Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Utracona historia
 
Katalog - dodano
 Immersja
- Erick Pol
 Jadowity miecz
- Rafał Dębski
 Zabójcze maszyny
- Philip Reeve
 Ostatnie konklawe
- Marcin Wolski
 Strażnik rzeczy zagubionych
- Ruth Hogan
 
- skomentowano
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 Toń
- Marta Kisiel
 Sztylet ślubny
- Aleksandra Ruda
 Marzyciel
- Laini Taylor
 

''Luizjański Blues'' - Lucius Shepard






22 czerwca



Słyszeliście kiedyś o Grail? To taka mieścina w Luizjanie, nad Zatoką Meksykańską, dziura zabita dechami. Mieli tam cukrownię, ale ją zamknięto. W przybrzeżnych wodach prawie nie ma już ryb. Na stacji benzynowej wymizerowani staruszkowie w skarpetkach na podwiązkach słuchają radiowych transmisji meczów baseballowych, plują tytoniem „Red Man” i gapią się na tablice rejestracyjne samochodów, które mijają ich w pędzie, nawet nie zwalniając – jadą do innych, lepszych miejsc, chociaż żaden z dziadków nie przyznałby tego otwarcie. Dzielnica biznesowa: Monroe Street i jej dwie przecznice. Sklepy w dwupiętrowych domach z cegły klinkierowej, które były nowe na zdjęciach z przełomu wieków. Namalowane na murach wyblakłe reklamy maszyn do szycia, lodówek i butów z lat trzydziestych, a okna wystawowe tak zakurzone, że Bóg jeden wie, co się w środku sprzedaje. Poobijane osobówki i sfatygowane pikapy stojące na pochyłym parkingu, upstrzone szarymi plamami szpachli na błotnikach i kalkomaniami Ragin’ Cajuns na przednich szybach. Sklep wędkarski, ogrodniczy, ogólnospożywczy, wszystkie obłożone białym plastikowym sidingiem, i szyldy na słupach, a na nich wypisane czarnymi samoprzylepnymi literami nazwy towarów (z błędami) i koślawe przywieszki z cenami.
Łodzie rybackie przycumowane przy sfatygowanym pomoście wybiegającym w zatokę, która w tym miejscu ma małe wcięcie; wszystkie metalowe powierzchnie pokryte rdzą, złamany maszt przewiązany brudną niebieską szmatą jak opaską uciskową.
Bijący od słupów pomostu odór kreozotu. Zapach morza i benzyny.
Pelikan przycupnięty z rozpostartymi skrzydłami na beczce po oleju. Wystarczająco dużo barów, żeby dwa razy większe miasteczko całe mogło chodzić wiecznie nawalone, i wystarczająco dużo pijaczków, żeby te bary nie narzekały na brak zajęcia. Przy przecznicach głównej ulicy domy obłożone aluminium, niektóre mniejsze od grobowców na drugim cmentarzu świętego Ludwika w Nowym Orleanie. Szkoła podstawowa nosząca imię słynnego futbolisty. Kościół Zgromadzenia Bożego wyglądający jak białe koszary wojskowe, a po drugiej stronie schludnie utrzymanego trawnika kościół świętego Judy, ramowa konstrukcja z szalowaną wieżą, która bardziej niż z Kościołem Rzymskokatolickim kojarzy się z Episkopalnym Kościołem Nowej Anglii.
Wierni wylewają się strumieniem ze środka i mieszają na trawniku – synkretyzm mistycznych animistów i kaznodziejów pokrzykujących o ogniu piekielnym. Rumiani mężczyźni w kraciastych marynarkach i pastelowych spodniach z białymi paskami dyskutują o nieruchomościach i golfie ze szczuplejszymi mężczyznami, noszącymi bokobrody à la Elvis i czarne garnitury. Żony uśmiechają się i przyciskają torebki do brzucha. Niedzielne myśli ślizgają im się po głowach jak obrusy z kraciastej bawełny.
Dalej ceglane domy się kończą, przy Monroe ubywa firm i biur, między budynkami pojawiają się puste, zachwaszczone parcele, z ziemi tryskają małe palmy, krzewy hibiskusa i nieliczne karłowate dęby, ziemia usłana puszkami po piwie, kondomami i pożółkłymi gazetami.
W Crosson’s Hardware można kupić dowolną broń, zagrać w totka, dołączyć do Klanu.
Joe Dill Realty, Joe Dill Brokerage i Joe Dill Construction – wszystkie mieszczą się w Dill Building, razem z dentystą, lekarzem, księgowym i miejscowym papugą.
Komisariat. Fryzjer. Whitney Bank. Zabity deskami salon gier, małe betonowe pudełko oblepione nieskończoną liczbą plakatów i afiszy wielkich powrotów, festiwali, niespełnionych polityków. Dairy Queen.
Wieczorami dzieciaki siadają na wystawionych przed sklep ławkach i w powodzi światła znad kasy popijają koktajle mleczne albo jedzą miękkie lody z tym takim loczkiem na samej górze; inne zataczają samochodami ciasne kręgi wokół budynku, z rykiem silnika i podkręconym na maksa radiem. Dzieciaki z tutejszej szkoły średniej, Grail Crusaders.
Drużyna koszykarska doszła w tym roku do półfinału rozgrywek stanowych, wszyscy byli z nich dumni. Kiedy patrzy się na nich z daleka, ma się wrażenie, że dzieje się tu coś więcej, coś, czego nie widać na pierwszy rzut oka, jak w koszmarze sennym Normana Rockwella – na przykład, że dzieciaki, zaprogramowane przez jakąś moc z piekła rodem, mówią po łacinie wspak i polują na wrogów szatana. Czarne sylwetki osłaniają oczy przed blaskiem samochodowych reflektorów, usiłują rozpoznać kierowcę. Jakaś para zaczyna tańczyć do heavymetalowej muzyki z bumboksa.
Ćmy wirujące nad ich głowami to potępione dusze.
Radiowóz stoi naprzeciwko, na rogu, pomrukuje włączonym silnikiem, za szybą żarzy się rubinowy ogieniek papierosa.
Krzyki, wariacki śmiech, brzęk tłuczonego szkła.
Dwa cienie szybkim krokiem mijają fryzjera, alkoholowy, Rupieciarnię Jolly’ego.
Na wystawie sklepu ogrodniczego wisi ogromny plakat przedstawiający lśniące czerwone traktory, zielone kultywatory i żółte kosiarki samo bieżne przemierzające idealny rolniczy krajobraz. Jest jak okno wychodzące na inny, lepszy świat.
TO KRAJ JOHNA DEERE, obwieszcza transparent nad plakatem.
Motel Gulfview: sześć domków w różowych stiukach plus ozdobna gipsowa fontanna dla ptaków przy recepcji. Po drugiej stronie ulicy „Club Le Bon Chance”, niski budynek z betonowych pustaków, czarne okna wytatuowane elektronicznymi reklamami Dixie Beer, neonowy szyld w kształcie dwóch kostek, które toczą się po dachu, a trójka i czwórka na ich ściankach zmieniają się w dwie jedynki. Parking nigdy nie jest pusty, muzyka nigdy nie milknie. Panna Sedele Monroe starzeje się na ostatnim stołku przy barze i koi swoją rudowłosą duszę tajemniczymi eliksirami, dzień w dzień od drugiej po południu do momentu, gdy wydarzy się coś interesującego. Jej życie jest szkarłatną plotką. Ludzie mówią, że nie zna życia ten, komu nie pobawiła się wacusiem, ale lepiej po prostu do niej nie podchodź, nie pozwól, żeby spojrzała na ciebie tym swoim zielonym okiem, lewym.
W klubie grywa czasem perkusista Presleya, D.C. Fontana. Opowiada o tym, jak z Królem objeżdżali Luizjanę w różowym cadillacu. Jakie mieli kobiety i jak wszystkie wsioki chciały je rypać. Ludzie schodzą się ze wszystkich stron, gapią się na niego jak na jakąś relikwię. Jaki on stary, zauważają z czułością i delikatnym zdumieniem. Jaki stary!
Ostatnio zabito w klubie dwóch mężczyzn: jeden został zadźgany przy stole bilardowym, drugi pobity w kiblu na śmierć.
Dwa lata temu, w pewien kwietniowy wieczór, tańczyła tu Charlotte Sliddell (l. 23) z „Golden Harvest”.
O tej porze roku ma się wrażenie, że po zmierzchu upał jeszcze się wzmaga.
Zachody słońca są tu niesamowite. Pracy nie ma, za to patriotyzm aż buzuje. Podobno jest to świetne miejsce do wychowywania dzieci.
Ugruntowane wartości, czyste powietrze. Dzieciaki nie mogą się doczekać, kiedy się stąd wyrwą. Można by się zastanawiać, dlaczego ktoś w ogóle chce mieszkać w takim miejscu jak to, miejscu, którego egzystencja ma tyle samo sensu, co życie muchy krążącej nad czymś nienadającym się do zjedzenia. Co każe ludziom rok w rok znosić nudę, kłopoty z zasiłkiem, huragany i upał? Wiara, tak brzmi odpowiedź. Niekoniecznie wiara w Boga czy w Amerykę, to by było za proste. Tutejsi mają talent do wierzenia. Nauczyli się wierzyć we wszystko, co niezbędne do podtrzymania chwilowego złudzenia. Będą wam opowiadać o Dziecku z Bagien, o królestwie Dobrego Szarego Człowieka, o voodoo i hoodoo, i o tym, że można w ten sposób załatwić, kogo się chce, jeśli tylko ma się kasę na opłacenie staruchy z ñáñigo, która mieszka w mangrowym lesie, gdzie jazgoczą komary, a aligatory tarzają się w czarnej wodzie. Jezus żyje. Podobnie jak Shango, Erzulie, Damballa i pół tuzina innych. Przylepiona do ściany plastikowa Maryja Dziewica, a na ołtarzyku pod nią papierowe serduszka, złamane nożyczki i bransoletka z koziego włosia. Pień cypryśnika przewiązany białą wstążką. Sto czerwonych świec płonących na werandzie. Wierni oddychają cicho. Szepczą właściwe słowa. Uśmiechają się, kiwają głowami. Atmosfera gęstnieje od mistycyzmu. Słychać głosy. Manifestują się anonimowi święci, patroni wytrwałości. To jedyny prawdziwy dom. Nie obchodzi ich, czy i wy w to wierzycie. Oni wiedzą. Wiedzą. Obcy nie rozumieją ich tajemnic.
Panna Nedra Hawes, wróżby i proroctwa. Półksiężyce, ankhy i siedmioramienne gwiazdy.
Z odgłosem przywodzącym na myśl szelest śrutu w listowiu nagły podmuch wiatru miota piaskiem w okna „Vida’s Moonlight Diner”, wagonu kolejowego pomalowanego na biało i ozdobionego skupiskami jaskrawych kolorowych linii. Veves. Symbol voodoo.
Za restauracyjką, na wschodnim skraju miasteczka, obstawiona wąskimi domkami bita droga prowadzi nad Zatokę. Tam mieszkają czarni, ubodzy biali i inne wyrzutki. Domy giną wśród cypryśników, dębów i mokradeł. Jeszcze dalej, za granicą miasta i wysypiskiem śmieci, za asfaltową drogą prowadzącą do osiedli zamieszkanych przez większość szanowanych mieszkańców, biegnie ścieżka ledwie widoczna z głównej drogi, wydeptana w dławiącym ją gąszczu cykorii, dzikiego indygo i paproci. Nikt nią nie chodzi, wszyscy o niej albo zapomnieli, albo przynajmniej chcą zapomnieć. Stojąc na niej, patrząc, jak wysoko w koronie dębu wilgowrony skaczą po gałęziach, a skośne smugi zakurzonego światła muskają wierzchołki krzewów, słuchając świergotów, treli i żabiego rechotu, ma się wrażenie, że coś się czai w półmroku, nie tylko dwugłowe jaszczurki i albinotyczne żaby, ale także zrodzone ze skażonej ziemi mutanty, wielkie, ciężkie, powolne i smutne, groźne tylko dla samych siebie, przemierzają zielone cienie, zagubione pomrukują niezrozumiale, zerkają spomiędzy liści, chowają się na widok jadącego samochodu, uciekają do nor. To miejsce skrywa tajemnicę. Potężną tajemnicę. Powietrze wibruje od wiekowego napięcia. Kto rządzi tymi istotami? I kim one rządzą? To sekret, którego nikt nie chce poznać.
Wstęga ciemnej wody wije się w stronę rozciągających się w głębi mokradeł. Wiatr marszczy jej powierzchnię, drzewa wydają jęk. Pajęczyna drży, lecz pajęczycy nie ma w domu. Światło księżyca spływa po niciach jak srebrna ciecz, cała konstrukcja wydyma się, niezwykły, jedwabisty szkielet utkany z życia na wskroś czasu, delikatny, a mimo to wytrzymały, piękny mimo tkwiących w nim skorup niedawnych ofiar i nieskonsumowanego odnóża martwego kochanka.
Skończył się mecz baseballu. Staruszkowie chowają woreczki z tytoniem, szykują się do powrotu do domu. Jeden z nich z niesmakiem uderza otwartą dłonią w odbiornik. Niektórym udaje się wstać z krzesła dopiero za drugą lub trzecią próbą.
Na przystani Joe Dill, muskularny brunet w dżinsach i niebieskiej roboczej koszuli, wychodzi z kabiny kutra rybackiego i odrzuca na pokład klucz francuski.
– Niech to szlag! – krzyczy w niebo.
Parking na tyłach Dill Building pustoszeje, samochody wyjeżdżają z miasteczka, ruszają na wschód, niektóre zajeżdżają do „Club Le Bon Chance”. Sznur pelikanów przelatuje nad falochronem, machają skrzydłami, potem szybują, kreśląc na zachmurzonym niebie frazę z tajemniczych czarnych sylab. Żuraw brodzi w płytkiej wodzie z egipską wytwornością. Brodźce biegają po poszarpanym skrawku płowej plaży na zachód od pomostu; brzuchate, z odrzuconymi w tył głowami, przystają i pozują jak malutcy nadęci profesorowie. Czerwone jak landrynka camaro Z-28 pali gumę na Monroe, na co łysy mężczyzna zamykający sklep w jednym z ceglanych budynków marszczy brwi i kręci głową. Chuda, pomarszczona staruszka w sukience z koronkowym kołnierzykiem ostukuje laską chodnik, wracając z Dill’s Liquors; torbę ma ciężką od tygodniowego zapasu wódki. Dwie nastolatki, palą ukradkiem skręta w zaułku między bankiem i salonem gier, poważnymi minami odprowadzają ją wzrokiem, ale gdy tylko znika im z oczu, spoglądają po sobie i wybuchają śmiechem.
Uwiązany gdzieś na łańcuchu pies ujada wściekle.
Lata wirują, dzielą się, łuszczą na dni. Dni spływają jak deszcz po szybie.
Nadciąga zmierzch.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2013-08-20 (755 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej