Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Epopeja. Legendy fantasy
 
Katalog - dodano
 Wyprawa Błazna (wyd.M)
- Robin Hobb
 Roar
- Cory Carmack
 Wybawienie
- Jussi Adler-Olsen
 Zabójcy bażantów
- Jussi Adler-Olsen
 Battlefront: Oddział Inferno
- Christie Golden
 
- skomentowano
 Zapisane w kartach
- Anne Bishop
 Ciężko być najmłodszym
- Ksenia Basztowa, Wiktoria Iwanowa
 Sopel cz.1
- Paweł Kornew
 HEL 3
- Jarosław Grzędowicz
 Evna
- Siri Pettersen
 

''Korzenie niebios'' - Tullio Avoledo

#2


„Opowiem ci coś, księże.
To moja historia, ale mogłaby się przytrafić każdemu.
No, może z wyłączeniem paru drobnych szczegółów.
Tego dnia, kiedy świat się skończył, większość ludzi miała szczęście, bo umarła w domu. Ściskając dłoń żony, syna albo w objęciach przyjaciół. Ktoś pewnie zginął kochając się. Mówią, że syreny zawyły z pięciominutowym wyprzedzeniem. Co możesz zrobić w ciągu tych ostatnich pięciu minut, kiedy świat właśnie ma się skończyć?
Ktoś może opróżnił butelkę, którą trzymał od dawna na jakąś specjalną okazję. Ktoś może pośmiał się, tak jak ja przed chwilą. Jak wariat. Inni być może powiedzieli sobie: »a do diabła z tym wszystkim«. I może poszli do łóżka z tym, kto był pod ręką. Inni pewnie próbowali się ratować. A niejeden z nich wiedział już przecież, że wszystko to na próżno.
To musiało być najintensywniej przeżyte pięć minut w historii ludzkości.
Wszystko na nic.
Ale przynajmniej w dużej część ludzie umierali u boku tych, których kochali. I w swoich domach.
Niektórzy z nas nie mieli jednak tego szczęścia.
Mówią, że z nieba spadały samoloty, dziesiątki, setki samolotów. Wszystkie, które były w powietrzu, kiedy eksplodowały bomby.
Deszcz samolotów.
W porównaniu z atomowymi wybuchami, drobne ukąszenia owadów na skórze Ziemi. Najbardziej niewiarygodny pokaz sztucznych ogni, jakie ludzkość kiedykolwiek sobie zafundowała. Oczywiście, nikt z nas naprawdę nie mógł tego zobaczyć. Możemy to sobie jedynie wyobrazić. Tych, którzy to zobaczyli, już tu nie ma, nie mogą nic opowiedzieć.
Zastanawiam się, jakie to było wrażenie, zobaczyć FUBARD z zewnątrz.
Pewnie tylko astronauci ze stacji orbitalnej mogliby nam o tym opowiedzieć.
Ale pewnie już dawno nie żyją.
Kto to wie? Tyle że chociaż oni mieli to jedno jedyne szczęście. Od jak dawna nie oglądamy już gwiazd? A oni widzieli je do końca. Widzieli gwiazdy, i Ziemię płonącą niczym ognisko. Widzieli, jak nad naszymi miastami wznosi się dym i przykrywa Ziemię niczym całun.
W dniu, w którym świat się skończył, byłem akurat w Muzeach Watykańskich. Nie było prawie nikogo. Jaki spokój! Próbowałem tam pójść przy okazji każdej z wizyt w Rzymie, ale nie mogłem znieść tego hałaśliwego, niepoważnego tłumu tłoczącego się w salach. Strzelające migawki aparatów fotograficznych, tysiące identycznych zdjęć tego samego obrazu, których nigdy nikt nie wywoła.
Ale tamtego dnia Muzea były puste. Stałem sam przed kasami biletowymi, czekając na otwarcie. Personel jak zwykle stawił się do pracy. Jakby to był normalny dzień. Zapłaciłem za bilet. Kiedyś coś takiego mógłbym sprzedać na… no jak się nazywały te internetowe aukcje? O, właśnie: na eBayu. Ostatni bilet wstępu do Muzeów Watykańskich…
To była prawdziwa przyjemność, ale i duże wrażenie, spacerować tymi korytarzami w otoczeniu piękna minionych tysiącleci, piękna, które miałem tylko dla siebie. Pamiętam, że próbowałem się dodzwonić do mojej żony w Genewie, żeby jej opowiedzieć o tym dziwnym doświadczeniu. Ale linie były przeciążone. Ludzie próbowali łączyć się z innymi ludźmi i w ten sposób uniemożliwiali w ogóle komunikację…
Więc zarzuciłem pomysł. Gdybym był uparty, może prędzej czy później zdołałbym się dodzwonić i porozmawiać z Chantal. Spytałbym o dzieci… Może nawet o psa…
Ale…
Ale póki co, chodziłem dalej po pustych salach, ciesząc się ciszą i przestrzenią. W świetle poranka marmur posągów i farby obrazów lśniły niczym klejnoty.
Chodziłem tak godzinami. Aż doszedłem do Kaplicy Sykstyńskiej.
To było nowe doświadczenie. Jakbym ją zobaczył po raz pierwszy.
Byłem sam, pod sklepieniem całym we freskach Michała Anioła. Barwy Sądu Ostatecznego na ścianie w głębi wydawały się jak nowe.
Jaka subtelna ironia, siedzieć pod Sądem Ostatecznym w dniu, w którym świat miał się właśnie skończyć…
Byłem tam przynajmniej godzinę. Siedziałem na środku i patrzyłem na Sąd.
Potem położyłem się, jak w parku. Zwinąłem marynarkę i zrobiłem z niej poduszkę. Wyciągnąłem się na posadzce, która była świadkiem wielowiekowej historii, mszy celebrowanych przez papieży, konklawe…
Moje spojrzenie skupiło się na jednej scenie tego gigantycznego arcydzieła. Na stworzeniu Adama. Bóg wyciąga palec wskazujący w kierunku pierwszego człowieka, a Adam podaje dłoń, by dać się wyciągnąć z błota.
Pogrążyłem się w tym do tego stopnia, że w pewnej chwili wydało mi się, że moje ciało odrywa się od Ziemi i lewituje w stronę Boga. Oczywiście, wiedziałem, co się dzieje na świecie. Nawet w najbardziej tradycyjnych dziennikach na pierwszych stronach straszyły wielkie tytuły. A programy telewizyjne zmieniły się w jeden niekończący się dziennik telewizyjny.
Byłem tam od kilku godzin, minęło już pewnie południe, kiedy z moich snów z otwartymi oczami wyrwał mnie jakiś głos.
»Proszę pana, nie może się pan kłaść na środku Kaplicy.«
Popatrzyłem w prawo.
To był strażnik, w mundurze. Starszy mężczyzna, w okularach o staromodnych oprawkach i ze starym radiem tranzystorowym w dłoni. Wyglądał jakby wysiadł z wehikułu czasu. Jakby przyleciał prosto z lat siedemdziesiątych.
Spojrzałem na niego i nic nie odpowiedziałem. A on spróbował jeszcze w innych językach: francuskim, hiszpańskim i w łamanej angielszczyźnie. W końcu się nad nim zlitowałem.
»Mówię po włosku«, odezwałem się.
»Acha. To dlaczego pan nadal tu leży?«
»Bo to jest piękne. Bo nie ma nikogo. Nikomu nie przeszkadzam.«
»Dobrze, ale to nie jest żadne wytłumaczenie. Musi pan wstać.«
Uśmiechnąłem się.
»Jest pan pewien, że w regulaminie jest napisane, że nie mogę tego robić? Jest pan naprawdę pewien, że gdzieś piszą o zakazie kładzenia się na posadzce Kaplicy Sykstyńskiej?«
Strażnik spojrzał na mnie zaskoczony. I zrobił coś, czego się nie spodziewałem.
Uśmiechnął się.
»A wie pan, że ma pan rację?«
I z niejakim wysiłkiem, przy akompaniamencie swych trzeszczących, artretycznych kolan, schylił się i wyciągnął obok mnie. Nie za blisko. Zachował dystans. Włosi, szczególnie starsi, są tradycjonalistami w tych sprawach. Na myśl o leżeniu obok nieznajomego musiał się czuć nieswojo.
Długo tak leżeliśmy i patrzyliśmy na sceny stworzenia świata i biblijnego potopu.
»Trzydzieści lat już tu pracuję, a nie znalazłem czasu, żeby przyjrzeć się lepiej tym freskom«, westchnął strażnik.
Uśmiechnąłem się do niego.
Czułem się jak kamień na dnie rzeki, nad którym płynęły obrazy namalowane nieobecną już od wieków ręką, ale wciąż niewiarygodnie witalne.
»Będzie panu przeszkadzało radio?« zapytał.
Odpowiedziałem, że tak. I od razu pożałowałem. W gruncie rzeczy facet podeptał dla mnie zasady. A starsze osoby, wiadomo, przywiązane są do zasad.
»W porządku. Proszę włączyć.«
Stary wyraził mi swoją wdzięczność. »Wie pan, nie mam już nikogo na świecie. Znaczy… mam syna, ale tak jak bym go nie miał. Nie zatroszczył się o mnie ani razu w życiu. A jego biedna matka… gdyby pan wiedział, ile jej cierpień przysporzył…«
»Radio w porządku. Ale nie mam ochoty na rozmowę.«
Zrozumiał. Powiedziałem to po francusku, ale on zrozumiał. Włączył radio i słuchał na ściszonym regulatorze.
Mój włoski był dobry, choć nie tak dobry jak teraz. Chcąc nie chcąc, posłuchałem sobie trochę wiadomości – mówili o konsekwencjach tego, co nadal z uporem nazywali incydentem dyplomatycznym. Posunięcia obu supermocarstw były jak próby dwóch szachistów sondujących możliwości przeciwnika.
Ale to była śmiertelna gra.
Głosy z radia powoli zlały się w jeden szum w moich uszach, hałas tła bez żadnego składu. Rodzaj muzyki, jak muzyka gwiazd nasłuchiwanych przez radioteleskop…
Kiedy wybuchła bomba, posadzka wyprężyła się jak koński grzbiet i opadła z powrotem. Trzy razy. Ale na sklepieniu zaczęły pojawiać się pęknięcia.
Niezmierne światło, nie mam na to innego określenia, światło absolutne, wpadło przez okna i rozświetliło postacie malowideł nadnaturalną bielą.
Odleciałem ku Bogu.
Tak właśnie pomyślałem, gdy postać Stwórcy rosła mi w oczach i była coraz bliżej.
Ale było na odwrót – to sklepienie zaczęło się osuwać, stare freski leciały w dół. Widziałem to jak w zwolnionym tempie, oblicze Boga rosło mi w oczach, a Adam zostawał gdzieś daleko za nim. Coraz dalej od Boga.
Bóg spadł obok mnie. Taki blok grubości dziesięciu centymetrów, szeroki na dwa metry.
Zmiażdżył strażnika.
Krew trysnęła spod betonu i zmieszała się z pyłem.
Usta miałem pełne pyłu i drobin tynku.
Podniosłem się z dużym trudem, nie mogąc uwierzyć w to, co się stało. Sklepienia Kaplicy nie było. Na głowę padało mi światło słońca. Sklepienie zostało zdmuchnięte przez wybuch niemal doszczętnie. Jakimś cudem, niezrozumiałym dla mnie cudem konstrukcyjnym, jeden kawałek trzymał się jeszcze na miejscu. To niewiarygodne, ale z kilkudziesięciu postaci malowidła pozostał jedynie Adam. Prawie nietknięty. Brakowało tylko ręki, z wyciągniętym ku Bogu palcem wskazującym.


* * *



Od dłuższego czasu przed wejściem do katakumb nikt się już nie pojawiał. W oddali, nad zamarzniętą tundrą, która niegdyś była urodzajnym wiejskim terenem wokół Rzymu, nie unosiła się już żadna chmura pyłu.
Informacje o tym, co robiono uchodźcom, musiały jakoś przeciec. Może ktoś podejrzał „selekcję” z ukrycia. Albo ludzie przestali po prostu wychodzić z miasta. Sytuacja w katakumbach stawała się krytyczna. Wszystkie sklepy i domy w okolicy zostały już doszczętnie ograbione. Półki dwóch najbliższych supermarketów były puste, a ekspedycje do dalszych sklepów wróciły z pustymi rękami. Stu piętnastu mieszkańców katakumb Świętego Kaliksta zdanych było na coraz ostrzejsze racjonowanie żywności. Chodziły słuchy, że ktoś przygotowuje plan przeżycia przewidujący spożycie ludzkiego mięsa. Ale plotki na tym nie poprzestawały: szeptano, że w rejonach zamieszkałych przez szefów podawano czasami „dziwne mięso”.
Naturalnie były to tylko plotki.
Naturalnie.
I nagle, jednego dnia, wszystko się zmieniło.
Ludzie z Watykanu przybyli o świcie w kolumnie dwunastu wojskowych ciężarówek prowadzonych przez samochód pancerny z wymalowanym biało-żółtym godłem, którego nikt ze strażników nie był w stanie rozpoznać.
Kolumna zatrzymała się trzydzieści metrów przed wejściem do katakumb. W ciszy słychać było tylko stłumiony warkot silników diesla wypuszczających w mroźne powietrze powolne chmury spalin.
Szyby samochodów były ciemne. W środku nie było nic widać. Ta nieruchoma scena trwała bardzo długo, gdy tymczasem dwaj strażnicy przy bramie robili się coraz bardziej nerwowi. Trzeci pobiegł na dół zawiadomić szefów.
Minęło dziesięć minut. Z końca kolumny wyjechało czarne auto z dwiema chorągiewkami na masce, na których widniał identyczny biało-żółty symbol jak na wieżyczce pojazdu pancernego.
Auto wyglądało imponująco. Wojskowy model Humvee. Brzydki, złowrogi jeep, pasujący bardziej do Schwarzeneggera niż do mężczyzny, który z niego wysiadł, czepiając się kurczowo drzwiczek i zeskakując z zewnętrznego stopnia na ziemię.
Miał na sobie nieskazitelnie biały plastikowy kombinezon przeciwpromienny. Na głowie mały hełm z tego samego tworzywa, z ciemnym wizjerem.
Ze swoją tuszą wyglądał jak człowieczek Michelina. Dwóm wygłodniałym strażnikom, którzy przyglądali mu się z niedowierzaniem zza krat, wydał się wręcz magicznym zjawiskiem. Nie zdziwiliby się bardziej na widok jednorożca.
– Witajcie, dzieci. Co słychać? – zapytał, a jego głos popłynął przez głośnik na dachu jeepa.
– Jestem kardynał kamerling Ferdinando Albani, tymczasowy rektor Stolicy Apostolskiej. Przybywam, żeby odzyskać własność Kościoła.
– Tak? To spróbuj – ryknął ktoś w odpowiedzi.
Alessandro Mori, bo to on krzyczał, był faktycznym dowódcą okupujących katakumby Świętego Kaliksta. Był najstarszy i miał największą liczbę zwolenników, przynajmniej na razie. W drżącej dłoni trzymał pistolet sygnałowy. Broni było jak na lekarstwo: trzy karabiny i garść naboi do każdego stanowiły cały arsenał broni strzeleckiej w podziemiach, jeśli nie liczyć starego pistoletu sygnałowego Very w ręku Moriego.
– Mam nadzieję, że nie będzie to konieczne, proszę pana – odpowiedział głos z megafonu. – Bo Kościół brzydzi się rozlewem krwi.
Gdy wymówił te słowa, z tylnej części jednej z ciężarówek wysiadł jakiś tuzin ludzi w kombinezonach przeciwpromiennych, tym razem nie białych, lecz w barwach ochronnych. W rękach trzymali długą broń o zabójczym wyglądzie: karabiny szturmowe z laserowymi celownikami.
Moriego i jego ludzi obsypały czerwone punkciki, jakby nagle zapadli na jakąś zakaźną chorobę. Każdy z tych punktów oznaczał wymierzony karabin: w czoło, w serce, w ramiona.
– Oczywiście, wybór należy do pana – oświadczył Albani z anielskim spokojem. – Co pan na to, żeby tu podejść i porozmawiać?
W tym momencie mogło się wydarzyć wszystko, i historia naszego małego oblężenia wyglądałaby inaczej. Była to chwila, w której mogło powstać wiele prawdopodobnych światów, zamiast tego, który był rzeczywistością. Niektóre z tych możliwych światów byłyby pewnie lepsze od naszego. Nigdy się tego nie dowiemy. Faktem jest, że Mori wetknął rakietnicę za pas i dał znak swoim ludziom, żeby otworzyli bramę. Ktoś podał mu plastikową płachtę, ale stary odepchnął ją gwałtownie.
Ruszył w stronę kardynała niedbałym krokiem chuligana z przedmieść, którym za młodu rzeczywiście był, nim wraz z synami i wnukami oddał się lukratywnemu handlowi kradzionymi autami i motocyklami na peryferiach metropolii.
Zatrzymał się dwa kroki przed Albanim. Przez ciemną grubą pleksi maski nie mógł dojrzeć oczu kardynała. Gdyby mógł je zobaczyć, dostrzegłby, że nie był on znowu aż taki spokojny. Karabiny trzech strażników były wymierzone prosto w niego. Z całą pewnością był łatwym celem.
Kardynał przyjrzał się twarzy starego. Zobaczył na policzku brzydką bliznę po oparzeniu. Palce lewej ręki wydawały się zlane w bezkształtną, groteskową pięść.
Albani wyciągnął rękę. Stary jej nie przyjął. Splunął na ziemię.
– Zimno tu na dworze – powiedział kardynał.
– Przyzwyczaiłem się. Do rzeczy, bez ceregieli.
– Jak pan chce.
– Ty masz kombinezon, ja nie mam nic. Nie boję się umrzeć, ale nie mam czasu do tracenia tu, na zewnątrz. Więc mów, co masz do powiedzenia i zabierajcie się stąd. To miejsce jest nasze.
Albani pokręcił głową.
– Technicznie rzecz biorąc, jest inaczej. Katakumby Świętego Kaliksta są dla Kościoła miejscem świętym.
– Macie Watykan. Nie wystarczy wam? Za mało miejsca?
– Nawet za dużo. Szczególnie teraz, kiedy to już tylko radioaktywne open space. Watykan nie istnieje. To już tylko spalona ziemia.
– Wasz pieprzony interes.
– Spędziliśmy pół roku w podziemiach Zamku Świętego Anioła.
– Mogliście tam zostać. Na pewną są wygodniejsze od naszego domu.
– To, co nazywacie waszym domem, jest własnością Kościoła.
– Już nie.
Albani nie odpowiedział. Patrzył tylko na starego. Mori przesunął dłoń w stronę paska. Na jego twarzy wykwitło natychmiast pięć czerwonych punkcików.
Uśmiechnął się.
– Na dole jest setka uzbrojonych ludzi. Jeśli nie wrócę za pięć minut, wyjdą i was sprzątną.
Albani podniósł rękę. Jego palec wskazujący poruszał się w przeczącym geście jak wahadło metronomu.
– Długo was obserwowaliśmy. Ludzi, którzy wychodzą, żeby… przyjąć uchodźców, jest tylko trzech. Zawsze ci sami. Karabiny też zawsze te same.
Albani wskazał na swoich ludzi, którzy klęczeli na jednym kolanie w pozycji gotowej do strzału.
– Żołnierze Gwardii Szwajcarskiej. Broń maszynowa w ich rękach to karabiny szturmowe M4. Wszystko, co mogę zobaczyć po waszej stronie to trzy strzelby i stary pistolet sygnałowy z wyposażenia łodzi. Sądzę, że używaliście go na stadionie, kiedy Roma strzelała gola…
– Lazio – warknął stary. Albani pokiwał głową. Rywalizacja tych dwóch piłkarskich drużyn wydawała się już tak odległa. Futbol był czymś z przeszłości, co miało stać się legendą, jak Atlantyda i cyklopy. To, że ktoś złościł się jako kibic, mogło być na swój sposób wzruszające, gdyby nie fakt, że tym kimś był odrażający starzec morderca.
„Cóż, nie pierwszy raz Kościół zniża się do rozmowy ze zbrodniarzem – pomyślał kardynał. – Dla dobra wyższego”.
– Przepraszam. Ja też jestem kibicem Lazio – skłamał.
Stary Mori spojrzał na niego nieufnie. Jego oddech, który zmieniał się w małe obłoki pary, zalatywał czosnkiem. Zęby miał w strasznym stanie.
Czerwone punkciki tańczyły na jego twarzy. Chwilami trafiały w oczy, i wtedy stary przymykał powieki z rozdrażnieniem.
Kardynał westchnął i zdjął ochronny hełm. Spocone włosy przykleiły mu się do skóry głowy. Przeszył go zimny dreszcz na mroźnym powietrzu. Pot od razu zaczął się zamieniać w lód.
– A wracając do poważnych rzeczy… – uśmiechnął się usiłując zachować przyjazny wyraz twarzy. – Dysproporcja między naszymi siłami jest oczywista. Moglibyśmy wejść bez trudu pomimo pana sprzeciwu.
– Spróbujcie tylko – rzucił wyzywająco Mori.
W swoim zachowaniu był jak pies, który broni kawałka mięsa przed innym bezpańskim psem.
Zresztą wszyscy staliśmy się nimi po Wielkiej Zagładzie.
Bezpańskimi psami.
– Proszę posłuchać – Albani pokręcił głową. – Dla nas alternatywą nie jest odejść lub zostać. W ten czy inny sposób wejdziemy do katakumb.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2013-04-26 (642 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej