Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Portret pani Charbuque. Asystentka pisarza fantasy
 
Katalog - dodano
 Gamedec. Czas silnych istot
- Marcin Przybyłek
 Europa w zimie
- Dave Hutchinson
 Ostatni
- Charlie Fletcher
 84 000
- Claire North
 Noc bez gwiazd
- Peter F. Hamilton
 
- skomentowano
 Wiedźmie opowieści
- Olga Gromyko
 Pierwsze słowo
- Marta Kisiel
 Diabelski Młyn
- Aneta Jadowska
 Artefakt
- Maggie Furey
 Zamęt Nocy
- Patricia Briggs
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

''Przegląd Końca Świata: Deadline'' - Mira Grant



KSIĘGA
Miejsce zakażenia



Żeby przeżyć, czasami musisz kłamać.
Shaun Mason

Na tym świecie tylko jedna rzecz pozostaje niezmiennie i wyłącznie nasza: etyka. Jeśli ją odrzucimy, możemy równie dobrze przestać walczyć, bowiem przegrana w tej konkretnej bitwie oznacza przegranie wojny.
Nic nie jest tego warte.

Georgia Mason


Dostałem wczoraj kolejną prośbę o wywiad od jakiegoś świeżo upieczonego blogera, który szuka tematu i chce się dowiedzieć, „jak sobie radzę”. Najwyraźniej wszyscy myślą, że tym się teraz zajmuję. „Radzeniem sobie”. Czasami mam wrażenie, że już nigdy nie pozwolą mi robić nic innego. Będę kroczyć przez życie jako Shaun Mason – Koleś, Który Sobie Radzi. Radzi sobie ze światem pełnym głupich ludzi. Radzi sobie z nieobecnością jedynej osoby, na której mu kiedykolwiek zależało. Radzi sobie z ciągłymi pytaniami o to, czy sobie „radzi”, podczas gdy odpowiedź na to pytanie powinna być oczywista dla każdego obdarzonego mózgiem człowieka.
Jak sobie radzę? Tęsknię za George’em, a ten pieprzony świat jest pełen zombie, oto jak. Wszystko inne...
Wszystko inne to szczegóły. A te już nie mają znaczenia.
– z Odporności nabytych,
bloga Shauna Masona, 17 lutego 2041



JEDEN



Nasza historia zaczyna się tam, gdzie w ciągu ostatnich dwudziestu siedmiu lat niezliczona liczba innych się skończyła: w chwili, gdy pewna idiotka – w tym przypadku Rebecca Atherton, szefowa Irwinów Przeglądu Końca Świata, laureatka Złotego Steve’a za męstwo w obliczu nieumarłych – stwierdziła, że świetnie byłoby wziąć kij i podrażnić się trochę z zombie, a potem zobaczyć, co się wydarzy. Bo, hej, zawsze jest szansa, że tym razem potoczy się to jakoś inaczej. Kiedy jeszcze sam zajmowałem się tykaniem, sądziłem, że w moim przypadku będzie inaczej. George z kolei wiecznie mi powtarzała, że jestem idiotą, ale ja nie traciłem wiary.
Szkoda, że George miała rację.
Becks była przynajmniej inteligentna w swojej głupocie i do tykania zombie używała łomu, a to w znaczący sposób zwiększało jej szanse na przeżycie. Udało jej się wbić rozwidloną końcówkę pod obojczyk nieumarłego, co było całkiem skutecznym środkiem obrony. Zombie w końcu zorientowałby się, że nie może ruszyć do przodu. A wtedy, rzucając się do tyłu, albo wyrwałby jej łom z ręki, albo sobie obojczyk, a potem spróbowałby dopaść ją z innej strony. Biorąc pod uwagę przeciętny iloraz inteligencji zombie, strzelałbym, że jeszcze przez godzinę Becks nie musi się o nic martwić. Mnóstwo czasu. Scena była pełna napięcia. Kobieta kontra zombie, czyli walka, która zdążyła już na stałe wpisać się w nasz kod DNA.
A ja miałem to gdzieś.
Koleś stojący tuż obok niej wydawał się o wiele mniej spokojny, może dlatego, że nigdy wcześniej nie widział zombie z tak bliska. Według najnowszych trendów powinniśmy nazywać zombie „ludźmi cierpiącymi na syndrom post-amplifikacyjny Kellis-Amberlee”, ale pieprzyć to. Jeśli naprawdę chcą, żeby nowe określenie na „zombie” się przyjęło, powinni wymyślić takie, które można łatwo wykrzyczeć albo które przynajmniej da się skrócić do jakiegoś chwytliwego akronimu. To zombie. Bezmózgie mięso sterowane przez wirusa i kierowane jedynie nieustającą chęcią rozprzestrzeniania infekcji. Nawet najbardziej wymyślne nazwy na świecie tego nie zmienią.
W każdym razie Alaric Kwong – koleś, który próbuje nie zwrócić obiadu na zaprzyjaźnionego truposza Becks – nigdy szczególnie nie rwał się do pracy w terenie. Był urodzonym Newsie, jednym z tych, którzy najlepiej czują się z dala od akcji, opowiadając o przyczynach i motywacji. Niestety wreszcie zdecydował, że chce się zajmować poważniejszymi tematami, a do tego potrzebował licencji dziennikarskiej klasy A. Żeby zaś ją dostać, musiał udowodnić, że jest w stanie sprostać wyzwaniom związanym z pracą w terenie. Beck już od tygodnia próbowała mu pomóc i dość szybko doszła do wniosku, że Alaric jest beznadziejnym przypadkiem. Jego przeznaczeniem była praca w biurze, polegająca na obrabianiu materiałów dostarczonych przez ludzi, którzy mieli jaja, żeby zdać egzamin.
Jesteś dla niego za ostry, strofowała mnie George.
– Jestem po prostu realistą – wymamrotałem.
– Shaun? – Dave spojrzał na mnie znad swojego ekranu, mrużąc oczy. – Mówiłeś coś?
– Ani słówka. – Pokręciłem głową, sięgając po opróżnioną do połowy puszkę coli. – Stawiam dychę, że znowu obleje praktyczny.
– Nie zakładam się – stwierdził Dave. – Tym razem zda.
Uniosłem brwi.
– Dlaczego jesteś tego taki pewien?
– Jest z Becks i chce na niej zrobić wrażenie.
– Naprawdę? – Znowu spojrzałem na ekran, tym razem z większym zainteresowaniem. – Myślisz, że ona też go lubi? To by wyjaśniało, dlaczego ciągle nosi spódniczki...
– Może – rzucił zachowawczo Dave.
Tymczasem na ekranie Becks właśnie próbowała zmusić Alarica, żeby sięgnął po łom i sam zmierzył się z zombie. Nic wielkiego, zwłaszcza dla kogoś tak zaprawionego w boju jak Becks. A przynajmniej nie byłby to żaden wyczyn, gdyby na monitorze po lewej nie pojawiło się sześć kolejnych zombiaków. Włączyłem dźwięk. Zupełnie nic. Żadnego jęku.
– Co jest...? – wymamrotałem. Pstryknąłem kolejny przełącznik, żeby uruchomić interkom, i powiedziałem: – Becks, rozejrzyj się.
– O czym ty mówisz? – Odwróciła się i rozejrzała, unosząc dłoń, by ochronić oczy przed słońcem. – Przecież wszystko jest...
Zainfekowani znaleźli się w zasięgu jej wzroku, a ona zamarła, otwierając szeroko oczy.
– O cholera. Ja pierdolę!
– O pierdoleniu pogadamy później – zapewniłem, wstając. – Pilnuj Alarica. Zaraz wam pomogę się stamtąd wydostać.
– Nie obiecuj... – wymamrotała Becks na granicy słyszalności. – Alaric! Za mnie, teraz!
Usłyszałem, jak chłopak przeklina w odpowiedzi, a zaraz potem rozległ się głośny huk, gdy Becks zastrzeliła pojmanego zombie. Im więcej zombie na danym obszarze, tym bardziej cwane się robią. Jeśli Becks i Alaric chcieli ujść stamtąd z życiem, musieli zredukować liczbę nieumarłych. Nie widziałem, jak strzela; biegłem już do drzwi, po drodze zabierając swoją broń.

– Powinienem...? – zapytał Dave, wstając.
– Nie. Zostań tutaj, zabezpiecz sprzęt i szykuj się do szaleńczej jazdy.
– Przyjąłem – powiedział i podniósł się z siedzenia, żeby przejść na przód vana. Tego również nie widziałem, bo właśnie otworzyłem kopniakiem drzwi i wyskoczyłem na oślepiające światło popołudnia.
Jeśli chcesz bawić się z truposzami, rób to za dnia. W ostrym świetle zombie nie widzą tak dobrze jak ludzie i nie potrafią się skutecznie ukryć, gdy w pobliżu nie ma pomocnego cienia. A co najważniejsze, materiały będą lepsze. Jeśli już masz umrzeć, upewnij się, że to nagrywasz.
GPS w moim zegarku pokazywał, że Becks i Alaric stali w miejscu mniej więcej trzy kilometry dalej. Trzy kilometry to zapisany w ustawie minimalny dystans między obszarem planowanego spotkania z zombie a wymaganym przez licencję bezpiecznym środkiem transportu, czyli na przykład naszym vanem. Nie oznaczało to oczywiście, że zainfekowani uszanują prawo i zostawią nas w spokoju. Po prostu my nie możemy zwabić ich bliżej. Wykonałem w myślach kilka błyskawicznych obliczeń. Jeśli przylazło już sześciu umarlaków, ale jeszcze nie jęczeli, oznaczało to, że w najbliższej okolicy jest ich wystarczająco dużo, żeby utworzyć inteligentną grupę. Niedobrze.
– Okej – powiedziałem i wślizgnąłem się za kierownicę jeepa Dave’a. Kluczyk tkwił już w stacyjce.
W przeciwieństwie do większości pojazdów terenowych jeep Dave’a nie ma właściwie żadnego opancerzenia, o ile nie liczyć wzmacnianej tytanem ramy i kół przystosowanych do jazdy na przebitych oponach. Jego zaletą – i to ogromną – jest natomiast prędkość. Wóz został rozebrany, przebudowany, a potem znowu rozebrany tyle razy, że nie wydaje mi się, żeby ostatecznie na swoim miejscu pozostał choćby jeden element fabryczny. Daje taką ochronę w czasie ataku zainfekowanych jak mokra papierowa torba. Bardzo szybka, mokra papierowa torba. Opuszczaliśmy nim niebezpieczny teren wiele razy i nikogo jeszcze nie straciliśmy.
Włożyłem broń między siedzenia i docisnąłem pedał gazu.
Po Powstaniu z takich czy innych powodów porzucono wiele obszarów Kalifornii. „Trudne do ochrony” to jedna z tych wymówek; „nieprzyjazny teren dający przewagę wrogowi” – inna. Moją ulubioną zastosowała mała społeczność w Birds Landing w hrabstwie Solano: „Nikogo to nie obchodzi”. Przed Powstaniem mieli mniej niż dwustu mieszkańców, z których żaden nie przeżył. Kiedy rząd miał rozdysponować pieniądze na sprzątanie i ochronę, nikt nie prosił o zajęcie się tym miejscem. Teren nadal obserwują standardowe patrole, bo inteligentne stada zombie nikomu nie są na rękę, ale w zasadzie Birds Landing pozostawiono umarlakom.
Miało to być idealne miejsce na przeprowadzenie ostatniego zadania terenowego Alarica. Opuszczone, odizolowane, a do tego wystarczająco blisko od Fairfield, by w razie problemów można się było ewakuować, ale jednocześnie na tyle daleko, że mogliśmy nagrać porządny materiał. Nie było tu tak niebezpiecznie jak w Santa Cruz, ale też nie tak cukierkowo jak w Bodega Bay. Idealne miejsce na połów. Niestety zombie najwyraźniej doszli do tego samego wniosku.
Drogi były do kitu. Przeklinając pod nosem cicho, ale stanowczo, docisnąłem pedał gazu, aż jeep osiągnął prędkość, którą byłem jeszcze w stanie opanować. Rama samochodu trzęsła się, jakby miała się zaraz rozlecieć i, niemal wbrew sobie, uśmiechnąłem się szeroko. Ponownie przyspieszyłem. Zaczęło trząść jeszcze bardziej, a mój uśmiech stał się jeszcze szerszy.
Ostrożnie, powiedziała George. Nie chcę zostać jedynaczką.
Przestałem się uśmiechać.
– Ja już jestem jedynakiem – stwierdziłem i docisnąłem pedał do samego końca.
Moja zmarła siostra, którą słyszę tylko ja – tak, wiem, że jestem świrem, dzięki za powtarzanie oczywistości – nie jest osamotniona w zamartwianiu się moimi skłonnościami samobójczymi. „Odejście” to uprzejmy, bezkrwawy eufemizm zastępujący określenie „została zamordowana”, ale wolę go niż ciągłe wyjaśnianie sytuacji, gdy temat George’a pojawi się w rozmowie. Tak, miałem siostrę. Tak, umarła. I tak, gadam do niej przez cały pieprzony czas, bo póki to robię, nie popadam w jeszcze większe szaleństwo i mogę jakoś funkcjonować.
Kiedyś przestałem z nią rozmawiać na prawie tydzień, kierując się radą beznadziejnego psychologa, który zapewniał, że może „pomóc”. Piątego dnia chciałem strzelić sobie w łeb na śniadanie. Nigdy więcej nie powtórzę tego eksperymentu.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2013-10-09 (901 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej