Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Na krawędzi cienia
 
Katalog - dodano
 Kroniki Jaaru. Megapolis
- Adam Faber
 Syrena
- John Everson
 Siedem śmierci Evelyn Hardcastle
- Stuart Turton
 Gamedec. Czas silnych istot
- Marcin Przybyłek
 Europa w zimie
- Dave Hutchinson
 
- skomentowano
 Dynia i jemioła. Nietypowe historie świąteczne
- Aneta Jadowska
 Wiedźmie opowieści
- Olga Gromyko
 Pierwsze słowo
- Marta Kisiel
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Arkadia'' - Iwona Michałowska




Z ciemności



Pamiętam, że byłam kimś, ale nie wiem kim. Pamiętam świat, ale siebie w nim nie widzę, tak jak nie widzi się swojej twarzy, póki nie spojrzy się w lustro. Pod powiekami majaczą mi jakieś strzępy, mgliste obrazy: uciekamy, bo kogoś zabiliśmy, chociaż nie pamiętam kogo; ludzie są nam nadspodziewanie życzliwi, rodzina ze wsi wyciąga pomocną dłoń, ale mieszkający w pobliżu Wapończycy zawiadamiają policję. Przyjmujemy to z pewną ulgą, bo wiadomo było, że prędzej czy później nas dorwą. Zabierają Adama gdzie indziej, mnie gdzie indziej. Te wspomnienia, a może tylko zmyślenia, wyłaniają się z mgły powoli, przeplatane widokami korytarza wypełnionego po jednej stronie metalowymi drzwiami otwieranymi za pomocą kodów.
Wcześniej nic… Może jedynie to, że znamy tę wieś i domowników. Pracowaliśmy u nich, żywili nas i dawali nam schronienie. Ale co było jeszcze wcześniej, skąd się wzięliśmy na tym świecie, i co nastąpiło później, nim ruszył pościg — to jest dla mnie jedną wielką plamą, czarną jak ciemnia, przez którą przed chwilą mnie przepuszczono.
Drzwi mają na wysokości oczu podłużne wizjery. Później się dowiem, że są wyposażone w kamery noktowizyj
ne, aby strażniczki mogły podglądać, co robimy w ciemnościach. Przez położony niżej hol przechodzi grupa dziewcząt w asyście dwóch umundurowanych kobiet. Niektóre zadzierają głowy i gapią się na mnie. Wszystkie mają na sobie takie same flanelowe tuniki za kolana, jedne barwy ciemnoniebieskiej, inne bordowej. Moja jest bordowa. Tyle że ja nie mam na głowie ochronnego czepka. Krótkie niesforne włosy sterczą mi na wszystkie strony, choć są świeżo umyte.
Prosto z ciemni zabrali mnie do kąpieli i wyszorowali, a dopiero potem postawili przed obliczem surowej Waponki w mundurze. Jej twarz jest groźna i fascynująca zarazem, bo z samych bruzd można by ułożyć makietę, opowieść lub elegię. Włosy i oczy ciemne jak u wszystkich Wapończyków, ramiona wyprostowane, wzrok nieprzenikniony.
— Wiesz, dlaczego tu jesteś?
— Chyba… chyba kogoś zabiłam. Zabiliśmy.
— Co jeszcze pamiętasz?
Wydaje mi się, że kiedy minie zamroczenie, przypomnę sobie całe dotychczasowe życie. Na razie historia dzieli się na przed i po. Sprzed ciemnego pokoju zostały tylko te chaotyczne przebłyski, wszystko po nim jest wyraźne i namacalne.
Wzruszam ramionami.
— Ukrywaliśmy się. Ludzie nam pomagali. Prawie wszyscy. Dopiero te wapońskie świnie doniosły. — Muszę być bardzo zamroczona, skoro wypowiadam takie słowa prosto w twarz groźnej Waponki. — Przepraszam — mówię, nie czekając, aż się odezwie. Wcale nie dlatego, że się przestraszyłam. Po prostu czuję, że to nie było w porządku. — I tak byście nas w końcu znaleźli.
Twarz kobiety jest jak marmurowy odlew. Nawet oczy nie mrugają.
Pyta mnie, co było przedtem, ale nic nie pamiętam. Jak po przebudzeniu, gdy usiłujesz pochwycić strzępy snu, a one i tak ci się wymykają. Po chwili nie jestem już nawet pewna tego zabójstwa, Adama, wapońskich świń.
— Dobrze — mówi kobieta i przywołuje kogoś przez interkom. Po chwili do pomieszczenia wchodzą dwie strażniczki, Waponka i biała. Chwytają mnie i prowadzą korytarzem.
Ta Waponka wygląda inaczej, ma mimikę. Może nie tak ekspresyjną jak my, ale jednak. Do tego jest znacznie młodsza i ładniejsza od tamtej, więc postanawiam ją traktować jako potencjalnego sprzymierzeńca, a w każdym razie nie wroga. Wiem jednak, że ta, z którą rozmawiałam przed chwilą, jest większą szychą i że trzeba się jej bać.
Biała strażniczka jest stosunkowo młoda, ale jej twarz nie zachęca do rozmowy. Wygląda na kogoś, kto żywi urazę do wszystkich wokół. Brzydula, chyba koło trzydziestki, choć pod względem atrakcyjności niewiele się różni od pięćdziesięciolatki. Spod czapki wystają matowe włosy nieokreślonej barwy. Twarz kanciasta, jakby lekko napuchnięta, cera niezdrowa. Krępa, z głową wtuloną w ramiona. Oczy małe i wredne. Głos piskliwy, niepasujący do wyglądu.
Później się dowiem, że stara Waponka to Durum, dyrektorka zakładu. I że faktycznie trzeba się jej bać. Młodsza ma na imię Mich’ko i jak na przedstawicielkę swojej rasy jest bardzo miła, choć wciąż należy na nią uważać, bo w razie najmniejszych problemów leci na skargę do Durum. Oni to mają we krwi. Nawet ta dziewczyna, choć prawdopodobnie przyjechała do Arkadii jako nastolatka, nie potrafi myśleć inaczej.
Biała strażniczka to Katrin. Pracuje tu od niedawna i nudzi ją wszystko oprócz wieczornych obchodów, kiedy zagląda przez prostokątne wizjery, sprawdzając, czy wychowanki przyzwoicie się zachowują.
Wychowanki, broń Boże, więźniarki. Durum wpada w szał, gdy ktoś nazywa naszą placówkę więzieniem. To zakład poprawczy dla młodych kobiet, które zbłądziły w życiu.
Nie potrafię sobie wyobrazić Durum wpadającej w szał, ale wierzę dziewczynom na słowo.



Pustka



W tajniki więziennego, przepraszam, zakładowego życia wprowadzają mnie trzy towarzyszki z celi, to znaczy z pokoju. Na dolnych pryczach, zwanych łóżkami, śpią Sonia i Paula. Sonia jest krótkowłosą, krępą brunetką. Paula ma włosy dłuższe, jaśniejsze, a do tego jest wyższa, szczuplejsza, z niewinną buźką słodkiego dziecięcia. Sonia i Paula są parą, więc zaznaczyły, że wara od nich i że jeśli zacznę się przystawiać do którejś, to będę mieć przesrane. Parskam śmiechem. Mówią, że były razem już za murami.
Wiola mruga do mnie z górnego łóżka. Jest jeszcze szczuplejsza od Pauli, wręcz chuda, i do tego długaśna, z burzą czarnych loków. Wdrapuję się na górną pryczę nad Paulą, jedyną wolną. W celi śmierdzi stęchlizną, ale to nawet dobrze, bo dzięki temu nie czuć nic z kibla, który zresztą jest całkiem porządny, spłukiwany. Obok mała umywalka z kawałkiem mydła i ręcznik, nawet dość czysty. Może i faktycznie to zakład, a nie więzienie.
— Pod prysznice chodzimy co wieczór — wyjaśnia Wiola. — Obowiązkowo. Jak się kto miga, dostaje szlaban na wszystko, prócz pracy oczywiście.
Bo tu się pracuje. Codziennie przed ósmą rano, po zbiórce w holu i śniadaniu w stołówce, każdy oddział wymaszerowuje do hali produkcyjnej, by robić pudła.
— Czasem zamiast tego pracujemy w ogrodzie — mówi Wiola. — Ale teraz, zimą, nie ma tam nic do roboty. Szkoda, bo praca na świeżym powietrzu to coś całkiem innego niż ten syf tutaj.
— Macie tu ogród? — pytam. — Z czym? Parska śmiechem.
— Nie macie, tylko mamy. Ze wszystkim: owoce, warzywa, nawet trochę kwiatków dla estetyki. Latem i jesienią to wszystko ląduje na naszych stołach. No, może nie wszystko, bo część zabiera ukochane państwo. Ale na szczęście daje coś w zamian.
Wiola ma bordową tunikę, taką jak moja. Sonia i Paula noszą niebieskie. Pytam, co to znaczy.
— W bordowych chodzą te, które popełniły ciężkie przestępstwa — wyjaśnia Wiola. — Ja na przykład, co z dumą podkreślam, jestem morderczynią.
Zerkam na nią, sprawdzając, czy nie żartuje. Mruga do mnie.
— Ja też, ale jakoś mnie to nie cieszy.
— Wiola się popisuje — informuje z dolnej pryczy Paula. — Uwielbia robić wrażenie na nowych. Nie miej jej tego za złe. Jest najlepsza z nas.
Pytam, dlaczego nie rozmieszczają nas w konkretnych celach zależnie od kalibru popełnionego przestępstwa. Odpowiada mi cisza.
— Durum wierzy w resocjalizację — mówi w końcu Wiola. — Myśli, że skoro wymazała nam pamięć, możemy zacząć wszystko od nowa.
— Po co w takim razie dwa kolory tunik?
— Bo wierzy też w instynkt — podpowiada Sonia.
— Według jej pokrętnej logiki w niektórych nas tkwi coś tak wrednego, że nawet ciemnia tego nie wymaże. Dlatego Bordowe Tuniki nie mogą używać w pracy ostrych narzędzi. Ale poza pracą — pełna integracja.
Kiedy zapada noc i gaśnie światło, usiłuję poskładać siebie z miliona strzępów. Zniosłabym jakoś więzienie i utratę wspomnień, ale nie mogę sobie poradzić z utratą tożsamości. Musieli mi nawet powiedzieć, jak mam na imię, bo nie pamiętałam. To, co mi się kołacze w głowie, nie jest bardziej namacalne niż sen. Może był jakiś Adam, a może nie. Może popełniliśmy zbrodnię, a ci Wapończycy nas wydali. A może to wszystko po prostu przyśniło mi się w ciemni.
Nie mam starego życia, a nowe muszę dopiero zbudować. Wyciągam przed siebie ręce w ciemnościach i patrzę na ich ledwo widoczne zarysy. Jak mam się za to zabrać? Te dziewczyny, które tu są, zbudowały już sobie jakiś świat. Ulepiły tożsamość, choć pewnie przyszły tu równie odmóżdżone jak ja. Ile w nich zostało sprzed ciemni, trzeba by spytać kogoś, kto je wcześniej znał. Tyle że nikt zza murów nie ma tu wstępu, a personelowi nie wolno z nami rozmawiać o takich rzeczach.
Po chwili widzę już ręce trochę wyraźniej. Może po dniu, tygodniu, miesiącu będzie lepiej. W celi przyjęto mnie nadspodziewanie dobrze, jeśli wziąć pod uwagę specyfikę miejsca, w którym się znajdujemy. Wciąż jednak nie wiem, co czeka mnie jutro i czy ta dzisiejsza sielanka nie jest tylko ciszą przed burzą.
— Śpij — słyszę nagle głos Wioli. Musiałam się wiercić, choć wydawało mi się, że leżę bez ruchu.
— Łatwo ci mówić. Pamiętasz swoją pierwszą noc? Wzdycha.
— Pamiętam, jak mnie przyprowadzili do celi. Soni i Pauli jeszcze tu wtedy nie było. Mieszkałam z innymi dziewczynami. Martę poznasz, a pozostałych już nie ma. Były w porządku. Tu jest tak nudno, że gdy przychodzi nowa, robi się święto. Nie mówię, raz po raz trafia się jakaś czarna owca, ale ogólnie da się żyć. Poza tym miejscem praktycznie nic nie znamy, więc za czym miałybyśmy tęsknić?
— Nic sobie nie przypomniałaś? Milczy chwilę.
— Niewiele. Zresztą nie chcę pamiętać. Olać przeszłość.
Zastanawiam się, czy ja też będę tak myśleć po paru latach. Na razie czuję się, jakbym siedziała okrakiem na płocie. Z jednej strony wszystko spowija mgła, którą z rzadka rozdmuchuje wietrzyk, z drugiej — rysuje się długi klaustrofobiczny tunel. Czuję wdzięczność wobec Wioli, Soni i Pauli. Za to, że są. Czuję nawet wdzięczność wobec starej Waponki, bo jest człowiekiem. Zastanawiam się, jaką historię opowiadają bruzdy na jej twarzy. I czy chce ją pamiętać.
— Wiola? — rzucam w ciemność. Odpowiada pytają- cym pomrukiem. — Dzięki. Dzięki za wsparcie.
— Odrobisz w polu — mamrocze.












Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2013-07-22 (885 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej