Rejestracja
 Strona główna    Profil    Dodaj tekst   Katalog    Kontakt 
Patronujemy
 
Menu
Menu główne
Strona główna
Tytułem wstępu
O fantasy
Autorzy
Recenzje
Zapowiedzi
Fragmenty
Wywiady
Artykuły
Opowiadania
Konkursy
Archiwum
Galeria
Poleć nasz serwis
Partnerzy

Katalog
Strona główna
Książki
Kategorie
Terminologia

Pomocne
Kontakt
Linki
Szukaj
FAQ
Mapa serwisu
 
Losowa pozycja
Czas ognia, czas krwi
 
Katalog - dodano
 Eliza
- Roxana Wojtas-Tabiś
 Wyprawa Błazna (wyd.M)
- Robin Hobb
 Roar
- Cory Carmack
 Wybawienie
- Jussi Adler-Olsen
 Zabójcy bażantów
- Jussi Adler-Olsen
 
- skomentowano
 Zapisane w kartach
- Anne Bishop
 Ciężko być najmłodszym
- Ksenia Basztowa, Wiktoria Iwanowa
 Sopel cz.1
- Paweł Kornew
 HEL 3
- Jarosław Grzędowicz
 Evna
- Siri Pettersen
 

''Ektenia'' - Emil Strzeszewski



Rozdział 1

Widmo przyszłości



Noc przyniosła upragniony chłód oraz ciało na podłodze mieszkania przy Berlinerstrasse 10. Krew na dywanie i nożu była jeszcze ciepła, a w ponurym świetle okopconej lampki naftowej posoka zdawała się parować. Otwarte oczy martwego zakonnika patrzyły bez wyrazu na oblicze mordercy.
Wacław Sarment zapiął kamizelkę w tureckie wzory. Właśnie docierało do niego, co zrobił, choć planował to przecież od dłuższego czasu. Aż do ostatniej chwili miał jednak nadzieję, że sprawy ułożą się inaczej, przyszedł wszak się tylko rozmówić. Zaproponować korzystne warunki odstąpienia od interesu. Mógł zapłacić, miał pieniądze. Przywiózł je z rodzinnego Krakowa, starczyłoby na wykupienie połowy Allenstein. Dostać niezłą sumkę tylko za to, żeby czegoś nie kupić? Któż by się nie skusił?
Paul Hodmann jednak nie przystał na to. Ani myślał o odstąpieniu. Nie zadziałała żadna prośba. Zakonnik nie bał się też gróźb. Nie wiedział, że powinien.
— Nic z tego. Zabieraj siebie i swoje pieniądze z mojego domu — powiedział z kpiącym uśmieszkiem. Patrzył na Sarmenta pełnym pogardy wzrokiem. To było jeszcze do zniesienia. Czarę goryczy przelała odrobina współczucia, którą mężczyzna wypatrzył w spojrzeniu Hodmanna.
Sarment nie mógł znieść współczucia.
Wyjął więc nóż i jednym płynnym, zamaszystym ruchem przeciął Prusakowi gardło. Ostrze aż zazgrzytało o kręgi szyjne. Choć zakonnik umarł w okamgnieniu, kabalista kroił go dalej, patrząc w martwe oczy – sprawdzał, czy prysło z nich pożałowanie.
Już po wszystkim ucieszył się, że zawczasu zdjął marynarkę i powiesił ją na oparciu krzesła. Nadal była czysta, mógł więc ukryć pod nią plamy krwi na koszuli i kamizeli. Z twarzy oraz rąk zmyć resztę, a potem wyjść, po czym wrócić tu. Z automobilem, prototypem wytworzonym w stadninie parowej niejakiego Kanta z Königsbergu, który niegdyś parał się filozofią, ale na stare lata zamarzył o byciu wynalazcą. W gruncie rzeczy Sarment nie wiedział, dlaczego od razu nie przyjechał swym czarnym pojazdem. Może chciał uniknąć popełnienia jakiegoś głupstwa? W głębi duszy łudził się, że nie jest zdolny do morderstwa, ale jeśli przyjechałby swym wehikułem o pojemnym bagażniku, jedyne, co zaprzątałoby jego myśli, to jak najszybsze załatwienie sprawy. Ostateczne.
A jednak doszło do zbrodni. I Sarment, sam nie wiedząc czemu, cieszył się, że to już za nim. Może wreszcie ruszyć dalej, może przyjąć na swe barki każdy ciężar. Prawie nic już mu bowiem nie stało na przeszkodzie. Plan miał się dopełnić, cel zrealizować, a to było warte nawet i zabójstwa.
Wreszcie ujrzy twarz Boga.
Opłukał się ciepłą wodą, przelotnie zerknął na „Allensteiner Zeitung” leżący na konsoli w hallu. Dla pewności wziął gazetę, aby sprawiać wrażenie zwykłego spacerowicza, i wyszedł. Przemierzanie miasta nocą z gazetą pod pachą nie miało wielkiego sensu, uznał jednak, że potrzebuje czegoś, co pozwoli mu zapomnieć o ostatnich wydarzeniach. Nie sądził, że wyda się przechodniom podejrzany, ale nigdy nic nie wiadomo. Gdyby ktoś próbował go zaczepiać, pokaże gazetę i najzwyczajniej w świecie, łamanym niemieckim z polskim akcentem, spyta, jak dojść do Kortau, do szpitala dla ułomnych i obłąkanych, o którym pisano na pierwszej stronie. Tym odwróci uwagę – po prostu udając, że nie zna języka i jest przejazdem, z wizytą u pacjenta.
Układanie odpowiednio koślawych i nienaturalnych słów pozwalało mu nie roztrząsać sprawy Paula Hodmanna. Ciało zakonnika jednak wciąż majaczyło mu się pod powiekami. Widział już wielu martwych, ale nigdy wcześniej sam nie przyczynił się do czyjejś śmierci.
Bóg kazał Abrahamowi zabić syna. Nieistotne, że zatrzymał w końcu jego rękę. Ważne, że wydał rozkaz. Gdyby chciał, powstrzymałby i jego dłoń.
Powietrze orzeźwiło nieco Sarmenta. Pozwoliło przetrwać pierwszy paraliżujący szok i ułatwiało myślenie. Szeptem wymieniał sprawy, którymi powinien się zająć. Po pierwsze zwłoki – zapakować do odpowiednio dużego wora, a potem niepostrzeżenie znieść do automobilu. Było to trudne, ale – pod osłoną mroku – nie niemożliwe. Wracając, musi więc stłuc latarnię. Łatwiej byłoby przenieść poćwiartowane ciało, ale potrzebował je w jednym kawałku. Po drugie – poszukać papierów. Zakonnik, jako człowiek lubiący porządek, gdzieś zapewne trzymał swoje formuły, całą dokumentację. Wacław tak właśnie by zrobił, a Paul był bardzo podobny do niego. Łączyła ich ta sama pasja. Czy też – ta sama obsesja.
A formuła, której obaj szukali, była bezcenna. Ten, kto żądał za nią pieniędzy, był głupcem największym z możliwych. Analizując wszystko na chłodno, Sarment pojął wreszcie, że od początku oszukiwał sam siebie.
Tak, znalazł się w tym domu, by zabić.
A teraz szedł przez noc, starając się nie rozglądać. Na szczęście do wynajmowanej przez Sarmenta kamienicy nie było daleko. Bezpośrednie sąsiedztwo puszczy zapewniało prywatność niezbędną do eksperymentów. Na dodatek większość mieszkańców miasta nie zapuszczała się w te rejony. Szpital psychiatryczny w Kortau nie był ulubionym celem ich spacerów.
Na niebie kilka gwiazd przebijało się przez chmury. Wilgoć w powietrzu – pozostałość po dusznym dniu – osiadała na wąsach i dłoniach, cudownie orzeźwiając. Pomyślał, że zanosi się na deszcz.
— Fenomenalnie — wyszeptał. — Fenomenalnie...
Gdy otwierał drzwi swojego pojazdu, spadły pierwsze krople. Wacław uśmiechnął się.









Copyright © by Fantasy Book All Right Reserved.

Opublikowano dnia: 2013-11-24 (634 odsłon)

[ Wróć ]



Wszystkie znaki na tej stronie są zastrzeżone. PHP-Nuke Copyright © 2006 by Francisco Burzi.
Komentarze, artykuły, szata graficzna należą do ich twórców.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Dowiedz się więcej