Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Strumienie srebra
 
Katalog - dodano
 Ziemia złych uroków. Tom I
- Jacek Kloss
 Lucyfer
- Jennifer L. Armentrout
 Heroina
- Mons Kallentoft
 Czarownica
- Małgorzata Lisińska
 Tropiciel
- Małgorzata Lisińska
 
- skomentowano
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Przypływy nocy'' - Steven Erikson




Rozdział pierwszy



Słuchajcie! Morza szepczą
i śnią o gruchotaniu prawd
między kruszonymi kamieniami

Hantallit z Górniczej Śluzy

Rok Późnego Mrozu
Jeden rok przed letheryjskim Siódmym Zamknięciem
Ascendencja Pustej Twierdzy


Oto więc jest opowieść. Pomiędzy szmerem pływów, gdy giganci uklękli i stali się górami. Gdy upadli rozproszeni na ziemię niczym balast zrzucony z nieba, ale nie potrafili się oprzeć nadejściu świtu. Pomiędzy szmerem pływów opowiemy o jednym z takich gigantów, ponieważ opowieść zawiera się w jego opowieści.
I ponieważ jest ciekawa.
Słuchajcie.

Gdy zapadła ciemność, zamknął oczy. Otwierał je tylko za dnia, rozumując w ten sposób: noc opiera się wzrokowi, a jeśli niewiele można zobaczyć, po co wpatrywać się w mrok?
Ujrzyjcie też to: dotarł do skraju lądu i odkrył morze. Zafascynowała go ta tajemnicza ciecz. Owego pamiętnego dnia fascynacja przerodziła się w obsesję. Widział fale uderzające o brzeg na całej jego długości. Ich bezustanny ruch zawsze groził pochłonięciem całego lądu, lecz jakoś nigdy do tego nie dochodziło. Przyglądał się im przez całe wietrzne popołudnie, był świadkiem tego, jak tłuką wściekle o pochyłą plażę. Niekiedy rzeczywiście udawało im się dotrzeć daleko w głąb lądu, ale potem zawsze następował niechętny odwrót.
Gdy nadeszła noc, zacisnął powieki i położył się spać. Postanowił, że jutro znowu popatrzy na to morze.
Gdy zapadła ciemność, zamknął oczy.
Nocą nadszedł przypływ, który zalał giganta. Zatopił go podczas snu. Zawarte w wodzie minerały wniknęły w jego ciało, upodabniając go do skały, sękatej wyniosłości górującej nad plażą. A potem, w jedną noc na tysiąclecia, przypływ nadchodził ponownie, by wypłukiwać jego postać. Kraść jego kształt.
Ale nie do końca. By zobaczyć go naprawdę, nawet w dzisiejszych czasach, trzeba patrzeć nocą. Albo zmrużyć mocno oczy w jasnym blasku słońca. Spoglądać z ukosa bądź też skupić wzrok na wszystkim oprócz samego kamienia.
Ze wszystkich darów, które Ojciec Cień przekazał swym dzieciom, ten ma największą wartość. Odwróć wzrok, żeby zobaczyć. Zaufaj tej radzie, a zaprowadzi cię ona do Cienia, gdzie kryją się wszystkie prawdy.
Odwróć wzrok, żeby zobaczyć.
A teraz odwróć wzrok.


* * *



Myszy rozpierzchły się, gdy na śnieg, któremu zmierzch przydał niebieskawej barwy, wpełzł głębszy cień. Uciekały w szalonej panice, ale los jednej z nich był już przesądzony. Pierzasta, zakończona szponami łapa opadła na zwierzątko, przebijając porośnięte futrem ciałko i miażdżąc maleńkie kosteczki.
Na skraju polany sowa sfrunęła bezgłośnie z gałęzi, sunąc nad ubitym śniegiem i rozsypanymi na nim nasionami. Łuk jej lotu, przerwany na chwilę atakiem na mysz, wzniósł się ku pobliskiemu drzewu. Tym razem towarzyszył temu ciężki łopot skrzydeł. Ptak wylądował na jednej nodze i po chwili rozpoczął ucztę.
Ten, kto wbiegł truchtem na polanę kilkanaście uderzeń serca później, nic już nie zauważył. Myszy uciekły, nie zostawiając na twardym śniegu żadnych śladów, a sowa zamarła w bezruchu w swej dziupli między gałęziami świerka, śledząc szeroko otwartymi oczyma biegnącego przez polanę intruza. Gdy ten już się oddalił, ptak znowu zaczął jeść.
Zmierzch należał do myśliwych, a sowa nie zakończyła jeszcze łowów.
Pędzący po krętej, pokrytej szronem ścieżce Trull Sengar zatopił się w myślach i nie patrzył na otaczający go las, w nietypowy dla siebie sposób ignorując wszystkie wskazówki i szczegóły, jakie można było w nim ujrzeć. Nie zatrzymał się nawet po to, by przebłagać ofiarą Sheltathę Lore, Córkę Zmierzch, najbardziej umiłowaną z Trzech Córek Ojca Cienia, choć zamierzał wynagrodzić jej to jutro o zachodzie słońca. Ponadto wcześniej przebiegł obojętnie przez ostatnie plamy światła zalegające jeszcze na ścieżce, ryzykując, że przyciągnie uwagę kapryśnej Sukul Ankhadu, Córki Oszustwa, znanej także jako Cętka.
Na terenach godowych Calach roiło się od fok. Przybyły wcześnie, co zaskoczyło Trulla, który zbierał nefryty nad linią brzegową. Samo pojawienie się fok tylko by podekscytowało młodego Tiste Edur, ale towarzyszyły im statki, które otoczyły zatokę pierścieniem. Łowy już się rozpoczęły.
Letheryjczycy, białoskórzy mieszkańcy południa.
Potrafił sobie wyobrazić gniew, jakim zapłoną mieszkańcy wioski, do której się zbliżał, gdy tylko opowie im o swym odkryciu. On również był wściekły. To było bezczelne wtargnięcie na terytorium Edur. Kradzież fok, które były prawowitą własnością jego ludu, stanowiła aroganckie pogwałcenie dawnych umów.
Wśród Letheryjczyków nie brakowało głupców, podobnie jak wśród Edur. Trull nie potrafił sobie wyobrazić, by mogło to być coś innego niż nieusankcjonowane wtargnięcie. Od Wielkiego Spotkania dzieliły ich tylko dwa cykle księżyca. Przelew krwi nie służyłby w tej chwili żadnej ze stron. Bez względu na to, że Edur mieli prawo zaatakować i zniszczyć intruzów, letheryjskich delegatów oburzyłoby wymordowanie ich współobywateli, nawet jeśli łamali oni prawo. Szanse na zawarcie nowego traktatu stały się nagle minimalne.
Niepokoiło to Trulla Sengara. Edur dopiero co zakończyli jedną długą, zaciętą wojnę i trudno mu było pogodzić się z myślą o następnej.
Podczas podboju pozostałych plemion nie przyniósł wstydu braciom. Na szerokim pasie miał nabity szereg dwudziestu jeden zabarwionych na czerwono nitów. Każdy z nich reprezentował honorowy czyn, a siedem, otoczonych białą farbą, znaczyło, że tym czynom towarzyszyło zabicie wroga. Spośród synów Tomada Sengara tylko starszy brat Trulla mógł się pochwalić większą liczbą trofeów. Było to zrozumiałe, jako że Fear Sengar należał do największych wojowników Hirothów.
Rzecz jasna, wojny z pozostałymi pięcioma plemionami Edur były poddane ścisłym regułom i nawet w wielkich, długotrwałych bitwach ginęła tylko garstka walczących. Mimo to podbój plemion kosztował ich wiele sił. W walce z Letheryjczykami nie było żadnych zasad hamujących wojowników Edur. Nie chodziło o honorowe czyny, a jedynie o zabijanie wrogów. Nie musieli oni przy tym mieć broni w ręku. Nawet bezbronni i niewinni poznają smak miecza. Podobna rzeź brukała zarówno zabójców, jak i ofiary.
Trull jednak doskonale wiedział, że choć może potępić przelew krwi, do którego dojdzie, uczyni to tylko w myślach, i pomaszeruje z mieczem w ręku u boku swych braci, by wymierzyć intruzom sprawiedliwość Edur. Nie mieli wyboru. Jeśli odwrócą się od tej zbrodni, nadejdą następne, niekończące się fale następnych.
Miarowy trucht doprowadził go w okolice garbarni, z ich rynnami i wyłożonymi kamieniami dołami. To był już skraj lasu. Kilku letheryjskich niewolników spojrzało w jego stronę i pośpiesznie skłoniło głowy na znak szacunku. Wreszcie ujrzał na polanie przed sobą wyniosłe cedrowe kłody otaczającej wioskę palisady. Nad osadą unosiły się długie smugi drzewnego dymu. Po obu stronach wąskiej, biegnącej nasypem ścieżki, która wiodła ku odległej jeszcze bramie, ciągnęły się żyzne, czarne pola. Zima dopiero zwalniała ziemię ze swego uścisku i minie dobrych kilka tygodni, nim zacznie się pora sadzenia. W środku lata na tych polach wyrośnie trzydzieści różnych typów roślin uprawnych, dających mieszkańcom żywność, lekarstwa, włókna i paszę dla zwierząt. Wiele z nich kwitło, przyciągając pszczoły, którym zawdzięczali miód i wosk. Żniwami zajmowali się niewolnicy, pod nadzorem kobiet z plemienia. Mężczyźni wyruszą w małych grupkach do lasu, by ścinać drzewa albo polować. Inni wsiądą na statki zwane knarri, by zbierać plony na morzach i na płyciznach.
Tak to przynajmniej wyglądało, gdy plemiona żyły w pokoju. W ostatnich kilkunastu latach osadę najczęściej opuszczały grupy wojowników i mieszkańcy niekiedy cierpieli niedostatek. Przed wojną Edur nigdy nie groził głód i Trull Sengar gorąco pragnął, by złe czasy wreszcie się skończyły. Hannan Mosag, król-czarnoksiężnik Hirothów, był teraz władcą wszystkich plemion Edur. Utworzył ze skłóconych narodów konfederację, choć Trull zdawał sobie sprawę, że jest ona konfederacją wyłącznie z nazwy. Hannan Mosag wziął jako zakładników pierworodnych synów podbitych wodzów, utworzył z nich swą kadrę k’risnanów i sprawował dyktatorską władzę. Był to pokój zbudowany na ostrzu miecza, niemniej jednak pokój.
Przez bramę w palisadzie wyszła łatwa do rozpoznania postać. Młody Edur ruszył ku rozwidleniu ścieżki, na którym zatrzymał się jego młodszy brat.
– Witaj, Binadas – rzekł Trull.
Wojownik miał przypasaną do pleców włócznię, a przerzucony przez ramię worek z niewyprawionej skóry wspierał się o jego biodro. Po drugiej stronie miał jednosieczny miecz, skryty w drewnianej, owiniętej skórą pochwie. Binadas był o pół głowy wyższy od Trulla, a jego ogorzałe oblicze było ciemne jak noszony przez niego strój z koźlej skóry. Z trzech braci Trulla Sengara był najbardziej zamknięty w sobie i skłonny do wymijających odpowiedzi, a w związku z tym trudno było przewidzieć jego reakcje, nie mówiąc już o ich zrozumieniu. Nieczęsto pojawiał się w wiosce. Wydawało się, że woli głuszę zachodniej puszczy albo gór na południu. Rzadko towarzyszył innym w atakach na wroga, ale gdy to robił, na ogół przynosił trofea, nikt więc nie wątpił w jego odwagę.
– Zdyszałeś się, Trull – zauważył Binadas – i znowu widzę na twojej twarzy niepokój.
– U brzegów Calach kotwiczą letheryjskie statki.
Binadas zmarszczył brwi.
– W takim razie nie zatrzymuję cię.
– Długo cię nie będzie, bracie?
Młody wojownik wzruszył ramionami i ominął Trulla, skręcając w zachodnią ścieżkę.
Trull Sengar skierował się do wioski.
Nad tym zwróconym ku głębi lądu skrajem osady dominowały cztery kuźnie. Każdą z nich otaczał głęboki wykop o pochyłych brzegach, przechodzący w podziemny kanał, prowadzący na zewnątrz, daleko od wioski i ciągnących się wokół niej pól. Kuźnie już od lat pracowały niemal bez ustanku, produkując broń. Powietrze przesycał tu gęsty i ostry odór oparów, a na pobliskich drzewach osadzała się pokryta białą warstewką sadza. Teraz Trull zauważył, że czynne są tylko dwie kuźnie, a kilkunastu niewolników krząta się w nich bez szczególnego pośpiechu.
Za kuźniami ciągnęły się podłużne, podmurowane cegłami magazyny, szereg podzielonych na segmenty budynków, w których przechowywano nadwyżkę zboża, wędzonych ryb i mięsa fok, wielorybiego tranu oraz włókien roślinnych. Podobne budowle znajdowały się w lasach wokół każdej z wiosek, ale obecnie większość z nich była pusta z powodu wojen.
Gdy tylko Trull minął magazyny, ze wszystkich stron otoczyły go kamienne domostwa tkaczy, garncarzy, snycerzy, niższych rangą skrybów, płatnerzy oraz innych utalentowanych obywateli. Przywitały go głosy, na które odpowiadał tak oszczędnie, jak tylko pozwalały na to dobre obyczaje. Tego typu gesty mówiły jego znajomym, że nie ma w tej chwili czasu na rozmowę.
Wojownik Edur wbiegł na ulice dzielnicy mieszkalnej. Letheryjscy niewolnicy zwali wioski takie jak ta miastami, ale żaden z obywateli nie widział powodu, by zmieniać językowe przyzwyczajenia – osada była wioską w chwili powstania i pozostanie nią na zawsze, nawet jeśli obecnie mieszkało w niej prawie dwadzieścia tysięcy Edur i trzykrotnie więcej Letheryjczyków.
Nad dzielnicą mieszkalną dominowały świątynie Ojca i Umiłowanej Córki. Ich wysoko uniesione nad ziemię pomosty otaczały żywe święte czarnodrzewa. Powierzchnię kamiennych dysków pokrywały obrazy i znaki. Wewnątrz kręgu drzew nieustannie igrała Kurald Emurlahn, obok piktogramów tańczyły na wpół uformowane kształty, czarodziejskie emanacje obudzone przez ofiary złożone z chwilą zapadnięcia zmierzchu.
Trull Sengar wbiegł w Aleję Czarnoksiężnika, świętą drogę prowadzącą do potężnej cytadeli, która była zarówno świątynią, jak i pałacem, siedzibą króla-czarnoksiężnika, Hannana Mosaga. Wzdłuż alei posadzono cedry o czarnej korze. Tysiącletnie drzewa górowały nad całą wioską. Były pozbawione gałęzi, pomijając najwyższe piętra. Każdy słój ich czarnego jak noc drewna nasycono czarami, które wyciekały na zewnątrz, spowijając aleję całunem półmroku.
Na końcu alei wznosiła się mniejsza palisada, otaczająca cytadelę i jej podwórzec. Zbudowano ją z drewna takich samych czarnych drzew, a w każdym z pali wyryto magiczne osłony. Główna brama była tunelem uformowanym z żywych drzew, wypełnionym cieniem korytarzem, wiodącym do kładki dla pieszych przerzuconej nad kanałem, w którym cumowało dwanaście długich łodzi wojennych, zwanych k’orthanami. Za kładką zaczynał się rozległy, wyłożony płaskimi kamieniami plac, przy którym stały koszary i magazyny. Dalej można było dostrzec wzniesione z kamienia i drewna długie domy szlacheckich rodzin – połączonych więzami krwi z rodem Hannana Mosaga – z ich drewnianymi gontami oraz belkami kalenicowymi z czarnodrewna. Między owymi rezydencjami biegło przedłużenie alei, prowadzące przez kolejną kładkę do właściwej cytadeli.
Na dziedzińcu ćwiczyli wojownicy. Trull wypatrzył wysoką, barczystą postać swego starszego brata, Feara, który stał w pobliżu w towarzystwie sześciu pomocników, przyglądając się młodzieńcom. Trull poczuł dla nich nagłe współczucie. Sam również cierpiał pod krytycznym, nieubłaganym spojrzeniem brata podczas lat szkolenia.
Przywitał go czyjś głos. Trull spojrzał na drugą stronę dziedzińca i zobaczył swego najmłodszego brata, Rhulada. Towarzyszył mu Midik Buhn i wyglądało na to, że oni również toczą ćwiczebną walkę. Po chwili Trull zauważył przyczynę tej niezwykłej pilności – pojawiła się narzeczona Feara, Mayen. Podążały za nią cztery młodsze kobiety. Zapewne wybierały się na targ, jako że towarzyszyło im kilkanaście niewolnic. Rzecz jasna, poczuły się zmuszone, by się zatrzymać i obejrzeć ten nagły, z pewnością improwizowany pokaz wojennej biegłości. Wymagały tego skomplikowane zasady zalotów. Od Mayen oczekiwano, że będzie traktować wszystkich braci Feara z należnym szacunkiem.
Choć w scenie rozgrywającej się przed oczyma Trulla nie było nic niewłaściwego, przeszył go dreszcz niepokoju. Fakt, że Rhulad z taką pasją popisywał się przed kobietą, która miała zostać żoną jego starszego brata, niebezpiecznie zbliżał się do granicy tego, co dopuszczalne. Trull uważał, że Fear jest stanowczo zbyt pobłażliwy dla Rhulada.
Tak jak my wszyscy.
Rzecz jasna, mieli powody.
Sądząc po rumieńcu dumy na jego przystojnej twarzy, Rhulad zdecydowanie pokonał przyjaciela z dzieciństwa w pozorowanej walce.
– Trull! – zawołał, machając mieczem. – Przelałem już dziś krew i łaknę jej więcej. Chodź, zdrap rdzę z tego miecza, który masz u boku!
– Innym razem, bracie – odkrzyknął Trull. – Muszę bezzwłocznie porozmawiać z ojcem.
Rhulad uśmiechnął się miło, ale nawet z odległości dziesięciu kroków Trull zauważył błysk triumfu w jego oczach.
– Niech będzie innym razem.
Rhulad machnął lekceważąco mieczem i zwrócił się w stronę kobiet.
Mayen jednak skinęła na swe towarzyszki i cała grupka ruszyła w dalszą drogę.
Rhulad otworzył usta, chcąc coś powiedzieć do narzeczonej brata, ale ubiegł go Trull.
– Bracie, proszę cię, byś mi towarzyszył. Wieści, które muszę przekazać ojcu, są nadzwyczaj ważne i chcę, byś był przy tym obecny, aby twoje słowa również wplotły się w rozmowę, która potem nastąpi.
Podobne zaproszenie z reguły otrzymywali jedynie wojownicy noszący na swych pasach trofea zdobyte podczas długich lat wojny. Trull zauważył w oczach swego brata nagły błysk dumy.
– To dla mnie zaszczyt, Trull – rzekł Rhulad, chowając miecz.
Rhulad podszedł do brata i obaj ruszyli do długiego domu, w którym mieszkała ich rodzina. Midik został sam i skupił uwagę na zranionym nadgarstku.
Na ścianach budynku wisiały zdobyczne tarcze. Niektóre z nich wyblakły już z upływem stuleci. Pod okapem zawieszono wielorybie kości. Ukradzione konkurencyjnym plemionom totemy tworzyły nad drzwiami bezładny łuk. Pasy futra, ozdobione paciorkami skóry, muszelki, szpony i zęby – wszystko to wyglądało jak wydłużone ptasie gniazdo.
Weszli do środka.
Było tu chłodno, a w powietrzu unosił się lekki, gryzący zapach drzewnego dymu. We wnękach wzdłuż ścian, między gobelinami i rozłożonymi na podłodze futrami, ustawiono olejowe lampy. W palenisku, ulokowanym tradycyjnie pośrodku pomieszczenia, nadal leżały szczapy drewna. W dawnych czasach tam właśnie wszystkie rodziny przygotowywały posiłki, ale obecnie niewolnicy krzątali się w kuchniach na zapleczu, by zmniejszyć ryzyko pożaru. Meble z czarnodrewna dzieliły wnętrze na oddzielne pomieszczenia, choć nie było tu ścian. Na wbitych w poprzecznice hakach wisiały rozmaite oręża. Niektóre z nich wywodziły się jeszcze z czasów mroku, tuż po zniknięciu Ojca Cienia, gdy zapomniano sztuki odlewania żelaza. Prosto wykonane klingi z brązu były wypaczone i przeżarte korozją.
Tuż za kamieniem paleniska było widać pień żywego czarnodrzewa. Tuż powyżej wysokości głowy wysuwała się zeń skośnie ku górze górna trzecia część klingi miecza. To był prawdziwy oręż Emurlahn. Jego żelazo poddano obróbce w jakiś tajemniczy sposób, którego kowale nie odkryli jeszcze na nowo. To był miecz rodu Sengarów, symbol ich szlachetnego pochodzenia. Ten starożytny oręż przywiązywano do drzewa niedługo po jego zasadzeniu. Po stuleciach znikał w jego wnętrzu. To drzewo wyrosło jednak krzywo, odsłaniając czarno-srebrną klingę. Zdarzało się to rzadko, ale nie było czymś niesłychanym.
Obaj bracia wyciągnęli ręce, dotykając żelaza.
Ich matka, Uruth, trudziła się nad rodowym gobelinem. Po obu jej stronach siedziały niewolnice. Kończyła właśnie ostatnie sceny przedstawiające wkład Sengarów w wojnę zjednoczenia. Skupiła uwagę na pracy i nie podniosła wzroku, gdy obok przechodzili jej synowie.
Tomad Sengar siedział w towarzystwie trzech innych szlachetnie urodzonych patriarchów nad planszą do gry wykonaną z ogromnego, palczastego poroża. Pionki wyrzeźbiono z kości słoniowej i nefrytu.
Trull zatrzymał się na granicy kręgu, kładąc prawą dłoń na gałce miecza, by zasygnalizować, że wieści, które przynosi, są pilne i potencjalnie niebezpieczne. Usłyszał, że stojący za jego plecami Rhulad pośpiesznie zaczerpnął tchu.
Choć żaden z gości nie podniósł wzroku, wszyscy wstali jak jeden mąż, a gospodarz zaczął zdejmować pionki z planszy. Trzej starsi Edur wyszli bez słowa. Po chwili Tomad odstawił planszę na bok i z powrotem usiadł na podłodze.
Trull zajął miejsce naprzeciwko niego.
– Witaj, ojcze. Letheryjska flota poluje na foki na terenach godowych Calach. Stada przybyły wcześnie i intruzi je masakrują. Widziałem to na własne oczy i nie zatrzymałem się ani na chwilę w drodze powrotnej.
Tomad skinął głową.
– To znaczy, że biegłeś przez trzy dni i dwie noce.
– Tak.
– A czy Letheryjczycy złowili już wiele fok?
– Ojcze, o świcie dzisiejszego dnia Córka Menandore ujrzy pękające w szwach ładownie i wypełnione wiatrem żagle, a kilwater każdego ze statków zmieni się w karmazynową rzekę.
– A nowe statki przybędą zająć ich miejsce! – wysyczał Rhulad.
Tomad zmarszczył brwi na to niestosowne zachowanie. W następnych słowach jasno wyraził swą dezaprobatę:
– Rhulad, zanieś te wieści Hannanowi Mosagowi.
Trull wyczuł, że jego brat wzdrygnął się gwałtownie. Rhulad jednak skinął głową.
– Wedle rozkazu, ojcze.
Odwrócił się i odmaszerował.
Tomad zasępił się jeszcze bardziej.
– Zaprosiłeś na tę rozmowę wojownika, który jeszcze nie przelał krwi?
– Tak, ojcze.
– Dlaczego?
Trull nie odpowiedział na to pytanie, do czego miał prawo. Nie miał zamiaru dzielić się z nikim niepokojem, jaki budziło w nim nadmierne zainteresowanie, okazywane przez Rhulada narzeczonej Feara.
Po chwili Tomad westchnął. Wydawało się, że wpatruje się w swe wielkie, naznaczone bliznami dłonie, spoczywające na udach.
– Staliśmy się zbyt pewni siebie – mruknął.
– Ojcze, czy jest nadmierną pewnością siebie uwierzyć, że ci, z którymi pertraktujemy, wiedzą, co to honor?
– Tak, jeśli wziąć pod uwagę precedensy.
– W takim razie, dlaczego król-czarnoksiężnik zgodził się na Wielkie Spotkanie z Letheryjczykami?
Tomad uniósł wzrok, spotykając spojrzenie Trulla. Ze wszystkich jego synów tylko Fear miał takie same oczy, zarówno gdy chodzi o odcień, jak i nieugięty wyraz. Trull mimo woli poczuł, że osłabł lekko pod tym wzgardliwym spojrzeniem.
– Wycofuję to głupie pytanie – mruknął, odwracając wzrok, by ukryć trwogę.
Poddaliśmy próbie naszych wrogów. Z tego złamania traktatu, bez względu na to, jakie intencje za nim stały, nieunikniona odpowiedź Edur uczyni obosieczny miecz. Miecz, który pochwycą oba nasze ludy.
– Wojownicy, którzy jeszcze nie przelali krwi, będą zadowoleni.
– Nadejdzie dzień, gdy tacy wojownicy zasiądą w radzie, Trull.
– Czyż nie jest to nagroda, jaką daje pokój, ojcze?
Tomad nie odpowiedział na to pytanie.
– Hannan Mosag zwoła radę. Ty również będziesz musiał się na nią stawić, by zdać relację z tego, co widziałeś. Ponadto, król-czarnoksiężnik zażądał ode mnie, bym użyczył mu swych synów, którym zamierza zlecić pewne szczególne zadanie. Nie sądzę jednak, by przyniesione przez ciebie wieści zmieniły jego decyzję w tej sprawie.
Minęła krótka chwila, nim Trull zdołał zapanować nad zdziwieniem.
– Po drodze do wioski spotkałem Binadasa... – zaczął.
– Poinformowano go o tym. Wróci przed upływem księżyca.
– A czy Rhulad o tym wie?
– Nie, choć będzie wam towarzyszył. Nie przelał jeszcze krwi.
– Skoro tak mówisz, ojcze.
– Idź się przespać. Każę cię obudzić, gdy zbierze się rada.




* * *



Biała wrona zeskoczyła z pokrytego warstewką soli korzenia i zaczęła grzebać w gnojowisku. W pierwszej chwili Trull myślał, że to mewa, która siedzi jeszcze na plaży, mimo że już szybko zapadał zmrok, lecz nagle ptak zakrakał, zeskoczył ze sterty gnoju i ruszył w stronę brzegu, trzymając w jasnym dziobie muszlę małża.
Sen okazał się nieosiągalny. Rada miała się zebrać o północy. Niespokojne nerwy nie pozwalały odpocząć jego znużonym kończynom, Trull wybrał się więc na kamienistą plażę, położoną na północ od wioski, przy ujściu rzeki.
A teraz, gdy senne fale spowiła już ciemność, przekonał się, że dzieli plażę z białą wroną. Ptaszysko zaniosło swą zdobycz nad sam brzeg. Gdy nadchodziła szumiąca fala, ptak zanurzał muszlę w wodzie. Powtórzył tę czynność sześć razy.
Wybredne stworzenie, pomyślał Trull, przyglądając się wronie, która wskoczyła na pobliski kamień i zaczęła ucztę.
Biel rzecz jasna oznaczała zło. Wszyscy o tym wiedzieli. Barwa kości, nienawistny blask brzasku Menandore. Żagle Letheryjczyków również były białe, co nie stanowiło niespodzianki. A przejrzyste wody Zatoki Calach pozwolą ujrzeć na jej dnie białe kości tysięcy zabitych fok.
Nadchodzący rok miał przynieść sześciu plemionom zwrot nadwyżek żywności, początek uzupełniania wyczerpanych zapasów, chroniących ich przed klęską głodu. Te myśli pozwoliły mu spojrzeć na nielegalne łowy w nieco inny sposób. Ów gest uczyniono w bezbłędnie wybranym momencie, by osłabić konfederację, utrudnić zadanie Edur podczas Wielkiego Spotkania.
Argument nieuchronności. Ten sam, który rzucili nam w twarz, gdy chodziło o osiedla na Rubieży. Królestwo Letheru rośnie, potrzebuje nowych terenów. Wy mieliście na Rubieży tylko tymczasowe obozy, które podczas wojny niemal całkowicie opustoszały.
To było nieuniknione, że coraz więcej niezależnych statków będzie się zapuszczać na żyzne wody północnego wybrzeża. Nie sposób było śledzić je wszystkie. Edur powinni po prostu przyjrzeć się innym plemionom, które ongiś mieszkały poza granicami Letheru, rozważyć wielkie zyski, jakie dało im złożenie hołdu królowi Ezgarze Diskanarowi.
Ale my nie jesteśmy podobni do innych plemion.
Wrona zakrakała na swym kamiennym tronie, odrzucając muszlę na bok gwałtownym ruchem głowy. Potem rozpostarła upiorne skrzydła i odleciała w noc. Z mroku dobiegł jeszcze jej pożegnalny zew. Trull wykonał gest chroniący przed złem.
Usłyszał za swymi plecami odgłos chrzęszczących pod stopami kamieni. Odwrócił się i ujrzał starszego brata.
– Witaj, Trull – rzekł Fear cichym głosem. – Słowa, które przyniosłeś, podekscytowały wojowników.
– A król-czarnoksiężnik?
– Nic nie powiedział.
Trull powrócił do obserwacji mrocznych fal, uderzających z szumem o brzeg.
– Oni widzą tylko te statki – stwierdził.
– Hannan Mosag potrafi odwrócić wzrok, bracie.
– Poprosił o synów Tomada Sengara. Co ci o tym wiadomo?
Fear zatrzymał się u jego boku i Trull wyczuł, że brat wzruszył ramionami.
– Królem-czarnoksiężnikiem już od dzieciństwa kierują wizje – odparł po chwili Fear. – Ma we krwi wspomnienia sięgające czasów mroku. Ojciec Cień kładzie się przed nim przy każdym jego kroku.
Myśl o wizjach niepokoiła Trulla. Nie dlatego, że wątpił w ich moc – w gruncie rzeczy było wprost przeciwnie. Czasy mroku przyniosły rozłam wśród Tiste Edur, wojny z użyciem czarów, starcia z niezwykłymi armiami i zniknięcie samego Ojca Cienia. I choć plemiona nadal posługiwały się magią Kurald Emurlahn, utraciły samą grotę. Została roztrzaskana, a jej fragmentami władali fałszywi królowie i bogowie. Trull podejrzewał, że ambicje Hannana Mosaga sięgają znacznie dalej niż zwykłe zjednoczenie sześciu plemion.
– Wyczuwam w tobie niechęć, Trull. Dobrze ją ukrywasz, ale ja potrafię sięgnąć wzrokiem głębiej niż inni. Jesteś wojownikiem, który wolałby uniknąć walki.
– To nie jest zbrodnia – mruknął Trull. – Ze wszystkich Sengarów tylko ty i ojciec nosicie więcej trofeów ode mnie – dodał.
– Nie kwestionowałem twojej odwagi, bracie. Ale odwaga jest najmniej ważnym elementem tego, co łączy nas w jedność. Jesteśmy Edur. Byliśmy ongiś władcami Ogarów. Do nas należał tron Kurald Emurlahn. I należałby nadal, gdyby nie dwie zdrady, najpierw kuzynów Scabandariego Krwawookiego, a potem Tiste Andii, którzy przybyli z nami do tego świata. Jesteśmy oblężonym ludem, Trull. Letheryjczycy to tylko jedni wrogowie spośród wielu. Król-czarnoksiężnik rozumie tę prawdę.
Trull zerknął na światło gwiazd odbijające się w spokojnej tafli zatoki.
– Nie zawaham się przed walką z tymi, którzy chcą być naszymi wrogami, Fear.
– Cieszę się, bracie. To wystarczy, żeby zamknąć usta Rhuladowi.
Trull zesztywniał.
– Oskarża mnie? Ten niedoświadczony... szczeniak?
– Widzi słabość i...
– To, co on widzi, i to, co jest prawdą, to dwie różne sprawy – odparł Trull.
– Więc udowodnij mu to – poradził Fear cichym, spokojnym głosem.
Trull umilkł. Zawsze otwarcie gardził Rhuladem, jego nieustannymi wyzwaniami i popisami. Miał do tego prawo, gdyż jego młodszy brat nie przelał jeszcze krwi. Co jednak ważniejsze, motywy Trulla otaczały ochronnym murem dziewczynę, którą miał poślubić Fear. Rzecz jasna, nie byłoby stosowne powiedzieć coś takiego na głos. Podobne szepty sugerowałyby zawiść i złą wolę. W końcu Mayen była narzeczoną Feara, nie Trulla, i to Fear miał obowiązek ją chronić.
Pomyślał z żalem, że sytuacja byłaby prostsza, gdyby potrafił przeniknąć samą Mayen. Dziewczyna nie zachęcała Rhulada, ale nie odwracała się też do niego plecami. Kroczyła po wąskiej granicy tego, co dopuszczalne. Była pewna siebie, jak byłaby na jej miejscu każda młoda kobieta – i słusznie – którą miał spotkać zaszczyt zostania żoną głównego instruktora Hirothów. Powtarzał sobie, że to nie jego interes.
– Nie potrafię pokazać Rhuladowi tego, co już powinien zobaczyć – warknął. – Nie uczynił nic, co zasługiwałoby na dar mojej uwagi.
– Rhuladowi brak subtelności potrzebnej, by dostrzec w twej powściągliwości coś innego niż słabość...
– To jego wina, nie moja!
– Chcesz, żeby ślepy starzec przeszedł po kamieniach przez strumień bez niczyjej pomocy, Trull? Nie, musisz stać się dla niego przewodnikiem, aż wreszcie oczy jego umysłu dojrzą to, co wszyscy inni widzą.
– Jeśli wszyscy inni to widzą – skontrował Trull – to jego oskarżenia nie znajdą posłuchu i mam rację, że je ignoruję.
– Bracie, Rhulad nie jest jedynym, któremu brak subtelności.
– Czy więc pragniesz, Fear, by synowie Tomada Sengara stali się sobie wrogami?
– Rhulad nie jest wrogiem ani twoim, ani żadnego spośród Edur. Jest młody i żądny krwi. Ty również kroczyłeś kiedyś tą ścieżką. Proszę cię, byś przypomniał sobie owe czasy. To nie jest odpowiednia chwila, by zadawać rany, po których z pewnością zostaną blizny. A dla wojownika, który jeszcze nie przelał krwi, wzgarda jest najcięższą z ran.
Trull skrzywił się.
– Dostrzegam prawdę w twych słowach, Fear. Spróbuję pohamować swą obojętność.
Jego brat zignorował sarkazm ukryty w tych słowach.
– Rada spotyka się w cytadeli, bracie. Czy wejdziesz u mego boku do królewskiej komnaty?
– To dla mnie zaszczyt, Fear – odparł udobruchany Trull.
Odwrócili się od czarnych wód i nie zauważyli jasnoskrzydłej sylwetki, która przemknęła nad leniwymi falami nieopodal brzegu.



* * *



Biała wrona zeskoczyła z pokrytego warstewką soli korzenia i zaczęła grzebać w gnojowisku. W pierwszej chwili Trull myślał, że to mewa, która siedzi jeszcze na plaży, mimo że już szybko zapadał zmrok, lecz nagle ptak zakrakał, zeskoczył ze sterty gnoju i ruszył w stronę brzegu, trzymając w jasnym dziobie muszlę małża.
Sen okazał się nieosiągalny. Rada miała się zebrać o północy. Niespokojne nerwy nie pozwalały odpocząć jego znużonym kończynom, Trull wybrał się więc na kamienistą plażę, położoną na północ od wioski, przy ujściu rzeki.
A teraz, gdy senne fale spowiła już ciemność, przekonał się, że dzieli plażę z białą wroną. Ptaszysko zaniosło swą zdobycz nad sam brzeg. Gdy nadchodziła szumiąca fala, ptak zanurzał muszlę w wodzie. Powtórzył tę czynność sześć razy.
Wybredne stworzenie, pomyślał Trull, przyglądając się wronie, która wskoczyła na pobliski kamień i zaczęła ucztę.
Biel rzecz jasna oznaczała zło. Wszyscy o tym wiedzieli. Barwa kości, nienawistny blask brzasku Menandore. Żagle Letheryjczyków również były białe, co nie stanowiło niespodzianki. A przejrzyste wody Zatoki Calach pozwolą ujrzeć na jej dnie białe kości tysięcy zabitych fok.
Nadchodzący rok miał przynieść sześciu plemionom zwrot nadwyżek żywności, początek uzupełniania wyczerpanych zapasów, chroniących ich przed klęską głodu. Te myśli pozwoliły mu spojrzeć na nielegalne łowy w nieco inny sposób. Ów gest uczyniono w bezbłędnie wybranym momencie, by osłabić konfederację, utrudnić zadanie Edur podczas Wielkiego Spotkania.
Argument nieuchronności. Ten sam, który rzucili nam w twarz, gdy chodziło o osiedla na Rubieży. Królestwo Letheru rośnie, potrzebuje nowych terenów. Wy mieliście na Rubieży tylko tymczasowe obozy, które podczas wojny niemal całkowicie opustoszały.
To było nieuniknione, że coraz więcej niezależnych statków będzie się zapuszczać na żyzne wody północnego wybrzeża. Nie sposób było śledzić je wszystkie. Edur powinni po prostu przyjrzeć się innym plemionom, które ongiś mieszkały poza granicami Letheru, rozważyć wielkie zyski, jakie dało im złożenie hołdu królowi Ezgarze Diskanarowi.
Ale my nie jesteśmy podobni do innych plemion.
Wrona zakrakała na swym kamiennym tronie, odrzucając muszlę na bok gwałtownym ruchem głowy. Potem rozpostarła upiorne skrzydła i odleciała w noc. Z mroku dobiegł jeszcze jej pożegnalny zew. Trull wykonał gest chroniący przed złem.
Usłyszał za swymi plecami odgłos chrzęszczących pod stopami kamieni. Odwrócił się i ujrzał starszego brata.
– Witaj, Trull – rzekł Fear cichym głosem. – Słowa, które przyniosłeś, podekscytowały wojowników.
– A król-czarnoksiężnik?
– Nic nie powiedział.
Trull powrócił do obserwacji mrocznych fal, uderzających z szumem o brzeg.
– Oni widzą tylko te statki – stwierdził.
– Hannan Mosag potrafi odwrócić wzrok, bracie.
– Poprosił o synów Tomada Sengara. Co ci o tym wiadomo?
Fear zatrzymał się u jego boku i Trull wyczuł, że brat wzruszył ramionami.
– Królem-czarnoksiężnikiem już od dzieciństwa kierują wizje – odparł po chwili Fear. – Ma we krwi wspomnienia sięgające czasów mroku. Ojciec Cień kładzie się przed nim przy każdym jego kroku.
Myśl o wizjach niepokoiła Trulla. Nie dlatego, że wątpił w ich moc – w gruncie rzeczy było wprost przeciwnie. Czasy mroku przyniosły rozłam wśród Tiste Edur, wojny z użyciem czarów, starcia z niezwykłymi armiami i zniknięcie samego Ojca Cienia. I choć plemiona nadal posługiwały się magią Kurald Emurlahn, utraciły samą grotę. Została roztrzaskana, a jej fragmentami władali fałszywi królowie i bogowie. Trull podejrzewał, że ambicje Hannana Mosaga sięgają znacznie dalej niż zwykłe zjednoczenie sześciu plemion.
– Wyczuwam w tobie niechęć, Trull. Dobrze ją ukrywasz, ale ja potrafię sięgnąć wzrokiem głębiej niż inni. Jesteś wojownikiem, który wolałby uniknąć walki.
– To nie jest zbrodnia – mruknął Trull. – Ze wszystkich Sengarów tylko ty i ojciec nosicie więcej trofeów ode mnie – dodał.
– Nie kwestionowałem twojej odwagi, bracie. Ale odwaga jest najmniej ważnym elementem tego, co łączy nas w jedność. Jesteśmy Edur. Byliśmy ongiś władcami Ogarów. Do nas należał tron Kurald Emurlahn. I należałby nadal, gdyby nie dwie zdrady, najpierw kuzynów Scabandariego Krwawookiego, a potem Tiste Andii, którzy przybyli z nami do tego świata. Jesteśmy oblężonym ludem, Trull. Letheryjczycy to tylko jedni wrogowie spośród wielu. Król-czarnoksiężnik rozumie tę prawdę.
Trull zerknął na światło gwiazd odbijające się w spokojnej tafli zatoki.
– Nie zawaham się przed walką z tymi, którzy chcą być naszymi wrogami, Fear.
– Cieszę się, bracie. To wystarczy, żeby zamknąć usta Rhuladowi.
Trull zesztywniał.
– Oskarża mnie? Ten niedoświadczony... szczeniak?
– Widzi słabość i...
– To, co on widzi, i to, co jest prawdą, to dwie różne sprawy – odparł Trull.
– Więc udowodnij mu to – poradził Fear cichym, spokojnym głosem.
Trull umilkł. Zawsze otwarcie gardził Rhuladem, jego nieustannymi wyzwaniami i popisami. Miał do tego prawo, gdyż jego młodszy brat nie przelał jeszcze krwi. Co jednak ważniejsze, motywy Trulla otaczały ochronnym murem dziewczynę, którą miał poślubić Fear. Rzecz jasna, nie byłoby stosowne powiedzieć coś takiego na głos. Podobne szepty sugerowałyby zawiść i złą wolę. W końcu Mayen była narzeczoną Feara, nie Trulla, i to Fear miał obowiązek ją chronić.
Pomyślał z żalem, że sytuacja byłaby prostsza, gdyby potrafił przeniknąć samą Mayen. Dziewczyna nie zachęcała Rhulada, ale nie odwracała się też do niego plecami. Kroczyła po wąskiej granicy tego, co dopuszczalne. Była pewna siebie, jak byłaby na jej miejscu każda młoda kobieta – i słusznie – którą miał spotkać zaszczyt zostania żoną głównego instruktora Hirothów. Powtarzał sobie, że to nie jego interes.
– Nie potrafię pokazać Rhuladowi tego, co już powinien zobaczyć – warknął. – Nie uczynił nic, co zasługiwałoby na dar mojej uwagi.
– Rhuladowi brak subtelności potrzebnej, by dostrzec w twej powściągliwości coś innego niż słabość...
– To jego wina, nie moja!
– Chcesz, żeby ślepy starzec przeszedł po kamieniach przez strumień bez niczyjej pomocy, Trull? Nie, musisz stać się dla niego przewodnikiem, aż wreszcie oczy jego umysłu dojrzą to, co wszyscy inni widzą.
– Jeśli wszyscy inni to widzą – skontrował Trull – to jego oskarżenia nie znajdą posłuchu i mam rację, że je ignoruję.
– Bracie, Rhulad nie jest jedynym, któremu brak subtelności.
– Czy więc pragniesz, Fear, by synowie Tomada Sengara stali się sobie wrogami?
– Rhulad nie jest wrogiem ani twoim, ani żadnego spośród Edur. Jest młody i żądny krwi. Ty również kroczyłeś kiedyś tą ścieżką. Proszę cię, byś przypomniał sobie owe czasy. To nie jest odpowiednia chwila, by zadawać rany, po których z pewnością zostaną blizny. A dla wojownika, który jeszcze nie przelał krwi, wzgarda jest najcięższą z ran.
Trull skrzywił się.
– Dostrzegam prawdę w twych słowach, Fear. Spróbuję pohamować swą obojętność.
Jego brat zignorował sarkazm ukryty w tych słowach.
– Rada spotyka się w cytadeli, bracie. Czy wejdziesz u mego boku do królewskiej komnaty?
– To dla mnie zaszczyt, Fear – odparł udobruchany Trull.
Odwrócili się od czarnych wód i nie zauważyli jasnoskrzydłej sylwetki, która przemknęła nad leniwymi falami nieopodal brzegu.
* * *



Przed trzynastu laty Udinaas był młodym marynarzem, już trzeci rok odpracowującym dług swej rodziny u kupca Intarosa z Trate, które leżało najdalej na północy ze wszystkich miast Letheru. Był na pokładzie wielorybniczego statku Impet, który wracał właśnie z wód Benedów. Zakradli się tam pod osłoną nocy, zabili trzy samice i holowali ich ciała na neutralne Rowy położone na zachód od Zatoki Calach, gdy nagle dostrzegli pięć ścigających ich k’orthanów Hirothów.
Do zguby przywiodła ich chciwość kapitana, który nie chciał porzucić zdobyczy.
Udinaas świetnie pamiętał przerażenie na twarzach oficerów, w tym również kapitana, w chwili gdy zostali przywiązani do jednego z wielorybów, by oddać ich rekinom i dhenrabim. Następnie sprowadzono ze statku prostych marynarzy. Zabrano z niego również wszystko, co było zrobione z żelaza i co przyciągnęło spojrzenie Edur. Na koniec na Impet poszczuto widma cienia, które pożarły i rozerwały na strzępy martwe drewno letheryjskiego statku. Gdy już było po wszystkim, pięć wykonanych z czarnodrewna k’orthanów oddaliło się, ciągnąc za sobą dwa martwe wieloryby. Trzeciego zostawiły zabójcom z głębin.
Nawet wówczas Udinaas z obojętnością przyjął makabryczny los, który spotkał kapitana i oficerów. Urodził się z długiem, podobnie jak jego ojciec, i jego ojciec przed nim. Dług i niewolnictwo były synonimami. Życie niewolnika wśród Hirothów nie było przy tym szczególnie ciężkie. Nagrodą za posłuszeństwo była ochrona, ubranie i dach nad głową, zapewniający osłonę przed deszczem i śniegiem, a do niedawna także dostatek żywności.
Do licznych zadań Udinaasa w domu Sengarów należała między innymi naprawa sieci rybackich z czterech knarri – łodzi będących własnością tego szlachetnego rodu. Ponieważ był kiedyś marynarzem, nie pozwalano mu opuszczać lądu. Wiązanie sieci oraz mocowanie balastu na plaży na południe od ujścia rzeki były jedynymi czynnościami, które dawały mu szansę zbliżenia się do otwartego morza. Co prawda i tak nie pragnął uciec od Edur. W wiosce przebywało mnóstwo niewolników i wszyscy oni rzecz jasna byli Letheryjczykami, nie brakowało mu więc towarzystwa ziomków, nawet jeśli nie byli zbyt zadowoleni ze swego życia. Przyjemności letheryjskiej cywilizacji nie były wabikiem wystarczającym, by skłonić go do podjęcia próby ucieczki – która zresztą i tak była niemal niemożliwa – ponieważ pamiętał, że oglądał takie przyjemności, ale nigdy nie miał okazji z nich korzystać. Na koniec, Udinaas nienawidził morza z pasją, która wcale nie osłabła od czasów, gdy był marynarzem.
W dogasającym świetle dnia zauważył dwóch najstarszych synów Tomada Sengara, którzy stali na plaży po drugiej stronie ujścia rzeki. Nie zdziwiła go treść ich cichej, ledwie słyszalnej rozmowy. Letheryjskie statki uderzyły znowu. Te wieści rozeszły się wśród niewolników, nim jeszcze młody Rhulad zdążył dojść do cytadeli. Jak należało się spodziewać, zwołano radę. Udinaas był przekonany, że niedługo dojdzie do rzezi, przerażającego połączenia zbrojnej w żelazo wojowniczości i czarów, którym charakteryzowało się każde starcie z Letheryjczykami na południu. Prawdę mówiąc, życzył swym panom szczęśliwych łowów. Foki ukradzione przez Letheryjczyków oznaczały dla Edur groźbę głodu, a gdy nadchodził głód, pierwsi zawsze cierpieli niewolnicy.
Udinaas świetnie rozumiał swoich rodaków. Dla Letheryjczyków liczyło się wyłącznie złoto. Złoto i posiadanie go definiowało w ich oczach cały świat. Władza, status, poczucie własnej wartości i szacunek innych – wszystko to można było nabyć za pieniądze. W gruncie rzeczy to więzy długu łączyły królestwo w całość. To na nich opierały się stosunki między obywatelami. Ich cień padał na każdy uczynek, każdą decyzję. Te podstępne łowy na foki były pierwszym ruchem w planie, którego Letheryjczycy używali już kto wie jak wiele razy, przeciwko każdemu plemieniu mieszkającemu za granicami ich państwa. Byli przekonani, że Edur niczym się nie różnią od ich poprzednich ofiar.
Ale oni są inni, wy głupcy.
Tak czy inaczej, do następnego ruchu dojdzie na Wielkim Spotkaniu. Udinaas podejrzewał, że król-czarnoksiężnik i jego doradcy, choć nie brakowało im sprytu, wpadną w tę pułapkę jak ślepi starcy. Niepokoiła go myśl o tym, co wydarzy się później.
Jak niesione falą pisklęta, mieszkańcy obu królestw zmierzali prosto na głębokie, niebezpieczne wody.
Minęło go truchtem trzech niewolników rodziny Buhnów, niosących na ramionach wiązki wodorostów.
– Piórkowa Wiedźma będzie dziś rzucać, Udinaas! – zawołał jeden z nich. – Gdy tylko zbierze się rada.
Udinaas zaczął układać sieć na suszarce.
– Przyjdę, Hulad.
Trzech mężczyzn opuściło plażę i Udinaas znowu został sam. Spojrzał na północ i zobaczył, że Fear i Trull wchodzą na skarpę, kierując się ku tylnej bramie w palisadzie.
Uporał się z siecią, schował narzędzia do koszyka i zamknął pokrywę.
Nagle usłyszał za plecami łopot skrzydeł i wyprostował się, zaskoczony tym, że jakiś ptak lata tak długo po zachodzie słońca. Nad linią brzegu przemknął jasny kształt, który zaraz zniknął w ciemności.
Letheryjczyk zamrugał, wytężając wzrok. Starał się przekonać samego siebie, że nie widział tego, co mu się zdawało, że widzi. To nie było to. Wszystko, tylko nie to. Przeszedł na obszar nagiego piasku po lewej stronie, przykucnął i pośpiesznie nakreślił przywołujący znak małym palcem lewej dłoni. Prawą uniósł do twarzy, zaciskając na krótką chwilę powieki drugim i trzecim palcem, by wyszeptać modlitwę.
– Kłykcie zostały rzucone. Zbawco czuwaj nade mną dziś w nocy. Zbłąkany, czuwaj nad nami wszystkimi!
Opuścił prawą dłoń i spojrzał na narysowany przez siebie znak.
– Wrono, a kysz!
Szum wiatru, szept fal. A potem dobiegające z oddali krakanie.
Udinaas wyprostował się z drżeniem, złapał koszyk i pobiegł ku bramie.


* * *



Królewska Sala Spotkań była wielką, okrągłą komnatą. Pnie czarnodrzew tworzące jej sufit sięgały wysoko w górę, ku położonemu pośrodku szczytowi, przesłanianemu przez kłęby dymu. Szlachetnie urodzeni wojownicy, którzy nie przelali jeszcze krwi, stali pod ścianami, tworząc zewnętrzny krąg tych, którzy zebrali się tu na radę. Bliżej środka, na ławach z oparciami, zasiadały matrony – mężatki i wdowy. Trzeci krąg tworzyły panny i narzeczone, siedzące ze skrzyżowanymi nogami na niewyprawionych skórach. Krok przed nimi podłoga opadała na długość ramienia. W centralnym zagłębieniu z klepiskiem z ubitej ziemi zajęli miejsca wojownicy. W samym środku znajdowało się podwyższenie o średnicy piętnastu kroków. Stał na nim Hannan Mosag, król-czarnoksiężnik. Pięciu książąt, których wziął jako zakładników, siedziało wokół niego, zwracając twarze na zewnątrz.
Trull zszedł w towarzystwie Feara do zagłębienia, by zająć miejsce wśród wojowników. Spojrzał w górę, na swego króla. Hannan Mosag był przeciętnego wzrostu i budowy. Na pierwszy rzut oka nie wyglądał zbyt imponująco. Twarz miał gładką, odrobinę bledszą niż większość Edur, a szeroko rozstawione oczy sprawiały, że wydawał się wiecznie czymś zdziwiony. Moc Hannana nie miała charakteru fizycznego. Tkwiła wyłącznie w jego głosie, który był niski i dźwięczny. Król-czarnoksiężnik przykuwał uwagę słuchaczy, nawet gdy przemawiał cicho.
Kiedy milczał, tak jak teraz, wydawało się, że jest królem tylko z przypadku, jakby zabłądził mimo woli na środek tej wielkiej komnaty i rozglądał się teraz wokół siebie z lekkim zdziwieniem na twarzy. Ubierał się tak samo jak inni wojownicy, pomijając brak trofeów. W końcu jego trofea – pierworodni synowie pięciu pokonanych wodzów – siedzieli wokół niego na podwyższeniu.
Dokładniejsza obserwacja pozwalała dostrzec u króla-czarnoksiężnika również inną oznakę władzy. Za jego plecami stał cień. Ogromny i groźny. W obu zakutych w stalowe rękawice dłoniach ściskał miecze, długie i niewyraźne, lecz śmiercionośne. Na głowie miał hełm, a płytowa zbroja nadawała jego ramionom kanciasty kształt. Widmo cienia, które było osobistym strażnikiem Hannana Mosaga, nigdy nie spało. Trull pomyślał, że w postawie widma nie ma śladu niepewności.
Tylko niewielu czarnoksiężników potrafiło wyczarować podobne istoty, czerpiąc z siły życiowej własnego cienia. W tym milczącym, zawsze czujnym strażniku płynęła potężna, surowa moc Kurald Emurlahn.
Trull zatrzymał spojrzenie na tych zakładnikach, którzy spoglądali w jego stronę. K’risnani. Nie tylko reprezentowali tu swych ojców, lecz również byli uczniami Hannana Mosaga, poznającymi sztukę czarów. Odebrano im dawne imiona. Ich mistrz potajemnie nadał im nowe, które następnie związał zaklęciami. Pewnego dnia wrócą do swych plemion jako wodzowie i ich lojalność wobec króla będzie niezachwiana.
Na wprost Trulla siedział zakładnik z plemienia Merudów. Było to najliczniejsze z sześciu plemion i skapitulowało jako ostatnie. Merudowie zawsze utrzymywali, że ponieważ jest ich blisko sto tysięcy, z czego prawie czterdzieści to wojownicy, którzy już przelali krew albo wkrótce ją przeleją, im właśnie należy się pierwszeństwo pośród Edur. Mieli najwięcej wojowników i okrętów, a ich wódz nosił u pasa więcej trofeów niż ktokolwiek od wielu pokoleń. Dominacja powinna należeć do Merudów.
Tak też zapewne by się stało, gdyby Hannan Mosag nie zapanował z nadzwyczajną biegłością nad tymi fragmentami Kurald Emurlahn, z których nadal można było czerpać moc. Wódz Hanradi Khalag znacznie lepiej radził sobie z włócznią niż z rzucaniem zaklęć.
Nikt oprócz Hannana Mosaga i Hanradiego Khalaga nie znał szczegółów ostatecznej kapitulacji. Do jej chwili Merudowie twardo bronili się przed siłami Hirothów oraz towarzyszącymi im kontyngentami wojowników z plemion Arapayów, Sollantów, Den-Rathów i Benedów. Rytualne ograniczenia w prowadzeniu wojny szybko się kruszyły, ustępując miejsca przerażającej brutalności zrodzonej z desperacji. Starożytne prawa znalazły się na krawędzi załamania.
Aż wreszcie, pewnej nocy, Hannan Mosag przedostał się, niezauważony przez nikogo, do wioski wodza, a potem do jego długiego domu. I z pierwszym światłem okrutnego brzasku Menandore Hanradi Khalag skapitulował z całym swym ludem.
Trull nie wiedział, co sądzić o uporczywie powtarzanych opowieściach, jakoby Hanradi nie rzucał już cienia. Nigdy nie widział na oczy wodza Merudów.
A jego pierworodny syn siedział teraz przed nim. Ogolono mu głowę, na znak przecięcia więzów łączących go z rodem, mozaika szerokich, głębokich blizn naznaczyła jego twarz cieniami, a pozbawione emocji oczy były nieustannie czujne, jakby obawiał się zamachu na króla-czarnoksiężnika tutaj, w jego komnacie.
Wszystkie olejowe lampy wiszące u wysokiego sufitu zamigotały jednocześnie. Zebrani znieruchomieli, wbijając wzrok w Hannana Mosaga.
Choć król-czarnoksiężnik nie podnosił głosu, jego głęboki tembr wypełnił całą, ogromną komnatę. Nikt nie musiał wytężać słuchu, żeby zrozumieć słowa.
– Rhulad, syn Tomada Sengara, wojownik, który jeszcze nie przelał krwi, przyniósł mi wieści od swego brata, Trulla Sengara. Ów wojownik wybrał się na brzegi Zatoki Calach w poszukiwaniu nefrytu i stał się tam świadkiem złowrogiego wydarzenia. Biegł do nas bez chwili odpoczynku przez trzy dni i dwie noce. – Hannan Mosag zatrzymał spojrzenie na Trullu. – Stań u mego boku, Trullu Sengar, i przekaż nam swą opowieść.
Wojownicy rozstąpili się przed Trullem, który ruszył utworzoną w ten sposób ścieżką i wskoczył na podwyższenie, starając się ukryć fakt, że nogi uginają się pod nim ze zmęczenia. Wyprostował się, przeszedł między dwoma k’risnanami i stanął na prawo od króla-czarnoksiężnika. Potem spojrzał na morze zwróconych ku górze twarzy i zrozumiał, że większość obecnych wie już o tym, o czym miał ich zawiadomić. Ich twarze pomroczniały z gniewu i żądzy zemsty. Tylko na niektórych było widać niepokój albo trwogę.
– Oto słowa, które przynoszę radzie. Długozębe foki przybyły przedwcześnie na tereny godowe. Za płyciznami widziałem nieprzeliczone stada rekinów, a między nimi dziewiętnaście letheryjskich statków...
– Dziewiętnaście! – zakrzyknęło chórem pół setki osób. Podobne naruszenie etykiety było czymś niezwykłym, niemniej jednak zrozumiałym. Trull odczekał chwilę, po czym zaczął mówić dalej.
– Ich ładownie musiały być prawie pełne, gdyż zanurzały się głęboko, a woda wokół nich zrobiła się czerwona od krwi i wnętrzności. Łodzie łowieckie stały u burt wielkich statków. Zatrzymałem się tam tylko na pięćdziesiąt uderzeń serca, a widziałem setki martwych fok unoszonych na hakach ku wyciągającym się po nie rękom. Na płyciznach czekało dwadzieścia dalszych łodzi, a na plaży, wśród fok, chodziło siedemdziesięciu ludzi...
– Czy cię zauważyli? – zapytał jeden z wojowników.
Wyglądało na to, że Hannan Mosag jest gotowy ignorować zasady – przynajmniej na razie.
– Zauważyli i przerwali rzeź... na chwilę. Widziałem, że poruszali ustami, ale nie słyszałem ich słów, bo zagłuszył je ryk fok, i widziałem też, że się śmiali...
Zebrani eksplodowali gniewem. Wojownicy zerwali się na nogi.
Hannan Mosag uniósł rękę.
Natychmiast zapanowała cisza.
– Trull Sengar jeszcze nie skończył swej opowieści.
Trull odchrząknął i skinął głową.
– Widzicie mnie przed sobą, wojownicy, a ci z was, którzy mnie znają, wiedzą, że moją ulubioną bronią jest włócznia. Czy kiedykolwiek widzieliście mnie bez mej żelaznotrzonkowej zabójczyni wrogów? Niestety, zostawiłem ją... w piersi tego, który roześmiał się pierwszy.
Zebrani odpowiedzieli rykiem.
Hannan Mosag położył dłoń na ramieniu Trulla. Młody wojownik usunął się na bok. Król-czarnoksiężnik przez chwilę przyglądał się twarzom zebranych, po czym zaczął mówić:
– Trull Sengar postąpił tak, jak na jego miejscu postąpiłby każdy wojownik Edur. Jego czyn pokrzepił mnie na sercu. Ale teraz stoi przed nami bez broni.
Trull zesztywniał pod naciskiem dłoni swego władcy.
– Dlatego, gdy rozważam tę kwestię, tak jak przystoi królowi – ciągnął Hannan Mosag – dochodzę do wniosku, że muszę zapomnieć o dumie i spojrzeć głębiej, dostrzec, co to oznacza. Ciśnięta włócznia. Zabity Letheryjczyk. Bezbronny Edur. W twarzach moich umiłowanych wojowników ujrzałem tysiąc ciśniętych włóczni, tysiąc zabitych Letheryjczyków i tysiąc bezbronnych Edur.
Nikt się nie odezwał. Nikt nie wygłosił narzucającej się riposty: mamy dużo włóczni.
– Widzę w was głód zemsty. Letheryjscy rabusie muszą zginąć. Będzie to wstępem do Wielkiego Spotkania, gdyż Letheryjczycy pragnęli ich śmierci. Przewidzieli naszą reakcję. Tak właśnie wyglądają toczone przez nich gry. Czy uczynimy to, czego od nas chcą? Oczywiście. Na ich zbrodnię może być tylko jedna odpowiedź. I tak właśnie, przez naszą przewidywalność, przysłużymy się ich niezgłębionym planom, które z pewnością poznamy na Wielkim Spotkaniu.
Wszyscy zasępili się głęboko, nie kryjąc zmieszania. Hannan Mosag poprowadził ich na nieznajome obszary komplikacji. Przywiódł ich do początku nieznanej ścieżki, a teraz, ostrożnie, krok po kroku, chciał pójść z nimi dalej.
– Rabusie zginą – podjął król-czarnoksiężnik – ale żaden z was nie przeleje ich krwi. Zrobimy to, czego się spodziewają, ale na sposób, jakiego sobie nie wyobrażają. Nadejdzie jeszcze czas rzezi Letheryjczyków, tyle że nie dzisiaj. Obiecuję wam krew, moi wojownicy, ale jeszcze nie w tej chwili. Rabusie nie zasługują na zaszczyt śmierci z waszych rąk. Ich los przypieczętuje się wewnątrz Kurald Emurlahn.
Trull Sengar zadrżał mimo woli.
W sali znowu zapadła cisza.
– To będzie pełne odsłonięcie – ciągnął basem Hannan Mosag – i dokonają go moi k’risnani. Letheryjczyków nie uratuje żadna broń ani zbroja. Ich magowie oślepną i stracą orientację. Nie będą w stanie przeciwstawić się temu, co po nich przybędzie. Rabusie zginą, a ich śmierć będzie pełna bólu i przerażenia. Narobią w portki ze strachu i będą płakali jak dzieci, a los ten wypisze się na ich twarzach, by mogli go stamtąd wyczytać ci, którzy ich odnajdą.
Serce Trulla waliło jak szalone, a w ustach miał sucho jak na pustyni. Pełne odsłonięcie. Jaką to dawno zapomnianą moc udało się odkryć Hannanowi Mosagowi? Ostatniego pełnego odsłonięcia Kurald Emurlahn dokonał Scabandari Krwawooki, sam Ojciec Cień, nim jeszcze grota została rozbita. A tego rozbicia do dziś nie uleczono. Trull podejrzewał, że nigdy się to nie stanie. Niemniej jednak niektóre fragmenty były większe i potężniejsze od innych. Czyżby król-czarnoksiężnik znalazł gdzieś nowy?


* * *



Przed Piórkową Wiedźmą leżały ceramiczne płytki, wyblakłe, spękane i poobtłukiwane. Rzucenie się dokonało w tej samej chwili, gdy Udinaas wszedł do wypełnionej wirującymi w powietrzu pyłkami stodoły, by przynieść wieści o omenie – ostrzec młodą niewolnicę przed zapuszczaniem wzroku do Twierdz. Było już jednak za późno.
Stu Letheryjczyków zgromadziło się tu, by być świadkami tego wydarzenia – mniej niż zwykle, ale nie było to zaskakujące, jako że z pewnością wielu wojowników Edur rozkazało swym niewolnikom zająć się przygotowaniami do przewidywanej potyczki. Głowy odwróciły się, gdy Udinaas wszedł do kręgu, wbijając wzrok w Piórkową Wiedźmę.
Jej dusza znajdowała się już daleko na Ścieżce Twierdz. Dziewczyna opuściła głowę, dotykając podbródkiem zagłębienia między sterczącymi obojczykami. Jej gęste blond włosy opadały luźno, a przez drobne, dziecięce ciało przebiegały rytmiczne drżenia. Piórkowa Wiedźma urodziła się w wiosce przed osiemnastu laty. To były niezwykłe, zimowe narodziny – niezwykłe dlatego, że przeżyła – a jej talenty ujawniły się, nim skończyła cztery lata, gdy jej sny wróciły i przemówiły głosami przodków. Stare płytki Twierdz wykopano z grobu ostatniego Letheryjczyka w wiosce, który miał talent, i oddano dziecku. Nie było nikogo, kto mógłby nauczyć dziewczynkę tajemnic tych płytek, okazało się jednak, że nie potrzebowała nauk śmiertelników. Zapewniły je jej duchy przodków.
Była służącą Mayen i, gdy jej pani wyjdzie za Feara Sengara, zostanie własnością rodu Sengarów. A Udinaas był w niej zakochany.
Rzecz jasna, beznadziejnie. Piórkowa Wiedźma poślubi któregoś z lepiej urodzonych letheryjskich niewolników, mężczyznę, którego ród miał w Letheras tytuły i władzę. Zadłużony, taki jak Udinaas, nie mógł liczyć na podobną partię.
Gdy tak stał, gapiąc się na nią, jego przyjaciel Hulad wyciągnął rękę, złapał Udinaasa za nadgarstek i pociągnął delikatnie w dół, aż przybysz usiadł ze skrzyżowanymi nogami pośród innych świadków.
Hulad nachylił się mu nad uchem.
– Co ci dolega, Udinaas?
– Rzuciła płytki...
– Zaiste, i teraz czekamy, aż wróci z podróży.
– Widziałem białą wronę.
Hulad wzdrygnął się trwożnie.
– Na plaży. Błagałem Zbłąkanego o pomoc, ale bez skutku. Wrona wyśmiała moje słowa.
Ich rozmowę podsłuchano i wśród świadków rozbiegły się fale szeptów.
Wszystkich jednak uciszył nagły jęk Piórkowej Wiedźmy. Zebrani wbili w nią wzrok. Dziewczyna uniosła powoli głowę.
Jej oczy były puste. Białka stały się czyste niczym lód skuwający górski strumień, a tęczówki i źrenice zniknęły. W przezroczystej głębi pływały dwie bliźniacze spirale bladego światła, pełgające na tle czerni Otchłani.
Piękna jeszcze przed chwilą twarz dziewczyny wykrzywiła się w grymasie grozy, grozy Początku, duszy stojącej w obliczu nicości, w miejscu samotności tak dogłębnej, że jedyną możliwą odpowiedzią na nią wydawała się rozpacz. Było to jednak także miejsce, w którym moc była myślą, a myśl migotała w Otchłani, w której nie było Twórców, zrodzona z ciał, które jeszcze nie powstały – albowiem tylko umysł był w stanie sięgnąć w przeszłość, tylko myśli mogły w niej mieszkać. Znalazła się w czasie przed powstaniem światów i teraz musiała ruszyć naprzód.
By stać się świadkiem narodzin Twierdz.
Udinaas, jak wszyscy Letheryjczycy, znał sekwencje i formy. Najpierw trzy Fundamenty, znane jako Budowniczowie Królestw. Ogień, bezgłośny krzyk światła, wirowy taniec gwiazd. Potem Dolmen, posępny i pozbawiony korzeni, unoszący się bez celu w pustce. A na ścieżce tych dwóch sił Zbłąkany, twórca własnych, niepoznawalnych praw, który wciągał Ogień i Dolmen w gwałtowne wojny. Ogromne pogorzeliska, powtarzające się raz po raz wzajemne unicestwienie. Niekiedy, rzadko, obaj walczący zawierali jednak pokój. Ogień kąpał, ale nie palił, a Dolmen rezygnował z wędrówki i zapuszczał korzenie.
I wtedy Zbłąkany tkał swój tajemniczy wątek, tworząc Twierdze. Lód. Eleint. Azath. Bestia. A między nimi pojawiały się pozostałe Fundamenty. Topór, Kłykcie, Klinga, Sfora, Wielokształtny i Biała Wrona.
A potem, gdy królestwa uzyskały postać, spiralne światło przybierało na ostrości, odsłaniając ostatnią Twierdzę. Tę, która istniała, niedostrzegalna, od samego początku. Pusta Twierdza – serce letheryjskiego kultu – znajdowała się w samym centrum ogromnej spirali królestw. Była domem Tronu, który nie znał Króla, domem Wędrownego Rycerza oraz Kochanki, która nadal czekała samotna w swym łożu snów. Domem Obserwatora, który był świadkiem wszystkiego, oraz Włóczęgi, który patrolował granice niedostrzegalne nawet dla niego samego. Domem Zbawcy, którego wyciągniętej dłoni nikt nigdy nie ściskał. I wreszcie Zdrajcy, którego miłosny uścisk niszczył wszystko, czego się tknął.
Chodźcie ze mną do Twierdz.
Wszyscy świadkowie westchnęli jak jeden mąż, nie mogąc się oprzeć temu wygłoszonemu ospałym, zmysłowym tonem zaproszeniu.
– Stoimy na Dolmenie. Pęknięta skała, podziurawiona przez roztrzaskanych kuzynów. Na jej powierzchni roi się od życia, tak małego, że umyka naszemu wzrokowi. Życia toczącego wieczne wojny. Klinga i Kłykcie. Jesteśmy pośród Bestii. Widzę Kościaną Grzędę, lepką od krwi, pokrytą warstwami duchowych wspomnień o niezliczonych uzurpatorach. Widzę Pradawnego. Nadal nie ma twarzy, nadal jest ślepy. I Staruchę, która mierzy koszt w gryzmołach będących śladami lewiatanów. Jasnowidza przemawiającego do obojętnych. Widzę Szamana, który szuka prawd pośród umarłych. I Łowcę, żyjącego chwilą i nie dbającego o konsekwencje rzezi. I Tropiciela, który widzi znaki pozostawione przez nieznane i wędruje bezkresnymi ścieżkami tragedii. Twierdza Bestii, tutaj, w tej dolinie, która jest zaledwie zadrapaniem na twardej skórze Dolmenu. Na Kościanej Grzędzie nikt nie siedzi. Chaos ostrzy każdą broń, a zabijaniu nie ma końca. A z tego wiru wyłaniają się potężne istoty i rozlew krwi wykracza poza wszelkie granice. Na takie moce trzeba udzielić odpowiedzi. Zbłąkany powraca i rzuca nasiona w ziemię ciężką od krwi. Tak oto powstaje Twierdza Azath. Śmiercionośne schronienie dla tyranów. Och, jakże łatwo jest ich zwabić. W ten sposób osiąga się równowagę. Ale to upiorna równowaga, nieprawdaż? Wojny nie ustają, choć znacznie tracą na intensywności i wreszcie wszystkie okrutne ścieżki spotykają się w jednym miejscu.
Głos dziewczyny brzmiał jak zerwane z uwięzi czary. Jego ostry, melodyjny ton hipnotyzował, pożerał, otwierał szerokie panoramy w umysłach wszystkich, którzy go słuchali. Piórkowa Wiedźma oddaliła się od grozy Początku i w jej głosie nie było już strachu.
– Ale chód czasu sam w sobie jest więzieniem. Jesteśmy przykuci do marszu naprzód. Dlatego Zbłąkany powraca i powstaje Twierdza Lodu, wraz z jej sługami, którzy podróżują przez królestwa, by toczyć walkę z czasem. Włóczęga, Łowczyni, Kształtujący, Tragarz, Dziecko i Nasienie. A na Tronie Lodu siedzi Śmierć, zakapturzony, oszroniony złodziej troski, który kruszy niespokojne kajdany śmiertelnego życia. To dar, ale nie ma w nim ciepła. A potem, by znowu osiągnąć równowagę, rodzą się Eleintowie i chaos obleka się w ciało. Ciało smoków. Włada nimi Królowa, która musi umierać raz po raz, zabijana przez każde wydawane przez siebie na świat dziecko. I jej Konkubent, który nie kocha nikogo oprócz siebie. A potem Senior, sługa i strażnik, skazany na wieczne porażki. Rycerz – miecz samego chaosu – strzeżcie się jego ścieżki! I Brama, która jest Oddechem. Wyval, smocze nasienie, i Pani, Siostra, Krwiopijca i Kształtujący Ścieżki. Srogie smoki. Została jeszcze jedna Twierdza...
– Pusta Twierdza – wyszeptał Udinaas, a razem z nim inni słuchacze.
Piórkowa Wiedźma uniosła nagle głowę, marszcząc czoło.
– Coś krąży nad Pustym Tronem. Nie widzę tego, ale to... krąży. Blada dłoń, odcięta i tańcząca... nie, to jest...
Dziewczyna zesztywniała. Z ran na jej barkach trysnęły strumienie czerwieni. Uniosła się w powietrze.
Świadkowie zerwali się z krzykiem i podbiegli do niej, wyciągając ręce.
Było już jednak za późno. Niewidzialne szpony zacisnęły się mocniej, a niewidzialne skrzydła załopotały w pełnym pyłków powietrzu stodoły. Poniosły Piórkową Wiedźmę w mrok pod łukowatym sufitem. Dziewczyna krzyknęła.
Udinaas poczuł, że serce zabiło mu jak młotem. Przepchnął się przez tłum i dopadł drewnianych schodów prowadzących na stryszek. Gdy wdrapywał się po stromych, nieheblowanych stopniach, w ręce wbijały mu się drzazgi. Powietrze wypełniały krzyki Piórkowej Wiedźmy. Dziewczyna szamotała się w uścisku niewidzialnych szponów.
Przecież wrony nie mają szponów...
Wpadł na stryszek, potykając się na nierównych deskach. Nie spuszczał spojrzenia z Piórkowej Wiedźmy. Gdy znalazł się krok przed krawędzią, wyskoczył w górę i przemknął nad głowami zebranego na dole tłumu, wyciągając przed siebie ręce.
Jego celem był wir powietrza tańczący nad dziewczyną. Tam właśnie znajdowała się niewidzialna istota. Gdy już tam dotarł, zderzył się gwałtownie z masywnym, pokrytym łuską ciałem. Owinął mocno ręce wokół muskularnego, lepkiego tułowia, czując, jak okładają go błoniaste skrzydła. Usłyszał wściekły syk i nagle na jego lewym barku zacisnęła się szczęka. Ostre jak igły zęby przebiły skórę, zagłębiając się w mięśniach.
Udinaas stęknął głośno.
Wyval, nasienie Eleintów...
Lewą ręką sięgnął po hak od sieci wiszący u jego pasa.
Bestia rozszarpała mu bark. Trysnęła zeń krew.
Wymacał wytarty, drewniany uchwyt narzędzia i wyszarpnął zza pasa hak. Jego wewnętrzna powierzchnia była ostra jak brzytwa, by umożliwić przycinanie węzłów. Odwrócił się, zaciskając zęby z bólu wywołanego przez jaszczurcze szczęki rozdzierające na strzępy jego bark, i uderzył z całej siły w dół, w miejsce gdzie powinna być noga Wyvala. Trafił w coś i szarpnął ostro hakiem, przecinając ścięgna.
Stworzenie wrzasnęło z bólu.
I wypuściło Piórkową Wiedźmę.
Dziewczyna runęła w kłębowisko wyciągających się po nią ramion. Szpony uderzyły w pierś Udinaasa, przebijając skórę.
Ciął po raz drugi, zadając głęboką ranę. Noga zadrżała spazmatycznie.
Paszcza zamknęła się znowu, tym razem na jego szyi.
Hak wypadł z osłabłej dłoni Udinaasa. Usta i nos rannego wypełniła krew.
Przed jego oczyma tańczyła ciemność. Usłyszał, że Wyval wrzasnął po raz kolejny, tym razem z przerażenia i bólu. Dźwięk emanujący z jego nozdrzy owiewał plecy mężczyzny. Szczęki zwolniły uchwyt.
Udinaas spadł na ziemię.
I nie wiedział już nic więcej.


* * *



Gdy wszyscy wychodzili kolejno z sali, Hannan Mosag położył dłoń na ramieniu Trulla.
– Zostań – wyszeptał. – Twoi bracia niech też zostaną.
Trull śledził wzrokiem oddalających się grupkami wojowników. Byli zaniepokojeni. Gdy spoglądali po raz ostatni na króla-czarnoksiężnika i jego k’risnanów, na wielu zawziętych obliczach pojawiała się trwoga. Fear podszedł do podwyższenia, a Rhulad podążył za nim. Z twarzy najstarszego z braci nie sposób było niczego odczytać, co nie stanowiło niespodzianki, natomiast Rhulad nie mógł ustać w miejscu. Ciągle kręcił głową na wszystkie strony, a jego dłoń tańczyła na gałce miecza, który wisiał mu u pasa.
Po kilkunastu uderzeniach serca zostali sami.
– Spójrz na mnie, Trullu Sengar – zaczął Hannan Mosag. – Chciałbym, żebyś zrozumiał, że nie było moim zamiarem krytykować twój gest. Ja również cisnąłbym włócznią w Letheryjczyka w odpowiedzi na jego drwiny. Wykorzystałem cię szpetnie i teraz cię za to przepraszam.
– Nie ma za co, panie – odparł Trull. – Cieszę się, że mój czyn stał się dla ciebie fundamentem budowli, która pozwoliła ci zmienić opinię rady.
Król-czarnoksiężnik uniósł głowę.
– Fundamentem. – Uśmiechnął się, ale był to wymuszony uśmiech. – W takim razie nie będziemy już więcej o tym mówić, Trullu Sengar. – Przeniósł spojrzenie na Rhulada. – Rhuladzie Sengar, wojowniku, który jeszcze nie przelał krwi – podjął nieco twardszym tonem – rozmawiasz teraz ze mną, ponieważ jesteś synem Tomada... a ja potrzebuję jego wszystkich synów, w tym również ciebie. Chcę, żebyś mnie słuchał, a nie wyrażał swe zdanie.
Rhulad skinął głową z nagle pobladłą twarzą.
Hannan Mosag przeszedł między dwoma k’risnanami, którzy cały czas pełnili straż na podwyższeniu, i opuścił je, prowadząc za sobą trzech synów Tomada.
– Jak rozumiem, Binadas znowu wyruszył na wędrówkę. On nigdzie nie zapuszcza korzeni, czyż nie tak? Ach cóż, to go w niczym nie umniejsza. Kiedy wasz brat wróci, będziecie musieli powtórzyć mu to, co wam teraz powiem.
Weszli do prywatnej komnaty króla-czarnoksiężnika. Nie było w niej żony ani żadnych niewolników. Hannan Mosag żył prosto. Jego jedynym towarzyszem był pełniący przy nim straż cień. W surowo urządzonej komnacie znajdowało się niewiele sprzętów.
– Przed trzema księżycami – zaczął król-czarnoksiężnik, zwracając się ku nim – gdy zasnąłem, moja dusza wyruszyła na wędrówkę i była świadkiem wizji. Znalazłem się na pokrytej śniegiem i lodem równinie, daleko za ziemiami Arapayów, na północny wschód od Głodnego Jeziora. Na ziemi zamarłej w wiecznym bezruchu wyrosło coś nowego. Były to gwałtowne narodziny czegoś surowego i trudnego. Iglicy lodu. A może lodowej włóczni. Nie mogłem się do niej zbliżyć, ale wyrastała wysoko ponad śnieg, lśniąc oślepiającym blaskiem w promieniach słońca. Mimo to w jej sercu czaiło się coś mrocznego. – Hannan Mosag wpatrzył się w pustkę. Trull uświadomił sobie z dreszczem, że król znowu znalazł się w tym zimnym, smętnym miejscu. – To dar. Dla Edur. Dla króla-czarnoksiężnika.
Hannan Mosag umilkł.
Nikt się nie odzywał.
Nagle król-czarnoksiężnik wyciągnął rękę i złapał Feara za ramię, przeszywając starszego brata Trulla ostrym spojrzeniem.
– Czterej synowie Tomada Sengara powędrują w tamto miejsce i przyniosą mi ów dar. Możecie zabrać ze sobą dwóch innych. Widziałem w swej wizji ślady sześciu osób wiodące ku tej lodowej iglicy.
– Theradas i Midik Buhn – zdecydował Fear.
Król-czarnoksiężnik skinął głową.
– Tak, to dobry wybór. Fearze Sengar, mianuję cię dowódcą tej wyprawy. Jesteś wyrazicielem mojej woli i należy ci się posłuch. Ani tobie, ani żadnemu z wojowników nie wolno dotykać daru. Ciało żadnego z was nie może się z nim zetknąć. Zrozumiano? Wydobądźcie go z iglicy, owińcie w skóry, jeśli tylko będzie to możliwe, i wróćcie z nim tutaj.
Fear skinął głową.
– Zrobimy, jak nam rozkazałeś, panie.
– Znakomicie. – Hannan Mosag omiótł spojrzeniem trzech braci. – Wielu sądzi, że zjednoczenie plemion było moim jedynym celem jako wodza Hirothów. Być może wy również tak uważacie. Synowie Tomada, dowiedzcie się, że to zaledwie początek.
Nagle w komnacie pojawił się ktoś nowy. Król i bracia jednocześnie wyczuli jego przybycie. Odwrócili się w stronę wejścia.
Stał w nim k’risnan.
Hannan Mosag skinął głową.
– Niewolnicy mieli dziś noc pełną wrażeń – mruknął. – Chodźcie wszyscy.


* * *



Widma cienia zgromadziły się wokół jego duszy, albowiem dusza była wszystkim, co z niego zostało, nieruchoma i bezbronna, widząca bez oczu, czująca bez ciała. Niewyraźne, podobne do zwierząt postacie krążyły wokół niego, kłapiąc zębami, niczym psy, które otoczyły żółwia.
Te duchy cienia były głodne, ale coś je powstrzymywało, jakiś mocno zakorzeniony zakaz. Szturchały go i szarpały, ale nie robiły nic więcej.
Rozproszyły się niechętnie, wyczuwając, że coś, czy raczej ktoś, się zbliża. Udinaas poczuł u swego boku ciepłą, osłaniającą go obecność.
Piórkowa Wiedźma. Była zdrowa, jej twarz promieniała. Przyjrzała mu się z pytającym wyrazem w szarych oczach.
– Synu długu – odezwała się z westchnieniem. – Mówią, że to ty mnie uwolniłeś. Mimo że Wyval szarpał twoje ciało. Nie dbałeś o to. – Przyglądała mu się jeszcze przez chwilę. – Twoja miłość wypala mi oczy – stwierdziła wreszcie. – Co mam począć z tą prawdą?
Przekonał się, że jest w stanie mówić.
– Nic nie rób, Piórkowa Wiedźmo. Wiem, że to nie może się stać. Nie wyrzeknę się tego brzemienia.
– Tak. Widzę to.
– Co się stało? Czy umieram?
– Byłeś bliski śmierci. Uruth, żona Tomada Sengara udzieliła odpowiedzi na twe... cierpienia. Zaczerpnęła mocy z Kurald Emurlahn i przepędziła Wyvala. A teraz trudzi się nad uzdrowieniem nas obojga. Leżymy obok siebie na mokrej od krwi ziemi. Nieprzytomni. Zdumiewa ją nasza niechęć do powrotu.
– Niechęć?
– Przekonała się, że trudno jej jest uzdrowić nasze rany. Opieram się jej, za nas oboje.
– A dlaczego?
– Dlatego że niepokoję się o nią. Uruth nic nie czuje. Wydaje się jej, że jej moc jest czysta. Ale w rzeczywistości jest... skażona.
– Nie rozumiem. Mówiłaś, że to Kurald Emurlahn...
– Bo tak jest. Ale utraciła czystość. Nie wiem, jak to się stało, ale zaszła w niej zmiana. Zmieniła się dla wszystkich Edur.
– I co mamy zrobić?
Westchnęła.
– Na razie wrócić. Posłuchać jej rozkazu. Wyrazić wdzięczność za jej interwencję, za uzdrowienie naszych rozszarpanych ciał. A w odpowiedzi na liczne pytania, które nam zada, możemy rzec niewiele. Nie wiedzieliśmy, co się dzieje. Walczyliśmy z nieznanym demonem. Panował chaos. A o tej rozmowie nie powiesz jej nic, Udinaas. Zrozumiałeś?
– Zrozumiałem.
Wyciągnęła rękę i poczuł, że uścisnęła jego dłoń – nagle uleczoną – i do jego ciała napływa jej ciepło.
Usłyszał bicie własnego serca, które ożywiło się w odpowiedzi na ten dotyk. A także drugie serce, odległe, lecz coraz bliższe, które biło tym samym rytmem. Nie było to jednak serce dziewczyny i Udinaasem zawładnęła groza.


* * *



Matka odsunęła się od niego. Mars na jej czole znikał powoli.
– Wracają – stwierdziła.
Trull popatrzył na dwoje leżących. Udinaas był niewolnikiem z ich domu, a dziewczyna jedną ze służących Mayen, zwaną Piórkową Wiedźmą ze względu na jej talent wróżbitki. Wokół dziur pozostawionych przez zęby w ich koszulach było jeszcze widać plamy krwi, ale rany zdążyły się już zasklepić. Na piersi Udinaasa widać było też inną krew – złotą i wciąż jeszcze błyszczącą.
– Powinienem zabronić tego rzucania – warknął Hannan Mosag. – Pozwalanie na użycie letheryjskich czarów w środku naszej wioski to niebezpieczna pobłażliwość.
– Ale to ma pewną wartość, wielki królu – zauważyła Uruth. Trull widział, że jego matka nadal jest niespokojna.
– A mianowicie jaką, żono Tomada?
– To ostrzeżenie, wielki królu, i lepiej, żebyśmy go wysłuchali.
Hannan Mosag wykrzywił twarz.
– Ten mężczyzna ma na koszuli krew Wyvala. Czy jest zakażony?
– Niewykluczone – przyznała Uruth. – Znaczna część tego, co u Letheryjczyków uchodzi za duszę, jest ukryta przed moją sztuką, wielki królu.
– Ta skaza prześladuje nas wszystkich, Uruth – rzekł król-czarnoksiężnik, zwracając się do niej prawdziwym imieniem, co było wielkim zaszczytem. – Trzeba go przez cały czas obserwować – ciągnął, spoglądając na Udinaasa. – Jeśli ma w sobie krew Wyvala, prawda prędzej czy później wyjdzie na jaw. Czyją jest własnością?
Tomad Sengar odchrząknął.
– Moją, królu-czarnoksiężniku.
Hannan Mosag zmarszczył brwi. Trull wiedział, że król-czarnoksiężnik myśli o swym śnie i o podjętej przez siebie decyzji wplecenia w wątek swej opowieści rodziny Sengarów. Na świecie zdarzało się niewiele przypadków.
– Ta Piórkowa Wiedźma należy do Mayen, tak? – zapytał twardszym głosem. – Powiedz mi, Uruth, czy wyczułaś jej moc, kiedy ją uzdrawiałaś?
Matka Trulla pokręciła głową.
– Nie była zbyt imponująca. Albo...
– Albo co?
Uruth wzruszyła ramionami.
– Albo dziewczyna dobrze ją ukrywa, mimo że jest ranna. A jeśli tak jest, to jej moc przerasta moją.
To niemożliwe. Ona jest Letheryjką. Niewolnicą, która jest jeszcze dziewicą.
Chrząknięcie Hannana Mosaga wyrażało podobną opinię.
– Zaatakował ją Wyval i najwyraźniej zapanowanie nad tym stworzeniem dalece przekraczało jej możliwości. Nie, dziecko popełniło błąd. Jest źle wyszkolone, nieświadome ogromu wszystkiego, czym próbuje się bawić. Spójrzcie, dopiero odzyskuje przytomność.
Piórkowa Wiedźma rozchyliła powieki. W jej oczach widać było niewiele zrozumienia, które w dodatku szybko ustąpiło miejsca zwierzęcemu strachowi.
Hannan Mosag westchnął.
– Przez pewien czas nie będzie dla nas użyteczna. Zostawcie ją pod opieką Uruth i innych żon. – Spojrzał na Tomada Sengara. – Kiedy Binadas wróci...
Tomad skinął głową.
Trull zerknął na Feara. Za plecami jego brata klęczeli niewolnicy, którzy byli świadkami rzucania. Zamarli w bezruchu, przyciskając czoła do ziemi, już od chwili przybycia Uruth. Wydawało się, że twarde spojrzenie starszego brata Trulla spoczęło na czymś, czego nikt poza nim nie widział.
Kiedy Binadas wróci... synowie Tomada wyruszą w drogę. Na lodowe pustkowia.
Udinaas jęknął.
Król-czarnoksiężnik zignorował to i wyszedł ze stodoły. Dwaj k’risnani szli u jego boków, a strzegący go cień posuwał się krok za nim. U wyjścia przerażające widmo zatrzymało się z własnej inicjatywy i obejrzało za siebie – choć nie sposób było określić, na kogo skierowało bezkształtne oczy.
Udinaas jęknął po raz drugi. Trull zauważył, że członki niewolnika drżą.
Widmo zniknęło.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2013-03-03 (766 odsłon)

[ Wróć ]
Content ©



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej