Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Grobowce Atuanu
 
Katalog - dodano
 Kroniki Jaaru. Tajemne imię
- Adam Faber
 Hajmdal. Księżyce monarchy
- Dariusz Domagalski
 Alyssa i czary
- A.G. Howard
 Prawda i iluzja
- Jennifer Sommersby
 Księżniczka Popiołu
- Laura Sebastian
 
- skomentowano
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Opiekunka Grobów'' - Melissa Marr



Prolog



Jedną ręką Maylene wsparła się na kamiennej płycie. Z biegiem lat wstawanie z klęczek przychodziło coraz trudniej. Kolana wystarczająco dawały jej się we znaki, a tu jeszcze ostatnio artretyzm zaczynał atakować biodra. Strzepnęła ziemię z dłoni i spódnicy, a potem wyjęła z kieszeni niewielką piersiówkę. Starannie omijając zielone listki zasadzonych przez siebie tulipanów, Maylene przechyliła flaszeczkę nad ziemią.
— Proszę bardzo, mój drogi — wyszeptała. — Nie jest to księżycówka, którą dawniej popijaliśmy, ale tylko tym mogę się dzisiaj z tobą podzielić.
Przeciągnęła ręką po płycie. Żadnych skoszonych trawek zawieruszonych na dole czy rozpiętej u góry pajęczej sieci. Maylene przywiązywała wagę do najdrobniejszych szczegółów.
— Pamiętasz tamte czasy? Weranda z tyłu domu, słońce i słoiki… — przerwała, wspomniawszy ich słodką zawartość. — Byliśmy tacy niemądrzy… Myśleliśmy, że gdzieś tam wielki stary świat czeka, aż go podbijemy.
Pete, ze swojej strony, nie palił się do odpowiedzi. Ci, którzy leżą we właściwie doglądanych grobach, nie mówią.
Maylene dokończyła obchód po cmentarzu Słodkie Odpocznienie, zatrzymując się tu i tam, by zebrać gruz z nagrobków, wylać odrobinę alkoholu na ziemię i wyszeptać parę słów. Słodkie Odpocznienie figurowało na ostatnim miejscu tygodniowej rozpiski, lecz Maylene nie zaniedbywała żadnego z tutejszych lokatorów.
Jak na niewielkie miasteczko, Claysville obfitowało w cmentarze. Wedle prawa każdy, kto kiedykolwiek narodził się w granicach miasta, musiał być tu pochowany, wskutek czego martwi mieszkańcy Claysville przeważali liczebnie nad żywymi. Maylene nurtowało niekiedy pytanie, co by było, gdyby ci drudzy usłyszeli o interesie ubitym przez założycieli miasta, lecz gdy tylko próbowała poruszyć ten temat w rozmowie z Charlesem, spotykała się z odmową. Pewnych bitew nie mogła wygrać, niezależnie od tego, jak bardzo ich pragnęła.
Ani od tego ile, psiakrew, miały sensu.
Zerknęła na ciemniejące niebo. Dawno już powinna być u siebie.
Wypełniała swoje obowiązki tak dobrze, że już niemal od dekady nie pojawiali się goście, a jednak wciąż wracała do domu przed zachodem słońca. Nawyk ukształtowany przez całe życie nie chciał znikać, choć zdawałoby się, że powinien.
A może nie.
Maylene wetknęła właśnie piersiówkę do kieszeni z przodu sukni, gdy zobaczyła tę dziewczynę. Była tak wychudzona, że spod koszulki w strzępach wyzierał jej wklęsły brzuch. Nie miała butów, a w dżinsach na wysokości kolan widniały dziury. Smuga brudu na policzku przypominała róż nałożony niewprawną ręką. Pod oczami miała rozmazany tusz do kresek, jakby zasnęła bez demakijażu. Dziewczyna szła przez starannie utrzymany cmentarz, ignorując ścieżki. Kroczyła na ukos po trawie, aż stanęła obok Maylene, przed jednym ze starszych grobowców rodzinnych.
— Nie spodziewałam się ciebie — wymamrotała Maylene.
Ramiona dziewczyny uniosły się w niezgrabnym geście. Nie było to wojownicze wzięcie się pod boki ani też luzackie trzymanie rąk w kieszeni, wyglądało raczej jakby dziewczyna nie do końca panowała nad własnymi kończynami.
— Szukałam pani — odpowiedziała.
— Nie miałam pojęcia. Gdybym wiedziała…
— To już nieistotne. — Dziewczyna wykazywała duże skupienie.
— Grunt, że pani tu jest.
— Ano, prawda. — Maylene była zajęta podnoszeniem sekatora i konewki. Uporała się już ze szczotkami do szorowania i zgarnęła na kupkę większość swoich rzeczy. Butelki brzęknęły, gdy rzuciła konewkę na taczki.
Dziewczyna wyglądała na smutną. W czarnych jak ziemia oczach wezbrały jej niewypłakane dotąd łzy.
— Przyszłam tu do pani.
— Skąd miałam wiedzieć? — Maylene sięgnęła po listek, zaplątany we włosy dziewczyny.
— Nieważne. — Uniosła brudną dłoń, migając resztką czerwonego lakieru na paznokciach, lecz nie wiedziała chyba, co począć z wyciągniętymi palcami. W wyrazie jej twarzy dziecięcy strach walczył z zadziornością nastolatki, która ostatecznie zwyciężyła.
— Ważne, że tu jestem.
— No dobrze.
Maylene przeszła ścieżką do jednego z wyjść. Odszukała w torebce stary klucz, przekręciła go w zamku i pchnęła bramkę, która zaskrzypiała z lekka. Chyba powinnam szepnąć słówko Liamowi, zauważyła. Nieprzynaglany, sam z siebie nigdy o tym nie pamięta.
— Ma pani pizzę? — Głos dziewczyny rozbrzmiewał cicho w powietrzu. — I napój czekoladowy? Lubię te czekoladowe koktajle.
— Na pewno coś się znajdzie. — Maylene wyłapała drżenie we własnym głosie.
Za stara już była na niespodzianki, a fakt, że znalazła tutaj tę dziewczynę — w takim stanie — wykraczał poza pojęcie niespodzianki.
Nie powinna tu być. Jej rodzice nie powinni pozwalać, żeby się tak wałęsała. Należało zgłosić się do Maylene, zanim sprawy zaszły tak daleko. W końcu w Claysville obowiązywały pewne zasady.
Zasady przestrzegane właśnie z tej przyczyny.
Wyszły przez furtkę na chodnik. Poza granicami Słodkiego Odpocznienia świat nie był już tak schludny. Przez szczeliny w popękanym chodniku kiełkowały wysokie chwasty.
— Gdy na szczelinie staniesz, kręgosłup mamie złamiesz — wyszeptała dziewczyna, z całej siły opuszczając bosą piętę na spękany cement. Uśmiechnęła się do Maylene i dodała: — Im większa rysa, tym bardziej ją zaboli.
— Ta część się nie rymuje — zauważyła Maylene.
— Faktycznie. — Przechyliła głowę, by zaraz dokończyć: — Im większa dziura, tym gorszy uraz. Teraz się zgadza.
W miarę jak szły, dziewczyna poruszała lekko ramionami, nie do rytmu z nogami i w ogóle wytrącona z normalnego rytmu. Krok miała pewny, lecz stopy stawiała chaotycznie. Stąpała z taką siłą, że popękany cement ranił jej bose podeszwy.
Milcząc, Maylene pchała taczkę po chodniku, aż doszły pod jej dom. Kobieta zatrzymała się na podjeździe, jedną ręką wyjęła z kieszeni flaszeczkę i opróżniła ją, a drugą sięgnęła do skrzynki pocztowej. W głębi, złożona na pół, leżała zaadresowana koperta ze znaczkiem. Drżącymi palcami Maylene zdołała jakoś włożyć piersiówkę do środka, zakleić kopertę i umieścić ją na powrót w skrzynce, a potem podnieść czerwoną chorągiewkę jako znak dla pracownika poczty, że jest przesyłka do odebrania. Jeżeli sama nie wróci po nią rano, paczka pójdzie do Rebeki. Maylene położyła przelotnie dłoń na zdezelowanym boku skrzynki, żałując, że nie zdobyła się wcześniej na odwagę, by przekazać Rebece wszystko, co powinna wiedzieć.
— Jestem głodna, panno Maylene — przypomniała o sobie dziewczyna.
— Och, przepraszam — wyszeptała kobieta. — Zaraz ci zrobię coś ciepłego do jedzenia. Zaraz ci…
— W porządku. Pani mnie uratuje, panno Maylene. — W spojrzeniu dziewczyny była autentyczna radość. — Jestem pewna. Wiedziałam, że jeśli panią znajdę, wszystko będzie już dobrze.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2013-06-05 (718 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej