Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Miasto duchów
 
Katalog - dodano
 Wędrowiec
- Suren Cormudian
 Bestie i ludzie
- Jacek Piekara
 Eliza
- Roxana Wojtas-Tabiś
 Wyprawa Błazna (wyd.M)
- Robin Hobb
 Roar
- Cory Carmack
 
- skomentowano
 Zapisane w kartach
- Anne Bishop
 Ciężko być najmłodszym
- Ksenia Basztowa, Wiktoria Iwanowa
 Sopel cz.1
- Paweł Kornew
 HEL 3
- Jarosław Grzędowicz
 Evna
- Siri Pettersen
 

''Siedem minut po północy'' - Patrick Ness




Potwór pojawił się tuż po północy. Jak to potwory mają w zwyczaju.

Gdy przyszedł, Conor już nie spał.
Chłopcu przyśnił się koszmar. Nie jakiś koszmar. Ten koszmar. Ten, który śnił mu się raz za razem. Ten z ciemnością, wiatrem i wrzaskami. Ten z dłońmi wyślizgującymi się z jego uścisku, nieważne jak mocno by ich nie trzymał. Ten, na końcu którego…
– Idź sobie – wyszeptał Conor w ciemność swojej sypialni, starając się odepchnąć od siebie pozostałości koszmaru, nie pozwalając im przedostać się do świata jawy. – I to już.
Rzucił okiem na zegar, który mama postawiła na nocnym stoliku. 12:07. Siedem minut po północy. Późno, szczególnie jak na noc, po której trzeba iść do szkoły, późno jak na niedzielę, bez wątpienia.
Nikomu nie opowiedział o tym koszmarze. Ani, co oczywiste, swojej mamie, ani nikomu innemu. Nawet słowem nie wspomniał o tym tacie, podczas którejś z ich rzadkich rozmów telefonicznych. Nie powiedział babci, słowa nie pisnął w szkole. Nie ma mowy.
Nikt nie musiał przecież wiedzieć o tym, co działo się w jego koszmarze.
Półprzytomnym spojrzeniem omiótł pokój, a potem zmarszczył brwi. Czegoś tutaj brakowało. Usiadł na łóżku, nieco bardziej rozbudzony. Koszmar odchodził w niepamięć, ale było coś jeszcze, czego Conor nie mógł do końca ogarnąć, coś innego, coś…
Nastawił uszu, wsłuchując się w panującą ciszę, lecz słyszał jedynie ciche odgłosy domu: skrzypienie pustej klatki schodowej, szelest pościeli w sąsiednim pokoju, gdzie spała mama.
Nic.
I nagle coś. To coś, co wcześniej go obudziło.
Ktoś go wołał.
Conor.

Ogarnęła go panika, żołądek aż podszedł do gardła. Czy to coś przyszło tu za nim? Czy jakimś sposobem zdołało wyłonić się z koszmaru i…?
– Nie bądź głupi – powiedział sobie. – Jesteś zbyt duży, by wciąż wierzyć w potwory.
I rzeczywiście tak było. W ubiegłem miesiącu chłopiec skończył trzynaście lat. Potwory były dobre dla dzieci. Dla zwykłych siusiumajtków. Dla…
Conor.
To coś znów się odezwało. Conor przełknął ślinę. W tym roku październik był wyjątkowo ciepły, więc okno w pokoju było otwarte. Może po prostu zasłony szeleściły na wietrze i brzmiało to zupełnie jak…
Conor.
No dobrze, to wcale nie wiatr. Bez wątpienia to był czyjś głos, ale nie należał do osoby, którą Conor znał. Na pewno nie do jego matki. To nie był nawet kobiecy głos i przez jedną szaloną chwilę chłopak zastanawiał się, czy to przypadkiem nie jego tata. Może przyjechał z niespodziewaną wizytą z Ameryki, a dotarł zbyt późno, by zadzwonić i…
Conor.
Nie, to nie był tata. Ten głos był bardzo charakterystyczny, wręcz potwornie charakterystyczny, dziki i nieposkromiony.
Wtedy chłopiec usłyszał głośne skrzypienie drewna na zewnątrz, zupełnie jakby coś ogromnego łaziło po drewnianej podłodze.
Wcale nie chciał wstawać i wyglądać na zewnątrz. Ale z drugiej strony jakaś jego cząstka niczego nie pragnęła bardziej.
Całkiem już rozbudzony, odkrył kołdrę, wstał z łóżka i podszedł do okna. W bladej poświacie księżyca dostrzegł kościelną wierzę, pnącą się w niebo na niewielkim wzgórzu za domem, nieopodal którego biegły tory kolejowe, dwie lśniące, stalowe linie przecinające noc. Księżycowy blask padał także na przylegający do kościoła cmentarz, pełen nagrobków z których nie dało się już właściwie niczego wyczytać.
Conor widział też potężny, rosnący na środku cmentarza cis – drzewo tak stare, że wyglądało jakby wyrzeźbiono je z tych samych kamieni, z których zbudowano kościół. Chłopak tylko dlatego wiedział, że to cis, bo kiedyś wyjaśniła mu to matka: najpierw kiedy był mały i bała się, że zje rosnące na drzewie trujące jagody, i raz jeszcze zeszłego roku, gdy wyglądając przez kuchenne okno z zabawnym wyrazem twarzy, rzekła: – To drzewo to cis, wiedziałeś?
Po raz kolejny usłyszał swoje imię.
Conor.
Jakby ktoś mu je szeptał w każde ucho z osobna.
– Co? – spytał, z łomoczącym sercem. Nagle nie mógł się doczekać tego, co miało się wydarzyć. Cokolwiek to miało być.
Księżyc zniknął za chmurą i nagle cały krajobraz pochłonęła ciemność. Wiatr ze świstem spłynął ze wzgórza i wpadł prosto do pokoju chłopca, wzdymając zasłony. Znowu rozległo się skrzypienie drewna, brzmiące jak jęki jakiejś żywej istoty, albo jak burczenie w brzuchu świata, który zaczął domagać się posiłku.
Chmura popłynęła dalej i księżyc znów rozbłysnął pełnym blaskiem.
Świecąc prosto na cis.
Który teraz stał niewzruszenie w ogrodzie za domem.
I to właśnie cis był tym potworem.
Gdy Conor zaczął mu się przyglądać, górne gałęzie drzewa ułożyły się w szeroką, przerażającą twarz. Spomiędzy konarów wyłoniły się usta, nos a nawet oczy, spoglądające uważnie na chłopca. Pozostałe gałęzie splatały się razem, skrzypiąc i jęcząc, aż w końcu uformowały dwa długie ramiona i drugą nogę, którą potwór postawił tuż przy swoim pniu. Inne części drzewa zmieniły się najpierw w kręgosłup, a potem w korpus, zaś cienkie, przypominające igły liście utkały zieloną, przypominającą futro skórę, która poruszała się i oddychała, jakby pod jej powierzchnią kryły się mięśnie i płuca.
Mimo że wzrostem już przewyższał piętro, na którym znajdował się pokój chłopca, potwór dodatkowo stawał się coraz szerszy, przybierając kształt, który zdawał się być uosobieniem siły, wręcz potęgi. Ani na moment nie odwracał wzroku od Conora, a wokół słychać było jego głośny, wietrzny oddech. Oparłszy gigantyczne dłonie o framugę, pochylił głowę i w końcu jego twarz wypełniła całe okno. Wciąż wpatrywał się w chłopca. Pod jego ciężarem, dom Conora aż stęknął.
I wtedy potwór przemówił.
– Conorze O’Malley – powiedział, a potężny podmuch ciepłego, przesiąkniętego zapachem kompostu wiatru wleciał przez okno, rozwiewając włosy chłopca. Jego głos był niski i donośny, i wibrował z taką siłą, że Conor aż czuł to w klatce piersiowej.
Przyszedłem po ciebie, Conorze O’Malley – powiedział potwór, opierając się o dom, zrzucając obrazy ze ścian, strącając na podłogę książki, elektroniczne gadżety i starego zabawkowego nosorożca.
Potwór, pomyślał Conor. Prawdziwy potwór. Widziany na jawie. Nie we śnie, ale tutaj, w oknie.
Przyszedł po niego.
Lecz Conor nie uciekał.
Szczerze mówiąc, nawet się nie bał.
Od chwili, gdy potwór ujawnił swoje oblicze, chłopiec czuł jedynie rosnące rozczarowanie.
Bo przecież nie tego potwora się spodziewał.
– Więc chodź i mnie złap – odparł.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2013-05-01 (666 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej