Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Upiór rodu Canterville’ów
 
Katalog - dodano
 Alyssa i czary
- A.G. Howard
 Prawda i iluzja
- Jennifer Sommersby
 Księżniczka Popiołu
- Laura Sebastian
 Ostatni potomkowie. Przeznaczenie bogów
- Matthew J. Kirby
 Proxima
- Stephen Baxter
 
- skomentowano
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Drozdy. Dotyk przeznaczenia'' - Chuck Wendig



1. Śmierć Dela Amico



Reflektory samochodu omiatają podniszczone hotelowe żaluzje. Wpadające do pokoju światło pozwala Miriam dostrzec jej odbicie w brudnym lustrze.
Wyglądam jak zakurzony śmieć na poboczu drogi, myśli. Zaplamione podarte dżinsy. Obcisły biały T-shirt. Tlenione blond włosy z odrostami, jak ciemne korzenie wychodzące z żyznej ziemi.
Opiera ręce na biodrach i porusza nimi raz w jedną, raz w drugą stronę. Wierzchem dłoni wyciera rozmazaną szminkę w miejscu, gdzie pocałował ją Del.
– Miało być jasno – mówi na głos, przepowiadając przyszłość.
Włącza lampę przy łóżku. Obskurny pokój zalewa szczynowatożółta poświata.
Zaskoczony nagłą iluminacją karaluch nieruchomieje pośrodku podłogi.
– Sio – mówi dziewczyna. – Spadaj. Daruję ci życie. Robal nie każe sobie powtarzać. Znika pospiesznie pod rozkładanym łóżkiem.
Wraca do swojego odbicia w lustrze.
– Wszyscy mówili, że jestem nad wiek dojrzała – mruczy.
– Dziś naprawdę tak się czuję.
W łazience szumi prysznic. Już niemal czas. Siada na brzegu łóżka i pociera oczy. Ziewa.
Dobiega ją odgłos odkręcanych kurków. Rury ukryte w ścianach jęczą i drżą, jakby gdzieś obok przejeżdżał pociąg. Miriam zgina i prostuje palce u stóp. Paluch głośno strzela.
Del nuci w łazience. Jakieś szmiry, gówniane szlagiery country. Ona nienawidzi country. Ta muzyka to głuchy, dudniący puls konfederackiego południa. Hej, zaraz! Przecież jesteśmy w Karolinie Północnej. Czy Karolina Północna też należała do Konfederacji? Nieważne. Południe. Konfederacja. Wielkie, piękne zadupie. Czy to ma jakieś znaczenie? Otwierają się drzwi łazienki i do pokoju, w obłoku pary, wchodzi Del Amico.
Kiedyś mógł być atrakcyjny. Nadal jest, raczej tak. W słabym świetle. Trzydzieści kilka lat, szczupły i prosty jak trzcina. Żylaste ramiona, mocne łydki. Tanie marketowe bokserki opinają jego kościste biodra. Ma mocną szczękę i ładną brodę, myśli Miriam. I nie drapie zarostem. Mężczyzna uśmiecha się do niej szeroko i oblizuje zęby – białe i błyszczące niczym perły. Język przesuwa się po nich z cichym piśnięciem.
Dziewczyna czuje zapach mięty.
– Płyn do płukania – wyjaśnia Del, wydymając policzki i dmuchając w jej stronę. Wraca do wycierania głowy starym ręcznikiem. – Znalazłem pod zlewem.
– Ekstra – odpowiada. – Wiesz, wpadłam na pomysł nowego koloru: karaluchowaty brąz.
Del nieruchomieje i wygląda spod ręcznika.
– Co? Jakiego koloru? O co ci chodzi?
– No wiesz, Crayola robi teraz kredki w tylu dziwacznych kolorach. Umbra palona. Sjena palona. Blanszowany migdał. Sraczkowata żółć. I tak dalej. Powiedziałam tylko, że karaluchy mają własny kolor. Jest inny. Powinni go opatentować. Dzieciaki by go pokochały.
Del śmieje się, choć nie rozumie, o czym mówi. Wyciera się, a potem nagle nieruchomieje. Patrzy na nią, jakby na trójwymiarowym obrazku usiłował znaleźć ukryty kształt.
Ogląda ją całą, od stóp do głów.
– Powiedziałaś, że będziesz czekać na mnie… wiesz, przygotowywać się – mamrocze.
Miriam wzrusza ramionami.
– Aaa… Nie. Jeśli mam być szczera, nigdy nie jestem dostatecznie gotowa. Przykro mi.
– Ale… – zaczyna Del i urywa. Chce to powiedzieć. Ma już na końcu języka. Jego usta układają się w odpowiednie słowa, zanim w końcu wyrzuca je z siebie: – Jesteś ubrana.
– Bystrzacha. – Miriam kiwa głową i z uznaniem unosi kciuk. – Del, mam złą wiadomość. Nie jestem dziwką, a co za tym idzie, dzisiaj nie będzie pieprzenia. Ani dzisiaj, ani jutro. Bo chyba już jest jutro, co? Tak czy inaczej, żadnego posuwanka.
Del zaciska pięknie wyrzeźbioną szczękę.
– Obiecałaś. Należy mi się.
– Biorąc pod uwagę, że jeszcze mi nie zapłaciłeś, i dodatkowo mając na uwadze, że prostytucja w tym stanie jest nie do końca legalna, choć legalizacja czy delegalizacja moralności to dla mnie bzdura, gówno ci się należy, Del.
– Ja pierdolę… – mruczy. – Lubisz słuchać własnego głosu, co?
– No pewnie. – Lubi.
– Jesteś kłamczuchą. Kłamczuchą z wulgarnym jęzorem.
– Moja matka zawsze powtarzała, że mówię jak marynarz, ale wiesz, nie w sensie „ahoj, ziemia na horyzoncie”, tylko raczej „spierdalać mi z tym gównem”. No i racja, jestem kłamczuchą. Paskudną kłamczuchą. Aż mi się dymi z uszu.
Del stoi zdezorientowany i nie wie, co począć. Ale ona widzi, że zbiera się w sobie. Płatki nosa falują mu wściekle jak bykowi gotującemu się do szarży.
– Kobieta powinna okazywać więcej szacunku – cedzi przez zaciśnięte zęby. Ze złością ciska ręcznikiem w kąt.
Miriam parska.
– Cała ja. Mam maniery jak pieprzona księżniczka.
Del sapie głęboko, podchodzi do konsolki i zakłada zegarek, nic niewartego timeksa. Chwilę później widzi, co położyła na blacie obok.
– Co to ma…?
Łapie zdjęcia, chwyta je wszystkie naraz i przegląda pospiesznie. Kobieta i dwie małe dziewczynki. Te same dzieci na placu zabaw. Kobieta na czyimś weselu.
– Znalazłam je w samochodzie – wyjaśnia Miriam. – To twoja rodzina, prawda? Ciekawe, jak to godzisz z… no wiesz, bierzesz prostytutkę, hm, to znaczy domniemaną prostytutkę do motelu. Dobry mąż czy tatuś nie powinien chyba wywijać takich numerów, co? Zresztą, co ja tam wiem. Z drugiej strony, może właśnie dlatego schowałeś zdjęcia na samym dnie schowka? Prawie jak lustro: ty nie widzisz ich, one nie widzą ciebie.
Prostuje się gwałtownie, ściskając nerwowo zdjęcia w dłoni.
– Kim jesteś, żeby mnie oceniać? – syczy. Miriam lekceważąco macha dłonią.
– Daj spokój, przecież cię nie oceniam. Po prostu czekam. No, a skoro już tak sobie czekamy, pewnie powinnam ci powiedzieć, że jeździłam za tobą już od kilku tygodni.
Del mruży oczy, jakby gorączkowo szukał jej w pamięci. Miriam mówi dalej: – Wiem, że lubisz dziwki. Cichodajki i profesjonalistki. Każdy rozmiar! Jesteś z tych gości, co zjedzą wszystko, co im dać na talerz. Zawsze coś nowego,żeby nie było nudno w życiu, ale to ci się chwali. Wiem też, że poza inklinacją w kierunku stosunkowo nudnych zachowań seksualnych, znajdujesz przyjemność w biciu kobiet. Cztery prostytutki. Dwie z podbitymi oczami, jedna z raną na brodzie i czwarta z rozciętą dolną wargą…
Del porusza się jak błyskawica.
Ciasno zaciśnięta pięść trafia ją w prawe oko i posyła na łóżko. Pękają naczynia krwionośne. Miriam widzi najpierw fajerwerki, a potem ciemność. Cofa się, stękając z bólu. Nie wie, czy znów jej nie uderzy albo czy nie zacznie dusić. Kiedy zamiera, zwinięta, gotowa kopać, gryźć czy wbić mu łokieć w gardło, orientuje się, że po uderzeniu nie posunął się nawet o centymetr.
Stoi. Po prostu stoi i się trzęsie. Wściekły, smutny, rozbity; Miriam nie potrafi rozróżnić.
Czeka, co zrobi. Del się nie rusza. Nawet na nią nie patrzy – wbija wzrok w nieokreślony punkt, gdzieś daleko przed sobą. Miriam bardzo ostrożnie sięga do stolika nocnego i, żeby sprawdzić godzinę, odwraca budzik – stary zegarek z czarnymi cyframi na białych tabliczkach, które co minutę przeskakują, pokazując aktualny czas. Za każdym razem rozlega się ciche kliknięcie.
– Za dwadzieścia pierwsza – informuje go. – To znaczy, że zostały ci trzy minuty.
– Trzy minuty? – Mężczyzna marszczy brwi, próbując rozgryźć zasady jej gry.
– Tak jest, Del. Trzy minuty. Nadszedł czas, żebyś się zastanowił, czy chcesz jeszcze coś powiedzieć. Podzielić się przemyśleniami. Może uchronić od zapomnienia jakiś przepis babci? Zdradzić miejsce ukrycia skarbu piratów? Poetyckie pożegnanie ze światem? Wiesz, coś w rodzaju: „Albo ta tapeta, albo ja, któreś musi odejść!” – Macha dłonią. – Okej, wiem, cytat z Oscara Wilde’a. Przesadziłam, przepraszam. Moja wina.
Del ani drgnie, ale wyraźnie tężeje. Wszystkie jego mięśnie napinają się jak postronki.
– Ubzdurałaś sobie, że mnie zabijesz? – pyta w końcu.
– To sobie wymyśliłaś? Miriam cmoka językiem.
– Nie, proszę pana. Nic takiego nie miałam na myśli. Poza tym żadna ze mnie morderczyni. Jestem raczej biernie agresywna niż agresywna. Coś w rodzaju: poczekamy, zobaczymy. No, rozumiesz, sęp, a nie sokół.
Mierzą się wzrokiem. Ona czuje trochę strachu, mdłości i ekscytacji.
Klik.
Zero przeskoczyło na 1.
– Chcesz mnie znowu uderzyć – mówi.
– Przyszło mi to do głowy.
– Pomyślałeś: walnę ją, a potem przelecę, zasłużyła sobie. Wszystko pięknie, pod warunkiem, że dasz radę przygotować Małego Wacusia do wyścigu. Widziałam tabletki w schowku. Leżały obok fiolki Oxycontinu.
– Lepiej się już zamknij. Miriam celuje w niego palcem.
– Mimo wszystko muszę ci zadać to pytanie. Czy żonę i córki też bijesz?
Waha się. Miriam nie ma pojęcia, co to oznacza. Poczuł wyrzuty sumienia? A może nigdy nawet mu do głowy nie przyszło,żeby tknąć palcem te małe, niewinne główki i myśli teraz, co by się stało, gdyby się dowiedziały?
– Zresztą nieważne. Teraz to bez znaczenia – stwierdza Miriam. – Odpowiedź nic nie zmieni. Jestem po prostu ciekawa. Posuwasz dziwki i lejesz je po twarzy i, jak ustaliliśmy, nie dostaniesz nagrody Tatusia Roku. Ale chciałabym po prostu poznać twój charakter, zrozumieć jego głębię…
Del nie wytrzymuje i bierze zamach. Żałosny, szeroki sierp, sygnalizowany, zanim się jeszcze poruszył. Równie dobrze mógł wysłać telegram, że zaraz uderzy. Miriam odchyla się. Pięść mija jej nos, ale ona czuje pęd powietrza.
Prostuje nogę, trafia go piętą w krocze. Mężczyzna zatacza się do tyłu. Jego kość ogonowa grucha głucho o ścianę. Jęczy i łapie się za tyłek.
– Raz ci się udało, dupku! – syczy dziewczyna. – A teraz już nawet nie potrafisz trafić, złamasie.
Klik.
Mija kolejna minuta. Czterdzieści dwie po północy.
– Sześćdziesiąt sekund – informuje go.
Del wciąż nic nie rozumie. Nikt tego nigdy nie załapał na czas.
– Zamknij się – jęczy. – Pierdolona dziwka.
– Dobra, powiem ci, co się teraz stanie. Zaraz usłyszysz trąbienie na parkingu…
Na zewnątrz ktoś trąbi. Najpierw raz, drugi, a potem jeszcze trzeci, przeciągle, jakby kierowca chciał wyrazić zniecierpliwienie.
Del przenosi wzrok z Miriam na okno, a potem znów na nią. Widziała już takie spojrzenia. Mężczyzna ma oczy zwierzęcia zamkniętego w klatce. Nie wie jeszcze, gdzie uciekać, ale to na nic, boi tak by nie uciekł. Jest uwięziony. Nie może tylko jeszcze zrozumieć jak i dlaczego.
– Pewnie się zastanawiasz, co teraz? – Pstryka palcami.
– Gdzieś na zewnątrz ktoś zacznie krzyczeć. Może to ten gość, co trąbił? Nie wiem, w sumie może wrzeszczeć ten ktoś, na którego trąbił. To bez znaczenia. Dlatego że…
Przerywa, żeby mógł usłyszeć wrzaski na parkingu. Niezrozumiałe słowa, jak okrzyk neandertalczyka.
Del wytrzeszcza oczy.
Miriam układa palce jak pistolet i celuje w budzik. Odsuwa kurek – kciuk – i strzela.
– Bum – mówi i… Klik.
Zegar wskazuje czterdzieści trzy minuty po północy.
– Chorujesz na padaczkę, Del?
Mężczyzna drży, potwierdzając, że choruje. To tłumaczy wszystko, co ma się wydarzyć. Del nieruchomieje, zaskoczony, jakby zakłopotany, a potem…
Jego ciało tężeje.
– I oto nadchodzi – mówi Miriam. – Wybicie, bramka, koniec sezonu!
Atak epilepsji niczym fala przejmuje nad nim władzę.
Del Amico wypręża się, zamiera, a potem pada, o włos mijając narożnik komódki. Charczy. Podnosi się na kolana, ale po chwili wygina w łuk i dotyka łopatkami miękkiej wykładziny.
Miriam pociera powieki.
– Wiem, co sobie myślisz – mówi, patrząc w jego oczy, wytrzeszczone, jakby miały zaraz wystrzelić. – Chryste, dlaczego ta zdzira nie wetknie mi portfela między zęby? Nie mogłaby mi pomóc? A może się mylę? Może myślisz: e tam, miałem już wcześniej napady i żyję? Bo przecież nie da się naprawdę połknąć języka, co nie? Czyli że to jakaś bajka jest? Albo wyobrażasz sobie, że jestem prawdziwą wiedźmą, która posiada magiczne moce?
Krztusi się. Ma czerwoną twarz. Potem siną.
Miriam wzrusza ramionami. Wykrzywia usta i z ponurą fascynacją przygląda się rozwojowi wydarzeń. Mimo że nie widzi tego po raz pierwszy.
– No cóż, mój drogi, agresywny przyjacielu. To jest twoje przeznaczenie. Zakrztusisz się własnym ozorem i przekręcisz w tym gównianym, zapomnianym przez Boga motelu. Gdybym tylko mogła, coś bym zrobiła. Ale nie mogę. Pomyśl, gdybym wcisnęła ci portfel między zęby, pewnie wepchnęłabym ci język jeszcze głębiej. Wiesz, moja babcia zawsze powtarzała: „Miriam, takie życie. Nic nie poradzisz, taki los”. I, Del, musisz zrozumieć. Takie życie.
Na poszarzałych ustach Dela pojawiają się bąbelki piany. Naczynka krwionośne pękają, zalewając jego oczy czerwienią.
Dokładnie tak, jak zapamiętała.
Napięte ciało nagle flaczeje. Mężczyzna przestał walczyć. Mięśnie wiotczeją, a kark nieruchomieje pod dziwacznym kątem. Upada policzkiem na podłogę.
Potem, nie bacząc na majestat śmierci, spod łóżka wybiega karaluch. Wykorzystując wydętą górną wargę Dela jak stopień wspina się do nosa i wciska swoje małe, tłuste ciało w dziurkę. Znika wewnątrz.
Miriam nabiera głęboko powietrza i trzęsie się z obrzydzenia. Chce coś powiedzieć, wyrazić, jak jej przykro, ale…
Nie może tego powstrzymać. Wybiega do łazienki i wymiotuje do sedesu.
Przez jakiś czas nie podnosi się z kolan, z głową zwieszoną nad muszlą. Biała porcelana emanuje uspokajającym chłodem. Czuje zapach mięty. Czysta woń taniego płynu do płukania ust.
Często tak się zdarza. Zupełnie, jakby razem z nimi umierała jakaś część niej; część, którą się potem krztusiła, aż w końcu wyrzygiwała i spuszczała w toalecie.
I, jak za każdym razem, doskonale wie, co sprawi, że poczuje się lepiej.
Na czworakach wraca do pokoju, przechodzi nad stygnącym ciałem Dela i sięga po swoją torbę rzuconą obok łóżka. Grzebie w niej przez chwilę, aż w końcu trafia na to, czego szukała. Wyjmuje paczkę marlboro light. Stuka w denko pudełka, ustami łapie wysuniętą końcówkę filtra. Zapala.
Wciąga dym do płuc i wydmuchuje nosem. Jak para z nozdrzy smoka, myśli.
Mdłości słabną, jakby oczyszczający odpływ zepchnął je z powrotem na otwarty ocean.
– Znacznie lepiej – mruczy, jakby ktoś jej słuchał. Może duch Dela? A może tylko karaluch?
Potem wraca do torby i wyjmuje z niej swój Numer Dwa: czarny notatnik z czerwonym długopisem wepchniętym pod spiralę spinającą arkusze. Zapisała już niemal wszystkie strony. Zostało tylko dziesięć pustych kartek. Tylko dziesięć. Potężne pole do popisu, z wielkim potencjałem: niespisana przyszłość, która już została opisana.
– Hej, zaraz – mówi. – Zaczynam być nieostrożna. Nie mogę zapomnieć o…
Wstaje, podnosi spodnie Dela i sięga do kieszeni po jego portfel. W środku jest niecałe pięćdziesiąt dolców i karta kredytowa. Wystarczy, żeby ruszyć dalej, zjeść coś ciepłego i dotrzeć do kolejnej dziury.
– Dzięki, Del, co za łaska.
Opiera poduszkę o wezgłowie łóżka i sadowi się wygodnie. Otwiera notatnik i zaczyna pisać.
Kochany Pamiętniku, znów to zrobiłam…









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2013-04-25 (756 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej