Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Nawiedzone miasteczko Shadow Hills
 
Katalog - dodano
 Epoka diamentu
- Neal Stephenson
 Kroniki Jaaru. Tajemne imię
- Adam Faber
 Hajmdal. Księżyce monarchy
- Dariusz Domagalski
 Alyssa i czary
- A.G. Howard
 Prawda i iluzja
- Jennifer Sommersby
 
- skomentowano
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Nakręcana dziewczyna'' - Paolo Bacigalupi



Rozdział I



– Nie, nie mangustan. – Anderson Lake nachyla się i pokazuje. – Poproszę ten tutaj. Kaw pollamai nee khap. Czerwona skórka i zielone włoski.
Wieśniaczka uśmiecha się, obnażając poczerniałe od żucia betelu zęby i wskazuje pryzmę owoców za plecami.
Un nee chai mai kha?
– Tak. To. Khap. – Anderson kiwa głową i zmusza się do uśmiechu. – Jak to się nazywa?
Ngoh. – Wymawia to słowo starannie, dla cudzoziemca, i wręcza mu jeden okaz.
Anderson bierze owoc, marszcząc czoło.
– To coś nowego?
Kha. – Kobieta potwierdza, kiwnąwszy głową.
Anderson obraca owoc w dłoni, przyglądając mu się. Bardziej niż owoc przypomina morski ukwiał lub rozdymkę. Ze wszystkich stron sterczą łaskoczące go w dłoń szorstkie zielone macki. Skórka ma rdzawoczerwoną barwę rdzy pęcherzowej, ale w zapachu nie wyczuwa się ani śladu zepsucia. Mimo wyglądu, wydaje się zupełnie zdrowy.
Ngoh – powtarza chłopka, a potem, jakby czytając mu w myślach: – Nowy. Nie ma rdzy.
Anderson kiwa z roztargnieniem głową. Targ soi wokół kłębi się od mieszkańców Bangkoku na zakupach. Przejście wypełniają cuchnące pryzmy durianów i wiaderka z wodą, w których chlupocą ryby żmijogłowe i tajskie makrele. Nad nimi płachty polimeru z oleju palmowego obwisają od żaru zwrotnikowego słońca, rzucając na targ cienie ręcznie malowanych kliprów kompanii handlowych i twarze uwielbianej Małej Królowej. Przepycha się człowiek niosący wysoko nad głową kury o cynobrowych grzebieniach, trzepoczące i skrzeczące z oburzenia w drodze do rzeźni, a kobiety w jaskrawych pha sin targują się i uśmiechają do sprzedawców, zbijając ceny pirackiego ryżu U-Tex i nowych odmian pomidorów. Andersona nic z tego nie rusza.
Ngoh – powtarza jeszcze raz wieśniaczka, szukając kontaktu.
Długie włoski owocu łaskoczą go w dłoń, pobudzając do rozmyślań o jego pochodzeniu. Kolejny sukces tajskich genhakerów, po pomidorach, bakłażanach i papryczkach, od których uginają się sąsiednie stragany. Całkiem jakby zaczynały się spełniać proroctwa grahamickiej Biblii. Jakby święty Francis we własnej osobie kręcił się niespokojnie w grobie, przygotowując się do powtórnego przyjścia, objuczony ciężarem zatraconych w historii kalorii.
„I przybędzie w dźwięku trąb i powróci Eden...”.
Anderson obraca dziwny włochaty owoc w dłoni. Ani śladu smrodu cibiskozy. Ani jednej blizny od rdzy pęcherzowej, ani graffiti, jakie rysuje na skórce genhakowany ryjkowiec. Ma w głowie cały atlas kwiatów, owoców i warzyw świata, a jednak nie widzi żadnej wskazówki, która pomogłaby mu go rozpoznać.
Ngoh. Tajemnica.
Na migi pokazuje, że chciałby spróbować, i chłopka zabiera mu owoc. Brązowym kciukiem gładko oddziera włochatą skórkę, ukazując blady miąższ. Półprzejrzysty, żyłkowany, najbardziej kojarzy się z marynowanymi szalotkami serwowanymi w martini w klubach dla naukowców w Des Moines.
Oddaje mu go. Anderson wącha ostrożnie. Zaciąga się kwiatową słodyczą. Ngoh. Nie powinien istnieć. Wczoraj jeszcze nie istniał. Wczoraj nie sprzedawał ich ani jeden stragan w całym Bangkoku, a dzisiaj piętrzą się piramidkami wokół tej siedzącej na ziemi w cieniu plandeki niedomytej kobiety. Z jej szyi mruga do niego lśniący złoty amulet z męczennikiem Phra Seubem, talizman chroniący przed zsyłanymi przez firmy kaloryczne rolniczymi plagami.
Ubolewa, że nie może obserwować tego owocu w jego naturalnym środowisku, wiszącego na drzewie, albo kryjącego się pod liśćmi jakiegoś krzaka. Mając odrobinę więcej informacji, mógłby odgadnąć rodzaj i rodzinę, wpaść na jakiś trop genetycznej przeszłości, którą próbuje ekshumować Królestwo Tajlandii, nie ma jednak żadnych więcej wskazówek. Wsuwa do ust śliską, półprzejrzystą bryłkę ngoh.
Atak smaku, uderzenie cukru i płodności. Kwiatowa bomba oblepia mu język. Całkiem jakby wrócił na pola MegaPlonu w Iowa, kiedy dostał pierwszą w życiu, maleńką landrynkę od agronoma z Midwest Compact, będąc jeszcze tylko bosym chłopakiem ze wsi między łodygami kukurydzy. Ten wstrząsający atak smaku – prawdziwego smaku – po wypranym z niego całym życiu.
Z nieba leje się żar. Kupujący przepychają się i targują, ale jego nic nie rusza. Obraca ngoh w ustach, z zamkniętymi oczyma, smakując przeszłość, rozkoszując się czasami obfitującymi w takie owoce, zanim krajobraz spustoszyła cibiskoza i japoński genhakowany ryjkowiec, rdza pęcherzowa i świerzbopleśń.
Stapia się z rajem – pod słonecznym młotem, wśród stękających bawołów i krzyków umierających kur. Gdyby był grahamitą, padłby na kolana i w ekstazie dziękował za przedsmak powrotu Edenu.
Z uśmiechem wypluwa czarną pestkę na dłoń. Czytywał dzienniki botaników i odkrywców, kobiet i mężczyzn, którzy przemierzali najgłębsze ostępy dżungli w poszukiwaniu nowych gatunków – ich odkrycia nie dają się jednak porównać z tym jednym owocem.
Ponieważ ci wszyscy ludzie pragnęli odkryć. On zaś znalazł odrodzenie.
Wieśniaczka rozpromienia się, już pewna, że ma klienta.
Ao gee kilo kha? Ile?
– Zdrowe są? – pyta Anderson.
Kobieta wskazuje na rozłożone obok na kamieniach świadectwa Ministerstwa Środowiska, podkreślając palcem daty kontroli.
– Najnowsza odmiana – mówi. – Najlepszy gatunek.
Anderson przygląda się połyskującym pieczęciom. Najprawdopodobniej białe koszule przybiły je za łapówkę, nie przeprowadzając pełnej kontroli, która zapewniłaby, że produkty są odporne na rdzę pęcherzową ósmej generacji oraz cibiskozę 111.mut.7 i mut.8. Cynik w głębi duszy podpowiada, że właściwie to bez znaczenia. Misterne, lśniące w słońcu stemple nie mają rzeczywistej funkcji, są raczej talizmanami – pozwalają ludziom czuć się bezpiecznie w niebezpiecznym świecie. W istocie, jeśli cibiskoza wybuchnie znowu, zdadzą się na nic. To będzie nowa odmiana, wszystkie stare badania staną się bezwartościowe, a ludzie znów zaczną modlić się do amuletów Phra Seuba, podobizn króla Ramy XII, składać ofiary w świątyni Lak Mueang, a potem wszyscy wykaszlą płuca, obojętne ile pieczątek Ministerstwa Środowiska będzie przyozdabiało ich żywność.
Anderson chowa pestkę ngoh do kieszeni.
– Poproszę kilo. Albo nie, dwa. Song.
Podaje jej konopny worek. Nie chce mu się targować. Ile zażąda, to i tak za mało. Cuda są na wagę złota. Unikatowy gen dający odporność na kaloryczne epidemie albo pozwalający efektywniej wykorzystywać azot sprawia, że zyski rosną niebotycznie. Jeśli rozejrzy się teraz po targu, zobaczy tę prawdę na każdym straganie. W uliczce kłębią się Tajowie kupujący wszystko, od genhakowanych odmian ryżu U-Tex, po cynobrowe kury. Ale wszystko to stare wynalazki, oparte na osiągnięciach genetycznych AgriGenu, PurCala i Total Nutrient Holdings sprzed lat. Owoce dawnej nauki, wytworzone gdzieś w bebechach laboratoriów naukowych Midwest Compact.
A ngoh to co innego. Ngoh nie pochodzi ze Środkowego Zachodu. Królestwo Tajów jest sprytne, nie to co reszta. I kwitnie, a inne kraje, jak Indie, Birma i Wietnam, padają jak kostki domina, głodując i żebrząc u kalorycznych monopolistów o ich naukowe osiągnięcia.
Parę osób przystaje, żeby zerknąć na nabytki Andersona, ale rezygnuje, widząc cenę, która jemu wydała się niska.
Kobieta podaje mu ngoh, a Anderson omal nie wybucha śmiechem z rozkoszy. Ani jeden z tych kudłatych owoców nie powinien istnieć; równie dobrze mógłby nieść worek pełen trylobitów. Jeśli dobrze domyśla się jego pochodzenia, powrót ngoh z niebytu jest równie szokujący, jak byłby przechadzający się po Thanon Sukhumvit tyranozaur. Ale przecież to samo dotyczy wypełniających targ ziemniaków, pomidorów i papryczek, piętrzących się we wspaniałej obfitości, czy skrzynki innych dorodnych, niewidzianych od lat psiankowatych. W tym tonącym mieście chyba wszystko jest możliwe. Owoce i warzywa powstają z martwych, w alejach kwitną wymarłe kwiaty, a za tym wszystkim stoi Ministerstwo Środowiska, odprawiające czary nad niefunkcjonującym od pokoleń materiałem genetycznym.
Dźwigając worek pełen owoców, przeciska się z powrotem przez soi i wychodzi na szeroką aleję. Wita go kłębowisko ruchu, ludzie jadący do pracy przelewają się przez aleję Thanona Ramy IX jak wezbrany Mekong. Rowery, riksze rowerowe, niebieskoczarne bawoły i człapiące, ogromne megodonty.
Na widok Andersona Lao Gu wyłania się z cienia walącego się biurowca, starannie odłamując żarzący się koniuszek papierosa. Znowu te psiankowate. Są wszędzie. Nie ma ich nigdzie na świecie, a tu plenią się aż miło. Resztę Lao Gu wtyka do wystrzępionej kieszeni koszuli i truchta przed Andersonem do rikszy.
Stary Chińczyk wygląda jak strach na wróble, ubrany w łachmany, ale i tak mu się poszczęściło. Żyje, a większość jego rodaków zginęła. Ma pracę, a inni uchodźcy z Malezji tłoczą się jak hodowlane kurczaki w upalnych wieżowcach z czasów Ekspansji. Lao Gu ma na kościach żylaste mięśnie i dość pieniędzy, by pozwolić sobie na papierosy Singha. Według reszty żółtych kart, żyje sobie jak król.
Siada okrakiem na siodełku rikszy i cierpliwie czeka, aż Anderson wgramoli się na fotel pasażera.
– Do firmy – wydaje polecenie. – Bai khap. – Potem przechodzi na chiński: – Zou ba.
Staruszek staje na pedałach i włącza się do ruchu. Rowery dzwonią ze wszystkich stron, jak dzwonki odstraszające cibiskozę, zirytowane, że tamują ruch. Lao Gu nie zwraca na nie uwagi i lawiruje, wjeżdżając głębiej w potok pojazdów.
Anderson sięga po kolejnego ngoh, potem się powstrzymuje. Powinien je zachować. Są zbyt cenne, by się nimi opychać jak łakome dziecko. Tajowie wymyślili jakąś nową metodę na ekshumowanie przeszłości, a jemu wystarczy nasycić się dowodami rzeczowymi. Bębni palcami po owocach w worku, z trudem się pohamowując.
Żeby zająć się czymś innym, wygrzebuje paczkę papierosów i zapala jednego. Zaciąga się tytoniem, rozkoszując się żarem, wspominając zaskoczenie, gdy odkrył, jak świetnie prosperuje Królestwo Tajlandii, jak szeroko plenią się tutaj psiankowate. Paląc, myśli o Yatesie. O jego rozczarowaniu, kiedy siedzieli naprzeciw siebie, a między nimi na nowo tliła się wskrzeszona przeszłość.


* * *



– Psiankowate.
Zapałka Yatesa rozbłysła w półmroku biura SpringLife, oświetlając jego rumianą twarz, gdy przytykał ogień do papierosa i mocno się zaciągał. Zaskwierczał ryżowy papier. Koniuszek się rozżarzył, a Yates wypuścił dym, posyłając go pod sufit, gdzie w duchocie niczym w saunie posapywały nakręcane wiatraki.
– Bakłażany. Pomidory. Papryki. Ziemniaki. Tytoń oskrzydlony; nicotiana. – Uniósł papierosa i poruszył brwią. – Tytoń.
Zaciągnął się raz jeszcze, mrużąc oczy od żaru. Wokół w milczeniu stały zacienione biurka i pedałowe komputery. Wieczorem, po zamknięciu fabryki, można było w zasadzie pomyśleć, że te puste blaty znamionują coś innego niż klęskę. Może po prostu pracownicy poszli do domu, żeby wypocząć przed kolejnym dniem ciężkiej pracy? Kłam temu zadawały pokryte kurzem fotele i komputery – lecz w spowijającym meble cieniem półmroku, wśród prześlizgującego się przez mahoniowe okiennice światła księżyca, można było sobie wyobrażać co by było, gdyby.
Wysoko, nakręcane wentylatory dalej powoli się kręciły, laotańskie gumowe paski rytmicznie poskrzypywały, ciągnąc się po suficie, pobierając nieustanny strumyczek energii kinetycznej z centralnych sprężyn fabryki.
– Tajowie mieli w laboratoriach trochę szczęścia – powiedział Yates – no i proszę, zjawiasz się. Gdybym był przesądny, pomyślałbym, że wyczarowali ciebie razem z tymi pomidorami. Bo każdy organizm potrzebuje drapieżnika.
– Trzeba było zameldować, że robią takie postępy – odparł Anderson. – Nie tylko fabryką miałeś się zajmować.
Yates się skrzywił. Jego twarz stanowiła studium niszczącego działania tropików. Popękane naczynka splatały się na policzkach w różowe dopływy i zdobiły bulwę nosa. Wodniste niebieskie oczy zamrugały, mętne jak powietrze miasta, duszne od palonego obornika.
– Powinienem się domyślić, że wygryziesz mnie z mojej niszy.
– To nic osobistego.
– Nic, tylko moje dzieło życia. – Zaśmiał się, suchy terkot przypominający początki cibiskozy. Anderson uciekłby na ten dźwięk z pokoju, gdyby nie wiedział, że Yates, jak cały personel AgriGenu, jest uodporniony na wszystkie nowe odmiany.
– Poświęciłem wiele lat, żeby to zbudować – dodał – a ty mi mówisz, że to nic osobistego. – Machnął rką ku okienkom biura wychodzącym na halę fabryki. – Zrobiłem sprężyny wielkości pięści, w których mieści się gigadżul energii. Cztery razy większy stosunek energii do wagi niż w innych produktach na rynku. Mam tu rewolucję w przechowywaniu energii, która przez ciebie pójdzie do śmieci. – Nachylił się ku niemu. – Czegoś tak przenośnego nie ma od czasów benzyny.
– Tylko jeśli uda ci się je wyprodukować.
– Już jest blisko – upierał się Yates. – Tylko te kadzie z glonami. Tylko z nimi jest problem.
Anderson nie odezwał się. Yates chyba odebrał to jako zachętę.
– Sam pomysł jest bez zarzutu. Kiedy tylko kadzie zaczną produkować odpowiednią ilość...
– Powinieneś nas powiadomić, jak tylko pierwszy raz zobaczyłeś psiankowate na rynku. Tajom udaje się uprawa ziemniaków od co najmniej pięciu sezonów. Ewidentnie mają gdzieś bank nasion, a my od ciebie nic nie wiemy.
– Nie moja działka. Ja się zajmuję magazynowaniem energii. Nie hodowlą roślin.
Anderson prychnął.
– A jak zbiory się nie udadzą, to skąd weźmiesz kalorie do nakręcania twoich bajeranckich sprężyn? Rdza pęcherzowa mutuje teraz co trzy sezony. Chałupniczy genhakerzy łamią nasze projekty pszenicy TotalNutrient i SoyPro. Najnowsza odmiana kukurydzy MegaPlon daje radę ryjkowcom tylko w sześćdziesięciu procentach, a my tu słyszymy, że ty siedzisz na genetycznej kopalni złota. Ludzie głodują...
Yates się zaśmiał.
– Nie gadaj mi tu o ratowaniu życia. Widziałem, co się stało z bankiem nasion w Finlandii.
– Nie my wysadziliśmy skarbce. Nikt nie miał pojęcia, że Finowie to tacy fanatycy.
– Każdy głupi by to przewidział. Firmy kaloryczne mają taką reputację, jaką mają.
– To nie była moja operacja.
Yates znów parsknął śmiechem.
– Tak się zawsze można wytłumaczyć, nie? Firma gdzieś wkracza, a my stoimy z boku i umywamy ręce. Udajemy, że to nie my byliśmy odpowiedzialni. Firma wycofuje SoyPro z birmańskiego rynku, a my stoimy sobie z boku, mówimy, że kontrowersje wokół własności intelektualnej to nie nasza działka. Ale ludzie głodują i tak. – Zaciągnął się dymem z papierosa. – Naprawdę nie wiem, jak ktoś taki jak ty może spać spokojnie.
– Nic trudnego. Odmawiam paciorek do Noego i świętego Francisa i dziękuję Bogu, że ciągle jesteśmy jeden krok przed rdzą pęcherzową.
– Czyli to koniec? Zamykasz fabrykę?
– Nie. Oczywiście, że nie. Produkcja sprężyn będzie trwać dalej.
– O? – Yates nachylił się ku niemu, pełen nadziei.
Anderson wzruszył ramionami.
– Przykrywka się przyda.


* * *



Żar papierosa dociera do palców Andersona, który upuszcza go między pojazdy. Pociera sparzony kciuk i palec wskazujący, a Lao Gu pedałuje przez zakorkowane ulice. Bangkok, Miasto Bóstw, przesuwa się w tył.
Mnisi w szafranowych szatach przechadzają się chodnikami w cieniu czarnych parasoli. Dzieci biegają grupkami, rojąc się i rozpraszając, śmiejąc i pokrzykując do siebie w drodze do klasztornych szkół. Uliczni sprzedawcy wyciągają ramiona obwieszone wiankami z aksamitków, do składania w świątyniach, i unoszą błyszczące amulety z czcigodnymi mnichami, chroniące przed wszystkim, od bezpłodności po świerzbopleśń. Stragany na kółkach dymią i syczą, pachną smażonym olejem i fermentowaną rybą, a między kostkami nóg ich klientów migocą i nikną kształty cheshire’ów, pomiaukujące i czekające na resztki.
Nad głowami majaczą wysokościowce z czasów Ekspansji, obrośnięte pnączami i pleśnią – okna dawno powybijane, wielkie kości obrane do czysta. Pozbawione klimatyzacji i wind nie nadają się do mieszkania, więc stoją i kiszą się w słońcu. Z ich porów sączy się nielegalny dym z palonego obornika, znacząc miejsca, gdzie malajscy uchodźcy pośpiesznie pieką ćapati i gotują kopi, zanim na górę wtargną białe koszule i spuszczą im lanie za naruszanie przepisów.
Pośrodku jezdni leżą twarzą do ziemi uchodźcy z północy, z wojny o węgiel, z rękoma wyciągniętymi do góry, w uprzedzająco grzecznej pozycji żebraka. Mijają ich riksze, rowery i zaprzężone w megodonty wozy, rozstępując się jak rzeka wokół kamieni. Na nosach i ustach żebraków wyrastają kalafiorowate narośle fa’ gan. Zęby mają czarne od betelu. Anderson sięga do kieszeni i rzuca im drobne pod stopy, nieznacznym skinieniem głowy odpowiadając na dziękczynne wai, i pełznie dalej.
Krótką chwilę później ukazują się bielone ściany i uliczki cudzoziemskiej dzielnicy przemysłowej. Magazyny i fabryki stłoczone jedna przy drugiej, razem z zapachem soli i gnijących ryb. Wzdłuż uliczki rozkładają się handlarze, pod daszkami z brezentu i koców dla ochrony przed słońcem, które wali jak młotem. Tuż za nimi majaczy system zapór i śluz – to wały króla Ramy XII, powstrzymujące ciężar błękitnego oceanu.
Trudno nie być nieustająco świadomym tych wysokich wałów i ciśnienia znajdującej się za nimi wody. Trudno nie myśleć, że Miasto Bóstw to jedna wisząca na włosku katastrofa. Lecz Tajowie są uparci i wymyślili sposób, by uchronić ich szacowne Krung Thep przed zatopieniem. Napędzane węglem pompy, przymusowe roboty na wałach i głęboka wiara w wizjonerskie przywództwo dynastii Chakri jak dotąd pozwalają im opanować żywioł, który pochłonął Nowy Jork i Rangun, Mumbai i Nowy Orlean.
Lao Gu wciska się w zaułek, niecierpliwie brzęcząc dzwonkiem na tamujących ruch kulisów. Na śniadych grzbietach kołyszą się zrobione z WeatherAll skrzynie. Logotypy sprężyn skrętnych produkowanych przez Chińczyków z Chaozhou, antybakteryjnych chwytów kierownicy Matsushita i ceramicznych filtrów do wody Bo Lok bujają się tam i z powrotem w hipnotycznym, człapiącym rytmie.
Fabryka SpringLife unosi się nad tą ciżbą, jak wysoka twierdza zwieńczona wielkimi wentylatorami, kręcącymi się powoli w wylotach na najwyższym piętrze. Po drugiej stronie soi stoi jej lustrzane odbicie – fabryka rowerów Chińczyków z Chaozhou, a pomiędzy nimi kłębią się narosłe jak pąkle stragany na kółkach, jakie zawsze tamują wszystkie wejścia do fabryk, sprzedając ich pracownikom przekąski i posiłki.
Lao Gu hamuje na dziedzińcu zakładu i wysadza Andersona przed wejściem na halę. Anderson gramoli się z rikszy, chwyta worek ngoh i przez chwilę stoi, patrząc na ośmiometrowe wrota do wpuszczania megodontów. Nazwę tej fabryki powinno się zmienić na „Kaprys Yatesa”. Straszny był z niego optymista. Anderson wciąż go słyszy, jak zachwala zalety genhakowanych glonów, jak protestuje, wygrzebując z szuflad biurka wykresy i zabazgrane kartki.
„Nie możesz z góry osądzać mojej pracy tylko dlatego, że projekt Dar Oceanu się nie udał. Produkty tych glonów, starannie obrobione, dają wykładniczy wzrost pojemności energetycznej. Zapomnijmy o ich potencjale kalorycznym. Skupmy się na zastosowaniach w przemyśle. Jeśli tylko dasz mi trochę czasu, przyniosę ci na tacy cały rynek magazynowania energii. A przynajmniej, zanim podejmiesz decyzję, wypróbuj jedną z pokazowych sprężyn...”.
Gdy wchodzi na halę, ogarnia go huk maszyn, tłumiąc ostatni rozpaczliwy okrzyk optymizmu Yatesa.
Megodonty stękają, napierając na kieraty, olbrzymie głowy nisko spuszczone, chwytne trąby wloką się po ziemi, gdy zataczają powolne koła wokół osi. Te genhakowane zwierzęta to żywe serce systemu napędowego fabryki, zapewniające energię dla linii taśm, wentylatorów i linii wytwórczych. Gdy ciągną naprzód, ich uprzęże rytmicznie poszczękują. Związkowi poganiacze w czerwieni i złocie chodzą obok swoich podopiecznych, pokrzykują na zwierzęta, od czasu do czasu smagają bambusowymi witkami, zachęcają pochodzące od słoni potwory do większego wysiłku.
Po drugiej stronie hali linia produkcyjna wydziela sprężyny skrętne w nowiutkich obudowach i wysyła je do Działu Kontroli Jakości, a stamtąd do Pakowni, gdzie są ustawiane na paletach w oczekiwaniu na jakiś teoretyczny moment, gdy będą gotowe do wyeksportowania. Na widok Andersona robotnicy przerywają pracę i pozdrawiają go wai, składając dłonie i unosząc je do czoła, falą wyrazów szacunku rozchodzącą się wzdłuż linii.
Banyat, szef Kontroli Jakości, podbiega z uśmiechem. Składa dłonie w wai.
Anderson odpowiada zdawkowym wai.
– Jak tam jakość?
Banyat się uśmiecha.
De khap. Dobrze. Świetnie. Proszę spojrzeć. – Daje znak, a Num, kierownik zmiany, uderza w dzwon sygnalizujący zatrzymanie linii. Zaprasza Andersona, by poszedł za nim. – Ciekawa rzecz. Będzie pan zadowolony.
Anderson rzuca mu wąski uśmiech, ma wątpliwości, czy cokolwiek od Banyata może go naprawdę ucieszyć. Wyciąga z worka ngoh i podaje kontrolerowi.
– Jakieś postępy? Naprawdę?
Banyat kiwa głową, biorąc owoc. Zerka na niego od niechcenia, obiera. Wyłuskuje półprzejrzysty miąższ do ust. Nie okazuje zdziwienia. W ogóle nie reaguje. Po prostu bez namysłu zjada to cholerstwo. Anderson się krzywi. Farangowie o wszystkich zmianach w tym kraju dowiadują się ostatni – fakt, który lubi podkreślać Hock Seng, gdy jego paranoiczny umysł zaczyna podejrzewać, że Anderson zamierza go zwolnić. Hock Seng pewnie też już zna ten owoc, albo przynajmniej będzie tak twierdził, jeśli go zapyta.
Banyat rzuca łupinę do koryta do karmienia megodontów i prowadzi Andersona wzdłuż linii.
– Rozwiązaliśmy problem z linią cięcia – mówi.
Num znów wali w dzwon, robotnicy odchodzą od stanowisk. Na trzecie uderzenie związkowi mahuci poklepują swoje zwierzęta bambusowymi witkami. Megodonty stają, powłócząc nogami. Linia zwalnia. Na drugim końcu hali przemysłowe sprężyny bębnowe tykają i pojękują, gdy wlewa się do nich energia z kół zamachowych – energia, która ponownie uruchomi linię, kiedy Anderson zakończy inspekcję.
Kontroler prowadzi Andersona wzdłuż milczącej linii, mijając kolejnych czyniących wai robotników w zielono-białych mundurach, i odgarnia zasłonę z tworzywa z oleju palmowego wiszącą w wejściu na halę obróbki końcowej. Tutaj, ze wspaniałym zapamiętaniem rozpyla się w powietrzu wynalazek Yatesa, pokrywając sprężyny osadem genetycznego szczęśliwego trafu. Kobiety i dzieci w maskach z potrójnym filtrem unoszą wzrok i zdzierają osłony z twarzy, by pokłonić się swojemu chlebodawcy w głębokim wai. Twarze mają pokryte potem i jasnym pyłem. Ciemna pozostaje tylko osłaniana filtrem skóra wokół ust i nosa.
Razem z Banyatem idą na drugą stronę, w żar linii cięcia. Tu płoną energią lampy grzejne, a powietrze jest gęste od zgnilizny rozmnażających się glonów. Nad ich głowami wiszą, sięgając sufitu, umazane pasmami genhakowanych glonów ramy z sitami do suszenia. Kapią, schną i czernieją na pastę od ciepła. Spoceni robotnicy są rozebrani niemal do naga – mają tylko szorty, podkoszulki i kaski na głowach. Istny piec, mimo wirujących nakręcanych wentylatorów i wydajnego systemu wietrzenia. Pot spływa po karku Andersona. Koszula przemaka mu w jednej chwili.
Banyat coś pokazuje.
– Tutaj, pan zobaczy. – Przesuwa palcem po leżącym obok linii nożu tnącym.
Anderson klęka, by przyjrzeć się powierzchni.
– Rdza – mruczy Banyat.
– Myślałem, że mamy to pod kontrolą?
– Woda morska. – Banyat się uśmiecha. – Ocean niedaleko.
Anderson krzywi się, patrząc na wiszące sita z suszącymi się glonami.
– A zbiorniki z glonami i suszarnie też nie pomagają. Co za bałwan wymyślił, że można do tego wykorzystać ciepło odpadowe. Gówno, a nie oszczędność energii.
Banyat posyła mu kolejny zakłopotany uśmiech, ale się nie odzywa.
– Czyli wymieniliście narzędzia do cięcia?
– Mamy teraz siedemdziesiąt pięć procent braków.
– Aż tak się poprawiło? – Anderson zdawkowo kiwa głową. Macha na narzędziowego, a ten krzyczy przez całą wykańczalnię do Nema.
Ostrzegawcze dzwony rozbrzmiewają raz jeszcze, do obwodu wpada prąd, rozpalają się prasy i lampy grzejne. Anderson kuli się, gdy nagle wzrasta temperatura. Płonące lampy i prasy oznaczają podatek węglowy w wysokości piętnastu tysięcy bahtów za każdym razem, gdy się zapalą – fragment należącego do Królestwa wycinka globalnego budżetu węglowego. Firma SpringLife szczodrze płaci za możliwość wykorzystania go. Yates wykorzystał system w niezwykle pomysłowy sposób, umożliwiając fabryce korzystanie z tajskiego limitu węglowego, lecz wydatki na niezbędne łapówki i tak są niebotyczne.
Rozpędza się główne koło zamachowe, fabryka dygocze, gdy ruszają podziemne tryby. Deski podłogi wibrują. Energia kinetyczna pędzi przez cały mechanizm jak adrenalina, mrowiący zwiastun fali energetycznej, jaka zaraz przeleje się na linię produkcyjną. Megodont protestuje wrzaskiem i jest uciszany uderzeniami bata. Jęk kół zamachowych wzmaga się do wycia, a potem ustaje – dżule pędzą przez przekładnie.
Dzwon kierownika zmiany rozbrzmiewa jeszcze raz. Pracownicy podchodzą do maszyn, ustawiają narzędzia tnące. Wytwarzają tu dwugigadżulowe sprężyny – ponieważ są mniejsze, wymagają przy obróbce dodatkowej uwagi. W dole linii zaczyna się proces zwijania, a prasa tnąca ze świeżo naprawionymi precyzyjnymi ostrzami z sykiem unosi się w powietrze na hydraulicznych podnośnikach.
Khun, proszę. – Banyat gestem kieruje Andersona za ochronną kratę.
Dzwon Numa rozbrzmiewa po raz ostatni. Linia wchodzi na bieg. Gdy system się zasprzęgla, Anderson czuje krótkie szarpnięcie. Pracownicy kulą się za osłonami. Włos sprężyny wypada z sykiem spomiędzy kołnierzy ustalających i wije się przez ciąg podgrzewanych rolek. Potem na rdzawy włos tryska cuchnący odczynnik, natłuszczając go śliską warstwą, która będzie w stanie przyjąć równą warstwę proszku z Yatesowych glonów.
Prasa spada. Andersona aż bolą zęby od wstrząsu. Włos sprężyny pęka czysto, a odcięty kawałek biegnie przez kurtyny na obróbkę końcową. Trzydzieści sekund potem wraca, bladoszary i obsypany glonowym proszkiem. Wije się przez kolejny ciąg podgrzewanych rolek, a potem zostaje zmuszony torturami do przybrana ostatecznego kształtu, skręcania się w coraz ciaśniejszą i ciaśniejszą spiralę, w miarę napinania sprężyny pracując wbrew całej swojej molekularnej strukturze. Narasta ogłuszający wizg torturowanego metalu. Na napinaną sprężynę tryskają z osłony smary i glonowy proszek, ochlapując robotników i sprzęt, a potem nakręcona sprężyna jest stąd zabierana. Włoży się ją do obudowy i wyśle na kontrolę jakości.
Żółta dioda mruga, że można wyjść. Robotnicy wyskakują z klatek, by podnieść prasę, gdy z hartowni wypada z sykiem kolejny strumień rdzawego metalu. Szczękają kręcące się na pusto rolki. Zatrzymane dysze smarowania rozpylają w powietrzu drobną mgiełkę, czyszcząc się automatycznie przed kolejnym przebiegiem. Robotnicy kończą ustawiać prasy i znowu kulą się za osłonami. Jeśli coś zawiedzie, włos sprężyny będzie miotającym się chaotycznie po hali ostrzem o ogromnej sile. Anderson widywał już skutki takich awarii: głowy rozpłatane jak miękkie mango, odcięte kończyny i bryzgi krwi jak obrazy Pollocka...
Prasa uderza ponownie, obcinając kolejną sprężynę, jedną z czterdziestu na godzinę, mającą teraz podobno tylko siedemdziesiąt pięć procent szans na wylądowanie na złomowisku nadzorowanym przez Ministerstwo Środowiska. Wydają miliony na produkcję złomu, którego utylizacja będzie kosztować kolejne miliony – obosieczny miecz, który tnie i tnie. Yates coś tu spieprzył, przypadkiem, albo w ramach celowego sabotażu, a uświadomienie sobie złożoności tego problemu zajęło ponad rok – zbadanie kadzi z glonami, produkujących rewolucyjne pokrycia dla sprężyn, poprawienie kukurydzianych żywic smarujących wały, przekładnie i sprzęgła, zmiany w kontroli jakości i ustalenie, jak wilgotność, przez cały rok wahająca się w okolicach stu procent, wpływa na proces wymyślony w o wiele suchszym klimacie.
Do hali wpada kłąb jasnego pyłu – to robotnik przeciska się przez folie z hali wykańczalni. Jego śniadą twarz pokrywa mieszanka brudu i rozpylonego oleju palmowego. Kołyszące się kurtyny ukazują przez moment jego kolegów, spowitych w chmury jasnego pyłu, jak cienie w śnieżnej zamieci: pokrywają włos sprężyny proszkiem, który zapobiegnie zakleszczeniu pod dużym naprężeniem. Cały ten pot, tyle kalorii, tyle wypalonego przydziału węglowego – wszystko po to, żeby Anderson miał wiarygodną przykrywkę, kiedy rozpracowuje tajemnice psiankowatych i ngoh.
Racjonalna firma zamknęłaby tę fabrykę. Zrobiłby to nawet Anderson, mimo swego umiarkowanego pojęcia o procesach niezbędnych w produkcji sprężyn skrętnych następnej generacji. Lecz jego robotnicy, związki, białe koszule i wszyscy nadstawiający ucha Tajowie muszą wierzyć, że jest ambitnym przedsiębiorcą, więc fabryka musi działać, i to pełną parą.
Anderson ściska dłoń Banyata i gratuluje mu dobrej roboty.
Właściwie to szkoda. Jest potencjał do odniesienia sukcesu. Kiedy widzi, że któraś ze sprężyn Yatesa naprawdę działa, aż zapiera mu dech. Yates był wariatem, ale nie był głupi. Anderson widział, jak z maleńkich obudów sprężyn ciekną dżule, tykając z zadowoleniem całymi godzinami, gdy inne sprężyny nie pomieściłyby jednej czwartej tej energii przy dwa razy większej masie, albo w ogóle zmieniły się pod ogromnym naprężeniem w jedną molekularną plątaninę. Czasem niemal zachwyca się marzeniami tego człowieka.
Bierze głęboki wdech i przeciska się z powrotem do wykańczalni. Wychodzi po drugiej stronie, w chmurze glonowego proszku i dymu. Nabiera powietrza cuchnącego rozdeptanymi odchodami megodontów i wchodzi po schodach do biura. Za plecami jeden z megodontów znów się drze, jakby był maltretowany. Anderson odwraca się, zerka na halę i zapamiętuje, który to poganiacz. Kierat numer cztery. Kolejny problem na długiej liście, jaką stanowi SpringLife. Otwiera drzwi do biura administracji.
Pomieszczenia w środku wyglądają prawie tak samo jak wtedy, gdy pierwszy raz je zobaczył. Ciągle ciemne, otchłanne i puste, ze stojącymi milcząco w cieniu biurkami i pedałowymi komputerami. Cienkie ostrza słońca przeciskają się między listewkami tekowych okiennic, oświetlając dymiące ofiary dla jakichś bogów, którzy nie zdołali uratować chińskiego klanu Tan Hock Senga w Malezji. Pokój wypełnia duszący zapach sandałowego kadzidełka, a kolejne jedwabiste smużki unoszą się nad kapliczką w rogu, gdzie uśmiechnięte złote posążki kucają wokół talerzyków z ryżem U-Tex i lepkimi, upstrzonymi muchami mango.
Hock Seng już siedzi za komputerem. Koścista noga równomiernie pedałuje, zasilając mikroprocesory i podświetlenie dwunastocalowego ekraniku. W jego szarym blasku Anderson dostrzega mrugnięcie oczu Hock Senga, wzdrygnięcie człowieka, który w każdym otwarciu drzwi widzi zapowiedź krwawej jatki. To drgnienie jest równie halucynacyjne jak zniknięcie cheshire’a – w jednej chwili jest, w drugiej go nie ma, a ty masz wątpliwości – lecz Anderson zna uchodźców z żółtymi kartami na tyle dobrze, by rozpoznać ten stłumiony lęk. Zamyka drzwi, uciszając łoskot maszyn; staruszek się uspokaja.
Anderson pokasłuje i rozpędza dłonią dym z kadzideł.
– Chyba ci mówiłem, że masz przestać to palić.
Hock Seng wzrusza ramionami, lecz nie przestaje pedałować i pisać.
– Mam otworzyć okna? – Jego szept brzmi jak drapanie bambusem po piasku.
– Jezus, nie. – Anderson krzywi się na samą myśl o tropikalnym skwarze za okiennicami. – Po prostu pal to sobie w domu. Tu ma tego nie być. W ogóle.
– Tak. Oczywiście.
– Mówię poważnie.
Oczy Hock Senga zerkają nań przez moment, zanim powrócą do ekranu. Wystające kości policzkowe i zapadnięte oczodoły odcinają się ostrą płaskorzeźbą w świetle monitora. Pajęcze palce wciąż stukają w klawisze.
– To na szczęście – mruczy. Potem następuje chrapliwy chichot. – Nawet cudzoziemskie diabły potrzebują szczęścia. Przy tylu problemach z fabryką może przydałaby się panu pomoc Budai.
– Nie tutaj. – Anderson rzuca na biurko świeżo kupione ngoh i rozwala się w fotelu. – Pal je sobie w domu.
Hock Seng nieznacznie pochyla głowę, potwierdzając. Nad ich głowami leniwie kręcą się rzędy nakręcanych wiatraków, posapując skrzydłami w duchocie biura. Siedzą tu we dwójkę jak rozbitkowie, otoczeni mapą wielkiego zamysłu Yatesa. Szeregi pustych biurek i komputerów stoją w milczeniu, obliczone na sprzedawców, specjalistów od logistyki, kadrowych i sekretarki.
Anderson przebiera w ngoh. Pokazuje Hock Sengowi jedno ze swych zielonowłosych odkryć.
– Widziałeś już takie coś?
Hock Seng zerka.
– Tajowie mówią na to ngoh. – Wraca do pracy, pedałuje przez arkusze kalkulacyjne, które nigdy się nie zbilansują, i czerwone zapisy, których nigdy się nikomu nie zgłosi.
– Wiem, jak mówią na to Tajowie. – Anderson wstaje i podchodzi do biurka staruszka. Hock Seng kuli się, gdy Anderson kładzie mu ngoh obok komputera, patrzy na owoc jak na skorpiona. – Rolnicy na targu zdradzili mi, jak na to mówią. W Malezji też takie były?
– Ja... – Hock Seng zaczyna mówić i milknie. Wyraźnie stara się opanować, na twarzy migoczą mu rozmaite emocje. – Ja... – Raz jeszcze głos mu się załamuje.
Anderson obserwuje, jak strach rzeźbi wyraz twarzy Hock Senga. Z Incydentu uratował się niecały jeden procent malezyjskich Chińczyków. Hock Seng pod każdym względem jest szczęściarzem, ale Andersonowi jest go żal. Jedno proste pytanie, kawałek owocu, a staruszek już wygląda, jakby chciał uciec z fabryki.
Hock Seng gapi się na owoc, oddychając chrapliwie. W końcu mamrocze:
– W Malezji nie. Tylko Tajowie są tacy cwani w tych sprawach. – I znów pracuje, wbijając wzrok w mały ekranik, zamknąwszy wspomnienia na kłódkę.
Anderson czeka, czy wyjawi coś jeszcze, ale staruszek milczy. Tajemnica ngoh będzie musiała poczekać.
Wraca do swojego biurka i zaczyna grzebać w korespondencji. Przygotowane przez Hock Senga pokwitowania i dokumenty podatkowe leżą w jednym rogu blatu, domagając się uwagi. Zaczyna rozprawiać się z tym stosem, składając podpisy na wypłatach wynagrodzeń dla Związku Megodontów i stawiając pieczątki SpringLife na zleceniach utylizacji odpadów. Wachluje się koszulą w narastającym upale i wilgotności.
W końcu Hock Seng unosi wzrok.
– Banyat pana szukał.
Anderson kiwa głową, rozkojarzony formularzami.
– Znaleźli rdzę na prasie do cięcia. Wymiana ostrza zredukowała braki o pięć procent.
– Czyli udaje się dwadzieścia pięć procent?
Wzrusza ramionami, przerzuca kolejne kartki, przystawia stempel na rozliczeniu węglowym Ministerstwa Środowiska.
– Tak twierdzi. – Składa dokument i wsuwa go z powrotem do koperty.
– To nadal nie wychodzi na plus. Te pana sprężyny tylko się nakręcają i nic nie oddają. Trzymają te dżule i nie puszczają, jak Somdet Chaopraya Małą Królową.
Anderson robi rozgniewaną minę, ale nawet nie chce mu się bronić tej nierównej jakości.
– Czy Banyat mówił panu także o zbiornikach hodowlanych? – pyta Hock Seng. – Z glonami?
– Nie. Tylko o rdzy. A bo co?
– Są zanieczyszczone. Część glonów nie produkuje... tego... – Hock Seng waha się. – Tego osadu. Są nieproduktywne.
– Nic mi nie wspominał.
Kolejne drobne wahanie, a potem:
– Na pewno próbował.
– A jest bardzo źle? Mówił coś na ten temat?
Hock Seng wzrusza ramionami.
– Tylko tyle, że osad jest niezgodny ze specyfikacją.
Anderson się chmurzy.
– Zwolnię go. Nie potrzebuję kontrolera jakości, który nie potrafi przekazać mi złych wiadomości.
– Może nie zwrócił pan uwagi.
Anderson ma parę określeń na ludzi, którzy zaczynają temat, a potem jakoś im się rozmydla, lecz przerywa mu krzyk megodonta z dołu. Jest na tyle głośny, że dygoczą szyby w oknach. Przystaje, nasłuchuje kolejnego wrzasku.
– To z czwartego kieratu – mówi. – Ten mahut jest niekompetentny.
Hock Seng nawet nie odrywa wzroku od klawiatury.
– To Tajowie. Oni wszyscy są niekompetentni.
Anderson powstrzymuje śmiech na to stwierdzenie żółtej karty.
– Ale ten jest jeszcze gorszy. – Wraca do korespondencji. – Masz go wymienić. Kierat numer cztery. Pamiętaj.
Pedał Hock Senga gubi rytm.
– To będzie ciężka sprawa. Nawet Pan Łajna musi kłaniać się w pas Związkowi Megodontów. Kiedy ich nie ma, trzeba polegać na ludzkich dżulach. To nie za dobra pozycja przetargowa.
– Nie obchodzi mnie to. Mają go wywalić. Nie możemy sobie pozwolić na panikę. Znajdź jakiś kulturalny sposób, żeby się go pozbyć. – Przysuwa do siebie kolejny stos wypłat czekających na jego podpis.
Hock Seng próbuje jeszcze raz.
Khun, negocjacje ze związkiem to skomplikowana kwestia.
– Dlatego mam ciebie. To się nazywa delegowanie. – Anderson dalej kartkuje papiery.
– Tak, oczywiście. – Hock Seng patrzy nań oschle. – Dziękuję za lekcję zarządzania.
– Cały czas mi powtarzasz, że nie rozumiem tutejszej kultury – odpowiada Anderson. – To sam się tym zajmij. Pozbądź się go. Nie obchodzi mnie, czy będziesz kulturalny, czy wszyscy utracą twarz, ale znajdź sposób, żeby go wywalić. Gość stwarza niepotrzebne zagrożenie w systemie napędowym.
Hock Seng sznuruje usta, ale nie protestuje. Anderson postanawia założyć, że jego polecenia zostaną wysłuchane. Przegląda kolejny list z Ministerstwa Środowiska. Krzywi się. Potrzebna jest jeszcze jedna koncesja. Tylko Tajom chce się poświęcać tyle czasu, żeby łapówka wyglądała jak umowa na usługę. Są grzeczni, nawet gdy wyciskają cię do sucha. Albo kiedy jest problem ze zbiornikami na glony. Banyat...
Anderson kartkuje dokumenty na biurku.
– Hock Seng?
Starzec nie unosi wzroku.
– Zajmę się tym poganiaczem – mówi, nie przerywając pisania. – Załatwię to, choć będzie to pana kosztowało, kiedy znowu przyjdą targować się o premie.
– Miło słyszeć, ale nie o to pytałem. – Anderson stuka w blat biurka. – Mówiłeś, że Banyat narzeka na osad z glonów. Problem jest ze starymi kadziami czy nowymi?
– Ja... chyba nie powiedział.
– Czy ty mi aby nie mówiłeś, że nowy sprzęt ma przyjść z lądowiska w tamtym tygodniu? Nowe kadzie, nowe pożywki?
Klepanie w klawiaturę na moment traci rytm. Anderson udaje niezrozumienie, ponownie wertując papiery, już wiedząc, że nie ma w nich faktur i dokumentów kwarantanny.
– Gdzieś tu powinna być lista. Jestem pewien, że mi mówiłeś, że zaraz będą. – Unosi głowę. – Im bardziej się zastanawiam, tym jestem pewniejszy, że nie powinienem już słyszeć o żadnych problemach z zanieczyszczeniami. Nie przy tym nowym sprzęcie, jeśli wyszedł z cła i został zainstalowany.
Hock Seng nie odpowiada. Pisze zapamiętale, jakby nie usłyszał.
– Hock Seng? Nie zapomniałeś czasem mi o czymś powiedzieć?
Wzrok Chińczyka pozostaje utkwiony w szarym blasku monitora. Anderson czeka. Ciszę wypełnia rytmiczne poskrzypywanie wiatraków i szczękanie zapadki pedału komputera Hock Senga.
– Nie ma dokumentu przyjęcia – odzywa się w końcu stary człowiek. – Dostawa wciąż leży na cle.
– Miała wyjść w zeszłym tygodniu.
– Są opóźnienia.
– Mówiłeś, że nie będzie żadnego problemu – mówi Anderson. – Byłeś pewien. Powiedziałeś, że załatwiasz to z Urzędem Celnym osobiście. Dałem ci dodatkową kasę, żeby wszystko poszło gładko.
– Tajowie liczą czas na swój sposób. Może to nastąpi dziś po południu. A może jutro. – Hock Seng robi minę przypominającą uśmiech. – To nie Chińczycy. Są leniwi.
– A ty w ogóle zapłaciłeś te łapówki? Ministerstwo Handlu miało dostać działkę, żeby ją przekazać ich ulubionemu inspektorowi z białych koszul.
– Zapłaciłem.
– Wystarczająco dużo?
Hock Seng unosi głowę, mruży oczy.
– Zapłaciłem.
– Nie schowałeś czasem połowy do własnej kieszeni?
Hock Seng chichocze nerwowo.
– Oczywiście, że zapłaciłem całość.
Anderson chwilę dłużej przypatruje się żółtej karcie, próbując ocenić jego uczciwość, w końcu jednak poddaje się i ciska papierami. Właściwie sam nie rozumie, czemu to go tak rusza, ale denerwuje się, że stary sądzi, że tak łatwo będzie w stanie go oszukać. Ponownie zerka na worek ngoh. A może Hock Seng po prostu wyczuwa, jak drugorzędna jest ta fabryka... Odpycha tę myśl i znów przypiera go do muru.
– Czyli jutro?
Hock Seng pochyla głowę.
– To chyba najbardziej prawdopodobne.
– Niezmiernie mnie to cieszy.
Hock Seng nie reaguje na sarkazm. Anderson zastanawia się, czy jest przetłumaczalny. Ten człowiek mówi po angielsku z niezwykłą łatwością, ale od czasu do czasu natykają się na jakiś językowy impas, zakorzeniony bardziej w kulturze niż słownictwie.
Wraca do papierów. Tu formularze podatkowe. Tam wypłaty wynagrodzeń. Robotnicy kosztują dwa razy więcej niż powinni. To kolejny problem z interesami w Królestwie. Do tajskich prac – tylko Tajowie. Na ulicach głodują uchodźcy z Malezji z żółtymi kartami, ale nie wolno ich zatrudnić. Zgodnie z prawem, Hock Seng powinien stać w kolejce po pracę, głodny jak wszyscy inni ocaleli z Incydentu. Gdyby nie jego specjalistyczne umiejętności językowe, księgowe oraz pobłażliwość Yatesa, dalej cierpiałby głód.
Zatrzymuje się nad nową kopertą. Jest zaadresowana osobiście do niego, ale zgodnie ze zwyczajem pieczęć jest złamana. Hock Seng ma kłopoty z respektowaniem tajemnicy korespondencji. Omawiali ten problem wiele razy, ale staremu ciągle zdarza się „mylić”.
W środku jest mały kartonik z zaproszeniem. Raleigh proponuje spotkanie.
Anderson z namysłem postukuje kartą o blat. Raleigh. Wyrzucony na brzeg rozbitek z czasów dawnej Ekspansji. Kawałek deski, który osiadł tu podczas przypływu, w czasach, kiedy ropa była tania, a kobiety i mężczyźni okrążali glob w godziny, nie w tygodnie.
Gdy ostatnie jumbo jety wystartowały z zalanych pasów startowych lotniska Suvarnabhumi, Raleigh stał po kolana w podnoszącej się morskiej wodzie i patrzył, jak odlatują. Zaszył się gdzieś ze swoimi dziewczynami, przeżył je wszystkie, załatwił sobie nowe, plotąc sobie życie z trawy cytrynowej, bahtów i najprzedniejszego opium. Jeśli wierzyć jego opowieściom, przetrwał zamachy i kontrzamachy, epidemie kaloryczne i głód. Dzisiaj, jak pokryta wątrobianymi plamami ropucha, zaszywa się w swoim „klubie” Ploenchit, z uśmiechem samozadowolenia nauczając nowo przybyłych cudzoziemców zapomnianych sztuk przedupadkowej rozpusty.
Anderson ciska kartę na blat. Jakiekolwiek stary ma intencje, zaproszenie jest wystarczająco niewinne. Raleigh nie przeżyłby tyle czasu w Królestwie, nie wykształcając w sobie pewnej paranoi. Uśmiecha się nieznacznie, zerkając na Hock Senga. Ci dwaj świetnie by do siebie pasowali: dwie wykorzenione dusze, daleko od ojczyzny, a każda z nich przetrwała dzięki sprytowi i paranoi...
– Jeśli pan nic nie robi, tylko przygląda się, jak pracuję – mówi Hock Seng – to Związek Megodontów domaga się renegocjacji stawek.
Anderson patrzy na piętrzące się na biurku faktury.
– Wątpię, żeby byli aż tak grzeczni.
Pióro Hock Senga przystaje.
– Tajowie zawsze są grzeczni. Nawet kiedy grożą.
Rzuca Hock Sengowi znaczące spojrzenie.
– No to chyba masz w ręku kartę przetargową, żeby pozbyć się tego poganiacza z czwórki. Cholera, może ja w ogóle nic im nie zapłacę, dopóki nie zabiorą tego palanta?
– Związek jest potężny.
Fabryką wstrząsa kolejny ryk, Anderson aż się kuli.
– I durny! – Zerka ku oknom obserwacyjnym. – Co oni mu, do cholery, robią? – Kiwa na Hock Senga. – Idź, sprawdź.
Hock Seng ma taką minę, jakby chciał się sprzeczać, ale Anderson wbija weń wzrok. Staruszek wstaje.
Ogłuszające trąbienie uniemożliwia mu głośne narzekanie. Z okien o mało co nie wylatują szyby.
– Co się, kur...
Kolejne jękliwe trąbienie trzęsie budynkiem, potem słychać mechaniczny pisk: to zacina się główny wał. Anderson zrywa się z fotela i biegnie do okna, ale Hock Seng dobiega tam przed nim. Z rozdziawionymi ustami gapi się przez szybę.
Żółte oczy wielkości talerzy unoszą się na wysokość okien. Megodont stoi dęba, zataczając się. Cztery kły bestii zostały dla bezpieczeństwa spiłowane, ale to i tak potwór, cztery i pół metra w kłębie, dziesięć ton mięśni i wściekłości, stojących na tylnych łapach. Szarpie za łańcuchy przypinające go do kieratu. Trąba unosi się, odsłaniając otchłań paszczy. Anderson zatyka uszy dłońmi.
Wrzask megodonta dudni przez szyby. Ogłuszony Anderson pada na kolana.
– Jezu! – Dzwoni mu w uszach. – Gdzie jest ten mahut?
Hock Seng kręci głową. Nie wiadomo, czy usłyszał. Wszystkie dźwięki wydają się stłumione i odległe. Chińczyk kuśtyka ku drzwiom i otwiera je dokładnie w momencie, gdy megodont rzuca się na kierat numer 4. Wał pęka. Odłamki teku lecą we wszystkie stron. Anderson uchyla się przed odłamkami, skóra pali go od ostrych jak igły drzazg.
W dole poganiacze gorączkowo rozpinają łańcuchy megodontów i odciągają je od rozszalałego zwierzęcia, zachęcając je okrzykami, narzucając swoją wolę słoniowatym stworzeniom. Megodonty potrząsają głowami i porykują w proteście, szarpią się, owładnięte instynktownym pragnieniem pomocy swemu kuzynowi. Pozostali tajscy robotnicy ratują się ucieczką na bezpieczną ulicę.
Rozwścieczony megodont przypuszcza kolejny atak na kierat, trzaskają szprychy. Mahut, który powinien go opanować, jest miazgą krwi i kości na podłodze.
Anderson chowa się z powrotem do biura. Lawiruje między pustymi biurkami, przeskakuje je, sunie po blatach, ląduje przed kasami pancernymi.
Kiedy wykręca szyfr, ślizgają mu się palce. Pot ścieka do oczu. 23 w prawo. 106 w lewo... Ręka przechodzi do kolejnej tarczy, modli się, żeby się nie pomylić, bo trzeba będzie zacząć od nowa. Z hali znów dobiega odgłos łamanego drewna i krzyki kogoś, kto podszedł zbyt blisko. Hock Seng podchodzi i zagląda mu przez łokieć.
Anderson go odgania.
– Powiedz ludziom, żeby uciekali. Ewakuuj wszystkich. Mają wyjść!
Hock Seng kiwa głową, ale wisi nad nim, gdy ten walczy z szyfrem.
Anderson wbija weń wzrok.
– No idź!
Hock Seng pochyla się w geście posłuszeństwa i pędzi do drzwi, coś wołając; jego głos tonie w krzykach uciekających robotników i trzaskającego twardego drewna. Anderson kręci ostatnią tarczą i szarpie drzwiami sejfu: papiery, pliki kolorowych banknotów, tajne dokumenty, pneumatyczna strzelba... pistolet sprężynowy.
Cały Yates.
Krzywi się. Wszędzie dziś pełno tego starego dziada, jakby jego phii siedział mu na ramieniu. Pompuje sprężynę pistoletu i wtyka go za pasek. Wyciąga strzelbę. Kiedy sprawdza, czy jest załadowana, za jego plecami niesie się echem kolejny wrzask. Przynajmniej na to się Yates przygotował. Staruch był naiwny, ale nie głupi. Anderson pompuje strzelbę i kieruje się ku drzwiom.
Krew z podłogi hali bryzga na wały napędowe i linie Kontroli Jakości. Trudno dojrzeć, kto zginął. Ale więcej niż tylko jeden mahut. W powietrzu wisi słodki odór ludzkich wnętrzności. Pasma flaków zdobią drogę megodonta wokół jego kieratu. Znów staje dęba, góra genetycznie zmodyfikowanych mięśni, zmaga się z ostatnim łańcuchem.
Anderson unosi strzelbę. Na skraju pola widzenia drugi megodont staje dęba, trąbiąc na znak współczucia. Mahuci tracą kontrolę. Wysiłkiem woli nie zwraca uwagi na szerzący się zamęt i przykłada oko do lunetki.
Celownik omiata rdzawy masyw pomarszczonej skóry. Potwór, powiększony przez szkła, jest tak wielki, że nie da się spudłować. Anderson ustawia przełącznik na ogień automatyczny, robi wydech i pozwala zbiornikowi z powietrzem działać.
Z lufy wyskakuje mgiełka strzałek. Wściekle pomarańczowe kropeczki zasypują skórę zwierzęcia, markując trafienia. Toksyny opracowane przez AgriGen na podstawie badań nad jadem os wsączają się w ciało, mierząc w ośrodkowy układ nerwowy.
Opuszcza broń. Bez lunetki ledwo dostrzega strzałki rozsiane po skórze megodonta. Za parę chwil padnie.
Potwór obraca się i wbija wzrok w Andersona. Oczy płoną plejstoceńską wściekłością. Anderson, wbrew sobie, czuje podziw dla bystrości zwierzaka. Całkiem jakby wiedział, co zrobił.
Megodont szarpie łańcuchy. Stalowe ogniwa pękają i z gwizdem sypią się po hali, wbijając się w linie taśmociągów. Pada uciekający robotnik. Anderson odrzuca bezużyteczną strzelbę i wyszarpuje sprężynowiec. To zabawka wobec dziesięciu ton rozjuszonego cielska, ale tylko tyle mu zostało. Krew napływa mu do głowy. Megodont szarżuje, Anderson strzela, szarpiąc za spust tak szybko, jak nadąża palec. Pistolet pluje bezsensownymi ostrymi dyskami.
Megodont podcina mu nogi trąbą. Chwytna kończyna owija się wokół nich jak pyton. Anderson próbuje chwycić się wycięcia zamka, wierzga nogami, chcąc się uwolnić. Trąba się zaciska. Krew zalewa mu głowę. Zastanawia się, czy potwór chce go po prostu zdusić, jak opitego krwią komara, ale potem zostaje ściągnięty z galerii. Rozpaczliwie usiłuje złapać się umykającej balustrady i nagle jest w powietrzu. Leci.
Triumfalne trąbienie megodonta niesie się echem, gdy Anderson płynie w powietrzu. Podłoga hali pędzi ku niemu. Wali o beton. Ogarnia go ciemność. Leż i umieraj. Walczy z utratą przytomności. Po prostu umrzyj. Usiłuje wstać, odtoczyć się, zrobić cokolwiek, ale nie może się ruszyć.
Pole widzenia wypełniają mu barwne kształty. Próbują się zlać. Megodont jest blisko. Czuje zapach jego oddechu.
Kolorowe plamy się zbiegają. Megodont góruje nad nim – rdzawa skóra i przedwieczna wściekłość. Unosi stopę, żeby zgnieść go na miazgę. Anderson przekręca się na bok, lecz nogi go nie słuchają. Nie może się nawet czołgać. Palce drapią o beton jak pająki na lodzie. Nie jest w stanie odpowiednio szybko uciec. Jezus, nie chcę tak zginąć. Nie tutaj. Nie w ten sposób... Jest niczym jaszczurka z przydeptanym ogonem. Nie może wstać, nie może uciec, zaraz zginie, miazga pod stopą przerośniętego słonia.
Megodont jęczy. Anderson ogląda się przez ramię. Bestia postawiła stopę z powrotem. Chwieje się jak pijana. Węszy trąbą, a potem znienacka załamują się jej tylne nogi. Siada na zadzie, w absurdalnej, psiej pozycji. Ma niemal zdumioną minę, narkotyczne zdziwienie, że ciało już jej nie słucha.
Powoli rozjeżdżają się przednie nogi, megodont z jękiem pada w słomę i gnój. Jego oczy opadają na poziom wzroku Andersona. Wpatrują się w niego, niemal ludzkie, mrugają zdezorientowane. Trąba znów sięga po niego, podrygując niezdarnie, kompletnie nieskoordynowany wąż z mięśni i odruchów. Dyszy rozdziawiona bezwładnie paszcza, ziejąc żarem jak z pieca. Trąba poszturchuje go. Kołysze. Nie daje rady chwycić.
Anderson powoli wyczołguje się z zasięgu megodonta. Podnosi się na kolana, potem zmusza się do wstania. Chwieje się, kręci mu się w głowie, wreszcie rozstawia stopy i staje prosto. Jedno żółte oko śledzi jego ruchy. Wściekłość przepadła. Mruga długorzęsa powieka. Ciekawe co sobie myśli. Czy czuje rozchodzące się po układzie nerwowym spustoszenie. Czy wie, że zaraz nastąpi koniec. A może po prostu czuje się zmęczony?
Kiedy tak nad nim stoi, prawie mu go żal. Cztery nierówne owale, gdzie kiedyś miał ciosy, to teraz brudne trzydziestocentymetrowe połacie kości ze śladami po niechlujnym cięciu. Na kolanach lśnią rany, wokół pyska ple-ni się świerzbopleśń. Z bliska, ze sparaliżowanymi mięśniami, z ciężko zapadającą się klatką piersiową, jest po prostu nieszczęsnym, zajeżdżonym stworzeniem. Ten potwór nigdy nie nadawał się do walki.
Megodont wypuszcza ostatnie tchnienie. Jego ciało wiotczeje.
Wokół Andersona kłębią się ludzie, coś krzyczą, poszturchują go, próbują ratować rannych i odnaleźć zabitych. Wszędzie są ludzie. Czerwono-złote związkowe mundury, zielone liberie SpringLife, mahuci wdrapujący się na olbrzymiego trupa.
Przez moment Anderson wyobraża sobie, że obok stoi Yates, pali psiankowate i napawa się katastrofą. „A mówiłeś, że za miesiąc wyjeżdżasz”. Później obok pojawia się Hock Seng, jego szept, czarno-migdałowe oczy i koścista ręka, która wyciąga się, dotyka jego szyi i powraca unurzana w czerwieni.
– Krew panu leci – mruczy.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2013-02-28 (778 odsłon)

[ Wróć ]
Content ©



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej