Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Na psa urok
 
Katalog - dodano
 Epoka diamentu
- Neal Stephenson
 Kroniki Jaaru. Tajemne imię
- Adam Faber
 Hajmdal. Księżyce monarchy
- Dariusz Domagalski
 Alyssa i czary
- A.G. Howard
 Prawda i iluzja
- Jennifer Sommersby
 
- skomentowano
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Partials. Częściowcy'' - Dan Wells



Noworodek numer 485GA18M zmarł trzydziestego czerwca dwa tysiące siedemdziesiątego szóstego roku o szóstej siedem rano. Dziewczynka miała trzy dni. Od czasu Wybuchu średnia długość życia ludzkiego dziecka wynosiła pięćdziesiąt sześć godzin.
Nawet nie nadawano im imion.
Kira Walker bezradnie patrzyła, jak doktor Skousen bada maleńkie ciałko. Pielęgniarki – połowa z nich ciężarna – pozbawione twarzy, w kombinezonach ochronnych i maskach przeciwgazowych, zapisywały szczegóły życia i śmierci dziecka.
Szklana szyba tłumiła żałosne zawodzenie stojącej na korytarzu matki, Ariel McAdams, zaledwie osiemnastoletniej.
– Temperatura ciała trzydzieści siedem stopni w chwili narodzin – oznajmiła pielęgniarka, przeglądając odczyty. Przenikający przez maskę głos zabrzmiał metalicznie.
Kira nie znała jej imienia. Inna pielęgniarka starannie zapisywała liczby na kartce żółtego papieru.
– Trzydzieści sześć i sześć dziesiątych stopnia w wieku dwóch dni – ciągnęła pierwsza. – Trzydzieści siedem o czwartej dziś rano. Czterdzieści trzy w chwili śmierci.
– Pozwólcie mi ją przytulić! – zawodziła łamiącym się głosem Ariel. – Dajcie mi ją tylko przytulić!
Pielęgniarki nie zwracały na nią uwagi. To był trzeci poród w tym tygodniu i zarazem trzecia śmierć. Ważniejsze było opisanie zgonu, czerpanie z niego wiedzy, która pomogłaby zapobiec, jeśli nie następnej, to kolejnej, setnej czy nawet tysięcznej śmierci. Wszystko po to, aby znaleźć sposób na przetrwanie ludzkich dzieci.
– Tętno? – spytała inna pielęgniarka.
Dłużej tego nie zniosę, pomyślała Kira. Chciałam być jedną z nich, nie grabarzem.
– Tętno? – powtórzyła tamta z napięciem. To była siostra Hardy, przełożona porodówki.
Kira przywołała się do porządku; monitorowanie serca to jej zadanie.
– Tętno miarowe do czwartej dziś rano, potem wzrost ze stu siedmiu do stu trzydziestu trzech uderzeń na minutę. O piątej tętno wynosiło sto czterdzieści dziewięć, o szóstej sto pięćdziesiąt cztery. O szóstej siedem… siedemdziesiąt dwa.
Ariel znów zaszlochała.
– Moje odczyty to potwierdzają – dodała kolejna pielęgniarka.
Siostra Hardy zapisała liczby i spojrzała karcąco na Kirę.
– Musisz się skupić – rzuciła szorstko. – Wielu stażystów medycznych oddałoby prawe oko, by się tu dostać.
– Tak, proszę pani – przytaknęła Kira. Doktor Skousen oddał nieżywe niemowlę pielęgniarce i ściągnął maskę przeciwgazową. Miał puste spojrzenie.
– Na razie więcej się nie dowiemy. Umyjcie się i przygotujcie pełne badania krwi – polecił i wyszedł.
Pielęgniarki nadal krzątały się gorączkowo, zawijając ciałko do pogrzebu, szorując sprzęt, ścierając krew. Ariel płakała – samotna i zapomniana. Poddano ją sztucznemu zapłodnieniu, nie miała męża ani chłopaka, który mógł ją pocieszyć. Kira, która posłusznie zebrała dokumenty do archiwum i dalszych analiz, nie mogła przestać zerkać na tkwiącą za szybą szlochającą matkę.
– Stażystko, skoncentruj się na pracy. – Siostra Hardy zdjęła maskę, mokre od potu włosy lepiły jej się do czoła. Kira spojrzała na nią bez słowa. – O czym świadczy wzrost temperatury?
– Wirus przekroczył punkt nasycenia – wyrecytowała z pamięci Kira. – Namnożył się dostatecznie, by uszkodzić układ oddechowy i serce zaczęło pracować szybciej, próbując to zrekompensować.
Siostra Hardy przytaknęła, Kira zauważyła, że przełożona miała przekrwione oczy.
– Któregoś dnia badacze znajdą wzór wśród tych danych i z jego pomocą zsyntetyzują lekarstwo. Możemy do tego doprowadzić pod warunkiem, że… – Hardy zawiesiła głos i Kira dokończyła szybko:
– …dokładnie przeanalizujemy przebieg choroby u każdego dziecka i będziemy się uczyć na błędach.
– Znalezienie lekarstwa może zależeć od danych, które trzymasz w ręku. Jeśli ich nie zarejestrujesz, to dziecko umrze na próżno.
Kira skinęła głową, wygładzając papiery ułożone w brązowej teczce, a przełożona pielęgniarek odwróciła głowę. Wtedy Kira ujęła ją za ramię, nie odważając się popatrzeć jej w oczy.
– Przepraszam panią. Czy Ariel nie mogłaby przytulić dziecka choćby na chwilę, skoro, doktor Skousen już skończył badanie?
Siostra Hardy westchnęła ciężko, znużenie naruszyło jej ponurą profesjonalną minę.
– Posłuchaj, Kiro. Wiem, jak szybko przeszłaś przez program szkoleniowy. Niewątpliwie masz dryg do wirusologii i analizy RM, ale zdolności i nabyte umiejętności nie wystarczą. Należy przygotować się emocjonalnie, inaczej oddział porodowy pożre cię żywcem. Jesteś u nas od trzech tygodni i to twoje dziesiąte martwe dziecko. Dla mnie to dziewięćset osiemdziesiąte drugie. – Hardy zawiesiła głos i milczała dłużej, niż Kira oczekiwała. – Po prostu musisz się uodpornić.
Kira zerknęła na Ariel, która płakała, waląc dłońmi w grubą szybę.
– Wiem, że straciła ich pani mnóstwo, ale dla tej matki to jej pierwsze.
Hardy przez długą chwilę przyglądała się Kirze, po czym odwróciła się i zawołała:
– Sandy!
Młoda pielęgniarka, niosąca maleńkie ciałko w stronę drzwi, uniosła głowę.
– Odwiń dziecko – poleciła przełożona. – Matka je przytuli.

(...)

Kiedy kilka godzin później dotarli do Asharoken, niebo zaczynało szarzeć. Kira miała nadzieję, że szybko zrobią, co do nich należy, i rozbiją obóz dalej od wybrzeża. Asharoken bardziej przypominało dzielnicę niż miasto, z resztą wyspy łączył je nieprzerwany ciąg zabudowań i dróg. Kira natychmiast pojęła, czemu wcześniejsze patrole unikały tej okolicy. Ten wąski cypel lądu, odchodzący na północ od wyspy, z jednej strony miał cieśninę, z drugiej zatokę. Jedno wybrzeże wzbudzało niepokój ludzi; dwa to niemal zbyt wiele do zniesienia.
Wóz zatrzymał się przed niewielką kliniką weterynaryjną. Marcus jęknął.
– Nie mówiłeś, że to psi szpital, Jayden. Co mamy tu znaleźć?
Jayden zeskoczył z wozu.
– Gdybym wiedział, wyczyściłbym go dwa dni temu. Nasi spisali leki i aparat rentgenowski; idźcie robić swoje.
Marcus zeskoczył na ulicę, obaj z Jaydenem unieśli ręce, żeby pomóc Kirze. Z łobuzerską miną ujęła dłonie obu, a oni zsadzili ją, nadąsani.
– Sparks, Brown, pójdziecie pierwsi – polecił Jayden i żołnierze wyskoczyli z ciężarówki, dźwigając jeden z generatorów. – Patterson, ty i twój oddział zabezpieczycie teren, miejcie oko na wszystko i eskortujcie ich do następnego przystanku. Wygląda na to, że od wczoraj ktoś tu węszył. Nie życzę sobie niespodzianek.
– Skąd wiesz, że ktoś tu był? – spytała Kira.
– To pewnie tylko zbieracz, ale jesteśmy na cholernym Północnym Wybrzeżu i nie zamierzam ryzykować. Jeśli znajdziecie tu coś wartościowego, moje króliczki, to przygotujcie do transportu. Załadujemy to w drodze powrotnej. Zabieram moją drużynę na przystanek numer trzy. Patterson, kontakt co piętnaście minut. – Jayden wdrapał się do wozu i zawołał do woźnicy: – Ruszamy!
Wóz z szarpnięciem potoczył się na północ, Kira zawiesiła na ramieniu apteczkę i rozejrzała się. Asharoken, podobnie jak większość małych miasteczek, niknęło pod plątaniną kudzu, ale fale cieśniny z łagodnym szumem lizały brzeg, a niebo było czyste i pogodne.
– Ładnie tu.
– Uważać tam! – rzucił Patterson.
Pozostali żołnierze rozproszyli się, tworząc koło wokół kliniki, tymczasem Sparks i Brown zbliżyli się do zrujnowanego budynku, unosząc do oczu karabinki szturmowe. Kirę zafascynowało to, jak się poruszali; obracali się, unosili i opadali, by utrzymać linię wzroku. Wyglądało to niemal, jakby karabin przesuwał się na niewidocznych szynach, a żołnierz poruszał się swobodnie wokół niego. Frontowa ściana kliniki składała się głównie z szyb, obecnie wybitych i zarośniętych kudzu. Środkowy betonowy filar oznaczono jaskrawo pomarańczowym symbolem. Kira uczestniczyła w dostatecznie wielu operacjach odzysku, aby rozpoznać większość znaków, ten jednak znała najlepiej. Oznaczał: częściowo skatalogowane, wrócić z medykami. Sparks i Brown umiejętnie osłaniając się nawzajem, weszli do środka, stąpając ostrożnie między gruzami i roślinnością. Patterson wspiął się na dach, trzymając się krawędzi, skąd kontrolował sytuację.
Po zabezpieczeniu budynku Kira i Marcus sprawdzili generator. Zamontowano go na ciężkich taczkach, u dołu mieścił się potężny akumulator i ręczna korba, na górze niewielki panel słoneczny i grube zwoje kabli i wtyczek. Wyspa była potwornie zagracona, nie było sensu ściągać do East Meadow złomu, który do niczego się nie przyda. Ulice wypełniały rzędy zaparkowanych samochodów o przerdzewiałych karoseriach, pozbawionych powietrza kołach i powybijanych oknach. W jednym z nich, w fotelu kierowcy, tkwił szkielet ofiary RM. Kira zastanawiała się, dokąd wybierał się ten człowiek. Nawet nie zdążył się wydostać z własnego podjazdu.
Dwie minuty później Brown otworzył drzwi i wezwał ich gestem.
– Wszędzie czysto, ale uważajcie, gdzie stajecie. Wygląda na to, że budynek zajęło stado dzikich psów.
– Wierne zwierzaki. – Marcus uśmiechnął się złośliwie. – Musiały bardzo kochać weterynarza.
Kira pokiwała głową.
– Chodźmy go odpalić.
Marcus przechylił generator na kołach i powoli zaczął popychać taczkę. Kira zauważyła, że Brown nałożył maskę, toteż przystanęła, aby przygotować własną: kilka razy złożoną chustę, na którą wylała pięć kropelek mentolu. Porzucone zwłoki już dawno się rozłożyły, tak jak szkielet w samochodzie, ale stado psów z pewnością znosiło tu padlinę, nie mówiąc o odchodach, piżmie i nie wiadomo czym jeszcze. Kira obwiązała chustę wokół nosa i ust i wtedy ujrzała, jak Marcus dławi się, rozpaczliwie szukając w kieszeniach własnej maski.
– Powinieneś bardziej uważać – orzekła, mijając go w drodze do pomieszczenia na tyłach. – Ja czuję tylko rześki zapach mięty.

Magazyn medyczny okazał się świetnie wyposażony i nie był splądrowany, choć bez wątpienia niedawno ktoś tu grzebał, pozostawiając odciski i smugi w grubej warstwie kurzu. Pewnie to szweje, pomyślała Kira, choć wcześniej nie spotkała się z tym, żeby szwej przeglądał leki.
Na blacie wyznaczyła osobno miejsce na leki przeznaczone do zabrania i do zniszczenia. Każdy stażysta medyczny najpierw dowiadywał się, które lekarstwa z odzysku wciąż są przydatne i na jak długo, a które tracą ważność i stają się niebezpieczne. Zabieranie bezużytecznych leków do East Meadow byłoby jeszcze gorsze niż sprowadzanie zepsutych sprzętów, ponieważ mogły stanowić zagrożenie. Personel medyczny sprawował opiekę nad ludźmi i ostatnią rzeczą, jakiej potrzebował, było podanie komuś niewłaściwego leku bądź, co gorsza, przedostanie się przeterminowanych medykamentów do źródeł wody pitnej. Bezpieczniej i łatwiej było ocenić ich przydatność po znalezieniu. Uczono ich także rozpoznawać leki dla zwierząt. Antybiotyk przeznaczony dla psów w ostatecznym rozrachunku to nadal antybiotyk. Pozbawieni zaplecza produkcyjnego mieszkańcy wyspy musieli zadowalać się tym, czym dysponowali.
Kira zaczęła sprawnie sortować zawartość szafek, gdy do środka wmaszerował Marcus z maską na twarzy.
– Cuchnie tu jak w krypcie.
– Bo to jest krypta.
– Psy musiały tu stworzyć własną cywilizację, aby osiągnąć taki poziom smrodu. – Marcus otworzył kolejną szafkę i zaczął rzucać leki na wyznaczone przez Kirę miejsca. – Zwierzęta nie są najgorsze – dodał. – Najgorszy jest kurz. W płucach zabiorę do domu co najmniej pół kilo kurzu.
– To ci wzmocni charakter. – Kira zaśmiała się, po czym spróbowała naśladować siostrę Hardy. – Brałam udział w niezliczonych odzyskach, stażysto, musisz nauczyć się z tym żyć. Poza tym wdychanie pyłu z trupów jest zdrowe, bo pobudza do działania nerki.
– Odzysk jest nie tylko pożyteczny – odparł Marcus, udatnie wcielając się w senatora Hobba – ale także kluczowy dla przetrwania ludzkości. Pomyśl o roli, jaką odegrasz na nowych, wspaniałych kartach jej historii!
Kira się roześmiała. Rzeczywiście Hobb często mówił o „nowych kartach historii”, jakby wystarczyło jedynie pisać dalej, aby księga nigdy się nie skończyła.
– Przyszłe pokolenia będą wspominać z podziwem olbrzymów, którzy ocalili nasz gatunek – ciągnął Marcus, w dalszym ciągu udając Hobba – którzy pokonali Częściowców i raz na zawsze skończyli z RM, ocalili życie niezliczonych dzieci i… – Urwał.
W pomieszczeniu zapadło krępujące milczenie. Po pewnym czasie Marcus znów się odezwał:
– Myślę, że stają się coraz bardziej nerwowi, chociaż starają się tego nie okazywać. Nie wspomnieli o tym podczas zebrania, ale poważnie rozważają ponowne obniżenie wieku dziewcząt, które powinny zajść w ciążę.
Kira zamarła z uniesionymi rękami i zerknęła na Marcusa.
– Mówisz serio? – spytała.
Skinął głową.
– Wracając do domu, spotkałem Isolde. Mówiła, że w Senacie pojawiła się nowa grupa, która twierdzi, że nie należy przeprowadzać badań i szukać lekarstwa, tylko sprowadzać na świat tyle dzieci, by przekroczyć procentowy próg odporności.
– Przecież dwukrotnie przekroczyliśmy ten poziom – zauważyła Kira. – Zero przecinek zero zero zero cztery procent oznacza, że jedno na dwa i pół tysiąca dzieci będzie odporne.
– Wiem, że to głupota – odparł Marcus – ale nawet lekarze zaczynają popierać tę grupę. Z ich punktu widzenia więcej dzieci oznacza więcej okazji do badań.
– Kolejna obniżka to siedemnaście lat. Isolde ma siedemnaście. Co zrobi? Nie jest gotowa zajść w ciążę – powiedziała Kira.
– Znajdą dawcę i…
– To nie jest agencja randkowa – rzuciła Kira, przerywając Marcusowi – to program naukowy. Wcale by mnie to nie zdziwiło, gdyby do wody wprowadzali leki zwiększające płodność. – Gniewnymi ruchami wyciągała z szafki pudełka zawierające leki i rzucała je na blat biurka. – Nieważna miłość i wolność, nieważny wybór, po prostu zachodź w ciążę i ratuj ten cholerny świat.
– Nie siedemnastu – rzekł miękko Marcus, wbijając wzrok w ścianę.
Kira poczuła, jak żołądek ściska się jej boleśnie w oczekiwaniu na to, co zaraz usłyszy.
– Isolde powiedziała, że w Senacie szykują referendum obniżające wiek ciąży do szesnastu lat.
Zamarła. Oficjalne ustalenie wieku to był nakaz: wszystkie kobiety powyżej pewnego wieku miały obowiązek zajścia w ciążę jak najszybciej i być w niej najczęściej jak to możliwe.
Od pięciu lat wiedziałam, że to mnie czeka, pomyślała Kira. Miałam pięć lat, by się przygotować, nastawić psychicznie, ale mimo wszystko… nie jestem na to gotowa.
– To głupie – ciągnął Marcus. – Głupie i niesprawiedliwe. Mogę sobie tylko wyobrażać, jak się czujesz. Uważam, że to poroniony pomysł, i mam nadzieję, że nie zostanie zrealizowany.
– Dziękuję.
– A jeśli nie?
– Nie zaczynaj, Marcus.
– Mówię tylko, że powinniśmy… zastanowić się nad tym. Jeśli nowa ustawa wejdzie w życie a ty sama nie podejmiesz decyzji, to…
– Powiedziałam: nie zaczynaj. To nie są okoliczności, w których chciałabym przeprowadzić tę rozmowę.
– Nie mówię o seksie, a o małżeństwie. – Marcus postąpił krok, zatrzymał się i spojrzał w sufit. – Planowaliśmy je, odkąd skończyliśmy trzynaście lat, Kiro. Zamierzaliśmy razem odbyć staż, potem pracować w szpitalu i się pobrać. To był też twój plan…
– Ale już nie jest – wpadła mu w słowo Kira. – Nie jestem jeszcze gotowa, by dokonać wyboru. I z całą pewnością nie byłam gotowa jako trzynastolatka. – Odwróciła się do szafki, zaklęła pod nosem i ruszyła do drzwi. – Muszę zaczerpnąć świeżego powietrza.
Na dworze zdjęła maskę i kilka razy głęboko odetchnęła. Najgorsze jest to, że dokładnie rozumiem ich argumenty, pomyślała.
Nagle drzewa na północy rozświetlił jaskrawy pomarańczowy blask, w sekundę później zabrzmiał ogłuszający ryk. Kira poczuła wstrząs fali uderzeniowej, wykręcającej jej wnętrzności. Ledwie zdążyła zrozumieć, że właśnie widziała i słyszała wybuch, gdy odzyskała słuch i usłyszała krzyki żołnierzy.

Szeregowy Brown skoczył ku niej, złapał ją mocno i pociągnął na ziemię, za jeden z parkujących samochodów.
– Nie wstawaj.
– Co się dzieje?
– Leż tutaj! – Brown wyciągnął radio i nacisnął włącznik. – Sierżancie, tu Shaylon, czy jesteście ostrzeliwani? Over!
Radio zatrzeszczało, lecz odpowiedział jedynie szum.
– Ktoś do nas strzela? – spytała Kira.
– Gdybym wiedział, nie pytałbym Jaydena. – Brown ponownie włączył radio. – Sierżancie, słyszycie mnie? Wasz status?
Radio głucho zabrzęczało. Kira i Brown spojrzeli na nie z rozpaczą – to mógł być przypadkowy wybuch, ale równie dobrze mógł w nim maczać palce Głos albo nawet Częściowcy. Czy to atak? Inwazja? Przez chwilę radio milczało, nagle do wtóru głośnych trzasków zabrzmiał głos Jaydena.
– Przystanek trzeci został zaminowany! Troje ludzi uwięzionych w środku. Jak najszybciej ściągnij medyków!
Brown odwrócił się w stronę kliniki, jednocześnie płynnym ruchem wstając z ziemi.
– Sprowadźcie tu Marcusa! Ofiary w punkcie trzy!
Kira puściła się biegiem – widziała dym wznoszący się nad budynkiem najwyżej milę dalej. Brown szybko ją dogonił; pędził środkiem ulicy, trzymając przed sobą karabin, Kira podziękowała w duchu temu, kto sprawił, że nie zdjęła z ramienia apteczki. Pochyliła głowę, przyspieszając. Brown ledwie dotrzymywał jej kroku.
Najpierw ujrzała Jaydena, zajął pozycję na kabinie zarośniętej ciężarówki. Patrząc przez lornetkę, lustrował horyzont. Obok stał wóz, lewe przednie koło miał strzaskane, dwa konie zginęły, pozostałe rżały, spanikowane. Dopiero potem zobaczyła budynek – dymiącą ruinę między dwiema innymi konstrukcjami. Wyglądał jak wieża z drewnianych klocków zburzona przez rozgniewane dziecko. Jeden z żołnierzy ciągnął za ręce kolegę, wywlekając go z rumowiska. Kira uklękła obok rannego, jedną dłonią sprawdziła puls w przegubie, drugą obmacała klatkę piersiową i szyję.
– Nic mi nie jest – odezwał się żołnierz i zakasłał. – Zajmij się cywilami.
Skinęła głową i zerwawszy się na nogi, spojrzała na zburzony dom. Od czego zacząć? Chwyciła za rękę żołnierza i odciągnęła go od rannego towarzysza.
– Gdzie są pozostali?
– W piwnicy w tym narożniku. – Wskazał w dół.
– Pomóż mi się tam dostać.
– Budynek miał dwa piętra, zostali zasypani.
– Pomóż mi się tam dostać – powtórzyła stanowczo Kira, pociągając żołnierza w stronę domu.
Zaczęła przeciskać się przez sterty gruzów, gdy zjawił się zdyszany Marcus.
– Ja… pierniczę.
Kira zanurkowała głębiej między gruzy.
– Panie Turner! – zawołała. – Pani Cantrell! Czy któreś z was mnie słyszy?
Zamarli, wytężając słuch, po chwili Kira wskazała na lewą stronę.
– Tutaj.
Uklękli, odrzucając na bok kawałek strzaskanej podłogi. Kira zamarła, nasłuchując i znów usłyszała sapnięcie bądź stłumiony kaszel. Wskazała na stertę cegieł i żołnierz pomógł ją odgarnąć, podając cegły Marcusowi, Sparksowi i pozostałym żołnierzom. Kira krzyknęła ponownie i uzyskała słabą odpowiedź.
– Tu jestem – rozległo się i Kira rozpoznała kobiecy tembr.
Pojęła, że to Gianna. Dźwignęła kawał strzaskanego mebla. Żołnierze wyciągnęli go z dziury. Tkwiąca pod spodem Gianna jęknęła z bólu. Kira wcisnęła się głębiej, by jej pomóc.
– Nadal coś panią przyciska?
– Chyba nie.
Kira chwyciła Giannę za rękę i zaparła się o kolejny fragment podłogi. Zachybotała się, pośliznęła i poczuła, że silne ręce łapią ją z tyłu.
– Mam panią – rzekła – a oni mają mnie. Proszę się podciągnąć.
Gianna powoli uwolniła się ze sterty potrzaskanego drewna i cegieł. Kira ciągnęła ją cal po calu. Kiedy Gianna znalazła się wystarczająco wysoko, Kira poczuła, że ktoś ciągnie je obie. Upadły na stos rumowiska i Kira ujrzała napiętego z wysiłku Jaydena.
– Dzięki – rzuciła.
Skinął głową.
– Pomóż mi znaleźć Turnera – powiedziała i skierowała się do wyrwy.
– Panie Turner! Słyszy mnie pan?
– Był obok mnie, gdy nastąpił wybuch – wydyszała Gianna. – Nie mógł się znaleźć zbyt daleko.
Kira zsunęła się do wyrwy, wykrzykując:
– Panie Turner! Andrew! – Urwała, nasłuchując, i pochyliła się. Nic. Uniosła głowę, przeczesując wzrokiem ruiny, próbując ocenić, gdzie mógł spaść.
– Za tym kamieniem. – Gianna wskazała sterczącą z rumowiska dużą płaską płytę. – W piwnicy był kominek, coś jak wielki komin zrobiony z kamienia, nie z cegieł. To pewnie najstarsza część domu.
– Nie zdołamy go poruszyć – zauważył Marcus.
Kira ześliznęła się tuż obok płyty i naparła na nią.
– Andrew Turner! – wykrzyknął Marcus.
– Cicho. Chcę czegoś spróbować – oznajmiła Kira.
Kurz osiadł, powietrze trwało w bezruchu. Kira otworzyła apteczkę i wyciągnęła stetoskop – model cyfrowy ze wzmacniaczem dźwięku. Pstryknęła włącznikiem, modląc się w duchu, by bateria działała, i przycisnęła stetoskop do kamienia.
„Pom, pom, pom, pom…”
– To jego serce! – zawołała. – Leży tu, pod zwalonym kominem.
– Te kamienie podtrzymują połowę domu – zauważył Marcus. – Nie możemy ich poruszyć.
– Musimy, dopóki słyszymy jego bijące serce – orzekł Jayden.
– Zejdź mi z drogi, Walker. – Zsunął się do Kiry i zawołał pozostałych. – Yoon, przynieś linę i przywiąż drugi koniec do jednego z koni!
Chwilę później żołnierka zrzuciła między nich sztywną nylonową linę. Jayden wyciągnął ręce, by obwiązać nią kamienną płytę. Kira ponownie przycisnęła do niej stetoskop.
„Pom, pom, pom”.
– Wciąż słyszę bicie serca. – Odwróciła się, szukając wzrokiem drewnianych belek. – Marcus ma rację. Jeśli teraz przesuniemy kamień, to zawali się na niego cały parter. Masz, podeprzyj tym. – Pociągnęła długą belkę, wciąż przybitą do podłogi, Jayden wepchnął ją na miejsce, podpierając rumowisko.
– Gotowe! – wykrzyknął. – Ruszaj naprzód, Yoon! Jeszcze… jeszcze! Dobra, napięła się, teraz bardzo wolno!
Lina naciągnęła się, ale Kira nie zauważyła, by kamień się poruszył. Słyszała jednak, jak zgrzyta o niewidoczną kamienną posadzkę.
– To działa! – zawołała.
Jayden zaczął wykrzykiwać kolejne rozkazy.
– Jedź dalej! Spokojnie, powoli, właśnie tak! Uważaj na linę!
Kamień wysunął się i Jayden stęknął, odpychając go na bok. Kira skupiła wzrok, zerkając nerwowo na zaimprowizowaną podporę. Nagle dostrzegła w ciemności jakiś kształt i zamarła. Wcześniej go nie widziała, bo zasłaniała go kamienna płyta. To była ludzka noga, oderwana tuż nad kolanem.
– Nie – mruknęła. Ostrożnie wyciągnęła ramię, obmacując miejsce, w którym pękła kość. Zmiażdżona, pomyślała. Komin zawalił się i oderwał mu nogę. Czy to możliwe, by Turner żył? Przycisnęła słuchawkę do kolejnego kamienia.
„Pom, pom, pom”.
– Jasna cholera! – Jayden przykucnął za Kirą. – Czy to jego noga?
– To znaczy, że jesteśmy blisko.
– To znaczy, że facet nie żyje – ocenił Jayden. – Komin z pewnością go zmiażdżył.
– Mówiłam ci, że słyszę jego serce – syknęła Kira. – Dawaj linę.
Gruzowisko poruszyło się, a obsypana gradem pyłu i kamyków, Kira zacisnęła usta i powieki. Belka nad nią zaskrzypiała, żołnierze zaczęli niespokojnie pokrzykiwać.
– Wyciągnijcie ją stamtąd! – huknął Marcus.
– On ma rację – powiedział Jayden. – Lada moment to wszystko się zawali. Jeden nieboszczyk nie jest wart utraty medyczki.
– Mówię ci, on żyje.
– Wyłaź! – rozkazał Jayden. – Jeśli nie możemy wydostać Turnera, to z pewnością nie zdołamy ciebie wykopać.
– To ludzkie życie – przypomniała Kira. – Nie mamy ich na zbyciu.
– Wyłaź!
Kira odrobinę przesunęła się do przodu. Jayden zaklął za jej plecami i spróbował złapać ją za stopę, ale go kopnęła.
„Pom, pom, pom”.
Zaczęła obmacywać następny kamień, szukając możliwych uchwytów i sprawdzając stabilność. Chyba zdołam go przesunąć, uznała. Turner leży po drugiej stronie, wiem, że żyje.
– Hej, panie Turner! – zawołała. – Słyszy mnie pan? Idę tam, nie zostawimy pana. Zaparła się stopami o podłogę piwnicy, modląc się w duchu, by nie potrąciła niczego, co spowoduje zawał, i pchnęła większy kamień, czując, jak obraca się lekko wokół sztywnej bocznej osi. Pchnęła ponownie, napierając całą sobą, i w końcu zdołała go odsunąć. W ciemności ujrzała kolejną sylwetkę, zbyt poskręcaną, by mogła rozpoznać jej kształt. Włączyła stetoskop i rozpaczliwie sięgnęła ku niej.
„Cyk, cyk, cyk, cyk”.
Chwileczkę, pomyślała Kira, coś jest nie tak. Jej palce musnęły śliskie, mokre ciało. Chwyciła kawałek tkaniny i pociągnęła ciało bliżej, słysząc jak cykanie rozbrzmiewa coraz głośniej w ciasnej dziurze. Oburącz obmacała zakrwawioną kończynę, nie dopuszczając do siebie prawdy: potem cofnęła się odrobinę i uniosła ją, potwierdzając wzrokiem to, co już wiedziała.
– To jego ręka – oznajmiła cicho. – Nie żyje.
Jayden spojrzał na nią.
– A tętno?
Uniosła rękę, wokół przegubu coś zalśniło metalicznie. „Cyk, cyk, cyk”.
– Zegarek. – Kira poczuła się wykończona. – Straciliśmy go.
Jayden odebrał jej rękę i podtrzymał delikatnie.
– Zabierajmy się stąd.
– Musimy go zabrać – nalegała Kira.
– To nie był wypadek – odparł Jayden. – Ktoś się tu zakradł i podłożył bombę. Wiedział, że się zjawimy. Pewnie wciąż czai się w pobliżu.
Kira zmarszczyła brwi.
– Po co ktoś miałby wysadzać stację meteo?
– To było radio – wtrąciła Gianna. – Nie zobaczyliśmy zbyt wiele przed wybuchem, ale to wiem na pewno. Największy węzeł łącznościowy, jaki kiedykolwiek widziałam.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2013-03-06 (822 odsłon)

[ Wróć ]
Content ©



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej