego? – bzyczy Nolan.
– W kabinie medycznej i tak panuje już straszny tłok. Jeśli zależy ci na tym, by przeżył, musisz zostawić nam pole do manewru.
– I mamy zostawić go w waszych rękach? Walcie się. – Większość ryfterów dawno już nasyciła się zemstą i teraz niemalże zobojętnieli na żywione dawniej urazy. Ale nie Grace Nolan. Choć minęło już pięć lat, nienawiść wciąż ssie jej pierś niczym rozzłoszczone, nienasycone niemowlę.
Korp kręci głową skrytą za osłoną twarzową.
– Posłuchaj, musisz...
– Nie ma sprawy – wtrąca się Clarke. – Możemy obserwować wszystko na monitorze.
Cofnięta Nolan spogląda na drugą kobietę. Ta jednak ignoruje ją.
– No dalej – bzyczy na korpów. – Zabierzcie go do środka.
Śluza połyka niewielką grupkę.
Ryfterzy wymieniają spojrzenia. Yeager wykonuje kilka kółek ramionami dla rozluźnienia barków, jakby dopiero co zdjęto go z koła tortur. Ze śluzy dobiega bulgot.
– To nie była zapadnięta wychodnia – bzyczy Lubin.
Clarke doskonale o tym wie. Widziała, jakie urazy powodują obluzowane skały. Zwyczajne zderzenia kamieni i ciała. Siniaki. Roztrzaskane kości. Obrażenia zadane tępym przedmiotem.
To natomiast była rana cięta.
– Sama nie wiem – odpowiada. – Może nie powinniśmy wyciągać pochopnych wniosków.
Oczy Lubina przypominają puste plamy pozbawione życia. Jego twarz stała się pozbawioną wyrazu maską z odruchowego kopolimeru. Mimo to jednak Clarke odnosi wrażenie, że mężczyzna uśmiecha się.
– Uważaj, czego sobie życzysz – mówi Lubin.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2013-02-21 (812 odsłon)

[ Wróć ]
Content ©



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej