Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Księga kłamstw
 
Katalog - dodano
 Szare Płaszcze: Rubież
- Marcin A. Guzek
 Saga Mrocznej Phoenix
- Stuart Moore
 Dystrykt Warszawa
- Rafał Babraj
 Vice versa
- Milena Wójtowicz
 Diabeł wcielony
- Donald Ray Pollock
 
- skomentowano
 Cress
- Marissa Meyer
 Kroniki Belorskie
- Olga Gromyko
 Dzikie dziecko miłości
- Aneta Jadowska
 Magia niszczy
- Ilona Andrews
 Harda horda
- antologia
 
Patronujemy
 
Szukaj



powered by FreeFind
 

Za króla, ojczyznę i garść złota - Anna Brzezińska, Grzegorz Wiśniewski



To Kurczak przyniósł gadkę o złocie.
Zawsze się tak zdarzało, od lat. Znikał niespodziewanie, kręcił się, gdzie go nikt nie prosił, a potem wracał, zwykle z jakimś problemem. Raz przyniósł na dłoni żywego funnelweba, żeby dowiedzieć się, co to takiego. Pająk nie odważył się go ugryźć, pewnie wyczaił, że tylko sprowadzi na siebie jeszcze więcej kłopotów. Ojciec złoił wtedy Kurczakowi skórę i na jakiś czas był spokój.
Tym razem nie dałoby się znaleźć chętnego do odwalenia tej ręcznej roboty: od ostatniego lania Kurczak przybył dobre dziesięć cali w barach. Zresztą drzemaliśmy akurat spokojnie na poboczu, w cieniu rozłożystego drzewa, odpoczywając po forsownym marszu. Przywołanie młodego do porządku wymagałoby podniesienia gnatów i wykonania niewdzięcznej, nierokującej efektów pracy wychowawczej. A po całodziennym wysiłku wszyscy byliśmy zbyt skonani. Nie wiem, jak innych, ale mnie bardziej bolały ramiona niż nogi. Kwatermistrz zapobiegliwie napchał nam zasobniki amunicją i żarciem, chociaż jak dotąd nie udało się nam skorzystać z jednego czy drugiego. Jerry po prostu wiali nieco za szybko i trudno było ich dogonić, żeby wywalić w nich choć część dźwiganego ołowiu, a potem w nagrodę przemieścić nieco żarcia z zasobników w miejsce lepiej się do tego nadające. A ja w dodatku targałem jeszcze kleifa.
Siedzieliśmy zatem spokojnie, jak Pan Bóg i sierżant przykazali, wietrząc nogi i skarpety, gdy nagle zjawił się zaaferowany Kurczak. Z tajemniczym wyrazem twarzy przykucnął obok brata i zaczął się rozglądać czujnie, jakby ktoś miał mu znienacka wskoczyć na plecy.
— Chodźcie no bliżej — powiedział cicho.
— Już dzisiaj chodziliśmy. — Przygięty Mick ziewnął ostentacyjnie. — Mnie starczy.
— Właśnie — włączył się Wielki Bill, oparty o pień (choć drzewa rosły tu jakieś rachityczne i moim zdaniem wyglądało to raczej, jakby pień opierał się o Wielkiego Billa). — Skoro ci zależy, sam przyleź.
Kurczak cierpliwy nie był, każdy to wiedział. Wsunął się głębiej w nieforemny krąg, jaki tworzyła nasza garstka.
— Zobaczcie, co znalazłem.
Pozostali ledwie raczyli przechylić głowy i zerknąć, unosząc nieco ronda płaskich hełmów i przysłaniając oczy od słońca. Tylko ja wstałem przyjrzeć się bliżej: ostatecznie pokrewieństwo zobowiązuje, zresztą wobec braku zainteresowania Kurczak stawał się jeszcze bardziej namolny. W dłoni trzymał odłupany fragment sosnowej deski, niesezonowanej i porządnie nasyconej żywicą — pali się takie coś aromatycznie i jasnym płomieniem. Na gładkiej powierzchni rysował się ślad stempla, świeżego i nieco rozlanego. Czarny ptak tych, jak ich nazywaliśmy, Boszów i jakiś napis wokół.
— No i co? — burknąłem.
— Te litery tutaj, widzicie? — entuzjazmował się dalej młody. — Korps Intendant und Zahlmeister. Rozumiecie, co znaczą?
Złośliwiec, wiedział, że nie mamy pojęcia. W naszej okolicy farmerskich synów z rzadka uczono czytać. Zresztą mój tatuniek był przeciwny takim nowomodnym fanaberiom i nie posłał mnie do szkoły, tylko sam wyuczył liter na naszej Biblii — akuratnie tyle, żebym mógł wyczytać podpisy pod obrazkami w „The Bulletin”. W dodatku Kurczak jako jedyny wśród nas liznął huńskiej mowy i potrafił zaszwargotać po ichniemu. Prawdę mówiąc, mnie nigdy nie przyszło do głowy mieć mu tego za złe, chociaż w kompanii, a zwłaszcza wśród świeżych uzupełnień, trafiali się tacy, co z tego powodu krzywo na niego patrzyli — oczywiście tylko do chwili, kiedy z kolei na nich popatrzył Wielki Bill, bo potem to już woleli patrzeć w inną stronę. A Kurczak czasami okazywał się pożyteczny. Widzicie, w okopie u Boszów łatwiej znaleźć schowanego kirscha, gdy wie się, jak o niego zapytać wziętych do niewoli. Samym bagnetem się tak dobrze nie przepyta.
— A czy to koniecznie musi być nasz problem? — Dan Lloyd leżał płasko na podeptanej trawie, desperacko próbując odpoczywać. — Obiecałem twojemu ojcu, że będę na ciebie uważał, a nie łaził za tobą wszędzie, gdzie cię wiatr poniesie.
— To taki Andrew Fisher w armii Jerrych.
— Kto? — zdziwił się Przygięty Mick.
— Twój minister skarbu, matole. — Kurczak się zdenerwował. — Ten, co wieczorami liczy w piwnicy pliki funtów, czy mu się zgadzają. Albo złoto.
Nie wiem jak innym, ale mnie się wydało, że w okolicy zrobiło się jakoś ciszej. Nawet ptaki jakby zamilkły w tej pazernej krainie na drugim końcu świata. Trudno zresztą mieć pretensje do zwierzaków, skoro tutaj dziewczyny za datek w brzęczącej monecie zmieniały się w zwierzątka.
Lloyd usiadł, Wielki Bill oderwał plecy od drzewa.
— Złoto. — Przygięty Mick wymówił to jak niemowlak pierwszy raz wołający „Mama!”.
Posłałem Kurczakowi karcące spojrzenie. Pewnych słów po prostu nie należało wypowiadać, a w każdym razie nie w obecności Micka, który od lat miał za złe całemu światu, że w przeciwieństwie do Billa nie załapał się na wielką gorączkę złota w Croydon. Oczywiście zdążył już zapomnieć, że czas najlepszych interesów przeleżał na zadku na farmie po tym, jak sobie naciągnął grzbiet, kiedy próbował podnieść Ayers Rock, żeby odgonić kruki od zdechłej krowy. Cóż, w niektórych sprawach chłopaki ze Speewah miały krótką pamięć. Za to, niestety, przy innych wybystrzali się tak szybko, jak dingo, kiedy zwietrzą padlinę.
Myszak wstał i nachylił nad młodszym bratem swoje sześć stóp i osiem cali.
— Gdzie to znalazłeś, Kurczak?
Kurczak natychmiast się najeżył. Odkąd odrósł od ziemi, robił wszystko, żeby zatrzeć ślad po swoim dziecięcym przezwisku. Na początek wyniósł się z farmy — na kradzionym koniu Wuja Chucka, jak mu z lubością wypominał Myszak, dodając przy tym, że braciszek nadal żyje, bo po omacku buchnął najgorszą chabetę, czym tak ubawił starowinę, że ten litościwie mu odpuścił. Potem młody włóczył się po całym kraju, jakby mu kto soli na ogon nasypał. Byle dalej od domu. Najmował się do pędzenia bydła, strzygł owce w miejscach, które nawet nie mają nazwy, szukał złoża Lassetera i wałęsał się bez celu, zwykle jako przewodnik jakichś frajerów, którzy nie wiedzieć czemu postanowili sprawdzić, czy w samym środku pustyni jest równie gorąco jak na skraju. Gdzieś w międzyczasie pokumał się z chłopakami ze Speewah, co akurat okazało się jednym z bardziej fortunnych pomysłów, bo ledwo ciepłego wytropili go na Pustyni Gibsona, po tym jak mu uciekł wielbłąd. W każdym razie trzeba przyznać, że jak na takiego młodziaka naprawdę nieźle się już po świecie naobijał. Ale co z tego, skoro zawsze prędzej czy później trafiał się ktoś znajomy, kto przysiadł się do niego z nieszczęsnym „Co słychać, Kurczak!”.
— Masz ochotę oberwać? — wycedził Kurczak przez zęby.
Nie chciało mi się nawet wzruszyć ramionami: chłopaki McAndrews były przewidywalne do bólu. Pierwszy raz wzięły się za łby w obozie szkoleniowym, tuż za bramą, a potem poszło już z górki — tłukły się pod Gallipoli, na Synaju, pod Pozi wówczas ja będę tuż obok, gotów je serdecznie przygarnąć.
— Potem się ponaparzacie — osadził ich Wielki Bill. — Teraz o złocie.
Kurczak machnął ręką za siebie, nadąsany jak dziecko. Fakt, popsuto mu zabawę.
— Pewnie nie zwróciliście uwagi. Kawałek za nami z drogi odchodzi w bok przesieka, prosto w ten rzadki zagajnik po lewej. Ktoś niedawno się tam bardzo spieszył. Ciężki wóz z obsadą, ciągnięty przez wiele koni, i mała grupa piechoty. Sądząc po śladach butów — Bosze.
— No i? — ponaglił z rozczarowaniem Wielki Bill.
— Podskoczyli na wybojach i część z tego co wieźli spadła na ziemię. Szybko po sobie posprzątali, ale niestarannie. Co mogli, wrzucili w najbliższą kępę krzaków. Mnóstwo tam takich resztek jak ta deseczka. Co oznacza mnóstwo skrzynek. I mnóstwo zawartości.
— Może nie zdążyli daleko odjechać — ożywił się Mick.
Wymieniliśmy spojrzenia.
— Dobra, idziemy sprawdzić — uznał Lloyd. — A nuż coś ci się pomyliło.
No to poszliśmy.


Fragment udostępniło Agencja Wydawnicza Runa








Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2007-09-12 (1688 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej