Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Wilkołak. Dlaczego ja?
 
Katalog - dodano
 Dynia i jemioła. Nietypowe historie świąteczne
- Aneta Jadowska
 Nemezis
- James Swallow
 Pęknięta korona
- Grzegorz Wielgus
 Szablon
- Agnieszka Sudomir
 Czerwona opcja
- Siergiej Niedorub
 
- skomentowano
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Karta przeznaczenia''

Autor: Albertinus

Fokusa siedziała przy swoim stole przeznaczenia zawieszona w czasie i przestrzeni, zanudzona spoglądała w nicość. Owiana swoimi kruczymi włosami jak peleryną opierała się wygodnie o poręcz. Tylko uważne oko dostrzegło by spod kaskady włosów równie czarną suknię. Migotanie czary ognia rozświetlało delikatne płatki śniegu ozdabiające jej dekolt. Alabastrową szyję okalał jak naszyjnik wieniec karminowych róż, a mankiety pyszniły się złotymi liśćmi. Delikatną ręką leniwie podpierała lodowato piękną twarz. W pewnym Momencie coś wyrwało ją z zamyślenia. Czara zapłonęła - w ogniu pojawił się widok niemowlęcia trzymanego przez ojca które, właśnie przyszło na świat i swymi błękitnymi oczami pochłaniało widok.
- Silne, zdrowe i bardzo spokojne dziecię.
Bogini przeznaczenia przyglądnęła się mu z zainteresowaniem.
- Od tak dawna nie narodziło się dziecko, którego imię pojawi się na ustach bogów, jaki będzie jego los? Cóż uczyni, że bogowie spoglądną na niego?
Sięgnęła po swoje karty losu i zaczęła je tasować. Wyciągnęła pierwszą kartę, ułożyła ją na środku stołu, karta przedstawiała dom z rodziną. Bogini cicho zaśmiała się:
- Nie ma w tym nic niezwykłego.
Wyciągnęła kolejną kartę przedstawiała dwóch walczących wojowników, - karta walki? W czasach wielkich bitew nie wróży mu to długiego życia.
Trzecia kartą wyłożoną na stół był Xullux.
-Karta boga śmierci. A więc tutaj kończy się jego historia- Z zadowoleniem powiedziała do siebie -Ale przecież w jego życiu nie ma nic interesującego. Czemu niby któryś z bogów miałby wymówić jego imię? No cóż, nie mi to osądzać tutaj kończy się jego żywot.
Zaczęła odkładać talię na miejsce. W tym momencie jedna z kart ciężko uderzyła o stół. Przedstawiała ona Lileath. Kartę bogini życia. Fokusa aż wstała z przerażenia.
- Jak to możliwe, przecież co Xullux zabierze nikt nie może mu tego odebrać! Jak do tego może dojść że jego przeznaczenie jest tak silne.
Bogini spojrzała ponownie w czarę, przyglądnęła się dokładniej dziecku. Ojciec trzymał je zawinięte w koc, podawał matce. Ona przytuliła je do siebie i rzekła do ojca.
-Albertinus będzie miał wspaniałe życie, pełne radości i bogactwa.
Bogini uśmiechnęła się do chłopca i pomyślała. A więc Albertinusie chyba namieszasz nam tutaj.
Schowała krnąbrną kartę, zgasiła czarę i wezwała swojego sługę.
Po chwili w nicości pojawiła się brama z ognia przez którą wszedł potężny wojownik. Był skąpo ubrany i dzierżył dwa potężne topory. Jego masywne ciało było poznaczone wieloma bliznami a po jego umięśnionym torsie spływał pot. Zarzucił futro na swoje plecy, podszedł do Fokusy i przykląkł -cóż mogę dla ciebie zrobić moja pani? Jakie są twoje rozkazy? Miasto Aldona już zostało prawie podbite przez ludzi Methiu, tak jak przewidziałaś.
Bogini przyglądnęła się swojemu najlepszemu wojownikowi z delikatnym uśmiechem i rzekła:
- Wizzgardzie mam dla ciebie bardzo ważne zadanie…





Księga I. Zakon świętej włóczni – karta przeznaczenia



Potężna warownia na górze Lodowego Kła należała do zakonu Świętej Włóczni. Jak tylko pierwsze promienie słoneczne padły na wysokie mury obronne można było usłyszeć wrzenie wojowników opuszczających koszary. Po raz pierwszy tego dnia zimny piach wysypany na placu chrzęszczał pod stopami zakonników udających się na trening. Z długich drewnianych stojaków ułożonych w rzędy dobierali broń na dzisiejsze szkolenie. Zgodnie z regułą zakonu wszelkie treningi odbywały się w parach, były one niezmienne aż do śmierci. Pomiędzy ćwiczącymi wojownikami można było dostrzec samotną postać. Był to postawny mężczyzna w sile wieku. Jego przystojna twarz zdradzała srogi charakter a bystre oczy zawsze wydawały się zamyślone i zmęczone trudami życia. Na dziś wybrał drewniany boken i tarczę. Wzbudzał wśród ćwiczących zachwyt swym kunsztem walki. Mimo że pojedynkował się tylko z cieniem każdy wyprowadzony przez niego cios był dokładny i zabójczy. Jego smukła sylwetka podczas walki przypominała skradającego się tygrysa a idealnie wypracowane mięśnie napinały się jedynie podczas ataku, był niczym drapieżnik dopadający ofiarę. Jego prawie nagie ciało było poznaczone licznymi bliznami. W okolicach południa postanowił zrobić przerwę by napić się wody i zregenerować część sił. Miał reputację twardego i bezwzględnego wojownika lecz wielokrotnie udowodnił swoją lojalność wobec braci zakonnych. Dzięki czemu wzbudzał powszechny szacunek.
Siedział tak, odpoczywając w przerwie pomiędzy treningami gdy nagle poczuł ze ktoś się do niego zbliża. Obrócił delikatnie głowę by kontem oka dostrzec Lukasa. Był to jeden z świeżo przyjętych do zakonu. Według tego co można było usłyszeć od fechmistrza, Lukas był najzdolniejszy z młodych adeptów gildii najemników.
- Witaj Bracie Albertinusie-w ten sposób było wolno zwracać się do zakonnika tylko w obrębie zakonu - witaj bracie Lukasie w czym mogę ci pomóc?
Albertinus zmierzył wzrokiem adepta- był młody i bardzo dobrze zbudowany, jego rysy zdradzały wschodnie pochodzenie- choć pewnie był tylko bękartem zrodzonym podczas którejś z krucjat. Młodzik przesunął się by stanąć na wprost niego.
-chciałbym poćwiczyć z tobą walkę jeśli jest to możliwe- Rzekł głośno. Gdy tylko słowa rozniosły się po placu, walczący przerwali trening zapadła głęboka cisza.
Mistrz zakonny chciał już wstać i zareagować lecz brat Albert bez słowa wszedł na środek wyznaczonego koła walki. Lukas stanął naprzeciwko niego gotowy. Ludzie zebrali się w koło będąc pewni że walka nie potrwa długo ale za to będą mogli zobaczyć kunszt walki marszałka. Walkę rozpoczął Albert. Wyprowadził silne uderzenie z góry wprost w prawy bark przeciwnika. Luk zdołał sparować cios swoim bokenem ale nie spodziewając się tak potężnego uderzenia został zmuszony do cofnięcia się o dwa kroki. Albertinus nie czekał, naparł na niego . Uderzał na przemiennie z każdej strony. Zmuszał Lukasa do ciągłej obrony. Mimo ciężkiej sytuacji adept bronił się dzielnie. Przy pierwszej nadarzającej się okazji wyprowadził silne pchnięcie. Marszałek nie chcąc oddać nawet centymetra z pola walki przyjął cios na tarczę, tracąc przy tym cały impet natarcia. Rozpoczęła się wymiana ciosów z których każdy był błyskawiczny i dokładny obaj przeciwnicy zbijali uderzenia, parowali i odbijali. Od razu wyprowadzając riposty, parady. Walka już trwała kilka minut. Lukas wiedział że jego przeciwnik mógł skończyć walkę, ale nie wiedząc dlaczego nie robił tego, w pewnym momencie w trakcie próby sparowania uderzenia Albertinusa, młody adept złamał swój boken, marszałek bez słowa odwrócił się i zaczął odchodzić. Lukas wykończony padł na kolana z niedowierzaniem patrząc na swój miecz treningowy. Po oddaleniu się około dwudziestu metrów brat Albertinus zatrzymał się i bez odwracania się rzekł głośno.
-Bardzo dobra walka masz w sobie siłę, jeśli chcesz zapraszam jutro z samego rana na trening.
Młodzieniec poczuł dumę w sobie pomimo przegranej czuł się zwycięzcą.


Albertinus szedł do swojej celi. Skromnie urządzone wnętrze napawało spokojem. Dwa łoża, jedno duże i delikatne, drugie kamienne i bez posłania w pomieszczeniu była jeszcze szafa na ubrania i mała drewniana szafka koło łóżka. Usiadł na kamiennym posłaniu wziął kawałek mokrego materiału i zaczął wycierać swoje brudne ciało z potu i kurzu. W pewnym momencie pod palcami poczuł blizny na swej prawej piersi, wspomnienia cofnęły go w przeszłość. Wraz z rycerzami Alcantary jechał konno w umówione miejsce bitwy z ludźmi północy. Wyjechali na wzniesienie z którego było widać armię barbarzyńców, prowadzoną przez Methiu wodza wrogich sił. Zjawił się tutaj kwiat rycerstwa dowodzony przez potężnego wojownika Sir Ron’a. Podnosił właśnie swoich podwładnych na duchu takimi słowami – Szlachetni rycerze, ta bitwa będzie kolejnym zwycięstwem zapisanym w księdze naszej historii. Zostałem zapewniony przez rycerzy Nord’kristi że zaatakują wroga z dwóch stron. Zmusimy plugastwo by zwarło swoje szyki.
Pomruk zadowolenia rozszedł się po kawalerii. Albertinus przyglądając się paru tysięcznej armii południowców zwrócił się do swego przywódcy.- Mistrzu nas jest zaledwie stu pięćdziesięciu ludzi! A ich parę tysięcy! Rozniosą nas w pył. Proponuję nie atakować aż nie będziemy mieli pewności że wsparcie przybędzie.
W tłumie dało się słyszeć śmiechy i dokuczliwe uwagi. Sir Ron zmierzył Alertinusa srogim wzrokiem i przemówił - Młodym jesteś jeszcze rycerzem więc możesz wątpić w słowo dane przez przywódcę Nord’kristi oraz w potęgę Parassa, boga walki!
Kończąc to zdanie Ron dobył swego miecza uniósł go wysoko w powietrze po czym opuścił wskazując w stronę przeciwnika, wykrzyknął - Ku chwale Parassa!- Ciężka kawaleria dobyła swego oręża ruszyła galopem wprost na wroga. Niczym młot wbili się druzgocząco w przeciwnika. Tnąc niewiernych jednego po drugim, rozszerzając formację pierwsze linie wroga zginęły bardzo szybko, strat w rycerstwie były bardzo nikłe. Bez trwogi walecznie napierali na swego wroga. Albertinus nagle dostrzegł wynurzający się z lasu dwa oddziały konne barbarzyńców. Jeden kierował się wprost na tył rycerstwa drugi zaś zmierzał by wesprzeć piechotę. To pułapka!- krzyknął Albertinus- Otaczają nas!- Alcantarscy rycerze zostali zmuszeni do zwarcia szyków i zmiany formacji na obronną. Wróg natarł. Walka była krwawa rycerze dzielnie się bronili lecz zwątpienie i strach powoli pojawiał się na ich twarzach. Szeregi walczących rycerzy zaczął się przerzedzać. Wizja zakańcza się tępym bólem głowy w okolicy skroni a Albert skierował swą rękę ku bliźnie na skroni. Smutek zagościł na jego obliczu. Z zamyślenia wyrwało go wołanie na apel. Założył na siebie długą czarną koszulę ze stojącym kołnierzem oraz skórzane jeździeckie spodnie. Wysokie buty do jazdy oraz pas do którego przypiął dwa miecze. Ruszył na plac defiladowy. Idąc pomiędzy koszarami wyszedł na potężny plac wyłożony kocimi łbami na którym znajdował się drewniany podest. Stał na nim mistrz oraz dwóch dyplomatów z którymi prowadził rozmowę. Przed podestem stało już w szeregach trzystu rycerzy. Albertinus stanął naprzeciwko wyprężonych wojowników wydając komendę - Baczność!
Po chwili Mistrz przemówił donośnym głosem:
- zakonnicy! Przybyło do nas poselstwo, z dalekich ziem wschodu. Od sułtana Eramira w celu najęcia kilku zakonników do eskortowania ważnej przesyłki do katedry św. Łukasza w mieście Elanor na ziemiach Windburskich, czy jest ktoś chętny do wykonania tego zadania? Nie przyniesie ono nam zbytnich zysków ani chwały ale pracodawcy nie można zawieść!! Zaśmiał się mistrz, ku ogólnemu zaskoczeniu wszystkich nie licząc Conradusa naprzód wystąpił Albertinus.
- Jeśli pozwolisz ja wyruszę z Lukasem w celach szkoleniowych.
Mistrz zdawał sobie sprawę że to właśnie marszałek będzie chciał wyruszyć. W końcu już od dłuższego czasu szukał tylko nadarzającej się okazji by móc wyruszyć do jakiegoś większego miasta wraz ze swoją podopieczną Invicta Virgią by móc zrobić zakupy. Ivi jak też ją nazywano, została kilka lat temu uratowana prze Alberta, gdy jej wioskę zaatakowali barbarzyńcy, niestety przybył w momencie jak już tylko ją można była uratować. Podli poganie postanowili się nad nią poznęcać goniąc ją jak mysz. Marszałek galopem wpadł w sam środek zamieszania zeskakując z konia chowając dziewczynę za swoimi plecami. Pierwszy z trzech napastników rzucił się od razu z zamiarem wykonania potężnego uderzenia lecz zanim jego cios miał jakiekolwiek szanse dopaść celu gardło barbarzyńcy było już przecięte wzdłuż, pryskając krwią. Pozostałych dwóch przeciwników postanowiło zaatakować równocześnie. Albert sparował ich uderzenia swym mieczem. Naparł na nich całą swoją siłą i odpychając zmusił do cofnięcia się o kilka kroków. Szybko wykorzystując okazję zrobił wypad i pchnięciem w brzuch powalił kolejnego z przeciwników. Ostatni wiedząc że nie ma szans rzucił się do ucieczki. Marszałek szybko podniósł topór jednego z napastników i rzucił nim za uciekającym mężczyzną. Ostrze wbiło się w sam środek potylicy powalając go na miejscu. Przerażona dziewczę rzuciło się na szyję Alberta Od tamtej chwili traktuje ją jak młodsza siostrę choć swym charakterem przypomina bardziej srogiego ojca. Conradus jeszcze raz spojrzał na Albertinusa i wyraził swoja aprobatę skinieniem głowy.
- Wyruszacie jutro o świcie.
Na przód wyszli również Ralf i Dolgan dwóch najsilniejszych wojowników w zakonie. Dwaj łysi potężni mężczyźni gabarytami przypominali bardziej niedźwiedzie niż ludzi. Ale w walce byli niezłomni i nigdy nie popełniali dwa razy tego samego błędu. Chwile po nich na przód wysunęli się Maillo i Amadar. Dwa gagadki, ciągle konkurujący między sobą, w piciu, walce we wszystkim czym tylko się da. Starają się zawsze każdą sytuację zamienić w żart i rozbawić towarzystwo. Lecz w walce już zdecydowanie nie są zabawni. Ich szybkość i zgranie tworzy z nich zabójcze połączenie. Maillo świetny nożownik i Amadar mistrz we władaniu dwoma szablami.
Albert powolnym krokiem ruszył w kierunku swojej celi gdzie czekała już na niego Invicta. Piękna młoda kobieta o głębokich zielono niebieskich oczach. Delikatna twarz z lekko zadartym noskiem. Długie brązowe włosy lekką falą opadały na smukłe ramiona. Odziana w długą białą suknie podkreślającą jej smukłą figurę .W pasie miała przewiązaną jedną z koszul Alberta która podkreślała jej zaokrąglone biodra. Patrząc maślanymi oczami. Powiedziała -Braciszku mama nadzieję że mogę jechać z tobą. Wiesz że nie wytrzymam tyle czasu bez ciebie i będę się wciąż martwić i tęsknić.
Albertinus srogim wyrazem twarzy przyglądnął się Ivi i rzekł po chwili namysłu - Dobrze wiesz o tym że tak daleka podróż dla tak młodej dziewczyny jak ty jest zbyt niebezpieczna. Pojadę z Lukasem by wykonać powierzone nam zadanie.
Siostra patrząc się na niego ze smutnym wyrazem twarzy spuściła głowę cichym westchnieniem zgadzając się z nim.
Na twarzy marszałka pojawił się uśmiech podszedł bliżej do niej, Objął ją i powiedział – No przecież chyba zdajesz sobie sprawę z tego że żartuję. Wiesz o tym że jadę tam byś mogła zrobić dla siebie zakupy i zobaczyć trochę świata a nie siedzieć ciągle zamknięta w tych szarych murach twierdzy oglądając tylko pot i krew ćwiczących wojowników, więc nie dziękuj mi ale bądź gotowa jutro o świcie do wyruszenia.
Invicte pocałowała go w policzek mocno przytulając. Radośnie podskoczyła.
- Jesteś najlepszy bratem jakiego mogłabym mieć! Idę przyrządzić nam jakieś smakołyki na podróż.
Po czym wybiegła z pokoju. Albert położył się na swym posłaniu , podparł głowę rękoma zaczął myśleć o jutrzejszym dniu. O Poranku przy bramie twierdzy na najemników czekała już kareta i emisariusze. Ci sami z którymi dzień wcześniej rozmawiał Mistrz zakonu. Albertinus kierując swoje kroki ku karecie raz po raz przypominał Invicticie zasady bezpieczeństwa w trakcie podróży. Oczywiście wiedział że ona zna je na pamięć, ale dzięki temu sam czuł się lepiej. Jeszcze raz sprawdził rzemienie od swojego kirysu, poprawił miecze w pochwach przy pasie i sprawdził czy Ivi ma dobrze zapięty kaftan z utwardzanej skóry. W oddali z koszarów można było już dojrzeć nadchodzącego Lucasa. Prowadził trzy konie.
- Bracie cieszę się że wyznaczyłeś właśnie mnie bym mógł ci towarzyszyć. Obiecuję że cię nie zawiodę.
Albert przyglądnął się ekwipunkowi Lucasa i był pod wrażeniem przezorności młodego wojownika. Przy koniu znajdowało się wszystko. Zapasy jedzenia, wody, oliwy, lina i wiele innych potrzebnych rzeczy. Lucas w walce umiłował sobie Lance i Rapier. Ubrany był w czarne skórzane ubranie a jego ciało chronione było przez kolczugę, na głowie dzierżył hełm Garnczkowy.
- Bracie uznaj to za trening. Zadanie nie powinno nam sprawić zbytnich trudności.
Następnie do zgromadzonych podszedł Ralf i Dolgan. Po wyrazie twarzy potężnych wojowników było widać że nie są zadowoleni z wczesnej pory wstawania. Ralf na swoich plecach miał dwa miecze półtoraręczne o bardzo szerokiej klindze. Klatka piersiowa była zasłonięta przez napierśnik a na ramionach powiewał ciężki płaszcz wełniany. Muskularne nogi były bronione skórzanymi nogawicami ćwiekowanymi. Za to Dolgan przyodziany był w kolczugę a na plecach miał wielki młot bojowy z nadziakiem. Obaj przy koniach posiadali jeszcze tarcze trójkątne i hełmy salady z kolcami do o koła. Na samym końcu rozbawieni szli Amadar i Maillo. Maillo w kaftanie skórzanym ćwiekowanym. Przepasane przez tors do o koła miał dwa pasy. Na pasach co centymetr znajdował się krótki nóż do rzucania. Na plecach dwie długie zakrzywione maczety a przy pasie zwisały garoty. Maillo skrzętnie zapiął płaszcz by jego arsenał nie rzucał się zbytnio w oczy. Na głowę założył czepiec kolczy i przykrył kapturem. Za to Amadar wesołym krokiem podchodząc do zgromadzonych nie posiadał przy sobie żadnego wyposażenia. Cały jego dobytek znajdował się przy koniu. Dwie Korsarskie szable i kuszę samoreptującą. Dwie skórzane torby przy koniu były osłonięte specjalną cienką skórą nieprzemakalną. Kiedy wszyscy już byli zebrani podeszli bliżej emisariuszy. Mężczyźni wyglądali na bardzo spiętych co rozbawiło najemników. Albertinus zwrócił się do wysłanników.
-Ja jestem podczas tej misji dowódcą tego oddziału. Więc wszelkie swoje uwagi kierujcie do mnie. Podczas całej podróży macie bez szemrania wykonywać moje polecenia. Nie wolno wam oddalać się wraz z waszą przesyłką od moich ludzi na dalej jak pięć metrów. Mam nadzieję że zrozumieliśmy się i wszystko jest dla was jasne.
Po Poselstwie było widać oburzenie. Zdecydowanie nie byli przyzwyczajeni do wydawania im poleceń przez wojowników. Piękna drewniana kareta pokryta znakomicie wykonanymi rycinami. Miała wszystkie okna szczelnie zasłonięte grubymi zasłonami. Na znak marszałka masywne podwójne stalowe wrota zaczęły się otwierać. Poselstwo wraz z eskortą wyjechało na zewnątrz. Na samym przedzie kilkadziesiąt metrów z przodu jechał Maillo jako zwiadowca. Z przodu karety jechał Lucas, Albert i Ivi. Tuż za jechał Dolgan i Ralf. Pięćdziesiąt metrów za wszystkimi jechał Amadar trzymając kuszę. Czterech posłów jechało na rogach pojazdu. Takim szykiem jadąc starali się utrzymywać stałe tempo aż do wieczora. Czekało ich siedem dni wędrówki i chcieli je pokonać jak najprędzej.
Kiedy czerwone promienia słońca ledwo przebłyskiwały już przez korony drzew i nastał chłodny jesienny wieczór.. Albertinus zarządził nocny postój. Maillo szybko znalazł miejsce na obozowisko. Mała polana na którą padał ostatnie promienie słoneczne. Z trzech stron strzeliste drzewa iglaste osłaniały polanę, po środku niewielkie wzniesienie usypane ludzkimi rękami świadczyły o walce które ongiś tu się wydarzyła. Kurhan krył pod tonami ziemi niezliczone ciała poległych. Lecz teraz dawało doskonałe schronienie dla podróżnych. Choć przyprawiało o ciarki na skórze. Dolgan i Ralf zajęli się przygotowywaniem obozu. Ivi i Lucas zaczęli rozpalać ognisko. Albertinus oporządził konie i przywiązał je. Maillo i Amadar poszeli przeszukać najbliższą okolicę. Cała Akcja przebiegła szybko i zorganizowanie. Po wykonaniu swoich zadań przyszedł czas by wszyscy zgromadzenie wzięli się za spożywanie i chwile odpoczynku. Tylko poselstwo trzymało się z tyłu przy karecie. Pierwszą wartę trzymał Lucas i Albertinus. Przechadzając się po obozie gdy już wszyscy spali. Gwiazdy płonęły lodowatym blaskiem na błękitnym purpurowym niebie. Księżyc w kształcie mandroli świecił bardzo jasno. Luc zwrócił się do Alberta.
- Nie zastanawia cię kto lub co jest w tej karecie - ? Bardzo wygodna kareta jak na przewożenie „przesyłki” – Powiedział to Lucas z wyraźną kpiną. Albert nie zerkając nawet w kierunku karety odrzekł.
- Tak szczerze nie jest mi potrzebna ta wiedza do wykonania tego zadania. Mam zamiar zrobić swoje i czym prędzej wrócić do naszego domu.
Lucas wyraźnie nie zadowolony faktem że rozmowa skończyła się powrócił do czynności patrolowych. O poranku wszyscy zostali zbudzeni przez Maillo i Amadara którzy pełnili ostatnią wartę. Przywitało ich bezchmurne lazurowe niebo Po zjedzeniu obfitego śniadania i spakowaniu swojego dobytku wszyscy byli gotowi do wyruszenia. Maillo podszedł do Marszałka i dyskretnie dał mu do zrozumienia że chce z nim porozmawiać na osobności. Wsiedli na konie i wyjechali na przód całej kolumny.
Maillo zwrócił się do Marszałka.
- W nocy z Amadarem zauważyliśmy że ktoś obserwuje obóz. Ale bardzo dobrze się skrywali.
Nie chcieliśmy reagować bo nie zbliżali się do nas. Ale trzeba uważać. Albertinus skinął głową i wrócił do Lucas i Invicty. Kiedy już się zrównał z nimi zwrócił się do Lucasa.
- Jeśli doszło by do jakiegoś niebezpieczeństwa masz wraz z Ivi czym prędzej oddalić się z potyczki ochraniając karetę i emisariuszy.
Lucas już chciał za protestować lecz Albert przerwał mu za nim ten zdążył uczynić cokolwiek.
- Najważniejsze jest powodzenie misji. Więc zadaniem reszty będzie wam zapewnić drogę ucieczki byście mogli bezpiecznie wykonać powierzoną nam misję. To nie jest prośba lecz rozkaz.
Lucas zagryzając zęby skinął głową na znak akceptacji słów marszałka. Reszta dnia minęła spokojnie i drużyna zatrzymała się w przydrożnej gospodzie. Malowniczo położona gospoda dwu poziomowa na lekkim wzniesieniu otoczona gęstym lasem pięknie komponowały ze sobą. Szemrzący strumyk płynący nie opodal w zjawiskowy sposób odbijając światło księżyca rzuca poświatę na front gospody. Na delikatnym wietrze kołysze się szyld na którym widnieje rusałka w jeziorze a napis u góry „ Szemrzący strumyk” świadczy o nazwie tej gospody. Drużyna podjechawszy bliżej przypięła konie do beli znajdującej się pod daszkiem z boku gospody. Emisariusze oburzeni zaczęli się wykłócać że nie wolno zostawić karety bez ochrony. Przekrzykiwali się wzajemnie okazując swoje nie zadowolenie. Albertinus uciszył towarzystwo podnosząc zaciśniętą pięść w górę.
- Panowie, nie podlega to dyskusji Zatrzymamy się w gospodzie i w niej spędzimy noc.
Jeśli boicie się o przesyłkę niech wyjdzie z karety i wejdzie do Oberży. Na pewno taka odmiana dobrze jej zrobi na trudy tej podróży. Przed nami jeszcze pięć dni drogi a kapłance na pewno dobrze zrobi rozprostowanie nóg i ciepła strawa. Wszyscy zgromadzeni wymienili się zaskoczonymi spojrzeniami. Jeden z emisariuszy bardzo zdenerwowany rzucił się na Marszałka chwytając go za ręce. Wszyscy Najemnicy odruchowo sięgnęli po swoje bronie. Albertinus płynnym ruchem Wyciągnął ręce z uchwytu napastnika i chwycił go za szyję unoszą go nad ziemię. Reszta emisariuszy wyciągnęła sztylety za pasów i stanęli zasłaniając karetę.
- Oszukaliście nas. Mieliście nas ochraniać nie atakować. Jesteście banitami.
- Spotka was sroga kara za takie zachowanie.
Albert opuścił powoli czerwonego już Wysłannika na ziemię i pchnął go w stronę jego towarzyszy.
- Panowie moim zadaniem jest eskortować was w wyznaczone miejsce a wy teraz zdecydowanie ściągacie na siebie nie potrzebną uwagę. Nie trzeba być szpiegiem by wiedzieć kto jedzie w tej karecie.
-Z resztą młoda kapłanka kilkakrotnie podczas jazdy wykazała się dużą ciekawością świata odchylając lekko firanki. Dużo łatwiej będzie nam zapewnić jej bezpieczeństwo właśnie w gospodzie-. Emisariusze już chcieli za protestować. Gdy nagle drzwi od karety otworzyły się. Sunąc delikatnie niczym obłok mgły z karety wyszła kobieta. Jej ciało osłonięte delikatnym jedwabnym ubraniem szczelnie skrywało wszystkie jej kobiece walory. Twarz natomiast był przysłonięta delikatną chustką. Tylko jej piękne szare oczy które zdawały się pochłaniać światło księżyca a przy tym każdego kto w nie spojrzał były nie zasłonięte. Długie biały włosy kaskadą spływały po ciele sięgając bioder. Delikatna fala którą tworzyły zdawała się opływać ją niczym kochanek przytulający swoją lubą. Wszyscy najemnicy oniemieli z zachwytu jej tajemniczej urody. Marszałek mimo bycia niemal jak zahipnotyzowany jej urody zdołał zachować zimną krew i na znak szacunku ukłonił się.
- Droga Pani. Jestem Albe…
Nim zdołał skończyć zdanie tajemnicza kobieta przerwała mu. Jej głos był jak pieszczoty. Każde słowo wywoływało podniecenie i zimny dreszcz. Kobieta zbliżając się do Albertinusa rzekła.
- Wiem kim jesteś, wiem kim byłeś i kim będziesz.
Podeszła do Albertinusa. Zbliżyła twarz do jego twarzy. Policzkiem musnęła jego policzek i do ucho wyszeptała.
- Przyjdź do mej komnaty dziś wieczorem.
Sposób w jaki to powiedziała i muśnięcie jej skóry sprawiło że Albert mimo starań i skupienia całej swojej woli nie mógł powstrzymać ekstazy jaką to u niego wywołało. Czuł jak wszystkie jego zmysły się wyostrzają. Jak jego lędźwie sztywnieje. Wszystkich z zauroczenia wyrwał śmiech Invicty. Albertinus karcąc się w myślach za to że nie opanował się ruszył czym prędzej do środka oberży.
Zajazd w środku był jeszcze bardziej przytulny niż wydawał się z zewnątrz. Duży komin po lewej stronie głównej izby rzucał przyjemne ciepło z paleniska nad którym grzał się garnek bigosu. Okrągłe stoły ustawione były wzdłuż ścian. Na wprost wejścia była długa lada za którą stał starszy jego mość schludnie ubrany i z zadbanym przystrzyżonym wąsikiem. W gospodzie nie licząc najemników było jeszcze czterech chłopów zapewne z jakiejś pobliskiej wsi dorabiających tutaj wieczorami.
Marszałek podszedł do barmana i przywitał się.
- Witam mości pani. Potrzebujemy czterech pokoje. Muszą być koło siebie. Jeśli trzeba kogoś nakłonić by oddał swój pokój uczyń to ja pokryję wszelkie straty.
Oberżysta przyglądając się przybyłej grupce uśmiechnął się na myśl o złocie które zarobi.
- Ależ oczywiście spełnimy wszelkie wasze potrzeby. A coś do jedzenia i picia podać?
Kapłanka wraz ze Emisariuszami udała się na górę gdzie poproszono właściciela oberży by przyniósł strawę.
Amadar i Maillo poszli za nimi pilnować pokoju Tajemniczej duchownej. A Reszta została na dole grzejąc się przy kominku spożywając posiłek. Dolgan i Ralf Popijając Piwo zaczęli snuć fantazje na temat Arabskich kobiet.
Po zjedzeniu wszyscy udali się na górę.
Skrajny lewy pokój zajmował Albert i Ivi, następnie pokój należał do Kapłanki, kolejny do Emisariuszy a ostatni do Reszty najemników. Albert leżąc na łóżku rozmyślał o tej krótkiej chwili z kapłanką. Starał się przestać o tym myśleć. Wytężając całą swoją wolę udało mu się powstrzymać przed pójściem do pokoju Tajemniczej kobiety i udało mu się usnąć. Albertinus zbudził się w środku nocy. Poczuł dziwny nie pokój. Ubrał koszulę i nałożył na siebie napierśnik nie zapinając go nawet do końca. Dobył po ciuchu swoje dwa miecze i ostrożnie wyszedł z pokoju na korytarz. Zobaczył że pod lekko uchylonymi drzwiami Kapłanki na krzesłach śpią Ralf i Dolgan. Wytężając słuch uchylił mocniej drzwi.
Jego oczą ukazał się widok kapłanki stojącego do niego plecami przy oknie. Jasne światło księżyca padało na nią sprawiając że habit lekko prześwitywał. Jej sylwetka była idealna. Każde zaokrąglenie i wgłębienie mistycznie ze sobą współgrały tworząc idealny kształt.
Albertinus mimowolnie przymknął za sobą drzwi. Kobieta obróciła się do niego szybkim ruchem wprawiając swoje jędrne piersi w ruch. Włosy delikatnie zasłoniły jej twarz. Przygryzając kosmyk włosów zaczęła delikatnie rozchylać swoją szatę. Zbliżając się do Alberta patrzyła mu głęboko w oczy.
Szata delikatnie zsunęła się z ciała kobiety lądując powoli na ziemi.
Kapłanka zbliżyła się do marszałka dotykając swoimi ustami jego ust. Rękoma błądząc pod koszulą po jego napiętych mięśniach. Ustami zaczęła całować jego usta, następnie policzek dochodząc do ucha w tym czasie ręka pieściła jego tors. Gryząc lekko ucho Alberta a ręką wyczuwając podniecenie jego wszeptała mu do ucha.
- Nazywają mnie Zahara. Cieszę się że przybyłeś wojowniku.
Marszałek zapragnął posiąść tą kobietę tu i teraz. Nie potrafił nad tym panować. Jedną dłonią chwytając jej delikatną buzię przybliżył ją do swoich ust i namiętnie pocałował. Miecze które opierały się o ścianę zsunęły się na podłogę co wyrwało Albertinusa z tej całej ekstazy. Jego wyostrzone zmysł zauważyły delikatny ruch za oknem. Albert błyskawicznie pochwycił oba miecze i szybkim ruchem stanął zasłaniając kobietą. Mieczem uniósł z ziemi ubranie kobiety i podał jej by się okryła. Do pomieszczenia rozbijając okno wpadła olbrzymia bestia.
Humanoidalna cała pokryta wilczą sierścią. Potężna istota dwu i pół metrowa stanęła wyprostowana warcząc na marszałka. Spięła się cała i skoczyła do przodu z pazurami długimi jak sztylety i rozdziawionym pyskiem z którego wystawały ostre zęby ociekające śliną.
Zdecydowanym Ruchem Albert Obrócił się bokiem lewą ręką odsuwając Zaharę Wykonał silne kopnięcie frontalne które rzuciło potworę o ścianę niszcząc na drzazgi szafę która tam stała. Dziwna istota zerwała się od razu na cztery łapy otrzepując się z resztek drewna. Do pomieszczenia wdarły się przez okno kolejne trzy takie same bestie. Marszałek wykopał drzwi z framugi i wypchnął niewiastę na korytarz. Obudzeni nagłym zamieszaniem Dolgan i Ralf zerwali się na równe nogi chowając za sobą kapłankę.
Kolejny atak bestii był o wiele ostrożniejszy, zaatakowała swoimi pazurami raz z lewej raz z prawej. Albert parując uderzenia starał się nie pozwolić by przeciwnik przyparł go do muru.
Kolejny ze stworów niespodziewanym atakiem chciał ugryźć go w przedramię lecz Albertowi udało się w ostatniej chwil uciec z ręką. Niestety chwila poświęcona na obronę przed ugryzieniem sprawiła że pierwszy z potworów trafił go w korpus wyrywając niedokładnie zapięty napierśnik. Trzeci z wilkołaków skoczył by dobić ofiarę. Albert był już pewny swojej śmierci. Lecz Nagle potwór zawisł w powietrzu. Dolgan chwycił za szyję wilkołaka zatrzymując go w powietrzu. Olbrzymie mięśnie były napięte niemal do granic możliwości. Brutalna siła przeciwko brutalnej sile. Po wyrazie pyska wilkołaka było widać zdziwienie które szybko przemieniło się w szał. Lecz wojownik nie tracił czasu. Wkładając jeszcze więcej wysiłku silnym szarpnięciem rzucił bestią w Ralfa, a ten w locie przeciął ją na pół. Dolgan ściągnął młot z pleców. Zapach krwi jednego ze swoich współbraci wprawiła w szał resztę stada. Albertinus wykorzystując tą sytuację prześlizgnął się pomiędzy nogami wroga, mieczami rozcinając jej pachwiny. Bestia padła na kolana. Albert wstając błyskawicznie skoczył na bestię wbijając oba miecze w czaszkę przebijając ją na wylot. Krew i mózg rozprysły się dookoła.
Pozostałe dwa wilkołaki widząc przewagę przeciwnika rzuciły się do ucieczki. Pierwszy znajdujący się nie opodal okna wyskoczył bez przeszkód, drugi szybko przeskoczył nad marszałkiem. Wbił się w powietrze skacząc w stronę okna. W tym jednak czasie Dolgan dokonał potężnego zamachu młotem trafiając potwora w plecy. Trzask pękającego kręgosłupa rozszedł się głucho po pomieszczeniu. Ciężkie cielsko uderzyło o ziemie trzęsąc się w ostatnich drgawkach uchodzącego życia.
Na korytarzu byli już zebrani wszyscy najemnicy, emisariusze i oberżysta. Ogromne ciała wilkołaków zaczęły przeistaczać się z powrotem w ludzi. Byli to nadzy mężczyźni o oliwkowych skórach świadczących o pochodzeniu południowym dzikiego ludu. Na Ramionach mieli tatuaże zębatego koła z różą wiatrów w środku. Oberżysta wystraszony chodził w kółko modląc się do Parrasa.
Albertinus poprosił Lucasa i Maillo by wynieśli ciała przed budynek i spalili. Amadar miał zrobić zwiad wokół gospody w celu upewnienia czy więcej ich się nie ukrywa gdzieś w lesie. Ralf i Dolgan odprowadzili Zaharę do pokoju Emisariuszy cały czas jej pilnując.
Emisariusze z oburzenie zaczęli obwiniać Alberta za zajścia w nocy. Jeden przekrzykując drugiego. Marszałek irytowany całą sytuacją wrzasną na posłańców.
- Nie sądzę by to był przypadkowy atak. Ktoś na was poluje więc gdyby zaatakowali w lesie byli byście już martwi. Chyba czas dowiedzieć się trochę więcej.
Ruszył pewnym krokiem do pokoju gdzie przebywała Kapłanka. Po wejściu do środka rozkazał swoim ludziom by nie wpuszczali do środka nikogo i pilnowali by nikt mu nie przeszkadzał. Kobieta siedziała na łóżku z udawanym spokojem. Było widać że jest roztrzęsiona i przestraszona. Z łatwością dostrzegał drżenie jej ust którego nie mogła opanować. Albert podszedł do niej chwycił ją za ramiona i spojrzał jej głęboko w oczy. Kobieta odwróciła wzrok i odepchnęła jego ręce. On jednak przyklękając obok rzekł do niej spokojny i ściszonym głosem.
- Dlaczego ktoś trudzi się najmując zabójców z plemienia Ocelotów. Komuś bardzo zależy byś nie dotarła do celu. Jeśli mam zapewnić ci bezpieczeństwo muszę wiedzieć o co tutaj chodzi.
Zahara podniosła wzrok i spojrzała mu w oczy. Na jej twarzy pojawił się przez chwilę szczery uśmiech ale znikł wraz z napływającymi łzami.
- Chciałabym móc ci wszystko powiedzieć, wyrzucić to z siebie. Zdjąć ten ciężar ze swoich ramion.
Jej głos załamał się i przerodził w szloch. Objął ją ramionami i mocno przytulił. Jej ciało drżało, ogarniało ją przerażenie lecz zarazem coś silniejszego niż ludzkie emocje trzymało ją przy sile. Alberta jej słowa zaniepokoiły, czuł ingerencje sił wyższych. Ale wiedział że teraz nic nie osiągnie. Przytulał ją aż poczuł że usnęła. Ułożył ją wygodnie na łóżku i okrył kocem. Udał się do drzwi. Cicho wychodząc z pomieszczenia zwrócił się do Ralfa.
- Udaj się na zewnątrz gospody i obserwuj okolicę. Postaraj się tym razem przypilnować swojej wachty. Jeśli jesteś zmęczony to może wróć do twierdzy i wypocznij.
Ralf speszony uwagą czym prędzej udał się na wyznaczone stanowisko. Dolgan wiedząc że również dopuścił się zaniedbania opuścił głowę i stał na swoim stanowisku. Albert udał się na dół zajazdu rozmówić się z właściciele. Uregulował należność za szkody i pijąc grzańca w kubku rozmyślał o dzisiejszej nocy. Niepokój zaczął go przytłaczać. Dobrze wiedział że zadanie którego się podjęli wcale nie będzie łatwe. Komuś lub czemuś bardzo zależy na tym by im przeszkodzić. Na dodatek dysponował potężnymi środkami. Lupini bardzo rzadko podejmowali się misji tak daleko od swojego domu. Rozważał czy nie odesłać Ivi i Lucas do domu. Ale wiedział że wysłanie ich w drogę powrotną tylko we dwoje jest zbyt niebezpieczne. Ktoś może ich uznać za straż tylnią. Dobrze wiedział że czeka go teraz ciężki orzech do zgryzienia. Decyzje przez niego podjęte będą decydowały o sukcesie misji i życiu osób które mu ufają. Na dodatek ta tajemnicza kobieta. Nie rozumiał Czemu wywiera na nim taki wpływ.
Z samego rano wszyscy byli już gotowi przy koniach i karecie. U wszystkich można było dostrzec niepokój. Kiedy grupa ruszyła każdy bacznie rozglądał się za zagrożeniem. Świadomość że przeciwnikami nie są ludzie nikomu nie dodawała otuchy. Albertinus rano przy śniadaniu przedstawił wszystkim nowy plan podróż. W ciągu dnia konie będą więcej odpoczywać by mogły jechać przez noc. Wydłuży to podróż ale zwiększy bezpieczeństwo przed istotami nocy. Invicta i jeden z emisariuszy będą jechać w karecie a ich wierzchowce zostaną wykorzystana jako zmiana zaprzęgu w karecie.
Kiedy słońce chyliło się ku zachodowi, obozowisko było już zebrana a wszyscy byli wypoczęci i gotowi do wyruszenia w dalszą podróż.
Las który rósł po obu stronach traktu stawał się coraz bardziej mroczny. Cień pochłaniał coraz więcej drogi. Aż nastał całkowity mrok nocy. Z za chmur co pewien czas ukradkiem ukazywał się czerwony księżyc. Tak jak by natura i niebo stało po stronie sił zła. Gęsta mgła zaczęła wypływać z lasu przysłaniając trakt. Z oddali doszło głośne wycie wilków. W tym samym momencie jak by cały las zamarł. Nie dało się posłyszeć żadnej żywej istoty. Konie zaczęły być bardziej nerwowe. Na znak Albertinusa wszyscy ponaglili swoje konie. Wierzchowców nie trzeba było nawet do tego nakłaniać. Jechali galopem przez trakt bacznie obserwując wszystko dookoła. Broń wyciągnięta czekała w pogotowiu.
Nagle coś wyskoczyło z lasu. Potężna bestia większa niż te z „szemrzącego strumyka” pokryta białą sierścią. Przewróciła jednego z emisariuszy wraz z jego koniem. Było tylko przez chwilę słuchać miotającego się konia. Wszyscy jechali dalej jeszcze bardziej pośpieszając swoje konie. Z oddali doszedł wszystkich dźwięk łamanego kręgosłupa a po chwile skowyt wilka.
Po obu stronach lasu można było chwilami zobaczyć cienie potężnych sylwetek pędzących równolegle z nimi. Wszyscy wiedzieli że nie uda im się uciec i wróg w ten sposób wybije ich jednego po drugim. Te istoty miały nad nimi wielką przewagę bo opóźniała ich kareta. Marszałek dał wszystkim znak by zatrzymali się. Na środku drogi stanęli tworząc wokół karety zaporę. Posłańcy przerażeni czekali przy karecie. Najemnicy zsiedli z koni. Pozostając w bliskim siebie zasięgu stając plecami do karety bacznie obserwowali otoczenie. Mgła na trakcie zaczęła się rozrzedzać i gęstnieć w lesie.
Z mgły powoli wychodziły istoty. Światło rzucane przez cztery lampy naftowe umiejscowione na rogach karety pozwoliło dokładnie ujrzeć. Olbrzymie bestie idąc na czterech łapach, miały koło dwóch metrów w kłębie. Ślina pomieszana z krwią ściekała im z pysków. Obłędny wzrok był wlepiony w karetę. Po każdej ze stron były 4 istoty. Ale nigdzie nie było widać białego. Szły jak by zahipnotyzowane lub pod wpływem narkotyków. Nie zachowywali się ani jak ludzie ani jak zwierzęta. W przeciwieństwie do istot z karczmy które współgrały ze sobą te szkarady pragnęły tylko zabijać i pożywiać się. Pierwsi zaatakowali Amadar i Maillo.
Amadar wystrzelił trzy bełty ze swojej kuszy samorepetującej a jego towarzysz płynnymi ruchami rzucał jednym nożem za drugim. Ostrza i groty wbijały się w skórę potworów. Lecz one zdawały się w ogóle tego nie czuć. Szły dalej ogarnięte rządzą krwi. Wilkołaki rzuciły się na swoje ofiary. Pierwsza bestia dopadła Maillo. Ten schodząc jej z lini lotu ciął ją kilka razy swoimi maczetami nim ta zdążyła wylądować. Cięcia były szybkie i precyzyjne. Naciął kilka ścięgien i żył. Choć bestia lekko kulała ponowiła swój Atak. W tym czasie Amadar uchylając się przed atakiem swojego przeciwnika szybko obracając się zaatakował tył wroga przebijając jego pachwinę na tylniej prawej łapie. Nie czekając na rezultat swojego ataku ciął drugą szabla tym razem mierząc w brzuch. Ostrze przecięło skórę na jakieś dziesięć centymetrów. Ale nie powstrzymało to wroga by znów skoczyć na swoją ofiarę. Trzeci wilkołak dopadł Lucasa. Ten próbował sparować potężne uderzenie łapy wroga swoją tarczą ale nie spodziewał się aż takiej siły. Cios przewrócił go na ziemie a bestia wskoczyła na niego próbując wgryźć się w jego szyję. Lucas Powstrzymując bestię przed odgryzieniem mu głowy zasłaniał się tarczę a drugą ręką dobył sztylet za pasa i zaczął go zatapiać w boku przeciwnika.
Z drugiej strony również toczyła się już krwawa walka. Ralf trzymając dwa swoje miecze wdał się w wymianę ciosów. Na przemiennie atakując i parując ciosy przeciwnika. Jego napierśnik już w wielu miejscach był przebity. Z ciała wilkołaka obficie spływała krew. Dolgan właśnie zbijał cios muskularnej łapy potwora trzonkiem swojego ciężkiego młota. Czując siłę tego uderzenia Dolgan podziękował bogom że jest metalowa. Szybko się obracając wykonał obszerny zamach z uderzeniem podążającym za przeciwnikiem. Obuch jego broni uderzył w przednią łapę wroga. Złamana kość otwarcie wystawała z koniczyny. Bestia straciła równowagę i przewróciła się na bok wyjąc z bólu. Najemnik nie zwlekał ani chwili, wykonał jeszcze jeden zamach opuszczając nadziak na czaszkę wroga. Zakrzywiony szpikulec wbił się w mózg wychodząc przez rozdziawiony pysk martwej bestii. Albertinus zwinnie unikając kolejnych ciosów wroga. Ciął go gdzie popadnie. Ostrza raz po raz rozcinało lub zanurzało się w ciele. Wilkołak pomimo utraty dużej ilości krwi zerwał się w szybkim ataku chcąc ugryźć Alberta w szyję, na szczęście ten w ostatniej chwili cofnął się o dwa kroki i wbił swój miecz prosto w otwarty pysk. Ostrze przeszyło bestię bez żadnego oporu. Krew trysła prosto na twarz marszałka. Szybko wyjął swój miecz i rzucił się na następnego przeciwnika który był już prawie przy karecie. Dolgan w tym czasie pomagał swojemu towarzyszowi walce z jego wrogiem.
Maillo właśnie wyciągał swoje długie noże z pomiędzy żeber swojego już martwego wroga. Od razu rzucając nimi w przeciwnika z którym walczył Amadar. Pierwszy nóź trafił w otwartą łapę bestii którą ta próbowała urwać głowę jego kompana. Drugi wbił się w policzek. W tym czasie Amadar szybko zanurkował pod przednimi łapami wilkołaka z którym walczył i wbij swoje szable w miękkie podbrzusze. Wnętrzności wylały się na zewnątrz. Żółć spływała po brzuchu mieszając się na ziemi z krwią. Obaj ujrzeli straszny widok. W tym czasie właśnie dwa wilkołaki zagoniły Lucasa pod drzewa.. Jeden zranił go mocno w bark a drugi w bok uda.. Krewa obficie spływała z jego ran. Amadar szybko wyjął z swojej specjalnej torby dwie czarne kule z powiewającymi szmatkami i używając do tego lamp przy karecie zapalił je. Maillo w tym czasie obrzucał wroga nożami. Dwie smugi dymy ciągły się z lecącymi kulami w stronę wroga. Po zderzeniu się z ziemią kule pękły a jakaś dziwna ciecz prysła do koło pokrywając nią teren metra w koło. Kiedy tylko ogień dotknął płynu wszystko się zapaliło. Wilkołaki szybko zamieniły się w płonące pochodnie. Umierając w agonii bólu. Przyjaciele podbiegli szybko do Lucasa. Przykryli go płaszczę by ugasić ogień. Młodzieniec był bardzo ranny lecz żywy i nie odniósł żadnych poważnych poparzeń.
Albert walczył z ostatnim przeciwnikiem. Bestia była przyparta plecami do karety. Wściekła wiedząc że nie ma drogi ucieczki naparła w akcie desperacji. Udało jej się zbić uderzenie marszałka i następnie wgryźć w jego bark. Silnym szarpnięciem rzuciła nim o drzewa skacząc od razu na niego. Dowódca najemników cudem zdążył uchylić się przed pazurami. Przeciwnik swoim uderzeniem złamał drzewo. Ponownie skoczyła za nim dopadając go na trakcie gdy próbował wstać. Silna łapa pochwyciła go za szyję i uniosła nad ziemię. Nogi zwisały dwa metry nad ziemią. Mocny uścisk dusił Albertinusa, życie powoli uciekało z jego ciała. Mimo prób wyswobodzenia się nie udało mu się rozluźnić uchwytu bestii. Wilkołak puścił go musząc unikać w ostatniej chwile dostrzeżonego ciosu Ralfa. Kolejny cios wyprowadzony przez potężnego najemnika dosięgła już przeciwnika i ostrze zanurzyło się głęboko w bok. Ralf wyszarpując ostrze z ciała zakręcił bronią jak młynkiem i odciął mu głowę.
Wszyscy wyczerpani po walce i ciężko ranni zwarli szyki. Przerażające wycie wilka spłoszyło konie. Albert jednak zdążył uchwycić się siodła swojego konia i wskoczyć nań. Kareta zaczęła mknąć w dół traktu a on jechał za nią chcąc ją zatrzymać. Jednak dostrzegł że z lasu zaczyna wybiegać biały wilkołak. Istota zdecydowanie większa i sprawniejsza niż jej towarzysze. Szybkość z jaką się poruszała z łatwością pozwalała dogonić pojazd. Marszałek poganiał swojego wierzchowca zmuszając go by wjechał pomiędzy bestię a powóz.
Wilkołak przeskakując nad konnym wojownikiem wskoczył na dach powozu. Wbił swoje ostre pazury w drewniany bok karety i wyrwał drzwi. Albertinus podjechał bliżej karety tnąc przeciwnika w jego nogi, jego cios został sparowany pazurami bestii. Potwór zareagował natychmiastowo skacząc na Alberta i zrzucając go z konia. Przeturlali się razem po ziemi i od razu zerwali się na równe nogi. Stali na wprost siebie wymieniając się spojrzeniami. W wzroku bestii było widać siłę i inteligencję. Zaszarżowali na siebie. Wojownik atakując jednym mieczem analizował każdy ruch wroga. Bestia widząc siłę uderzeń swojego przeciwnika unikała ataków starając się wyczekać na nadarzającą się okazję do ataku. Ale najemnik nie przerywał swojego natarcia. Widząc że jeśli nie uda mu się pokonać wilkołaka nic mu nie stanie na drodze do zabicia Invicty. Z coraz większą zaciekłością napierał. Nastąpiła krwawa wymiana ciosów. Wróg już nie ustępował pola walki lecz zaczął parować ciosy i wyprowadzać silne ataki. Raz po raz pazury i klinga miecze dopadały celu. Obaj walczyli by zwyciężyć. Mimo że broczyli krwią i opadali z sił toczyli to starcie dalej. Sekundy wydawały się minutami. Silny cios dopadł odsłoniętego boku Alberta. Pazury wbiły się głęboko w ciało. Ciemna posoka wypłynęła obficie z rany. Kolejne uderzenie powaliło marszałka na ziemię który próbując podnieść się ukląkł na jedno kolano by złapać oddech. Na obliczy bestii pojawił się uśmiech triumfu. Podeszła by chwycić swoją ofiarę za kark. Nagle ostatkiem sił Albert błyskawicznie wstał obracając się. Miecz dopadł szyi wilkołaka zatrzymując się na kręgosłupie. Na wpół odcięta głowa opadła na bok. Lecz ten cios kosztował wojownika wszystkich jego sił. Padł bez silnie twarzą na trakt. Czuł wypływając krew z ran. Jak ciepło opuszczało jego ciało. Oczy robiły się takie ciężkie. Chciał zasnąć by móc odpocząć. Za nim stracił przytomność wyobraził sobie radosną twarz Ivi. Uśmiechając się na myśl że udało mu się ją obronić i zemdlał.
Do jego świadomości zaczęły dochodzić głosy. Otworzył oczy i ujrzał jak przez mgłę dwie osoby klęczące nad nim. Wszystko wydawało się takie odległe, dźwięki zniekształcone, obraz zamazany. Nie miał sił by nawet się poruszyć. Udało mu się rozpoznać głosy. Była to jego ukochana siostrzyczka i kapłanka. Kobiety rozmawiały chwilę ze sobą i najwyraźniej o coś się spierały. Invicta w pewnym momencie wstała i pobiegła poza zasięg wzroku Alberta. Zahara pochyliła się nad nim ściągając mały naszyjnik z szyi a usta swoje przybliżyła do jego ucha.
- Uratowałeś mi życie, Niech Lileath bogini Życia i miłosierdzia ześle na ciebie swoją łaskę – Przyłożyła rękę do rany Albertinusa i przyjemne ciepło przepłynęło po całym ciele wojownika.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2013-04-01 (1172 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej