Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Pan Ciemnego Lasu
 
Katalog - dodano
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 Ale z naszymi umarłymi
- Jacek Dehnel
 Jednookie walety
- antologia
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Opowieści o Vimce - Alexandra Pavelkova

Nieprzytomny, wydawał się przyjemniejszy


Jechała, aby dalej. Kilkakrotnie przejeżdżała z jednego brzegu potoku na drugi, konsekwentnie kierując się na północ. Wyostrzone zmysły ułatwiały jej omijanie ludz­kich osad, objeżdżanie zdradliwych rozpadlin. Wciąż na­słuchiwała, czy nie słychać szczekania psów. Gwiazdy zbladły. Znowu zaczęło padać. Tym razem dziękowała za to bogom.
Przed wschodem słońca musiała wybierać między ryzykiem, że ich złapią ludzie Wiareca a tym, że Żylica umrze w jej własnym siodle. W panice przedzierała się przez mokry las. Nagle poczuła powiew pradawnych ludzkich marzeń. Wiedziona nieomylnym instynktem znalazła dawno zarośnięte wejście do jaskini.
Grota pośrodku gór wydawała jej się snem. Szyb­ko położyła pogromcę smoków na ziemi i zaczęła pracę. Przez wiele godzin cierpliwie przykładała na odpowied­nie miejsca mięso oderwane od kości i poszarpaną skórę. Łączyła żyłę z żyłą, mięsień z mięśniem, kość z kością. Wiarec nieźle się zabawił. Ból Żylicy był zbyt wielki, aby mogła go zostawić, a zarazem zbyt silny, aby umiała go do siebie nie dopuścić. Kiedy nie była w stanie go znieść, wybiegała na deszcz i dławiła się w długich uporczywych skurczach. Potem znowu wracała i dalej leczyła pohara­tane ciało pogromcy.
Wieczorem padła z wyczerpania przy ścianie. Drze­mała niczym drapieżnik gotowy do skoku nawet na naj­mniejszy szelest. Cały czas była ostrożna, chociaż wie­działa, że są bezpieczni. Deszcz zmył większość śladów, a o jaskini nikt nie wiedział. Zmysły mówiły jej, że czło­wiek nie wszedł do tej groty od tysięcy lat. Żywiczna pochodnia rzucała migotliwe cienie. Szczupłe konie na­malowane czerwoną glinką przez starodawnego twórcę zaczęły biec. Wierzchowiec Vimki parsknął.
Żylica otworzył oczy. Nie widział ani cieni na stropie, ani Vimki odpoczywającej po długotrwałej walce. Zoba­czył tuż przed twarzą otwierającą się śmierdzącą paszczę smoka. Poczuł płomień. Ubranie zajęło się ogniem, po­tem skóra. Płonął. Nie mógł się poruszyć, a tak bardzo nie chciał umrzeć. Nie miał wyboru. Suchymi, popęka­nymi ustami bezgłośnie wymówił swoje hasło.
Poczuła, jak w jaskini zgęstniało powietrze. Zerwa­ła się. Jej koń niespokojnie zatupał. Biegnące po ścia­nach wierzchowce zamarły, żeby ustąpić miejsca innym siłom. Koło ucha zagwizdało coś niewidzialnego i rąb­nęło w ścianę. Zdążyła odskoczyć zanim wielki jak gło­wa kamień odłamał się i spadł tam, gdzie przed chwi­lą leżała. Koń stanął dęba. Przegryzł rzemień i wybiegł na zewnątrz w deszczową noc. Kolejny gwizd zgasił po­chodnię.
Jednak ciemność nie zapadła. Cienkie linie świecą­cej mgły, krzyżując się, przeszukiwały jaskinię. Uderza­ły z trzaskiem o ściany. Odłamywały całe bloki skalne i ciskały je na ziemię. Pomyślała o Żylicy. Musi go zabrać w deszcz z tej rozwścieczonej dziury. Unikając błyskawic, ruszyła w jego stronę. Wtedy usłyszała jeszcze coś.
Pogromca smoków poruszał ustami. Zachrypłe sło­wa, które wyrywały mu się z gardła, były niezrozumiałe, przynajmniej dla ludzkich uszu. Inne siły usłyszały je i zgromadziły się wokół wtajemniczonego, aby mu po­móc.
– Żylica! – zajęczała, gdy pojęła, co się dzieje.
Nie słyszał jej. Nie dochodziło do niego nic z tego świata. Był zajęty smokiem, który rozżarzonymi zębiskami odrywał mu mięso od kości. Mimo nieznośnego bólu ciągle pozostała w nim wola życia – przeżyć, znaczyło za­bić smoka. Był zbyt słaby i pokaleczony, aby mógł sam sobie poradzić. Natarczywiej zawołał o pomoc.
Ciężki blok odłamał się od sufitu i upadł tuż obok po­gromcy. Vimka krzyknęła. Podniosła rękę, aby zasłonić Żylicy usta, ale niebieski błysk trafił w nią i odrzucił na bok. Chwilę kaszlała i łapała powietrze. Z trudem uda­ło jej się wstać.
– Przestańcie – wrzasnęła. – Nie chcę mu zrobić krzywdy!
Gromadząca się magia była tak samo chaotyczna i bezrozumna jak ten, który ją przywołał. Powietrze wy­pełniło się piaskiem i suchym, szczypiącym smrodem. Nieokiełznane świecące linie atakowały wszystko, co stanęło im na drodze. Nie miały względu ani na Vimkę, ani na Żylicę.
Następny kamień spadł pogromcy na brzuch. Żylica krzyknął. W mgnieniu oka była przy nim. Ostrożnie ob­serwując, jak poruszają się błyski, zakryła go własnym ciałem i krzyknęła:
– Żylica! Przestań, na wszystkich bogów, przestań!
Jej głos nie potrafił go zatrzymać. Przycisnęła mu dłoń do ust, ale wyzwolona magia nie potrzebowała już hasła wtajemniczonego, aby dalej rosnąć. Vimka zaklęła. Zamknęła oczy. Wstrzymując oddech, wzięła do siebie cały ból pogromcy i utopiła go w największej głębinie. Z pamięci przywołała najprzyjemniejsze wspomnienie objęć matki, ciepła jej skóry i zapachu jej oddechu. Całą tę pamięć przekazała mężczyźnie.
– Słuchaj, Żylica. Zawołaj ich z powrotem. Inaczej nas zniszczą – prosiła.
Błagała całą sobą. Pozwoliła, aby poczuł jej strach przed nieposkromioną, rozszalałą magią. Potem ostroż­nie uwolniła mu usta. Nieskończenie długo trwało, za­nim poruszyły się jego wargi. Ale skutek był zadziwiający. Nawet ona nie uchwyciła chwili, kiedy ciemności wróciły i nastała cisza przerywana tylko oddechem rannego.
Wyczerpana zanurzyła twarz w derce, którą był przy­kryty.
– Ale nas urządziłeś – wyszeptała.
Zakryła ręką usta i ledwie zdążyła wybiec.
Po czterech dniach czuła się słaba i pomarszczona ni­czym świeżo wylęgły motyl. Rano udało jej się wygra­molić z jaskini, żeby zrobić zapasy deszczówki.
– Przynajmniej ty wróciłeś. – Poklepała konia po szyi i przytuliła się do niego. Parsknął.
Wtedy usłyszała, że wreszcie Żylica się budzi. Chwilę wodził wzrokiem po jaskini. W końcu ją dostrzegł. Na­wet nie wyobrażała sobie, jakie to szczęście znowu wi­dzieć jego czarne źrenice.
– Gdzie jestem?
– W bezpiecznym miejscu.
Usiadła obok niego. Kręciło jej się w głowie. Ostat­nie dni spędziła przy jego boku, łącząc na powrót, za po­mocą uzdrawiających zdolności, jego pokaleczone ciało. Przerywała tylko, kiedy musiała zaspokoić pragnienie lub ulżyć żołądkowi. Mieniło jej się przed oczami, ale zadowolona uśmiechała się do Żylicy.
– Uratowałaś mi życie – wymamrotał z odrobiną roz­drażnienia.
Nie oczekiwała wdzięczności, ale jego ton uraził ją.
– Tak. A gdyby to zwierzę umiało mówić, zdradzi­łoby ci, że nawet nie raz. Dotykałam cię przy tym – do­dała ze śmiechem.
Spojrzał na sufit.
– Nie musiałaś się męczyć. Będziesz w niełasce u Wiareca.
Zacisnęła usta. Gdy był nieprzytomny, wydawał się przyjemniejszy.
– Już ci powiedziałam, że jeśli komuś uratujesz życie, musisz przygotować się na związane z tym ryzyko.
Tym razem nie dyskutował i zamknął oczy. Przez chwilę patrzyła na jego rozluźnioną twarz i wsłuchiwała się w szum deszczu. Potem położyła się obok i zasnęła.
Koń cicho zarżał na znak, że Żylica obudził się. Uznała, że pora na posiłek.
– Jeszcze pada? – spytał i spróbował podnieść się z posłania.
– Nie wstawaj. Przyniosę ci.
Oparła miskę na kolanach i zaczęła go karmić, tak jak robiła to przez ostatnie dni. Miała delikatne ręce z dłu­gimi palcami. Ciągle je czuł na swojej skórze, chociaż opatrunki zdjęła mu już wczoraj. Jej dotyk wcale nie był nieprzyjemny. Kiedy schylała się, dekolt za każdym ra­zem wypełniał się miękkimi krągłościami?
– Robimy taki dym, że nawet ślepiec by nas znalazł – wyszeptał.
Wiedziała, że przestali ich już szukać. Pogromca, im lepiej się czuł, tym bardziej stawał się niesympatyczny, mimo to zdecydowała, że będzie cierpliwa.
– Drzewo jest mokre, więc dymi.
Miała ciepły, miękki głos. Przypomniał mu się sen, sprzed paru dni, kiedy omal nie zabił ich swoimi za­klęciami. Wtedy, pierwszy raz w życiu, było mu przez chwilę dobrze.
– Karmisz mnie jak małe dziecko. Daj, sam zjem – wymamrotał i wyrwał jej miskę z rąk. Wziął głęboki oddech, szybki ruch spowodował, że zakłuło go w całym ciele.
– No widzisz – skarciła go.
Spojrzał na nią. Spotkał się z jej ciepłym wzrokiem. Miała piękne, ciemne oczy przepełnione troską. Albo czymś innym.
– Zostaw mnie. Nie potrzebuję, żebyś odbierała mi ból.
– To moja praca.
– Praca! Ciągle mówisz tylko o pracy! Czyżby na ni­czym innym ci nie zależało? Chcesz powiedzieć, że kie­dy wykradłaś mnie Wiarecowi, zebrałaś mnie do kupy, choć cały czas czułaś się przez to źle, uratowałaś mnie przed moją własną mocą i straciłaś na mnie całą swoją siłę, że to wszystko zrobiłaś tylko dlatego, że należy to do twojej pracy?
Zadrżała.
– Tak – odcięła się i chciała wstać.
Chwycił ją za rękę. Miał dość tej gry.
– Sama siebie okłamujesz. Wiedziałaś to od pierwszej chwili, kiedy spotkaliśmy się przy stole Wiarołomcy. Dla­tego ciągnęło cię do lochów, dlatego nadstawiałaś kark, żeby mnie stamtąd wyciągnąć. Wiedziałaś, że należymy do siebie, bo obydwoje jesteśmy inni!
Jego oczy płonęły ciemnym ogniem. Próbuje mnie zauroczyć, przekonywała się.
– Za dużo mówisz.
Chciała się uwolnić, ale przyciągnął ją do siebie.
– Mydlisz sobie oczy. Spójrz na mnie, Vimko i po­wiedz, że mnie nie kochasz?
Przepalał ją swoim czarnym wzrokiem. Bardzo chcia­ła mu wierzyć.
- Żylica... sam przecież powiedziałeś, że niewielu
mężczyzn miałoby ochotę na takie ryzyko.
Rozwiązał jej pasek przy sukience i wsadził rękę za dekolt.
- Wiem, że nie mam czego się bać. Została jej ostatnia nadzieja. - Jesteś słaby...
- Nie jestem.
I rzeczywiście był cięższy i na swój sposób silniejszy niż ona.
Na zewnątrz szumiał deszcz. Żylica słuchał, jak po­jedyncze krople spływają z liścia na liść, a potem spa­dają na wilgotny mech. Zamyślony siedział na kamie­niu przy wejściu i obserwował niedbale przykryte ciało Vimki. Niewiarygodne, ile siły się w niej kryje. Szukał jej przez całe życie, a teraz zrozumiał, że się pomylił.
Obróciła się na drugi bok i spała dalej. Patrzył na jej ciemne włosy rozsypane na suchej trawie i dziwił się, że ufa mu nawet podczas snu. Jednocześnie wiedział, że tak powinno być. Po cichu się zaśmiał. Ludzie to głupcy. Sam najchętniej zmieniłby się w okrycie, żeby dotykać jej każdą częścią ciała. O bólu nie było mowy. Przekształcił się we wspomnienie innego uczucia. W chwili uniesie­nia Vimka podzieliła się z nim w sposób, w jaki nie po­trafiłby tego zrobić żaden inny śmiertelnik. Oddała mu swoje szczęście i siłę, więc czuł się prawie tak dobrze jak przed tygodniem.
Z taką kobietą nie może zostać.


Fragment udostępniło Wydawnictwo Fabryka Słów








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2007-09-10 (1746 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej